Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 19 listopada 2009

Co to za blog biegowy, jak ani razu nie biegałem? Bo bieganie to nie tylko bieganie jest. Amen.

Nie pamiętam już, żebym pisał nowy odcinek i nie biegał ani razu od poprzedniego. Powiem Wam, że to dość przyjemny stan. Bieganie jest dla mnie sinusoidą. Szczyty formy przedzielone są okresami słabymi, obozy przeplatatają się z tygodniami mniejszego albo większego odpoczynku, szczęście biegowe przerywają momenty wymęczenia fizycznego albo psychicznego. A Słonik ma inaczej.

Słonik był dziewiąty w Biegu Niepodległości, zrobił życiówkę coś koło 33 minut. Rozmawiałem z nim wczoraj do rubryki Życiówka w Bieganiu. Słonik biega tak szybko, jakbyśmy sobie wszyscy na tym blogu nie wymarzyli. Ale nie chciałbym trenować tak jak Słonik. Słonik biega cztery razy w tygodniu po 10-15 kilometrów, zawsze szybko, na granicy II i III zakresu, a nawet jeśli zaczyna powoli (dla niego to znaczy kilometr w 4:30), to i tak przyspiesza. Przez 52 tygodnie w roku trenuje tak samo: szybko i jednostajnie. Nie robi roztrenowania, nie robi obozów.

Nie mi pouczać Słonika, jak ma biegać, bo jego wyniki są niedoścignione. Ale ja bym tak nie chciał.

Bieganie to dla mnie nie mantra, jednostajna i idealnie powtarzalna. Bieganie to biczowanie obozów. Bieganie to uniesienia interwałów. Bieganie to medytacje długich wybiegań. Bieganie to euforie startów. Bieganie to moja bardzo wielka wina porażek. Bieganie to post roztrenowania. Amen.

We wtorek nie biegałem, gadałem za to z mózgiem od internetu. I dlatego od tygodnia zmieniłem przeglądarkę z IE na FF czyli M. Ponieważ to też biznes jak się okazuje, to pełnych nazw handlowych nie będzie. W środę zrobiłem trzy do potęgi trzeciej, a na rower nie starczyło mi czasu. Nie wiem za bardzo, gdzie mi uciekł, bo spisałem tylko pół godziny kasety.

Dziś miałem pobiegać w Puszczy Kampinoskiej, bo mnie życie zagnało na Bielany. Ale nie zdążyłem, sam nie wiem jak, ale straciłem sporo czasu. Może to takie dwa dni roztrenowania w pracy. Jutro zrobię sobie drugi zakres w pracy, czyli cały dzień na wysokich obrotach, muszę pospisywać te kasety.

Ale zacznę piątek od pobiegania. Żeby mi się sinusoida nie odbiła od samego dna. Amen.

19:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 16 listopada 2009

Dobrze, że się ociepliło. Przyjemniej jeździć na rowerze. Czyli o urokach roztrenowania.

W piątek rano biegałem. Nie trenowałem, tylko biegałem. Zrobiliśmy 45 min. z Kamilem D. o życiu, mocny odcinek. A biegowo zupełny luz, żadnego pilnowania tempa, kroki raczej wolne, czasem przyspieszające w rytmie narracji.

Sobota miała być piękna, nawet słońce się przygotowało, planów mieliśmy wiele. Ale choroba, z którą przez cały tydzień walczyła z dobrym skutkiem Moja Sportowa Żona, wykonała nagłe Imperium Kontratakuje. Robiłem za Matkę Polkę, czytaliśmy z córką 1klasistką książkę, rozmawialiśmy o dinozaurach, zrobiłem kotlety (wiecie, że najpierw mięso trzeba potraktować wegetą? bo ja dowiedziałem się o tym po obiedzie) i jeszcze dałem radę imieninowo spotkać się z córką maturzystką. A sport? Na sport był czas dopiero, kiedy słońce zachodziło. Pojechaliśmy z córką 1klasistką na rolki.

Dziś z kolei oddałem samochód do warsztatu, bo coś siadło z elektryką. I zrobiłem pół godziny wolnego biegu trochę nad Potokiem Służewieckim, a potem do domu. Ładnie tam mają, ciekawe, czy dadzą radę obronić się przed deweloperami, czy też będzie Imperium Kontratakuje. Plan na ten tydzień to trzy razy pobiegać wolno i krótko. Napiszę dokładniej, o co mi chodzi, bo właśnie dostałem sms-a od Dzikiego - który zrobił 10 km w tempie 4'55. Moja ścieżka jest inna: jakieś 5-6 km w tempie ok. 5:45-6:15. Podaję orientacyjnie, bo chodzi o to, żeby nie patrzeć na tempo, tylko odpocząć w biegu. Nie ćwiczyć mięśni, tylko pozwolić im się spokojnie regenerować w ruchu.

Czuję teraz, że mam inne mięśnie. Pisałem tu już parę razy o Misiu Yogi. Pamiętacie tę zabawkę z książki Adama Słodowego? Wycinało się sylwetkę misia, do tego cztery nogi, coś jakby swastyka (mój ojciec się oburzył, jak to robiłem, bo myślał, że zostałem małym nazistą), nabijało się je misiowi szpilką z korkiem, na plastelinę doczepiało się ołówek i misiu biegał kręcąc nóżkami jak młynkiem. Coś takiego robimy zdaje się przez cały sezon. Przebieramy nogami, przebieramy - a reszta sztywna, tekturowa i nieruchoma jak u misia.

Zaczynam teraz te mięśnie czuć. Od końca października bawię się sprężynami, prawie codziennie robię trzy serie po dwadzieścia razy za głową, żeby zachować prostą sylwetkę. Bo wtedy wzmacnia się mięśnie ściągające łopatki, a nie przykurcza piersiowego. Chyba trochę wzmocniłem pas barkowy, bo od weekendu czuję, na jakiej chybotliwej konstrukcji jest on umieszczony. Mam słabe mięśnie brzucha i grzbietu, a to one odpowiadają za prostą sylwetkę w biegu, na codzień, a być może nawet i w życiu.

Wymyśliłem sobie na roztrenowanie takie zadanie - trzy do potęgi trzeciej. Dałem to do tytułu, żebyście nie przeoczyli, bo to dla mnie teraz ważny plan. Trzy razy w tygodniu po trzy serie trzech ćwiczeń - sprężyny, brzuszki i grzbiety. Jeśli mi się uda wyrobić taki nawyk i robić te ćwiczenia też w sezonie, to poprawię swoje bieganie. Jakościowo.

A to chyba będzie moja dewiza. Wiem, że trudno będzie mi dołożyć sobie ilościowo. Bo co, mam biegać czterdziestki co tydzień? Nigdy w życiu. Więc może poprawa jakości - sylwetka, krok - coś pomoże.

Samochód ciągle w warsztacie, bo nie złożyło mi się, żeby go odebrać. Odbierałem za to córkę 1klasistkę ze zbiórki zuchów. Pojechałem do szkoły na rolkach, z jej rolkami w plecaku, wróciliśmy sobie trochę nadkładając. Bo taki miły, ciepły listopad.

20:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (20) »
czwartek, 12 listopada 2009

Dziwny bieg. Dość beznadziejny. I sezon dziwny. Pierwszy sezon bez życiówki.

Kochani, mam do Was prośbę. Jeśli kiedyś jeszcze będę coś pisał, że spróbuję coś pobiec na świeżości albo że lekkimi treningami spróbuję przeciągnąć przygotowanie z docelowego startu na kolejny - to napiszcie mi: puknij się, Wojtek. Żyję tyle lat, ile maraton ma kilometrów, przebiegłem maratonów prawie tyle, ile mam lat. I ciągle nie mogę się nauczyć, że tu nie ma czarów. Jest tylko solidne przygotowanie. I nie ma efektu gwarantowanego. Każdy kwadrat jest prostokątem, nie każdy prostokąt jest kwadratem, ale przede wszystkim nie jest nim żaden trójkąt.

Już tłumaczę. Jeżeli dobrze przygotujesz się do biegu, to jakbyś narysował prostokąt. Jeżeli nie złapały cię kontuzje, przeziębienia, pogoda nie wykonała potrójnego Rittbergera - to masz szansę na dobry bieg; czyli wyszedł ci kwadrat. Ale jeśli przygotujesz się nieodpowiednio (trójkąt), to szanse na kwadrat są żadne, musiałaby się zakrzywić czasoprzestrzeń, a to niezmiernie rzadkie zjawisko nawet w fizyce kwantowej (dobrze mówię, wqu?).

Do Biegu Niepodległości przygotowałem się bardziej wierząc niż trenując. Myślałem co zrobić, żeby przerwany maratoński BPS przełożył mi się na dobry wynik. Jedyne co można było zrobić, to - zdaje się - nowy BPS. Muszę się ubogacić wiedzą, bo pewien nie jestem.

Co wyszło? Pierwszy chyba w całym moim bieganiu rok bez życiówki. Ani na piątkę w maju, ani w półmaratonie w Łodzi też w maju, ani w maratonie (chociaż w upalnym, kwietniowym Krakowie było blisko, zabrakło tylko chmur na niebie), ani na głupią dychę (nawet do wiceżyciówki się nie zbliżyłem). Minimum satysfakcji w Biegu Niepodległości miało być dla mnie złamanie 37 minut. Ale pobiegłem jak dziecko we mgle.

Na starcie spotkałem Kamila D. i biegającego szefa, wśród siedmiu tysięcy ludzi, nieźle, co. Ruszyłem, pół kilometra slalomu, a potem stopniowo coraz szybciej. Przegoniłem Beatę A. z Entre, Dominika W., z którym przebiegliśmy kiedyś ćwierć maratonu we Wrocławiu, Darka R., który wszystkie maratony biega w 2:57. Rozpędzałem się, jak lokomotywa, sam się dziwiłem, że daję radę biec coraz szybciej. Ale nie wynikało to niestety z wejścia w nadświetlną, tylko z tego, że zacząłem zbyt ociężale. Łyknąłem Konrada W., który ostatnio pokonał mnie sporo w Kabatach, Jarka B., który kiedyś biegał dychę w 32 minuty, ale przeszedł na rekreację i złapałem Pedra, który w Krakowie, w moim najlepszym biegu roku uciekł mi o minutę. Na finiszu jeszcze moich rywali z Kabat Jacka N. i Pawła Sz. Do mistrza olimpijskiego w chodzie (ocobiegatu, cieszysz się z tej wzmianki?) Roberta K. zabrakło mi 10 sekund, ale netto byłem o 5 sekund lepszy. Dobiegłem na 57 miejscu.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie słaby czas. 37:37 netto. 37 sekund od minimum zadowolenia. Izabiegająca, napisałaś, że się wstydzisz życiówki, więc się nią nie pochwalisz. Każda życiowka jest jak naszyjnik, bukiet róż, wszystko za co nie zapłacisz kartą. Każdemu Bozia dała inne VO2max, inne obciążenia pracą, rodziną, wszystkim, inną determinację do treningów. Nie jesteśmy na olimpiadzie, żebyśmy mieli sobie porównywać wyniki. Zazdroszczę Ci twojej życiówki, bo przeskoczyłaś siebie.

Ja nie. Pierwszy rok bez życiówki. Może to jest ten moment, kiedy przeszedłem na drugą stronę góry, o której pisał Andante. Może to był cytat bardziej dla mnie niż dla Dzikiego, który wspina się ostro do góry. Może mam za sobą szczyt.

Powiem Wam, że po biegu miałem z tych myśli trochę doła. Stwierdziłem, że chcę odpocząć, zostawić, nie myśleć i nie czuć.

Przeszło mi po 24 godzinach. Bieganie to życie. Ruch to życie. Białoczerwona wstęga w Alei Niepodległości to życie.

Wieczorem byłem w szkole córki 1klasistki na zebraniu rodziców zuchów. Jak? Na rowerze. Zakręciłem pedałami i zacząłem odzyskiwać radość. Rower ma koła okrągłe, nie kwadratowe i nie trójkątne. W tej matematycznej metaforze znaczy to chyba tyle, że na przyszłoroczne plany startowe przyjdzie jeszcze czas. Na razie cieszę się ruchem, życiem.

Jutro rano pobiegamy sobie - luźno, spokojnie, nietreningowo, o życiu - z Kamilem D.

Jak znajdę jakieś fotki swoje lub znajomych z biegu, to wrzucę.

22:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 09 listopada 2009

Próbowaliście kiedyś być jednocześnie pod sceną i pod Kolumną Zygmunta? Oczywiście w sytuacji, kiedy scena jest oddalona od kolumny o dobre 250 metrów?

To takie nasze rodzinne powiedzenie. Pamiątka z tego, jak się pokłóciliśmy z Moją Sportową Żoną półtora roku temu kwadrans przed Półmaratonem Warszawskim. Usiłowałem jednocześnie spotkać się z kolegami pod kolumną i patrzeć, jak MSŻ prowadzi na scenie rozgrzewkę przed biegiem. Nie da się. Nie da się być w dwóch miejscach naraz, zrobić na raz dwóch rzeczy albo trzech prawie na raz.

A w sobotę mi się udało. O 9. stawiłem się w Arenie Ursynów z rakietką do ping ponga, ciuchami biegowymi w torbie i gotowością na sromotną porażkę w sercu. Inny świat, inna sekta (jak to nazwał Dziki, kiedy jeszcze mieliśmy się wybrać razem, ale się nie wybraliśmy, bo jemu wypadł wyjazd rodzinny). O 9.15 sprawdzili listę i zaczęły grać dzieci. Potem gimnazjaliści. Koło 10. licealiści. O 10.15 poszedłem do sędziów, żeby się wykreślić, ale okazało się, że już wpuszczają dorosłych i sędzia mrugnął do mnie, że wstawi mnie na pierwszy mecz.

Szybko poszło. Trzy sety: do trzech, do pięciu i do dwóch.

Wiecie jak to jest? Miałem pecha, bo trafiłem na faceta z czołówki. Grało 38 osób. Gdybym trafił na kogoś z czwartej dziesiątki, może urwałbym seta? Ale to jest dowód na wyższość zawodów biegowych nad pingpongowymi: jak biegniesz, to zawsze jest ktoś przed tobą, ktoś za tobą, masz kontakt z jakimś rywalem. A tutaj jakbyś stawał na linii startu z jednym gościem i potem się okaże - jeśli to Marcinas, który wygrywa wszystkie biegi w Kabatach, to nie masz szans. Jeśli to Staszewski, a Ty zbliżasz się do łamania trójki w maratonie, to powalczycie. Jeśli łamiesz 2:45, to Staszewski nie ma szans. Na szczęście zawody biegowe tak nie wyglądają. Na nieszczęście w przeciwieństwie do pingpongowych.

A co z tą Kolumną Zygmunta? Tym razem mi się udało być pod sceną i pod kolumną. Ściśle: spieszyłem się z meczem, bo o 10.40 musiałem wybiec do samochodu, żeby na 11.00 podrzuci córkę 1klasistkę na urodziny koleżanki. MSŻ była w tym czasie na konwencji fitness, wiecie, to w ich sekcie takie całodzienne święto, godzina fitnessu jedna po drugiej, asymetric step, body art, gymstick, od rana do wieczora tak ćwiczyły. Więc ja odprowadzałem, a potem o 11.30 musiałem być na Agrykoli, byliśmy umówieni z biegającym szefem na ostatni akcent biegowy przed ostatnim mocnym biegiem sezonu, środowymi 10 kilometrami Biegu Niepodległości.

Zrobiliśmy tak: 800 metrów szybko, 200 marszu, 400 szybko, 200 marszu; powtarzamy to wszystko cztery razy. Ja dokładałem jeszcze trochę, bo biegałem po trzecim torze, a biegający po pierwszym. Tempo wyszło ok. 3:30-3:45 na kilometr. Zobaczymy, co z tego wyjdzie w środę. Chciałbym coś jeszcze dobrze pobiec. Ale nie wiem, czy przechowała się forma w miarę podszykowana na Maraton Poznański i teraz delikatnie stymulowana niezbyt ciężkimi i niezbyt częstymi treningami. A może urosła?

Ze złamania 37 minut będę jakoś zadowolony. Ze złamania 36:30 będę zadowolony naprawdę. Z biegu poniżej 36 minut będę szczęśliwy.

W sobotę po urodzinach byliśmy sami z córką 1klasistką. Stanąłem nagle przed problemami matki polki. Co z obiadem? Nie chcialem pójść na łatwiznę do fastfoodu, wyszukałem w internecie przepis na sos serowy, dorobiłem skwarki z boczku, makaron i zjedliśmy normalne jedzenie. Ja wiem, że to żadne osiągnięcie, jak ktoś umie gotować, ale ja nie umiem. W gotowaniu mam jakąś godzinę i 20 minut na dychę (w przeliczeniu na bieganie).

Tak mi się to wyzwanie spodobało, że pogrzebałem jeszcze w internecie, zszedłem do sklepu, kupiłem proszek do pieczenia, mąkę, cukier i cztery marchewki. Zrobiłem sobie ciasto marchewkowe. Sobie, bo wszyscy chwalą, że wyszło, ale nikomu nie smakuje. Ma smak piernika z bakaliami.

Uważaj Kalabris, takie ciasto zrobiłem sobie raz w 1984 albo 85. Jechałem w góry i chciałem mieć jakąś słodką przekąskę, a batoniki lub herbatiki czekoladowe w handlu to wtedy nie za bardzo były. Znalazłem gdzieś przepis na ciasto marchewkowe, co wydawało się tak nieprawdopodobne, jak wyzwanie. Miałem je zapakowane w jakąś folię w dolnej komorze plecaka ze stelarzem Sport Kofer, który dostaliśmy z ojcem w Juniorze, akurat rzucili, a był to prezent od dziadka, który za plecak zapłacił. Stelarz był zewnętrzny z aluminiowych rurek. Szedłem przez Beskid Żywiecki, ciasto chyba sobie pokroiłem na kawałki, bez zatrzymywania rozpinałem suwak od dolnej komory, wyciągałem kawałek i jadłem między Wielką Raczą a Przegibkiem, między Rycerzową a Ujsołami, za Krawców Wierchem, na Miziowej, przełęczy Glinne, przed Mędralową i na Markowych Szczawinach.

Pamiętam jak je pakowałem do plecaka, w tej samej kuchni, w której w niedzielę z MSŻ odgrzewaliśmy ojcu pierś kurczaka z ryżem.

22:12, wojciech.staszewski
Link Komentarze (73) »
czwartek, 05 listopada 2009

Zwolniłem trochę i chyba dogonila mnie jesienna deprecha. Najbardziej to wyszło we wtorek. Posłuchajcie. W poniedziałek do nocy pisałem wywiad z Irkiem D., posłałem mu tekst do autoryzacji i we wtorek z sercem pełnym zapału wyszedłem na poranny trening. Zaplanowałem sobie coś szybkiego, a żeby było trochę inaczej, zamiast krótkich odcinków zrobiłem dwa razy po 3 km na wymierzonej dokładnie żółtej trasie w Lesie Kabackim. Nawet dobrze mi się biegło, może nie frunąłem jak ptak, ale dawałem równo jak lokomotywa. W jedną stronę 12.12, w drugą 12.06. Wprawdzie na Biegu Niepodległości zamierzam zrobić trzy takie trójki po (prawie) półtorej minuty szybciej każdą, ale jak na samotny bieg, to byłem zadowolony.

Aż zobaczyłem w domu w starych wynikach, że taki sam trening w lipcu zeszłego roku robiłem po 11.23 i 11.17. Starzeję się? Kontuzje mnie złamały? Czy dopadła mnie deprecha mięśniowa? Mówiłem, że już mi się nie chce, już liczę dni do Biegu Niepodległości i roztrenowania.

Przez cały wtorek usiłowałem ruszyć z kopyta z nowym tematem - mam napisać o Franciszku S. Dzwoniłem cały dzień do Macieja Sz., który był nie tylko jego piłkarzem, ale kumplem. Z tym że Maciej Sz. nie odbierał.

Wieczorem przyszedł kumpel z butelką pogadać o swoim rozpadającym się małżeństwie. Chwilę przed jego przyjściem sprawdziłem pocztę i dostałem mail od Irka D. - żona przeczytała wywiad i dała absolutny szlaban. Więc też miałem swój powód do zmartwienia. Wypiliśmy tylko po trzy kieliszki, ale i tak całą środę snuł się ze mną ból głowy. Towarzyszył mi u ojca, towarzyszył mi w pracy (Maciej Sz. nadal nie odpowiadał), towarzyszył mi na basenie z córką 1klasistką (była jedna na zajęciach z całej grupy, co mnie ucieszyło, bo mogłem poprosić pana, żeby poćwiczył z nią nogi do żabki, a ją zmartwiło, bo stadność odziedziczyła po Mojej Sportowej Żonie). Nie przeszedł mi nawet, kiedy Maciej Sz. przysłał esemesa, że był w Bieszczadach poza zasięgiem i się odezwie w czwartek w południe. Bo się nie odzywa.

A ja pobiegałem dziś z Kamilem D. O żonach, o pracy, o bliźnich. Daliśmy radę powstrzymać się przed zwyczajowym BNP, dociągnęliśmy w tempie 5:06 na kilometr pod koniec. I zrobiliśmy trzy rytualne przebieżki na maksa. Krótkie, trzydziestosekundowe, ale tempem się Wam pochwalę: w ostatniej zeszliśmy do tempa kilometr w 2:57.

To naprawdę jest tempo zapierające krew w płucach. A wiecie, że tak Haile G. biega maraton? I kolejny powód do deprechy.

Zaraz idę po córkę 1klasistkę do świetlicy. Poćwiczę chwilę sprężynami przed wyjściem, bo mi się układ mięśniowy całkiem podłamie.

16:25, wojciech.staszewski
Link Komentarze (78) »
poniedziałek, 02 listopada 2009

Wiadomości w dniu Wszystkich Świętych wspominają nieżyjących sportowców. To ja wspomnę mojego dziadka, który leży na Powązkach.

Na imię też miał Wojtek. Też był zawsze ogolony na łyso, dopiero niedługo przed śmiercią zobaczyłem na jego głowie siwą szczecinę. Zdaje się, że nawet rysy twarzy i ruchy mamy dość podobne. Dziadek. Kalabris, nie płacz.

Kiedy chorowałem, a w przedszkolu chorowałem permanentnie, przychodził posiedzieć ze mną, żeby rodzice nie brali zwolnień. Kiedy zdrowiałem szliśmy do AWF-u. Tam odbijaliśmy w dziecięcego badmintona. W domu, pewnie już w szkole, nauczył mnie grać w ping ponga na rozkładanym stole na wysoki połysk. Stół wyrzuciłem dopiero trzy lata temu, kiedy poprawialiśmy z Moją Sportową Żoną wygląd mieszkania. W ping ponga grywam do dziś, w sobotę idę na ucsir na turniej amatorów (może ktoś dołączy?).

Dziadek kupił mi pierwszy rower z dwoma kółkami, rometowskie Rodeo z dziwnym siodełkiem, którego potem się wstydziłem, ale w peerelu nie było co wybrzydzać. I zabierał na wyprawy. Raz ku zadziwieniu babci i moich rodziców dojechaliśmy na rowerze z Kasprowicza na Stołeczną do dziadków, jakieś 3 km, no to chyba jednak musiało być wcześniej, jeszcze na małym rowerku, skoro to był wyczyn. Dziadek. Kalabris, możesz płakać.

Kibicował zawsze Polonii Warszawa, szamocącej się za moich czasów między II i III ligą. Oglądaliśmy mecze. Chociaż częściej u dziadków słuchało się Wolnej Europy (młodsi: nawet z googla nie załapiecie, jaki to był klimat, sorry). Umarł rok przed odzyskaniem niepodległości.

Sportowego ducha zawdzięczam dziadkowi. Tata był zawsze asportowy, nasze górskie wyprawy to raczej odstępstwo od jego linii życia. Mama była schorowana, umarła dwa lata przed pierwszą solidarnością na zawał. Gdyby wtedy lekarze wiedzieli, że najlepsze lekarstwo na serce to ruch, gdyby umieli to przekazać mojej mamie, gdyby moja mama była w stanie uwierzyć, że długie wybieganie może odstresować lepiej niż paczka Klubowych, gdyby... Kalabris, wystarczy.

Trzeba z żywymi naprzód biec. W sobotę biegałem z ojcem koleżanki córki 1klasistki, który jak tylko zobaczył u nas moje puchary, to zaraz chciał się umówić na wspólne bieganie. Zrobiliśmy sześć interwałów na naszym 333-metrowym stadionie. Najpierw jedno kółko szybko, jedno truchtem, dwa szybko, jedno truchtem, trzy szybko, jedno truchtem. Ojciec koleżanki córki biegał trochę jak dla niego za szybko (w tempie 3:45 na kilometr), a ja po czwartym torze (czyli musiało być ok. 3:30), więc wszyscy byli po treningu zmęczeni i zadowoleni.

W niedzielę po południu był cmentarz. Wcześniej tata, a z rana rolki z MSŻ i córką 1klasistką na rowerze. Bo kiedy świeci słońce i wszyscy idą na cmentarz rolki stają się nie tylko przyjemnością, ale manifestacją alternatywnego stylu życia. Nie lubię cmentarzy. Wolę pamiętać o moich bliskich na blogu niż nad grobem.

W niedzielę znów nad grobem mamy usiłowałem coś poczuć. Poczułem tylko umiarkowane zimno.

W poniedziałek zrobiłem godzinę powoli (średnia 5:19 na kilometr) w Lesie Kabackim. I policzyłem sobie kiedy i co pobiegam do Biegu Niepodległości. Dziadek, stary legionista (młodsi: legiony, nie Legia) gdyby zobaczył nas w telewizji w tych białych i czerwonych koszulkach, pewnie by się wzruszył.

20:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (43) »
czwartek, 29 października 2009

- Mamo, życzę ci, żebyś była czwarta - ośmioletni syn Agnieszki, chłopak zafascynowany techniką i wszelkimi urządzeniami był szczery. - Bo jak będziesz pierwsza, to wygrasz pieniądze, a jak będziesz czwarta to może znów dostaniesz mikser.

Autentyk. Słyszałem to dzisiaj od Agnieszki G., która wygrała niedawno Maraton P. A jest jak my amatorką z krwi i kości, tyle że ma w tej krwi więcej hemoglobiny, w płucach wyższe VO2max, a kości też jakieś lepsze. Pierwszy maraton w życiu praktycznie bez żadnego treningu przebiegła na studiach w 3:37, a w Poznaniu była równo o godzinę szybsza.

Pół roku temu po niezbyt udanym Dębnie (2:43 ;-) stanęła przed decyzją: pracować zawodowo, czy zaryzykować zawodowe bieganie. Zaryzykowała. I wygrała, przynajmniej jeden maraton. Jeśli do tego dodać, że sama wychowuje syna, jej trenerem jest na odległość guru Skarżyński, który nie może odżałować, że Agnieszka nie ma jak wyjechać na obóz w góry - to naprawdę wychodzi kobieta z żelaza, z węgla, z kopalni.

Do Katowic pojechałem pociągiem. Dwie rzeczy mnie zaskoczyły - jak przyjazny, przyjemny, czysty, komfortowy był pociąg. Odespałem pracę w nocy. I druga: jak paskudny, brzydki, obsurny, architektonicznie nieprzyjazny jest dworzec PKP w Katowicach. Dla mnie numer jeden w konkursie na najbrzydszy dworzec w Polsce. Centralny to przy tym perełka. Nie wiem tylko, jak w Kutnie, ale bałem się tam patrzeć jak przejeżdżałem, żeby mi nie pękły oczy (młodsi: Kazik).

Nikt chyba tego nie mył z kopalnianego pyłu od odejścia Edwarda Gierka z funkcji pierwszego sekretarza PZPR. Architektura przeciw ludziom - schody, schody, schody, wszyscy taszczą walizy, kobietom mdleją ręce, a nikt nawet podjazdu nie zrobi, chociaż akcja świat bez barier przetoczyła się przez świadomość społeczną dobre dziesięć lat temu.

Gdyby to Unia Europejska zobaczyła, pewnie uznałaby teren dworca za obszar eksterytorialny. Koszmar.

Ciekawe jak się trenuje w tak pięknie zapylonym mieście. Nie wiem, bo nie wziąłem ze sobą rzeczy do biegania. Pobiegałem za to w środę w Warszawie. Rano praca w domu, Moja Sportowa Żona przyjechała do gazety na obiad po porannym fitnessie, a ja tam przybiegłem robiąc trzy razy 8 minut szybko (po ok. 4:00) z 2-minutowymi przerwami w truchcie. Do kieszeni wziąłem tylko empetrójkę i legitymację gazetową, bo ja mam taki brak charyzmy, że ochroniarz na bramce zawsze każe mi okazać dokument. A MSŻ chociaż nie pracuje w gazecie i w ogóle legitymacji nie ma, zawsze wchodzi bez problemu. Prawie jej salutują. Tak po dwakroć było też tym razem. Potem wróciliśmy, potem szef stwierdził, że jednak muszę sporo poprawić w tekście o obijaniu się w pracy, więc pracowałem do późnej nocy, a o piątej trzeba było wstać na pociąg.

We wtorek też było wolne. Od biegania. Bo w pracy wstawialiśmy mój tekst o fitnessie dla seniorów z pozycjami prezentowanymi przez MSŻ. MSŻ niezadowolona z efektu, bo na jednym zdjęciu nie widać jej szyi, a dwa inne są zrobione pod kątem innym niż 90 stopni. Jak już przeżyła w związku z tym całą chmurę emocji, dałem jej nową ksywkę: Perfekcja.

Nie za dużo tego biegania teraz. Takie dożynki, sportowe ostatki. Dobrze, że pogoda ciut lepsza, nawet przez katowicki pył przebijało się dziś słońce. Mam nadzieję, że jutro też wyjdzie na bieganie. Robimy godzinę BNP w Kabatach z Kamilem D.

Sportu wokół nas pełno. Do Katowic pojechałem na wywiad z pewnym 58-latkiem. Tym razem w konkursie nie będzie nawet inicjałów, bo znów za szybko zgadniecie. Facet pogodny, uśmiechnięty. Wprawdzie po wypadku samochodowym sprzed 20 lat ma problemy ze stawami skokowymi, ale postanowił się za siebie wziąć, chociaż nigdy nie miał nic wspólnego ze sportem. Sześć razy w tygodniu chodzi rano na basen i siłownię. A bohaterem dzisiejszej zagadki jest...

 

22:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 26 października 2009

Stara Miłosna przywitała nas uśmiechem Biegającej Izy, która bywa tu pod blogiem, a na zawodach pełniła rolę szefowej biura. Zdjęcie (moim aparatem, dziękuję darczyńcom) zrobiła jej B&B, która też bywa i pełniła rolę dyrektorki maratonu jak sądzę.

fot. b&b

Ja w tym czasie biegłem w biegu na jedną pętlę 7 km z haczykiem, bo zaplanowałem sobie treningowe przebiegnięcie jednej pętli, a skoro na miejscu okazało się, że są takie zawody, to czemu się nie pościgać. Bez rewelacji, bo w piątek oprócz wizyty u taty (zawiozłem mu kubek z zakrywką, który na dziale dziecięcym kupiła Moja Sportowa Żona, więc wreszcie znów może się napić samemu ciepłej herbaty) miałem spotkanie z niebiegającym przyjacielem. Nie na tyle intensywne, żeby mieć rano kaca, ale na tyle, żeby nie bić życiówek na 7 km. Miejsce zająłem szóste. I zacząłem się zastanawiać, czy Daniel-Źrebak, którego zwycięstwo w całym biegu zapowiedziałem wcześniej w internecie, czy Dziki, któremu wróżyłem brąz, czy Pict, który tu bywa i któremu życzyłem srebra - czy mnie przebiją. W obu biegach startowało około 50-60 osób, więc szanse były wyrównane.

 

 

 

 

Kwadrans po nas pierwsze kółko kończyli maratończycy. Zobaczyłem jak Daniel-Źrebak prowadzi! 10 sekund za nim biegnie człowiek w białej czapeczce, a trzy minuty za nimi znajomy Robert C. z nieznajomym. Dobry początek. Przebrałem się w suche rzeczy o zacząłem cykać zdjęcia. Prawie wszystkie potem powywalałem aż zrobiłem fotę Wojtkowi W. z fundacji Maratonu W. w połowie dystansu. Fotę, z której jestem najbardziej zadowolony.

fot. ja

Daniel niestety był trochę niewyraźny jak Robin W. w filmie Woody'ego A. Na drugim kółku biegł już za białą czapeczką i za Chiny nie dawał się ostro sfotografować. Aparat ci prawdę powie.

fot. jaWyszła za to fota Roberta C., który w zeszłym roku był tu pierwszy, a teraz zdobył trzecie miejsce. Niech zdradzę.

 

 

 

 

Jak przeglądam te wszystkie zdjęcia (więcej na http://picasaweb.google.pl/staszewskibiega/StaraMilosna#), to myślę, że jedno widać: to naprawdę koleżeńska, lokalna, sympatyczna impreza. Człowiek biega nie tylko po życiówki w gigantycznych biegach.

Na finiszujących w napięciu oczekiwała dyr. B&B. W tle wolontariusze oczekujący na prowadzącego biegacza w białej czapeczce.

fot. ja

A to biegacz. Wygrał z czasem trzy godziny z haczykiem. To nieźle na trudnej, piaszczysto-krossowej, urokliwej jakby puszczańskiej, choć w innym, azjatyckim mikroklimacie utrzymanej trasie. Cieszy się, bo wpada na metę i będzie zaraz złoty nie tylko od folii NRC.

fot. ja

Z 10 minut za nim wbiegł nieznajomy, który zaczynał z Robertem C., a potem Robert C.

fot. jaDaniel-Źrebak ostatnie kółko zaczynał na czwartym miejscu, ale stężała twarz zdradzała, że to nie on będzie wyprzedzał na finiszu. Dobiegł piąty. Człowiek, który kończy maraton gorzej niż zamierzał cieszy się mniej niż gdyby przeskoczył swoje marzenia. Ale nadal się cieszy.

Dalej był Pict. Tu mała dygresja. Dzięki Pictowi, że miał taki charakterystyczny numer, jak niedawna osiemnastka mojej córki licealistki i że o tym wcześniej powiedział. Bo ja mam zawsze na biegach potworny stres, że nie rozpoznam ludzi. Mam defekty pamięci czy coś innego, moja ciotka uważa, że to mikroudary wywołane skokami ciśnienia przy interwałach. Ale inni biegacze nie mają aż takich dziur w pamięci. Ja mam. Na starcie do minimaratonu niemal nie rozpoznałem żony Wojtka W., którą znam przecież; wytłumaczyłem się, że miała włosy ukryte pod czapką.

Więc chcę Wam powiedzieć: jeżeli nie chodziliśmy razem do liceum i kiedyś nie powiem komuś z Was uśmiechniętego "cześć" na biegu, to nie dlatego, że jestem gburem, redaktorem, chamem zadzierającym nos lub inne członki. Tylko to przez mój deficyt. Wybaczycie?

A to Pict na mecie. Samo szczęście.

fot. ja

I Dziki.

fot. ja

Wszystkim się zdawało, że wpadł na 10 miejscu, a to było 11. Symboliczny maratoński numer w dniu maratońskich urodzin (42 lata i 195 dni). I pomyśleć, że dwa lata temu w podobnym lesie (Kampinos) nie mogłem go za Chiny namówić na starty w zawodach.

Po finiszu Dzikiego pędem się zmyłem do domu. Bo MSŻ szła na konwencję fitness popatrzeć na układy, więc musiałem przechwycić córkę przedszkolaka. Ja fitnessem żyłem w piątek, bo piszę o fitnessie dla seniorów, byłem na takich zajęciach, zrobiłem parę rozmów, z MSŻ również, a kto będzie chciał będzie mógł przeczytać w środę w Gazecie W.

Niedziela była niebiegająca, niesportowa, tata, zupa, pranie pościeli jeśli wiecie, co mam na myśli.

A poniedziałek rozpocząłem od rozmowy z Marią C., prawdziwą zawodniczką, która m.in. biega, po wywiadzie trenowała na Kępie Potockiej, a ja się pod to bieganie podłączyłem (45 minut w pierwszym zakresie). I jak to jutro opiszę, to kto będzie chciał, będzie mógł przeczytać w listopadowym numerze Biegania.

Jeszcze zagadka: kim jest Maria C.? Ale bez nagród, bo ja nie mam kopalni ludzików na samochody.

22:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (45) »
czwartek, 22 października 2009

Nigdy tak o nim nie myślałem. Jak zabierał mnie na pierwsze wycieczki w góry na Kicarz, na Radziejową, na Prehybę, to było jasne, że ja, Wojtuś, się męczę, a on idzie twardo, chociaż oprócz chlebaka niesie ciężki aparat fotograficzny produkcji NRD. Ale potem dorosłem i to ja nosiłem cięższy plecak na Pilsku, Babiej albo na Śnieżniku. Na Śnieżniku zresztą od tamtych lat nie byłem ani razu.

W szpitalu ojca zbadali stwierdzili, że zdrowy jak koń, jedyne co mu dolega to 79 lat i stan poudarowy. Słaby jest przy tym jak tamten Wojtuś. Odesłali go do domu, Moja Sportowa Żona przywiozła go w poniedziałek. We wtorek rano prowadziłem ojca do ubikacji, stękał, sapał, ryczał z wysiłku, ale stawiał kroki. Nauczyłem się od opiekunki technik podtrzymywania i jakoś doszliśmy.

W środę to samo, ale dużo lepiej, dużo mocniej, już się opierał bardziej na nogach niż na mnie. Stwierdził, że chce siedzieć na fotelu, a nie tylko leżeć. Próbował nawet podejść do fotela ostatnie dwa metry. Jeszcze się nie udało.

Ale wtedy pierwszy raz w życiu pomyślałem o nim: twardziel. Ten wysiłek, ta walka, naprawdę na śmierć i życie - są imponujące. Nasze zmagania z brakiem węglowodanów na 40. kilometrze albo bolącym kolanem - to nic. Czujemy się czasem bohaterami, bo rzeczywiście jesteśmy sprawniejsi, mocniejsi, twardsi niż średnia krajowa. W moim ojcu zobaczyłem superbohatera.

W środę rano pobiegaliśmy z Dzikim w puszczy. Było to umówione wcześniej, a postawiłem sobie za cel, żeby oprócz zajmowania i przejmowania się chorobą ojca, mieć normalne życie. Dlatego nie odwołaliśmy we wtorek randki z MSŻ, tak jak było zaplanowane poszliśmy do kina. Na jeden z najgorszych filmów świata i ubawiliśmy się przy tym cudownie ze sobą. Dlatego nie odwoływałem środowego biegania. Tylko na pracę mi trochę czasu brakuje, ale akurat mam tygodniowy urlop, musiałem wziąć, bo mi zostały zaległe dni. W listopadzie też mam pięć dni urlopu, już dziś się boję, co to będzie.

Pogoda w puszczy paskudna, wilgoć, zimno. W pewnym sensie czuliśmy się twardzielami, kiedy ruszaliśmy w las, ale tylko w pewnym sensie. Miało być półtorej godziny powoli, wyszło półtorej godziny coraz szybciej. Zaczynaliśmy od kilometra w 5:45, a kończyliśmy po 4 z małym hakiem. Do tempa 4:45 dość swobodnie gadaliśmy. O kobietach tak jak kiedyś. I o problemach z karmieniem osiemdziesięciolatka albo podnoszeniem stukilogramowej kobiety, która jak się przewróci, to nie potrafi sama wstać. A przewróciła się już trzy razy. Ależ biegnie życie.

Dziś miałem też pobiegać, ale wypadło mi spotkanie z panią psycholog pracy do tekstu, który piszę. Trening przełożyłem na jutro. Bo teraz jest taki czas miękkiego, ślizgowego lotu szybowca. Przedmaratońskim BPS-em wybiliśmy się wysoko. Przeskoczyliśmy poprzeczkę, nawet jeśli musieliśmy ją sobie trochę w locie opuścić. A teraz lecimy swobodnie, BPS wciąż daje nam napęd, możemy wprowadzać do lotu drobne korekty - trafione w punkt treningi wolniejsze albo szybsze, ale już nie tak intensywnie wykańczające jak przed maratonem. Ale szybujemy. Cała filozofia, żeby wykorzystując lekki podmuch wiatru znów wznieść się na wysoki pułap w kończących sezon startach - na dychę, piątkę albo w połówce. Albo nawet w całym maratonie - w sobotę Dziki i Daniel-Źrebak biegną w Starej Miłośnie. Daniel powalczy o zwycięstwo, Dziki o trzecie miejsce, a ja się chyba wybiorę z aparatem (dzięki dla darczyńców), żeby to uchwycić.

A pokazywałem Wam kiedyś zdjęcie taty? Wielkanoc, półtora roku temu. Na fotografii w tle moja mama.

tata

 

 

20:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (68) »
poniedziałek, 19 października 2009

Pamiętam, że to blog biegowy. Nie miejsce, żeby pisać o wódce, białaczce albo karetce. Ale dziś właśnie o tym chcę napisać.

Wódka była w piątek. Kumplowi wali, a może przebudowuje, się życie. Więc kiedy w piątek wieczorem zaproponował picie wódki stanąłem przed dylematem: czy plan sportowy czyli dobry wynik na Kabatach w sobotę, czy relacje międzyludzkie. Gdyby to był maraton albo Bieg Niepodległości nie byłoby dyskusji, wygrałoby bieganie. Przed Kabatami, czysto kontrolnym startem, wygrała relacja.

W sobotę zrobiłem chyba życiówkę w kategorii "po alkoholu". Wstałem bez kaca, bo przeginki nie było, zjadłem śniadanie, wypiłem ze dwie herbaty i na zawody. Do czwartego kilometra szło nawet nieźle, miałem luz, a czas zapowiadał nawet możliwość walki o wiceżyciówkę, jeśli dam radę przyspieszyć po półmetku. Ale na półmetku zacząłem niepostrzeżenie zwalniać. Zawsze powtarzam, że alkohol nawet to symboliczne piwo "na uspokojenie" przed maratonem nie służy bieganiu. Tu zadziałało jak ogranicznik prędkości. Jedyna satysfakcja, że na finiszu nie dałem się Benkowi W., ale myślałem, że serce mi wyfrunie, gdyby piłkarze biegali z takim zaangażowaniem, to wygrywalibyśmy z Brazylią. Czas 37:23, o pięć sekund lepiej niż dwa tygodnie temu. Wtedy było w trakcie przeziębienia, a teraz tydzień po maratonie i dzień po piciu. Nie wiem, co cenniejsze. Wiem, że wódka z kumplem bywa bezcenna, nie żałuję straconej minuty (bo pewnie skończyłoby się około 36:30).

Prosto z lasu pojechałem do Gymu, w którym pracuje Moja Sportowa Żona. Gym urządzał dzień otwarty połączony z charytatywną imprezą na rzecz fundacji im. Agaty Mróz. Można było zapisać się do banku dawców szpiku, co MSŻ zrobiła, mi jakoś na to brakuje odwagi (choć zdaje się, że odwaga nie ma tu nic do rzeczy); po sezonie jak zwykle oddam krew, na tyle mnie stać. Człowiek nie może zrobić więcej niż go stać. Dotyczy to nie tylko oddawania komórek i nie tylko wyników sportowych. Ale o tym za chwilę.

W Gymie przebiegłem na bieżni 6 km. Rany, jak się spociłem przy tempie 5:00, na bieżni chyba czas albo droga płyną inaczej. Córka 1klasistka przepłynęła dwa baseny. A Gym za każdy kilometr/basen płacił coś fundacji. Chociaż pewnie najbardziej liczą się nie te złotówki, tylko to, że będziemy sobie o tym opowiadać i uda się potem więcej ludzi uratować przed białaczką. Naprawdę patrząc na ten ruch na wszystkich bieżniach miałem to poczucie, że biegam w słusznej sprawie.

Wprowadziłem Was w medyczny klimat? W niedzielę wieczorem pogotowie zabrało mojego ojca, przewrócił się w domu i nie mógł wstać. Okazało się, że nie wiem, jak wciągnąć bezwładnego, zbolałego człowieka na łóżko, jak go ułożyć, jak go posadzić, żeby podać herbatę. Wiem jak się ćwiczy skipy A, kiedy zrobić kilometrówki pod superkompensację i jak rozciągać przywodziciele, a nie wiem, jak się myje gąbką człowieka, który nie dojdzie do wanny.

W szpitalu stwierdzili, że ojciec niczego nie złamał, ortopedycznie jest w porządku (tak powiedzieli), neurologicznie te jest w porządku. Tylko, że ma 79 lat i udar za sobą. Jego aktywne życie, codzienne prawie marsze do Puszczy Kampinoskiej, nasze wakacyjne łażenie po górach, sobotnie wyprawy rowerowe - nie zaprocentowały na starość, bo nie leczone nadciśnienie to zniweczyło. Dlatego biegnijmy po zdrowie, ale pilnujmy też zdrowia. Piszę to w dniu, w którym trzech biegaczy zmarło na maratonie w Detroit. Lekarze orzekną lada moment: nie przez bieganie, tylko przez choroby, które mieli. Sport nie zwalnia z obowiązku dbania o zdrowie.

Dziś MSŻ pojechała do mojego ojca do szpitala, ja zająłem się pracą i córką 1klasistką. A ja zostałem z pytaniami: na ile opieki, zmiany obecnego życia, rezygnacji, nauczenia się nowych rzeczy, na ile będzie mnie stać? I jak to wszystko zorganizować? Pobiegłem pomedytować o tym przez godzinę w pierwszym zakresie. Bo nawet jeśli nie znajduję przy tym gotowych rozwiązań, bieganie jest drogą.

 

20:27, wojciech.staszewski
Link Komentarze (72) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 68
| < Listopad 2009 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30            
Zakładki:
O mnie
Polecam:
Wkrótce tu biegnę: