Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Co ciekawego robiłeś w weekend - zagadnął mnie w pracy Dawid, najsympatyczniejszy zresztą z całego tego kółka balangowego. Przeleciałem myślą cały weekend, cały mi w sekundzie stanął przed oczami i uznałem chyba, że najciekawsze było, jak wyszliśmy w Moją Sportową Żoną na trening, ona biegła, ja jechałem z Małym Yodą na rowerze, dojechaliśmy do Lasu Kabackiego, ona zrobiła pętelkę, a ja się zatrzymałem, żeby Mały Yoda pospacerował, żebyśmy porzucali piłką, ale też w takim miejscu, żeby zrobić samemu 10 serii po 6 podciągnięć na drążku. Potem MSŻ wróciła z pętelki i razem dotarliśmy do domu.

Nawet zacząłem na to pytanie odpowiadać, ale chyba zacząłem mówić do wnętrza siebie, bo kółko balangowe gdzieś odjechało we wspomnienia gorączki letniej nocy. Bo jak masz powiedzieć komuś, jaką przyjemność sprawia taki trening, skoro on ma w rękawie historyjki, co wciągał, co dmuchał, a co wydmuchiwał ustami oraz nosem.

Jestem teraz w pracy dość zabawnie i ostentacyjnie zarazem wykluczony z grona imprezowego, które wije się tuż koło mnie jak bluszcz. Kurcze, mam chyba tak udane życie, że ku mojemu zaskoczeniu nie dotyka mnie to, bardziej żenuje.

Mam tak udany weekend, że w ostatni zrobiliśmy z MSŻ jeszcze raz to samo. Tyle, że przez jej uraz w kolanie (nabyty najprawdopodobniej przy zrywowych ruchach na tenisie, a nie podczas biegania) oboje byliśmy na rowerach. A ja po tym, jak przez trzy tygodnie czułem masakrę w mięśniach brzucha, nie robię już 10 serii, tylko 4. W tygodniu były po 6 powtórzeń, teraz po 8.

Biegać - biegam. Ale to jeszcze nudniejsze niż ta mała kalistenika, więc sobie daruję.

Jedyne co ciekawe, to rozpoczęcie wojny z brakiem kultury na ulicy. Jak się znów coś wydarzy napiszę, na razie zapraszam do zdjęcia i historyjki z rękami na Facebooku.

Musi być jeszcze zdjęcie, żeby się klikało. W tygodniu niczego nie sfotografowałem, bo mam aparat zapchany surowymi filmikami z obozu i nie mam kiedy usiąść zrobić filmu. Więc jedna fota z obozu:

W tle biegaczka-Sabina, z którą za miesiąc debiutujemy w maratonie z metą na stadionie. Na pierwszym planie butelka wody mineralnej podarowanej nam - oprócz Poweradów - na obóz przez Coca Colę. To dla mnie duża zagadka od dwóch lat. Dają nam wodę i izotonik na treningi na stadionie, chociaż nie jesteśmy biegającymi pannami. A np. Sabina jest mężatką.

Pora się puścić. Z uwięzi. W sobotę startujemy z MSŻ na parkrunie. Mała piątka, a cieszy (przynajmniej przed startem). A za tydzień jadę do Krynicy na 34 km. Ktoś jeszcze jedzie? Paru Podopiecznych się wybierało, ale czym bliżej startu, tym Krynica robi się dalej od wszystkiego, co zresztą rozumiem, bo to naprawdę daleko.

Z Krynicą jesteśmy partnerami. Z parkrunem nie. Ze sobą jak najbardziej, pełne porozumienie sierpniowe.

Ważna informacja - jeszcze przez kwadrans. Na stronie Festiwalu Biegowego jest promocja - można się zapisać za 40 pln, ale tylko do północy. To z okazji rocznicy porozumień sierpniowych (młodsi: google). Trzydzieści pięć lat minęło.

23:44, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Miał jedno kółko do końca, złoty chłopak, podobno rozrywkowy. Zahaczył motorem o koło rywala, poleciał na bandę i rdzeń przerwany. Może zostać paraolimpijczykiem jak Rafał Wilk, były żużlowiec, dziś kolarz ręczny, jak o sobie pisze.

O tym piszę w tym tygodniu. Temat sportowy, bo Staszewski się redakcji ze sportem kojarzy. Ale przecież to nie będzie o sporcie, tylko o ryzyku, igraniu, przesuwaniu granicy lęku i gejzerach adrenaliny. Tak wynika z tekstów, które przeczytałem, jutro zaczynam rozmowy z największymi żużlowcami, to się dowiem.

Pamiętacie to - są tylko trzy prawdziwe dyscypliny sportowe: alpinizm, wyścigi samochodowe i walki byków, reszta to gry. Jest w tym amerykańska poza, ale jest i ta myśl, że sport jest wtedy, kiedy jest realne ryzyko. Trudno się z tym w XXI wieku zgadzać, bo jeśli być konsekwentnym, trzeba by uznać, że są jeszcze inne sporty: walki gladiatorów, pojedynki rewolwerowców i turnieje rycerskie.

Ale jeśli chcemy być konsekwentni, to za 100 lat oficjalne federacje żużla, Formuły 1, a może też i bosku zostaną rozwiązane. Boks przetrwa w podziemnym kręgu (wiecie, że jest fajny audiobook czytany przez Szyca?). A wyścigi samochodowe i motocyklowe będą się odbywały na tajnych podziemnych torach w nieczynnych kopalniach węgla kamiennego. Kopalnie pozamykają, bo będziemy całą energię czerpać ze słońca.

Słońce grzeje tak, że ciepłolubnym umila życie (naprawdę jestem szczęśliwy w tym piekarniku), ale utrudnia treningi. Wisła wyschła. Robiłem w czwartek dwugodzinne wybieganie, zagubiłem się, więc wyszło z 20 minut więcej i pobiegłem sobie nad Wisłę, bo po co oglądać w suszę telewizji, skoro można na żywo.

W telewizji lecą Mistrzostwa Świata w Grach na Stadionie. Przez te chińskie godziny przelatują trochę obok. Widziałem w niedzielę rzut Fajdka zanim wyszliśmy na obiad i do ojca.prl, ale już konkursu Majewskiego nie śledziłem dokładnie. Zauważyłem tylko, że czarnoskóry Jamajczyk był wysoko, sprawdziłem sobie teraz, że zdobył brąz. Jamajczycy w kuli? Albo Kenijczycy wygrywający półfinały 400 m przez płotki? Kibicuję im, bo to nowe, świeże, ciekawe.

Gorzej z biegiem na 10 tys. m. Nie obejrzałem do końca, gdzieś musiałem wyjść. A szkoda, bo dwaj odróżnialni dla mnie zawodnicy liczyli się w grze. Mo Farah wyróżniający się brytyjską koszulką wygrał, a Gallen Rupp wyróżniający się jasną skórą był wysoko.

Nie wiem, jak to napisać w XXI wieku jeśli jest się liberalnym demokratą z dużego europejskiego kraju, ale biegi długie na dominacji czarnych biegaczy strasznie tracą na atrakcyjności. Jestem za pełnym szacunkiem, równouprawnieniem nie tylko ogólnoświatowym, ale wręcz kosmicznym - ale nie jestem w stanie uważać, że wyścig, w którym ściga się 11 tys. czarnoskórych biegaczy, a na koniec wygrywa czarnoskóry biegacz jest równie atrakcyjny jak rywalizacja ramię w ramię wszystkich olimpijskich kółek. A coś takiego było chyba w maratonie, którego nie widziałem, bo był rozgrywany w ciemnej nocy czasu europejskiego.

Zbliżają się jesienne maratony. Oby nie upalne. Ja mam już plan startów. Najpierw 34 kilometry na Festiwalu Biegowym w Krynicy, z którym znów sobie partnerujemy (dostaniecie w tym roku do pakietów ulotki Kancelarii), to będzie mój trening siłowo-wytrzymałościowy. Potem Warszawę z Biegaczką Sabiną (!) na czas 4:14-4:24, to będzie moje długie wybieganie. A 17 października Maraton Kampinoski, tam powalczę.

Hemingway powiedziałby, że to gra terenowa.

21:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2015

Może nad morze? - zapytała Moja Sportowa Żona i spojrzała tymi sarnimi oczami, a od tych sarnich oczu zobaczonych na zaśnieżonej polanie pod Luboniem Wielkim w spontanicznym odruchu mięśnia sercowego nadałem jej ksywkę Sarenka.

Nawet jeśli ten dialog w istocie był nieco inny, z wyliczaniem, kto miał w te wakacje swoje jeziora i swoje góry, a kto swojego morza nie miał, nawet jeśli nie było tych spojrzeń, bo wzrok utkwiony w szosie przed nami, bo rozmawialiśmy w samochodzie wracając z Rabki do Warszawy, nawet jeśli naprawdę wyglądało to trochę inaczej, to ja to tak zapamiętałem w mięśniu.

No to dobra, jedziemy nad morze. Na trzy dni. Tydzień w Newsweeku kończył mi się w czwartek, bo drukarnia nie pracowała w sobotę z powodu święta Matki Boskiej Zielnej Bodajże, czyli musiała wydrukować numer w piątek, więc my go musieliśmy zamknąć do czwartku. Wymagało to większej spinki w tygodniu, więc tylko mogłem się cieszyć, że mam regenerację po obozie. Ale otwierało niespodziewaną perspektywę dokończenia wakacji na plaży. Zwłaszcza, że pogoda jak drut, wiem, bo pisałem o upałach i synoptycy zapowiadali front dopiero na poniedziałek (dziś), a i tak nie wiadomo, czy nie odbije się od masywnego, wschodnioeuropejskiego wyżu.

Znaleźliśmy ostatnie chyba miejsca noclegowe na Mierzei Wiślanej, w Sztutowie. Mierzeja to odkrycie sezonu, nie trzeba przebijać się przez Trójmiasto ani Obwodnicę Trójmiasta, jest dobre dwie godziny bliżej niż do naszej Jastarni albo Łeby. A przynajmniej Rybackie Kąty mają swój urok. W piątek dobiegłem tam plażą częściowo po suchym, częściowo po mokrym piasku - czyli trening siły biegowej. W sobotę bieganie po lesie odcinek pierwszy i odcinek drugi przedzielone wywrotką, po której wyłączył mi się Garmin. Na uszach "Zły" Tyrmanda, czytałem, kiedy Jasiek miał tyle miesięcy, co Mały Yoda, ale mało pamiętam. Niezłe; godzimy się na pewną umowność przestępczości i po zaakceptowaniu tej konwencji wychodzi norweski kryminał z nostalgią odbudowywanej Warszawy.

A w sobotę marzenie niewymarzone wtedy pod Luboniem ani długo długo potem - wspólne bieganie z MSŻ po plaży, Małego Yodę zostawiliśmy z córką 6klasistką, kopał w piachu jak najęty.

Jak plaża, to parawany. Czytałem sobie o parawaningu leżąc na ręczniku. Jaka to piękna kalka socjologiczna: Polacy tacy zamknięci, ksenofobiczni, fanatycy grodzonych osiedli, głosują na PiS, nikomu nie ufają, od wszystkich się grodzą murem no i na dowód tego odgradzają się od innych parawanami na plaży. Jak się to wpisuje w moje własne uprzedzenia do miłośników plażingu. Uważam, że trzeba mieć w sobie strasznego słonia, żeby największą rozkosz znajdować w spędzaniu całego urlopu na plaży i niepodejmowaniu większego wysiłku niż doczłapanie się do baru z piwem i frytkami z serem, żeby bardziej utyć. Nic tylko zrobić sobie z parawanu sztandar i napisać dużymi literami "Precz".

Ale czy to nie jest zbyt łatwe? Parawan by się nam przydał zwłaszcza w piątek, bo chyba szedł jakiś niezapowiedziany prąd, że dawało się przeżyć tylko płasko przy ziemi. Wyżej urywało głowę i zmuszało do założenia koszulki. W sobotę i niedzielę dałby nam więcej spokoju, bo chociaż wiało mniej, to nie dało się porzucać frisby. Za to ja po długim wybieganiu dałem radę wejść na chwilę do wody; muszę być naprawdę rozgrzany.

Najgorsze są parawany wokół głowy. Kiedy jesteś tak ograniczony własnymi stereotypami, że patrzenie na świat nie jest ci w ogóle potrzebne.

Mały Yoda do wody ośmielił się dopiero w niedzielę (chociaż oczywiście w piątek ruszył do wody jak ćma do światła, a po pierwszej fali uciekał jak poparzony). Trenował krok biegowy na mokrym piachu. Praca ramion nie najgorsza.

A kto pamięta z jakiej piosenki jest tytuł odcinka? Ja miałem wtedy mniej więcej tyle lat, co córka 6klasistka.

 

22:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Już nigdy koszulki nie będą takie białe, a widok z Lubonia taki piękny. Już nigdy. Już nigdy nie wbiegnie tam ta sama ekipa, nie zapozuje na tle Szczebla i Śnieżnicy. Już nigdy. Już nigdy nie będziemy mieć tyle lat, ile mieliśmy słuchając tamtego kawałka Świetlickiego w wykonaniu Lindy. Ani tyle, ile mieliśmy na tym obozie.

Już nigdy na niebieskim szlaku zwanym w trenerskich zapowiedziach "płasko do góry" Michał nie będzie biegł przed Nadzieją, Wojtkiem i Anią Marysią.

Już nigdy Przemek J. z Michałem i Andrzejem nie będą konać tak spektakularnie po krosie na Bani, który ma już sławę najcięższego - obok końcowej sztafety - treningu na obozie.

Już nigdy Ryszard z Alicją, kapitalne małżeństwo zresztą, nie wygrają konkursu deski wśród kobiet i mężczyzn - oboje z fantastycznym wynikiem 6:30. Chociaż to akurat może się najprędzej powtórzyć.

Mam nadzieję, że jeszcze nie raz staniemy z Moją Sportową Żoną na Babiej Górze i zrobimy sobie słodką fotę. Pierwszą zrobiliśmy sobie równo dziesięć lat temu, postanowiliśmy to powtarzać co roku, założyliśmy nawet w komputerze specjalny katalog... I jest w nim to jedno zdjęcie sprzed dziesięciu lat. Teraz będzie drugie.

Opowiedziałem tę historyjkę wszystkim obozowiczom ("Uwaga, trener ogłasza ważne informacje..." - już nigdy ta formułka nie będzie tak świeża, zabawna i spontaniczna, jak w tym roku), kiedy robiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia na szczycie Babiej. I chciałem spuentować, że opowiadam ten gag jak z komedii romantycznej, bo najważniejsze w życiu są emocje. Także na takim obozie, na którym się polubiliśmy (na pewno nie każdy z każdym, ale generalnie wszyscy, sieć polubień była gęstsza od pajęczyn w krzakach u stóp Lubonia), na którym razem bijemy brawo zwycięzcom, zdobywcom tytułów królewskich i dyszymy sobie co i raz na plecach.

Tu Agnieszka królowa tysiąca metrów, downhillu, płotków i strzelców dyszy na plecach Joli podczas zbiegu z Babiej. Same tytuły królewskie przyznawane po największych osiągnięciach, podbiegach, sztafetach, szczytach zdobytych przed wszystkimi są - przynajmniej dla mnie, przynajmniej dla nas - jak poezja.

Prócz Agnieszki korony zdobyli:

- Nadzieja, królowa Turbacza, krosu i Barda

- Kasia, królowa podbiegów i płotków

- Michał, król Turbacza, Maciejowej, Lubonia Wielkiego i downhillu

- Henryk, król podbiegów i Barda

- Przemek J., król tysiąca metrów i Lubonia Wielkiego

- Przemek C. - król krosu, sztafety i Lubonia Wielkiego

- Alicja - królowa deski

- Ryszard - król deski

- Ania Mała Czarna - królowa stretchingu

- Ania Marysia - królowa stretchingu

- Jacek - król Lubonia Wielkiego

- Oktawia - królowa sztafety.

MSŻ prowadzi stretching po Babiej Górze (w tle Ania Chusteczka). Zawsze był na sali fitness, w tym roku zrobiliśmy go w ogrodzie naszego pensjonatu. Ptaki ćwierkały, kiedy włókna mięśniowe wracały do fizjologicznej długości. Też zaliczyłem całą godzinę (w pierwszej turze, a zdjęcie jest z drugiej), bo czułem ten obóz w nogach. Zrobiły mi się drewniane, miałem wrażenie, że mięśnie się zbiły jak deseczki za pomocą gwoździ. Zrobiliśmy w tydzień jakieś 110 km z czego mnóstwo jakościowych.

Z górami pożegnaliśmy się zbiegając z Lubonia. Ze sobą nie pożegnaliśmy się do końca. Chociaż była jeszcze sztafeta na stadionie, chociaż był siwy dym w Siwym Dymie, chociaż rozjechaliśmy się po Polsce. Ale wiem z maili od obozowiczów, że nie tylko ja myślę o tych gorących kilometrach, kiedy słońce podgrzewało powietrze do 30 stopni z kawałkiem nawet w cieniu, a my staraliśmy się wrócić z Turbacza przed południową burzą i wypatrywaliśmy słońca, żeby zdążyło wyjść na popołudniowy trening zbiegów.

Zdążyło. Ja też, do północy jeszcze 42 minuty. Tyle ile ma maraton.

23:18, wojciech.staszewski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2015

Spać. Chce mi się spać, bo dzisiaj nie starczyło mi czasu na drzemkę między treningami. A wczoraj owszem, z godzinę spałem i podobno nawet chrapałem i to zaledwie po spokojnym, zapoznawczym bieganiu po Maciejowej, niecałe półtorej godziny, ale w perspektywie podbiegów na stoku Maciejowej, gdzie w ostatnim podbiegu walczyłem całkiem na serio z nominowanymi do walki o tytuł Króla i Królowej Podbiegów i wyprzedzili mnie Henryk (król Henryk), Kasia (królowa Katarzyna) i jeszcze Adam (wicekról podbiegów).

Zaczął się właśnie obóz w Rabce. Kiedy na spotkaniu informacyjnym widzę tę gromadkę biegaczy - częściowo znanych, nawet trzeciorocznych, a częściowo znanych tylko z przedobozowych ankiet - to zamiast informować opowiadam o swoich uczuciach. Że to dla mnie święto, biegowe święto, na równi z Bożym Narodzeniem i Wielkanocą. Że tu jesteśmy i razem przeżyjemy więcej niż agnostyk przy świątecznym stole. Że poprzez upały, bory, deszcze, zmęczenia i zawieruszenia.

I jak pomyślałem, że mam w tym duchu pisać teraz blog, to sam się wystraszyłem, czy to nie zabrzmi dla Was fałszywie. Jak jakaś cholerna reklamówka. Obozu Biegowego w Rabce Zdroju, edycja numer pięć. Znów postanowiłem spojrzeć w swoje uczucia w trzecim dniu obozu wieczorem.

Zmęczenie. To jest to co czuję. Zmęczenie 5.3 - piąta edycja, dzień trzeci. Wróciliśmy właśnie z Moją Sportową Żoną i Biegaczką Sabiną, która stała się w tym roku pełnokrwistą obozowiczką, z integracji na grillu w naszym pensjonacie. Więcej śmiechu niż piwa, super, trochę kolonie dla dorosłych, parę żartów zabawniejszych niż czeski kabaret. "I na finiszu trener mówi: przyspiesz, to będzie ci lżej. Myślę: idiota. I przyspieszam...". To Ania, znamy się z treningów od dobrych czterech lat, z talentu komediowego jej jeszcze nie znałem.

A ja siedziałem jakiś zmęczony. Bo to, co jest najważniejsze na obozie, to luz, mieć na wszystko wywalone, wysypiać się, wydrzemać do woli, regenerować między treningami. A ja wiedziałem, że mam do napisania blog i do zrobienia ważny przelew, który ucieszy obozowiczów w sobotę rano.

Dziś robiliśmy podbiegi na Krzywoniu, a potem kros bardzo aktywny, jak zakamuflowaliśmy to w planie obozu. Graliśmy w piłkę na stromiźnie. Potem rytualne moczenie nóg w zimnej jak nie wiem Poniczance. Później obóz poszedł spać, łapać regenerację. A ja wygospodarowałem parę godzin na pisanie planów dla Podopiecznych i parę minut, żeby poprzytulać Małego Yodę, który całe dni spędza teraz z babcią.

Po południu mieliśmy na stadionie dużo siły. Najpierw dynamicznej, a potem biegowej na płotkach. A na koniec były mistrzostwa obozu na 1 km. Startowałem, a jakże, ale poza konkursem. Tyle że nie jestem już poza konkurencją. Pokonał mnie podopieczny Przemek, zdobył tytuł Króla 1000 Metrów z wynikiem 3:27. Po ciężkim treningu i na żużlu z domieszką mchu, to naprawdę świetny czas.

Królową 1000 Metrów została podopieczna Agnieszka z wynikiem 3:47. Oboje na zdjęciu.

A ja jeszcze robię przelew i idę spać. Jutro biegniemy na Turbacz, jak obóz będzie drzemał, wrzucę jakieś zdjęcie na fejsa. Uwielbiam się tak zmęczyć. A zmęczenie można też z kimś dzielić i to jest ważna wartość w życiu.

23:15, wojciech.staszewski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 27 lipca 2015

Na 17. kilometrze czeka Moja Sportowa Żona z Biegaczką Sabiną i Małym Yodą. To doskonale, bo skoro jest Mały Yoda, to na pewno mają ze sobą pampersy, chusteczki i kremik do pupy. A ja właśnie kremiku potrzebuję jak nie wiem co, bo obcierają mi się sutki o koszulkę. Nie miałem tego problemu na ostatnich 30 maratonach, więc nie smaruję, ani nie oklejam, a tu właśnie by się przydało.

MSŻ podbiega ze mną, chociaż tempo dla niej interwałowe, około 4:30 chyba. Dostaję kremik, wodę, colę, kilka razy przez kolejne 10 km, póki Mały Yoda wytrzyma. Przeprowadzają mnie razem przez tę cienką granicę, która odróżnia bieg po pagórkowatym terenie od masakry.

Bo początek od Nowego Targu do Ludźmierza był wręcz płaski, potem lekki podbieg do Maruszyny, tempo spadło do 5:10-5:30, ale za chwilę zbieg do Szaflar. Staram się pierwszą połowę trasy przebiec w tempie na 3:15, bo kalkuluję, że jeśli drugą, tę górską z hard-core'owymi podbiegami pobiegnę na...

No i nie pobiegłem. Bo zaczęły się schody. Podbiegi pod Ząb, miejscowość Kamila Stocha, potem gwałtowny zbieg na złamanie karku, gdzie przeklinasz każdy metr spadku, bo zaraz trzeba go będzie odrobić wbiegając na Gubałówkę od tyłu. Przed biegiem za minimum przyzwoitości uznałem 3:45 i kiedy na Gubałówce wiedziałem już, że nic z tego, jedyne o co mogłem zawalczyć, to powrót do pierwszej czterdziestki. Ostatnie kilometry, te z górki, po jakieś 4:05-4:30 (piszę z pamięci - dokładny zapis z Garmina jest tutaj) trochę podbudowały mi nastrój, ale prawda po raz kolejny wyskoczyła z lasu i głośno krzyczała: Wojtek, nie masz predyspozycji do biegów górskich.

Maszerując na Gubałówkę myślałem, ileż mnie to bieganie ciągle uczy i że wciąż nie mogę się tego nauczyć. Czas treningowy niedokonany, biegologia zorientowana na proces. Uczy mnie, kim jestem, kim nie jestem. Jestem półmaratończykiem. Nie dlatego, że moje treningi są teraz o połowę za słabe, tylko dlatego, że na tym dystansie mam najlepszą życiówkę, ostatni sukces - niezły wynik na zeszłorocznym Półmaratonie Kampinoskim - i na półmaratonie najlepiej się czuję. Jak pstrąg w Dunajcu. Wystarczająco szybki, żeby grzać na tym dystansie i wystarczająco wytrzymały, żeby dopłynąć aż do Wisły.

Pod górę wysiadam. Nawet idąc po schodach sapię bardziej niż nietrenujący znajomi. Nawet podbiegając na bardziej płaskich odcinkach maratonu czułem fizyczne zakwaszenie. Nie żaden potreningowy ból mięśni, tylko wzrost zakwaszenia w trójgłowym łydki. Fala ciepła, za którą idzie beton. Umiem zbiegać, wiadomo, że biegi górskie wygrywa się na zbiegach, ja też na ostatnich pięciu kilometrach wyprzedziłem siedem osób, bo było z górki. Ale żeby wygrywać cokolwiek (ze sobą) w biegach górskich trzeba umieć pod górkę podbiec, a nie maszerować.

To wszystko wiem. Ale wiedza to jedno, a serce to drugie. Będę musiał znaleźć sobie inne radości w takich startach - może traktować je jak wybiegania przygotowujące do walki w półmaratonach. Po prawej Babia, w oddali Pilsko, za plecami Turbacz, a przed nami Tatry - czyż może być piękniejszy trening. Bez żadnych celów wynikowych. Bo jak ktoś kończy w 3:49, godzinę gorzej od życiówki, to po co mu cele?

Na mecie fota ze znaczącą miną i druga z kapitalnym konferansjerem, który cały czas jechał gwarą (Zebyście mi ino lewom stronom biegli, dobre?) i tworzył naprawdę świetny klimat. Do tego piękny medal, na zdjęciu mi się nie zmieścił, ale na pewno Rob zaraz go wstawi w powiększeniu.

A w sobotę piknie witomy w Rabce naszych obozowiczów. Obóz to takie trzecie święta w moim roku - obok Bożego Narodzenia i Wielkanocy.

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 20 lipca 2015

Jest takie miejsce, którego nie ma. Ściślej: tak bardzo nic tam nie ma, że jakby nawet tego miejsca nie było. Tylko bieganie, kajaki i... no właśnie, i co? Szukam słowa, mieści się gdzieś między banalnym zachwytem, metafizycznym poczuciem zanurzenia w przestrzeni poza czasem i permanentnymi problemami z zasięgiem. Czyli mówiąc krótko: Suwalszczyzna.

Dojeżdżamy w poniedziałek w nocy. Zawsze staram się zachować w pamięci ten moment, kiedy się dojeżdża na wakacje, wszystko jest jeszcze przed tobą, dopiero się zaczyna. Dookoła już ciemno, Mały Yoda mocno śpi, z szosy głównej zjeżdżamy na boczne drogi, w końcu drogowskaz kieruje nas na taką, którą miejscowi nazywają piaskówką i po półtora kilometra lądujemy w Rosochatym Rogu.

Wtorek rano. Śniadania można wykupić u sąsiada w mini-gospodzie, jest szwedzki stół plus jedna potrawa na ciepło. Szwedzki stół zupełnie inny niż kojarzy się z hotelami nad morzami - swojska szynka, kiełbasa - Mały Yoda uwielbia, a my go uczymy, że to białko. Dla wegetarian tylko biały ser, pomidor, ogórek i miód.

Jedziemy do spożywczego - w ciemno do Wigier. Ale tam sklepu nie ma, najbliższy w Ryżówce albo Maćkowej Rudzie. Pokażcie mi miejsce w Polsce, gdzie do najbliższego spożywczaka jest 10 minut samochodem. Wpadamy w zachwyt, że jesteśmy tak daleko od cywilizacji.

A potem bieganie. Przez cały nasz pobyt zdarzyły się dwie ulewy. Druga, mała, złapała mnie na ostatnim odcinku kajakowania. Pierwsza, wielka, zmoczyła nas, kiedy razem z Moją Sportową Żoną robiliśmy godzinę. Pobłądziłem trochę w Puszczy Augustowskiej między Mikołajewem, Czerwonym Krzyżem i Maćkową Rudą, i w stresie, żeby MSŻ się nie zorientowała, że przekroczymy założony czas treningu, gnałem jak nigdy z wózkiem. MSŻ ma tak, że jak ma być godzina, to dla niej trening kończy się po godzinie i przechodzi do marszu. W szkole miała ksywkę zegarynka chyba nie tylko dlatego, że jej ojciec jest zegarmistrzem.

Zrobiłem sobie mały obóz - trening codziennie, raz wybieganie, raz akcent - żeby szarpnąć formę do góry przed górskim maratonem z Nowego Targu do Zakopanego. To już w tę niedzielę. Ostatnie bieganie przyniosło w końcu przełom, oderwałem się od wolnego tempa około 6:00 na jakieś 5:15. Ale i tak urealniłem się przed Maratonem Podhalańskim, bo raz złapaliśmy późnym wieczorem zasięg i popatrzyłem dokładniej na liczby.

Dla mnie maraton ma 42 km, ale bardziej doświadczeni ode mnie górale wiedzą, że taki maraton ma jeszcze jedną ważniejszą liczbę: sumę podbiegów. W Podhalańskim będzie 900. Chyba sporo. Zacząłem grzebać po innych biegach - Visegrad Marathon w Rytrze, który tak mnie załatwił parę lat temu, miał różnicę między startem, a najwyższym punktem 200 m. A pierwszy, 36-kilometrowy odcinek Biegu Siedmiu Dolin w Krynicy - 600 m. Nie znalazłem porównywalnych danych czyli sumy podbiegów, ale myślę, że Maraton Podhalański trzeba będzie porównać raczej do Krynicy niż Rytra.

W Krynicy (nawiasem mówiąc biegnę tam też w tym roku, ponownie jeden etap Biegu Siedmiu Dolin, tym razem chyba będą to 34 km) dwa lata temu miałem bodaj 3:33. Fakt, było po górach, a w Podhalańskim będzie asfalt. Ale myślę, że realistyczny cel, to złamanie 3:30. Bieg poniżej 3:15 nazwałbym sferą marzeń i niech mnie góralski PanBucek strzeże, żebym sobie tymi marzeniami nie zepsuł startu. A minimum zadowolenia przenosimy na 3:45, no może 3:40, bo jednak forma wraca.

Kto rozpozna, z których zakątków te zdjęcia? Dziki i Oco, nie wyrywajcie się za bardzo z odpowiedzią.



 

 

23:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 13 lipca 2015

Kto to jest Staszewski? Ten, który jest mężem MSŻ, czasem z nią biega i opisuje jej starty.

W sobotę chciałem zrobić przed parkrunem 2 godziny. Już kładąc się wieczorem zszedłem do 1:45, po wstaniu do 1:30, a zanim nakarmiłem Małego Yodę kaszką i siebie węglowodanami, musiałem się urealnić do 1:15. Trochę po lesie, potem przebiegłem pod miejscem, które za kilka-kilkanaście tygodni będę nazywał swoim domem i zrobiłem ostatnie 6 km w tempie startowym na Maraton Podhalański. Wyszło tak :-/ Czyli trzeba by się urealnić na maratonie, górskim w końcu, bliżej 3:30 niż 3:15. Obym umiał się powstrzymać na starcie i nie powtórzył w mniejszym rozmiarze Katastrofy Krynickiej.

Biegałem w Brooksach, tych terenowych, Gritach. Teraz już leżą zapakowane w torbie biegowej i nie mogą się doczekać biegania (już jutro) na Suwalszczyźnie (Rosochaty Róg - jest ktoś w pobliżu?). Brooks pewnie chciałby przeczytać parę dobrych zdań o swoim produkcie. A ja Wam zdradzę swoją przebiegłość - dlatego zwróciłem się do Brooksa w sprawie butów, bo pamiętałem czar pierwszych Pure'ów. W nowych, które mam - Connectach - trochę przeszkadza mi oddzielenie palucha w stopie, marszczy się przez to trochę cholewka. Oprócz tego jest rewelacja - tyle kontaktu, ile trzeba, tyle szybkości, tyle dynamiki. No i przewygodna góra buta, człowiek czuje się, jakby włożył w nogę w coś bardzo miękkiego, miłego i ciepłego.

A Grity, przetestowane też na dwugodzinnym półmaratonie treningowym w Lesie Kabackim są świetne. Nie ma kompleksu podeszwa-cholewka, a drapieżne ząbki pod podeszwą działają jak małe turboodrzutowe turbinki.

Pławię się w tych zachwytach już trzeci akapit. Ale naprawdę strasznie przyjemnie jest pisać dobrze o butach, co do których masz pełne przekonanie.

Moja Sportowa Żona, która w parkrunie startowała też w Brooksach Connectach nie może się ich nachwalić. Nie są to wprawdzie buty startowe, ale w jej odczuciu są na tyle najlepsze, że wygrywają ze startowymi. Zrobiła życiówkę - 23:01. Czyli trzeba szybko urwać dwie sekundy. Ale że z poprzedniej urwała prawie minutę, to pewnie znów się skończy na większym cięciu.

MSŻ zajęła w debiucie w parkrunie - a właściwie to jej pierwsza piątka na oficjalnych zawodach - medalowe, trzecie miejsce. Nie było może na starcie tysiąca kobiet, ale podium, choćby wirtualne, to zawsze podium. Dwie pierwsze zawodniczki poza zasięgiem - szybsze o prawie jedną i prawie dwie minuty. Ale przez dwa kółka MSŻ biegła na czwartej pozycji wśród kobiet. Jak zobaczyłem, że na drugim okrążeniu zmniejszyła dystans o więcej niż połowę, wiedziałem, że będzie dobrze. Przybiegła z kilkudziesięciosekundową przewagą.

Dobrze, że jest w naszej rodzinie ktoś kto robi życiówki. A jak MSŻ kiedyś przestanie, a córka 6klasistka nie zacznie biegać, to Mały Yoda będzie musiał wziąć sprawy w swoje rączki.

Kończę i odjazd.

15:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 06 lipca 2015

 

Sobota, 7 rano, esemes od Kamila H z bliskiej ojcu.prl Bydgoszczy, że biega właśnie po Lesie Kabackim. Czyli wygląda na to, że wpadliśmy na podobny pomysł. Najpierw długie wybieganie, potem akcent na parkrunie. To mogłoby być zresztą niezłe hasło reklamowe, Mel, jeśli to czytasz i Ci się podoba, to bierz: "Najpierw długie wybieganie/Potem akcent na parkrunie".

Więc wybiegam, dzwonię do Kamila, spotykamy się przy szlabanie. Można rymować dalej: wpierw spotkanie, przy szlabanie... itd. I pobiegliśmy w pierwszym zakresie znajomości.

Kamila znam od trzech lat, przyjechał na II obóz do Rabki (to nie marketing, nie mamy już wolnych miejsc, sorry) i został czymś pomiędzy duszą a człowiekiem orkiestrą występującym w objazdowym teatrzyku jako mistrz cienkiej riposty. Podobnie rok później i jeszcze w kolejnym roku, chociaż był wtedy już raczej gościem z zewnątrz.

Jest w tym wielkim, ponad 180-centymetrowym facecie jakieś morze optymizmu. Właściwie można się śmiać z każdego zdania, które wypowiada, chociaż ma kluski w gębie i co drugiego zdania nie idzie zrozumieć zwłaszcza na 15 kilometrze. Ale ryzyko, że to niezrozumiałe zdanie nie było zabawne jest niewielkie.

Tak wyglądaliśmy na moim 10, a Kamila 23 kilometrze:

W tle dwóch biegaczy. Byłem w szoku bo w okolicy 8 rano w sobotę spotkaliśmy w Lesie Kabackim z dwa razy więcej biegaczy niż na parkrunie - na bank minęliśmy przez godzinę z 50 osób. Lubię to.

Potem ja na parkrunie dałem ciała, mogę się tłumaczyć 16-kilometrowym podkładem, upałem, hemoglobiną i dopiero tygodniem solidnego treningu. Ale niezłamanie 20 minut na 5 km to jednak mały wstyd. I jednocześnie wielka nauka o sile treningu, bo podobnym tempem zamierzam na jesieni przebiec maraton.

Moja Sportowa Żona, która przyszła mi pokibicować z Małym Yodą zrobiła mi fajne foty na finiszu. Postarałem się trochę o technikę, przyznam:

A Kamil? Szkoda że państwo tego nie widzieli, jak mawiali komentatorzy w czasach, kiedy każdy nie miał kamery w smartfonie. Nie zdążyłem mu zrobić zdjęcia na finiszu parkrunu, ale jak zobaczyłem, jak jedzie jak czołg z plecakiem wypełnionym piciem, jak finiszuje, chociaż ma już w nogach w sumie 30 km, żeby przegonić biegnącą przed nim zawodniczkę. Fajter, Kamil Fajter.

Druga nietypowa figura biegowa zdarzyła nam się w niedzielę. Z wiekiem zaczynam coraz bardziej doceniać regenerację i skoro postanowiłem, że będzie regeneracja po sobotnim treningowym półmaratonie w 1:57, to była. I jak MSŻ zapytała, czy wyjdę z nią na jej trening - 45 minut powoli (skrócone po negocjacjach) - to powiedziałem, że tak, ale nie z Małym Yodą w wózku, tylko z Małym Yodą na rowerze (ściślej: w siedzonku).

Znów będzie szkoda, że państwo tego nie widzieli, bo nie zrobiłem MSŻ żadnego zdjęcia. Ale nie każda fantastyczna chwila musi być na zdjęciu, te zapisałem sobie w pamięci i w stawach kolanowych.

Małemu Yodzie zresztą rower tak się spodobał, że dziś rano wyciągnął kask rowerowy i zażądał, żeby mu go założyć na głowę. A kiedy po kwadransie takiego paradowania uznał, że nie pojmujemy aluzji, wziął mój but sportowy, w którym byłem wczoraj na rowerze i przyniósł mi do biurka. Obiecałem mu więc, że po pracy wyjdziemy na rower.

I zaraz idziemy.

Te buty to fajne Nike Free, które sobie kupiłem z emocji. Ale postanowiłem je używać do wszelkich sportów poza bieganiem, czuję się w nich na treningach za bardzo "rozklapciany". Biegam w Brooksach i będę chciał o tym ciut więcej napisać za tydzień, bo już i odcinek za długi, i dzień się kończy.

18:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 29 czerwca 2015

Mam pomysł, co zrobić z bieganiem. Wprowadzić minima przyzwoitości i selekcyjne limity czasu na punktach. Moja dusza liberała burzy się na to, ale burzy się też na biegowy lans.

Wracam z krainy mimowolnego roztrenowania, było już parę normalnych treningów w tygodniu, sporo siły biegowej, bo czasu brakuje. A w niedzielę nawet dwugodzinne wybieganie niemal pod Konstancin rozpoczęte o 7.40, czym się chwalę, bo o tej godzinie nawet w dzień powszedni byłoby mi się trudno zebrać. Ale jedną z wartości biegania - takiego Biegania przez duże B - jest to, żeby było trudno i żeby to pokonać.

Myślicie, że chciało mi się dziś na treningu siły biegowej robić cztery serie po 40 podskoków obunóż zwanych też żabkami? Oczywiście, że mi się nie chciało. A czym bardziej mi się nie chciało, tym bardziej mi się chciało to pokonać. I co? I jestem zwycięzcą.

W sobotę byłem na Park Runie, ale w charakterze ojca. Podrzuciłem córkę 6klasistkę na wolontariat, a sam pograłem w piłkę z Małym Yodą i uczyliśmy się wchodzić po schodkach na zjeżdżalnię. I co? I Mały Yoda jest zwycięzcą. Biegł Przemek, z którym nieraz i niejedno, więc zrobiłem mu fotę na pierwszym kółku.

To jest właśnie Bieganie. Przemka i osoby biegnące za nim w wężyku możemy nazwać biegaczami, bo jestem pewien, że większą przyjemność sprawia im bieg niż fota. Niż zrobienie sobie foty na starcie, wrzucenie jej na fejsa, zrzucenie za chwilę kolejnej foty z mety, z treningu zrzutu z endomondo i założenie na siebie najbardziej kolorowych ciuchów biegowych świata. Bo wtedy to już nie bieganie, tylko biegowy lans.

Cienka jest ta granica. Ja też wrzucam foty biegowe na fejsa, zdarza mi się wrzucić gdzieś trening z Garmina (choć rzadko) i lubię biegać w fajnych ciuchach w modnym kolorze. Wy, którzy to czytacie pewnie też. Ale koń jaki jest każdy widzi: ktoś biega, a ktoś się lansuje bieganiem. Komuś sprawia przyjemność bieganie, a jeśli ktoś mu przybije piątkę za dobry bieg, to dobrze. A komuś sprawia przyjemność rozradowana fota, rozbawiony tłum i świat pomalowany na żółto i na niebiesko (młodsi: to stara piosenka, nie aluzja do tęczy).

Super, niech się cieszą. Ale czuję, że nie biegniemy w tej samej drużynie. Nie uprawiamy tej samej dyscypliny. Nie po drodze nam ze sobą.

O to walczyliśmy, żeby Polska się ruszyła. Cieszymy się, że tyle ludzi chce przebiec 5 km, chociaż pewnie dla wielu to najdłuższy dystans, jaki w życiu pokonali (ale nie przebiegli, bo od połowy musieli przejść na marszobieg). I docierają do mety w 40 minut, ale na fotce z mety czasu nie wydać. Więc jesteś zwycięzcą, jesteś diamentem, jesteś pozerem.

Tak ewoluuje społeczeństwo, tak rozwija się sport amatorski, tak będzie. Organizatorom będzie zależało na coraz większej liczbie biegaczy, to oczywiste, więc może na każdym biegu będziemy dobiegali do mety radośnie pomalowani jak na Color Run. Dziś w świecie liczy się uśmiech i uroda, a nie wysiłek.

Ale w idealnym świecie, który czasem mi się rysuje w głowie, wyobrażam sobie to tak. W połowie XX wieku będzie w Warszawie 50 Color Runów, w których nikt nie będzie nawet mierzył czasu, a nagrody będą przyznawane za najbardziej energetyczny uśmiech na mecie (z fotofiniszu). Oprócz tego będzie 10 biegów - od 5 km po maraton, jeden wystarczy - w których biegacze przed startem będą musieli się legitymować czymś w rodzaju minimum olimpijskiego. Np. chcesz wystartować w maratonie, to musisz mieć złamane 2:00 na połówce. Albo minimum przyzwoitości. Zadeklaruj, że zmieścisz się na 10 km w 1 godzinie, a w półmaratonie poniżej 2:30.

W moim wyobrażonym świecie na prawdziwych biegach limity, które dziś mają znaczenie wyłącznie drogowo-komunikacyjne, miałyby znaczenie selekcyjne dla biegaczy. 5 km - 30 min. (na zachętę), 10 km - 1 h, 21 km - 2:30, a maraton: 4:30.

Znów wiem, że się wystawiam, bo ukończyłem Bieg Siedmiu Dolin w Krynicy tylko 20 minut poniżej limitu i to tylko dlatego, że limit został wobec poprzedniego roku podwyższony. Rok wcześniej zdjęliby mnie z trasy w Wierchomli.

I może tak właśnie powinno być. Może w Wierchomli powinien stanąć sędzia (Sten, bierzesz tę fuchę?) i powiedzieć mi: - Staszewski, za słabo się przygotowałeś, żeby dostąpić zaszczytu ukończenia tego biegu; potrenuj mocniej i wróć za rok.

Sorry, taki mam klimat. Zacząłem się szykować do Maratonu Podhalańskiego. Mają niezłe hasło a propos odcinka: Biegaj na wysokim poziomie. Chcę pobiec poniżej 3:15. Wtedy będę zwycięzcą. Minimum przyzwoitości to 3:30.

Po maratonie zostajemy już na Podhalu, a tydzień później zaczynamy obóz w Rabce. Mamy trzy ostatnie miejsca, kilkoro niezdecydowanych i silną determinację, żeby sprawę zamknąć tak czy inaczej w tym tygodniu.

Szczegóły są tu: www.KancelariaSportowa.pl

A filmik z obozu ukrywa się pod tym zdjęciem, na którym grupa biegaczy rusza spod naszego pensjonatu w stronę Maciejowej.

18:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (33) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115
| < Wrzesień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam