Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 15 grudnia 2014

Miłość i nienawiść. Wzięliśmy w sobotę z Moją Sportową Żoną Małego Yodę i pobiegliśmy w las z naszymi nowymi Garminami. Ja w swoim - FR620 (formuła: do testowania) - zakochałem się jeszcze podczas truchtu w zakończonej właśnie epoce roztrenowania. Ileż informacji: odchylenie pionowe, kadencja na bieżąco. MSŻ - FR220 (zakup z bardzo dużą bonifikatą) - swój zegarek jeszcze przed treningiem znienawidziła.

- Chciałabym, żeby nie miał niczego, żadnych informacji, tylko żeby to był stoper z fajnym designem - mówiła MSŻ przez pół godziny treningu, co było o tyle istotne, że wiedziałem, iż skoro jest w stanie rozmawiać, to biegnie w pierwszym zakresie. Na przełączenie Garmina na ekran z tętnem (trzeci w kolejności) MSŻ nie dawała się namówić.

Stopniowo tłumaczyłem, co oznacza każdy z trzech parametrów, które ustawiłem jej na pierwszym ekranie. W Lesie Kabackim doszliśmy do drugiego ekranu. Kolejne dwa kilometry negocjowaliśmy zamianę średniego tempa i średniego tempa okrążenia między pierwszym i drugim ekranem. Będzie mniej logicznie, ale zdaniem MSŻ wygodniej.

Byłem jak najlepszy doradca sprzedażowy. W trakcie powracających tyrad MSŻ zastanawiałem się, jak różne są potrzeby biegaczy. To, co mnie doprowadza do rozkoszy, zabawa liczbami, analiza wyników i matematyczne wnioskowanie, MSŻ doprowadza do pasji. Opadły mi ręce i kiedy wybiegaliśmy z lasu, stwierdziłem, że może lepiej oddać tego Garmina i nie spinać się na siłę.

Nie wiem, czy to jest ogólna zasada bezwzględności, ale kiedy powiesz kobiecie, że Ci opadły ręce, to ona wtedy spina się dobrowolnie do działania.

- A będę wiedziała, jakie miałam średnie tempo? 6 z małym kawałkiem. O, to świetnie! Ale widzisz, od miesiąca ci mówiłam, że powinnam biegać po 6:00, a nie 6:30.

Tak wyglądał pierwszy trening MSŻ z Garminem. Wyszło godzina piętnaście w tempie 6:06.

To była przyjemna aktywność, ale nie mogę sobie zaliczać takiego biegania jako treningu. To jogging, to regeneracja, to rekreacja. Trening ma być bodźcem odczuwalnym dla organizmu poprzez uaktywnienie układu krwionośnego i mięśniowo-nerwowego, a nie tylko przez znużenie długotrwałością. Mówiąc prościej: trzeba zasuwać.

Do większych obciążeń treningowych dojdę jednak stopniowo, barani skok będzie pewnie na święta w górach. Dziś był wstęp do podbiegów - 45 min. powoli (nawet bardzo powoli) z fragmentem krosu pasywnego na Górce Kazurce. Garmin na razie nie jest zachwycony i wylicza mi (bo FR620 ma taką opcję) maraton w 3:45.

b

Kiedy zacząłem dziś bieganie, poczułem, że wskakuję na właściwe tory. Na nogi postawił mnie budzik, a nie Mały Yoda i myśl, że "dzisiaj to dał nam pospać". Zrobiłem zakupy na straganie na zupkę, zrobiłem bieganie i kiedy wróciłem do domu, ciągle było rano, a nie przedpołudnie. Jutro trening z podopiecznymi, zmęczę się, bo będzie siła biegowa. No i będę pewnie nadgryziony wysiłkiem po wizycie na siłowni z pewnym mistrzem olimpijskim. W środę będzie bieganie z wózkiem. Czwartek wolne, dzień pisania. Piątek ping pong, a co z bieganiem, to się zdecyduje. A w niedzielę jedziemy do Rabki.

Jeszcze sobota. Co sobotę chodzimy na basen z Małym Yodą. Zajęcia dla niemowląt z instruktorem. Pierwsza lekcja była mieszanką nerwów i jęczenia, a na drugiej Mały Yoda nieoczekiwanie zaczął wykonywać wszystkie ćwiczenia z uśmiechem. Zasypia po takim treningu jakby zrobił maraton. Ale wychodzić z wody nie chce.

Zdjęcie zrobiła mama z basenu, Agnieszka, którą poprosiłem o fotę na blog. Dziękuję. MSŻ nie było, bo pojechała z córką 6klasistką na jej turniej tańca (Shadow Junior zdobyli 2. miejsce).

My w rodzinie mamy sport w oczach. Dzieli nas tylko, chociaż już trochę mniej, kwestia monitorowania wysiłku.

b

22:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (46) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014

Czuję się, jak postać literacka. W moim życiu przez ostatni miesiąc działy się rzeczy niesamowite, 8 listopada poniosłem ostatnią z długiej litanii porażek biegowych, słabe 10 km w Lesie Kabackim. Potem trochę emocji przy startach podopiecznych 11 listopada, potem Morze Czarne emocji przy sztafecie na Ukrainę, potem roztrenowanie - czas jak rzeka. Czuję, że się rozpadam, wszystko zrobiło się z plasteliny, którą ktoś lepi, ale to nie ja.

W sobotę zaczynam treningi. Jako postać literacka  spełniam już wszystkie warunki gotowości psychicznej do biegania. Prościej: chce mi się biegać. Fizycznie muszę zrobić rachunek sumienia - przetraciłem roztrenowanie. W literaturze nazywa się to "w poszukiwaniu straconego czasu". Można było robić Program Deska nie przez tydzień, ale przez miesiąc. Można było codziennie rozciągać przeciążony mięsień biodrowo-lędźwiowy, to nie byłoby teraz śladu po kontuzji. A tak są ślady rysich pazurów (młodsi: google). Prościej: pobolewa.

Kto wraca do treningów. Się wraca? Ta fraza to z "Lodu" Dukaja, jednej z tych książek, którą zapamiętuje się jak Bieg Siedmiu Dolin. Ta setka, tak koncertowo przeze mnie spieprzona wyorała mi siedem dolin w sercu. Wiem, że przez nią nie złamałem trójki w maratonie i najlepszy rezultat w "Newsweeku" ma w tym roku Nowy Biegający Szef - 3:07. Przez nią kończyłem sezon na kolanach. Że bym ją przeklął w rozpaczy, że jest okrutna i zła. Ale wzywa mnie jak poezja Tetmajera.

Spokojnie, zwyczajna w podróży przerwa. Zdaje się, że bez biegania tracę strukturę osobowości.

Dobra wiadomość z ostatniego tygodnia - przyjęli krew, hemoglobina z dużym zapasem, aż 14,5, tak dobrze dawno nie było. Chyba poprawiłem odżywianie, a przede wszystkim zredukowałem herbatę przy posiłkach i przestałem obniżać poziom żelaza.

Z konkretów to była sportowa niedziela. Się nie biegało, ale Moja Sportowa Żona wyszła z domu i wybiegła - do sklepu z nartami, gdyż postanowiła sobie kupić wreszcie narty na jej umiejętności. Będą chyba tak wypasione, że nie trzeba będzie korzystać z wyciągów, bo będą same jechały pod górę. A po riserczu w sklepie byliśmy umówieni na Stegnach, na lodowisku.

1

Tak wyglądała MSŻ z córką 6klasistką. Ja spacerowałem wtedy z Małym Yodą, a w połowie się zmieniliśmy.

2

Zrobiłem w 45 minut jakieś 5 kilometrów. Widoczne na zdjęciu niedostatki techniki nie pozwoliły mi na osiągnięcie intensywności wysiłku, przy której bym się mógł zmęczyć. Posłuchałem sobie za to audiobooka. Inspektor Harry Hole złożył wątpliwą moralnie propozycję matce Małego Spasitiela. Ciekawe, jak go Jo Nesbo obroni. Literatura rządzi.

23:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (52) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

Kartę Biegacza obśmiali już wszyscy. Niezorientowani: google. A ja myślę, że się nam zrobi nie do śmiechu, kiedy do władzy dojdzie - a może się tak zdarzyć - partia Zezwolenia i Koncesje.

Zmieni się klimat w kraju, a klimat nie zmienia się w stratosferze, tylko w rozmowach między urzędnikami np. z ministerstwa, np. finansującymi związki sportowe, np. dojdzie do tego kasa chorych czy coś podobnego. I okaże się, że może Karta Biegacza kompleksowo to niekoniecznie, ale badania lekarskie to obowiązkowo. I będziemy chodzili do lekarzy medycyny sportowej po absurdalne kwitki.

Już widzę te tasiemce argumentacji. Biegacz się masowo badają? Nie. A potem na zawodach są przypadki omdlenia? Są. Przypadki śmiertelne? Też się zdarzają? Chcemy szafować życiem ludzkim? Nie chcemy. Mamy pozwolić, żeby ludzie zamiast biegać dla zdrowia masowo narażali się na śmiertelne ryzyko? Przecież się nie narażają. Mamy pozwolić, czy nie? No nie. Czy w tej sytuacji można się nie zgodzić, że przymusowe badania są konieczne? No nie wiem. Czyli chcemy zabijać biegaczy, chcemy hekatomby zamiast igrzysk, chcemy zamordować całe pokolenia? No nie chcemy. To wprowadzamy Kartę Biegacza! Dobrze, niech będzie.

Proszę nie mówić, że nie ostrzegałem.

Ponieważ dziś wszystkie argumenty polemiczno-satyryczne już padły, mogę opowiedzieć na serio o swoich kontaktach z medycyną sportową. Kiedy zaczynałem bieganie w zawodach - w 1996 roku - istniał w prawie taki relikt PRL-u, że wymagano od nas zaświadczeń lekarskich przynajmniej na dużych biegach. Szedłem do pani doktor w przychodni zakładowej i prosiłem o zaświadczenie, że mogę startować w biegach długodystansowych. Pani doktor pytała, czy się dobrze czuję, odpowiadałem zgodnie z prawdą, że świetnie - i dostawałem papierek.

Raz przeszedłem namiastkę badań na serio, przed Maratonem Solidarności w Gdańsku gdzieś tak w 2000 r. każdy biegacz przed odebraniem karty startowej szedł do pokoiku, gdzie mierzono mu ciśnienie. Wtedy jeszcze miałem książkowe 120/80, więc mnie do biegu dopuścili. Opóźniło to wszystko chyba start o parę minut, bo biegaczy było ze 300, a ciśnieniomierz jeden.

Potem obowiązkowe badania zostały zniesione. Władza, nie wiem spod jakiego znaku, rozsądnie uznała, że ludzie są dorośli i sami mają dbać o swoje zdrowie, przebadać się, jeśli mają do tego przesłanki. I organizatorzy biegów nie muszą ich za rękę prowadzić do lekarza. Wystarczy oświadczenie, że człowiek startuje na własną odpowiedzialność.

A teraz roi się w urzędniczych głowach, że odpowiedzialność ma przejąć za człowieka system. Żeby on jeszcze był wydolny, można by było dyskutować. Ale system jest parodią, pisałem kiedyś o lekarzu medycyny sportowej, który sprawia wrażenie osoby z niepełnosprawnością poudarową - i wypisuje te kwity za 130 pln płacone w recepcji przychodni, ale zapisać się można z dnia na dzień i bez ceregieli. Na wizytę na NFZ u lekarza medycyny sportowej trzeba zapisywać się pół roku wcześniej (wiem po córce-tenisistce) i jeszcze latać po specjalistach z rozdzielnika.

Może to i słuszne. Ale nie chcę, żeby system za mnie decydował, kiedy i jak ma się przebadać biegacz - skoro nie decyduje o badaniach telewidzów denerwujących się podczas transmisji sportowych, pieszych korzystających z przejść przez jezdnię albo użytkowników ławek w parku. A przecież zdarza się, że ludzie umierają podczas oglądania sportu w telewizji (lekarze mówią, że nawet częściej niż podczas uprawiania sportu), że piesi wpadają pod samochód, a ludzie na ławkach w parku zamarzają. I państwo nie kontroluje im w pierwszym przypadku poziomu cholesterolu, a drugim orientacji przestrzennej, a w trzecim grubości palta.

Byłem w sobotę na I Gali Biegów Masowych. Wyróżniono dobre imprezy, nagrody dostał i nasz stary, dobry Półmaraton Warszawski i nowy, naftowy Orlen Maraton, i jeszcze za debiut roku Półmaraton Krakowski, z biegaczy Yared Shegumo, Henryk Szost, Karolina Jarzyńska. W trakcie gali był punkt, w którym przedstawiciel PZLA chyba bronił projektu i zapowiadał tzw. dalsze prace. Chyba, bo nie byłem w stanie zrozumieć - poszedłem z mózgiem nastawionym na fale braci biegowej, a usłyszałem tę nowomowę, którą zawsze wyłączam w telewizji i którą pamiętam z sejmowych komisji edukacji, które opisywałem w Gazecie gdzieś w prehistorii mojego biegania. To się tak łatwo nie skończy.

Teraz bardziej filozofuję o bieganiu niż biegam. To niechęć kontrolowana. Ogon pod siebie, bo więcej w tym roku było smyczą po dupie niż prężenia klaty. Reset od reżimu. Mam trochę aktywności trenerskich, we wtorek z Podopiecznymi zrobiliśmy trening obwodowy ze śladowym elementem biegowym. W sobotę było z kolei bieganie z grupą postMajdanowską - uwertura do siły biegowej: schody, Agrykola, podbiegi/zbiegi i na koniec mini-zawody.

A jutro idę do lekarza, oddać krew. Wezmą, nie wezmą?

PS. Zapomniałbym. Biegną święta. Jeśli chcesz, żeby twój mąż/żona/chłopak/dziewczyna/itp. potrenował miesiąc, dwa albo może trzy pod okiem Kancelarii - mamy dla Ciebie pomysł na prezent: BON NA BIEGANIE. Wygląda mniej więcej jak niżej, a pod adresem bieganie@KancelariaSportowa.pl możemy ustalić wszystkie szczegóły prezentu.

BON NA BIEGANIE

23:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
poniedziałek, 24 listopada 2014

Przygoda zaczyna się dla mnie w środę koło południa. Stoję na poboczu, mży i nagle z piskiem opon w lekkim poślizgu hamuje koło mnie stary zaporożec. Kierowca otwiera drzwi i nerwowymi ruchami każe wsiadać.

Ale po kolei. W środę koło południa docieramy do Kovla, pierwszej dużej miejscowości po stronie ukraińskiej. Zastęp biały po nocnej szychcie siedzi w busie i czeka na szychtę wieczorną. Przed busem jedzie milicja na sygnale, a przed milicją biegną Mirek i Milan z żółtą pałeczką.

1Po lewej stronie szosy widać kilkudziesięcioosobową grupkę powitalną. Ukraińskie flagi, dzieci z wyszywankami, baby z chlebem i solą. Przyjmowałem już przy poprzedniej wiosce taki chleb jako zastępowy białych, bo naszego kapitana (d. Biegający Szef) czyli Piotra nie było w busie, jechał z panią konsul w jej samochodzie.

Zarządzam, żeby wyjść i dołączyć do biegnących z pałeczką, ale że charyzmę mam niewielką i w dodatku mówię niewyraźnie, sytuacja rozwija się spontanicznie nieco inaczej. Biegacze dobiegają do grupki powitalnej, a ja gonię Mirka i Milana. Dołączył do nich jeszcze miejscowy biegacz, Serhij, wtedy jeszcze nie znam jego imienia.

Dobiegamy do skrzyżowania - prosto obwodnicą na Kijów, w lewo do centrum. Milicja każe biec prosto, taki mają prikaz. Serhij się wścieka, bo w centrum czeka burmistrz z chlebem i solą. Biegniemy prosto, Serhij gdzieś znika, potem się okaże, że telefonował do burmistrza. Ja czuję, że mam coś konkretnego do zrobienia, biegiem do samochodu pani konsul i kpt. Pacewicza, mówię jak jest, pani konsul dzwoni do burmistrza, on jest akurat w Łucku, może witać ma nas wiceburmistrz, ale nie wiadomo do końca. Podobno jest jeszcze koło mostku droga w lewo do centrum, może tam skręcimy.

Wyskakuję z samochodu wracam biegiem do Mirka i Milana, przekazuję wieści. Biegnę jeszcze z kilometr i postanawiam wracać do busa. Staję na poboczu, czekam. O rany, a jeśli bus pojechał przez centrum i zostanę tu sam w środku Ukrainy? Zastanawiam się, czy nie gonić szpicy sztafety i wtedy hamuje przy mnie (wężykiem, wężykiem) zaporożec, w środku Serhij każe wsiadać. Dzwonił gdzieś, rozmawiał z władzą i trzeba teraz powiedzieć milicji, że ma skręcić w lewo. Ale nie mamy jak dojechać do milicjantów, bo odgradza nas TIR, wyskakuję i doganiam radiowóz. Milicjant też już z kimś rozmawia, w końcu odkłada słuchawkę i pokazuje jaka jest decyzja: jechać prosto.

Doskakuję jeszcze do Mirka i Milana, biegną już trochę wolniej, bo to nie jest radosne bieganie w deszczu, tylko żmudne przedzieranie się przez wilgotny chłód. Przekazuję, co jest, czekam na busa, wskakuję, tam już są oba zastępy (nie wiadomo zresztą jak się mieszczą z wszystkim bagażami), opowiadam, że czuję się jak w książce Stasiuka, to gadanie-howorenie z milicją, z Serhijem, ten zaporożec. Serhija też zaraz zgarniamy na chwilę do busa i Marta z Newsweeka, która ma ukraiński w małym palcu, a Ukrainę w wielkim sercu wypytuje Serhija o Ukrainę i zaporożca. Ma 24 lata i chociaż jest strasznym rupieciem, to Serhij nie zamierza go wymieniać, tylko zrobi mu remont i będzie jak nowy. Niezła metafora do tekstu, który na razie spoczywa w katalogach redaktorów Newsweeka.

Długa historia? Tak, nawet przydługa. Ale po trzech dobach z hakiem, w których przebiega się całym teamem 780 km zmienia się perspektywa, co długie, co krótkie.

Większość zmian to bieg w ciemności. Wysiadasz z busa, odbierasz pałeczkę od poprzedniej osoby i biegniesz przed eskortującą nas cały czas milicją (a w Polsce policją). W Polsce droga prowadziła przez wsie, były jakieś domy, jakieś życie. Na Ukrainie - droga prosta jakby ją Stalin narysował od linijki i praktycznie żadnych miejscowości po drodze. Pola, pola, las, a przeważnie ciemność, która i tak nie pozwala tego odróżnić. Między polami szaleje wiatr i zaśnieżony deszcz, który towarzyszy nam przez połowę drogi pada bardziej poziomo.

Teraz ważne. Na tytułowe zawołanie "Sława Ukrainie" odpowiada się "Gierojom sława!". Dostałem już na FB i na maila parę gratulacji. Chciałbym to bardzo sprostować: nie byliśmy żadnymi bohaterami. Biegaliśmy po 10 km, statystycznie raz na dobę. To jak lekki trening.

Trudniejszy był brak regeneracji. Po pierwszej nocnej zmianie (od 2 w nocy do 8 rano) mieliśmy 6 godzin integracyjnego gniecenia się w busie i kolejną, wieczorną zmianę, na której z różnych względów (opowieść na pięć akapitów, więc zrezygnuję) musiałem przebiec 14 km. Przez cały dzień do jedzenia były plastrowany ser (odkrycie roku: Ramzes), chrupkie pieczywo, batony, banany, jabłka itp. Sen? U mnie: godzina w nocy, podczas pierwszej szychty i pół godziny w dzień, kiedy jechaliśmy z żółtymi. Więc na mojej 14-kilometrowej szychcie dostałem ściany. A w tym biegowym matriksie (ciemność z boku, reflektory milicji z tyłu i droga jak sznurek) człowiek głupieje, więc dopiero pytanie z okna wyprzedzającego mnie busa, przypomniało mi, że mam w kieszeni batona energetycznego i snickersa jeszcze z Polski. Zjadłem i przyspieszyłem pod koniec. Zrobię zrzuty z Garmina, chociaż tempa się wstydzę. A trzeci odcinek, najszybszy, się nie zapisał, bo Garmin padł.

Po drugiej szychcie mały busik odwiózł nas do hotelu. O 23 zjedliśmy wszystkie posiłki, o których marzyliśmy cały dzień. Wziąłem tłustą, żyrną zupę soliankę, moje ulubione pielmienie i jeszcze dostałem kawał słodkiego naleśnika od Marty.

23

Po trzeciej trafiliśmy do hotelu, w którym był już zastęp niebieskich - Kamila (d. Tokowy) i Dzikiego. Tu poznaliśmy ludyczną twarz Ukrainy, było wszystko oprócz wina, które kojarzy się przecież z ciepłymi krajami śródziemnomorskimi, a nie z stepem i mrozem. Integracja - budowana pieczołowicie w tych ciasnych busach, jak wytrzymałość na długich wybieganiach - w hotelowym pokoju osiągnęła apogeum. A rano, niemal o świcie wszyscy karnie zjedliśmy hotelowe śniadanie (kotlet z piersi kurczaka z ryżem) i ruszyliśmy do Kijowa. Tam czekając na szpicę sztafety (tym razem biegł zastęp czerwony) zrobiliśmy małą rozgrzewkę z rytualną deską. Dołączyło kilkudziesięciu ukraińskich biegaczy i razem, z czterema pałeczkami - białą i czerwoną, żółtą i niebieską dobiegliśmy na Majdan.

45

A teraz najważniejsze. Jeśli ktoś przeczytał te wszystkie słowa, to po to, żeby dojść do tego akapitu - podobnie jak my biegliśmy tyle kilometrów, witaliśmy i byliśmy witani, słuchaliśmy przemówień i przemawialiśmy (ustami kpt. Pacewicza tłumaczonymi na wszechobecny tam rosyjski przez Beatę lub na ukraiński przez Martę)... Wszystko po to, żeby wysłuchać na Majdanie ukraińskiego hymnu i zaśpiewać tam polski hymn.

6Wszyscy pękli. Ja wprawdzie płaczę nawet jak Stochowi albo Kowalczyk grają hymn za złoty medal, ale to inny płacz - duma i wzruszenie. Tutaj było coś innego. Najładniej ujęła to Magda z PolskaBiega: "Ja nie pamiętam lat 80., ale teraz poczułam się taka szczęśliwa, że żyję w wolnym kraju". Magda wyszeptała mi to do ucha, kiedy objęliśmy się po bratersku jeszcze z wilgotnymi oczami. I tego "tulimy" było tam więcej.

Ja pamiętam lata 80. Kiedy śpiewałem, sercem z kardiomiopatią przerostową lewej komory (jak to u sportowców) i głosem czystym jaki nigdy, stanęły mi przed oczami wszystkie te msze za ojczyznę w kościele księdza Popiełuszki, tłumy na papieżu, pod uniwersytetem i wszystkie te demonstracje, na które byłem za mały, ale widziałem zdjęcia w podziemnym pisemku PWA (młodsi: google). Ukraińcy, wierzę, idą tą drogą. I wierzę, że dojdą, że będą kiedyś szczęśliwi z wolności.

Po co tam biegłem? Wiadomo: żeby odkrzyknąć na tytułowe zawołanie "Gierojom sława!". Oddać im cześć, zdejmując czapkę przy pomniku Nebesnej Sotni czyli zastrzelonych na Majdanie. Ale to wiedziałem jeszcze przed biegiem.

Po biegu dowiedziałem się, że pobiegłem najbardziej po to: poczuć to szczęście, że hymn Polski jest hymnem wolnego kraju. Poczuć to całym sobą - jak człowiek, jak biegacz, jak dziennikarz. I jak dziennikarz napisać o tym w przydługiej relacji.

Moje serce bije teraz trochę bardziej na wschód. Kiedy stoję twarzą na północ przesuwa się odrobinę w prawo, a kiedy twarzą na południe, to chce wyskoczyć z klatki w lewą stronę.

Do tekstu, który leży w zamrażarce, Marta rozmawiała z Kolą, ukraińskim biegaczem. Mykola Rudyk miał życiówkę 2:14, zrobił ją zresztą w Dębnie. Na Majdanie został ranny, stracił oko, kilka centymetrów uratowało mu życie, był operowany w Polsce. Teraz truchtanie z psem sprawia mu problem. Niczego nie żałuje, zrobiłby to samo. Gierojom sława.

Ostatnie honory oddaliśmy Ukraińcom podczas drugiego, wieczornego wystąpienia na Majdanie. Tam już była scena, zaplanowane występy i przemowy. Patosy i frazesy, wiem, bo polskiego polityka mówiącego po polsku przecież rozumiałem.

I nagle na scenę wyszli: kpt. Pacewicz, Kamil (d. tokowy), który akcję wymyślił i newsweekowa Marta (fot. Mirek Bieniecki). Powiedzieli parę słów ludzkim językiem, Marta przetłumaczyła. A na koniec zagrały pałeczki:

7

 



00:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (53) »
poniedziałek, 17 listopada 2014

Po Fejsbuku chodzi taki zabawny obrazek: co robi biegacz przed treningiem. Musi załadować empetrójkę muzyką, uruchomić aplikację na smartofnie, która pozwoli wrzucić trening na Fejsa i jeszcze zrobić sobie selfie na instagrama. A co miał do zrobienia 18 lat temu? Zawiązać sznurówki.

Nie wiem, czy na tym obrazku jest porównanie do 1996 roku, ale tak napisałem, bo od tego roku biegam na serio. Jestem też na tyle nowoczesny, że też to wszystko mniej więcej robię i na tyle staroświecki, żeby mnie to jednak dziwiło.

Bieganie zwłaszcza wolnych treningów bez audiobooka mnie nudzi. Endomondo nie używam (zrobiłem to ze dwa razy, jak mój Garmin miał kłopoty), ale zależy mi na monitorowaniu treningu. Selfie z biegania - zdarzało się, widzieliście.

Wyszliśmy z bieganiem na agorę, a agora dziś to nie plac w środku miasta ani wydawnictwo w stolicy Polski, ale cyfrowa globalna wioska.

Sztafety Polska Biega 2008 i 2009. Przed wyjazdem mieliśmy zaplanowaną trasę i zapewnione noclegi, szkoły, które chciały się włączyć ze swoimi dzieciakami i mniej więcej tyle. No i jeszcze zawiązać sznurówki.

Sztafeta Biegiem na Majdan. Wczoraj mieliśmy trening na Agrykoli. Jak się wejdzie w link można zobaczyć filmik na wyborcza.pl. Od dwóch tygodni działa fanpejdż na Fejsbuku. Będziemy tam wrzucać materiały z biegu, bo dziś każdy jest chodzącą stacją nadawczo-odbiorczą, latającym reporterem i operatorem smartfona. Liczy się promocja, jak na rynku.

Ładnie mówił biegający były szef, że wolność w bieganiu kojarzy się z tą wolnością, która hula po Polsce i o którą trzeba walczyć na Ukrainie. Biegniemy na Ukrainę nie dla blichtru, nie dla kasy, więc nie jest to rynek finansowy, ale rynek idei. Użyjemy do ich promowania rynkowych narzędzi.

No i zapomniałbym o promocji partnerów. W pakiecie działań dostałem dwa zadania: zapewnić pałeczki sztafetowe (kiedy na zebraniu sztabu pokazałem lekkie pałeczki aluminiowe Polanik w kolorach Polski i Ukrainy, to wszyscy oszaleli z zachwytu) i czołówki (trzy sztuki dla biegacza i dwóch osób towarzyszących). Poprosiłem o nie dystrybutora chwalonej przez Dzikiego marki Black Diamond. Dali nam ten sprzęt, a ja obiecałem, że go w podziękowaniu pokażę na blogu.

Pałeczki Polanik wyglądają tak:

2

A Dziki z czołówką Black Diamond tak:

3

Rynek w bieganiu - pisaliście o tych biegach, które kosztują setki złotych i triathlonach, które są jeszcze droższe. Co będzie w Polsce pierwsze? 10 tysięcy biegaczy w maratonie, czy 1000 zł wpisowego na triathlon? Opowiedziałem o tym szefowi działu gospodarczego w Newsweeku, może kiedyś napiszą.

Na dzisiejszym kolegium redakcyjnych robiłem nawiasem mówiąc takie notatki:

1

Magazyny o bieganiu. Kto pamięta "Jogging"? Wzruszający dziś periodyk, myślę, że grafika taka jak wyżej mogłaby spokojnie trafić na łamy. Filatelistyka wśród mercedesów.

Potem przyszło "Bieganie", z którym współpracuję do dziś, a na Ziemiach Zachodnich zakorzenił się "Runners World". Polska zaczynała biegać, aż tak się rozbiegała, że powstał rynek. Wybiegają teraz na agorę chłopcy-gazeciarze, każdy chyba tygodnik ma swój ekstra dodatek biegowy, powstają nowe pisma.

No i teraz słuchajcie. Syn Marnotrawny tego bloga, nasz Quentino zadzwonił do mnie jeszcze w lecie, że szykuje nowe pismo biegowe. Przyznam, że nie wierzyłem, że to się uda, bo jestem chyba trochę sceptyczny do dużych przedsięwzięć poza Małym Yodą, ale to w pewnym sensie na razie bardzo malutkie przedsięwzięcie. Ale obiecałem Quentinowi, że jak się numer ukaże w kioskach, to poinformuję. Bo fajnie jest, kiedy naszym się coś udaje.

I jest tutaj: www.runtimes.pl. Pierwsy numer można sobie pobrać za darmo. Na rynku nazywa się to promocją. Promocją magazynu, bo biegania już nie trzeba promować, przynajmniej w Polsce.

22:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 10 listopada 2014

Metafora pojawiła mi się gdzieś między poduszką, a snem, kiedy myślałem, jak to wytłumaczyć biegaczom, którzy nie są dziennikarzami. (Bo wprawdzie dziennikarkami na blogach są już wszystkie biegające panny, ale zdarzają się jeszcze biegacze, którzy się nie uważają za).

Metafora taka: stajesz na starcie maratonu, zaczynasz z lekką obawą (w dziennikarstwie: szukasz tematu), ale na piątym kilometrze znajdujesz rytm (i temat), na dziesiątym lekko przyspieszasz (umawiasz się z obiecującym bohaterem na wywiad), na dwudziestym przyspieszasz jeszcze mocniej (bo wywiad okazuje się rozmową z ciekawym człowiekiem), a na trzydziestym zaczynasz długi finisz (bo rozmowa wyszła, bohater się otworzył i umiał o tym mówić). "W zimę stulecia szedłem pięć kilometrów przez kopny śnieg, żeby się napić". Itp. Rozmowa pod mocnym aniołem.

I kiedy jesteś na czterdziestym kilometrze (oddajesz tekst, redakcja uśmiechnięta, przesyłasz go do autoryzacji), to ci nagle zdejmują oznaczenia kilometrowe i zwijają metę. Nie ma tego biegu. "Nie ma tego wywiadu, nie zgadzam się na publikację".

Trudno jest siebie ot tak przeskoczyć, gdy poprzeczkę w podskoku ściągają. Młodsi: google. A w Newsweeku nie ma tekstu Reportera Spraw Codziennych.

Na blogu panien wkurzonych byłoby teraz napisane, jak poszły tę frustrację wybiegać. Ja poszedłem w sobotę na ostatnią dychę w Grand Prix w Lesie Kabackim - żeby utupać punktów potrzebnych do podium w klasyfikacji wiekowej w punktacji końcowej. Utupałem, ale w jakim stylu. Szkoda, że nie zdjęli mety, nie byłoby wstydu. Drugi czas sezonu od końca, brak i szybkości, i wytrzymałości, i woli walki.

Powtarzam Podopiecznym: Każda porażka jest o tyle dobra, o ile wyciągnie się z niej wnioski. Wniosek jest tutaj prosty: samo się nie wytrenuje. Skoro miałem lekką kontuzję (fizjoterapeuta szybko ją zdusił, nie warto odwlekać takich interwencji) i małą przerwę, to nie mogę pobiec dziesiątki na poziomie podobnym do Półmaratonu Kampinoskiego. Bo gdyby tak było, to nie trzeba by był w ogóle trenować. Albo robić sobie ciągle starty na świeżości. Nie ma cudów: wybiegasz tylko tyle, ile wcześniej wytrenowałeś.

Konkretnie? Na wiosnę chcę podciągnąć szybkość. W zimie i tak trzeba robić siłę i wytrzymałość, ale objętości będą trochę mniejsze, za to tempo bardziej zbliżone do Tabel Danielsa. Raczej 5:00-5:15, a nie 6:00-6:30. No chyba że z wózkiem.

Wózek biegowy stał się na jesieni moim przekleństwem treningowym. Generalnie jestem na tak: mało jest tak fajnych rzeczy w rodzinie z małymi, jak wózek biegowy. Można połączyć spacer z dzieckiem, przebywanie z nim, łono natury i bieganie. Bomba emocjonalna. Ale nie można sobie zaliczać niewygodnego truchtu bez użycia rąk jako treningu. Można robić taki godzinny podkład pod trening, ale potem trzeba oddać żonie/mężowi wózek, wrzucić drugi bieg i przyspieszyć, a nie jechać na jedynce przez kolejne 45 albo 60 minut.

Trening to jest jednak trening. A spacer biegowy z wózkiem treningiem nie jest. Tak jak musiałem kiedyś przestać zaliczać sobie podbieganie z bankowcami jako trening interwałowy, tak w przyszłym sezonie nie będę sobie zaliczał truchtów wózkowych jako długich wybiegań.

Idzie zima, zbliża się Ukraina. Tak biegaliśmy w środku lata w Borach Tucholskich - z Moją Sportową Żoną i Małym Yodą w wózku biegowym.

1243

To se vrati.

A meta jest ciągle przed nami. Póki trening trwa.

23:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (43) »
poniedziałek, 03 listopada 2014

Polska Biega. W Lesie Kabackim i na Ukrainę. Bo bieganie, to nie tylko bieganie, jak napisaliśmy sobie kiedyś na stronie Kancelarii mając na myśli, jak ważny jest stretching i trening wzmacniający.

Na zdjęciu Moja Sportowa Żona nie tyle się rozciąga, co pozuje do zdjęcia. Zaraz ruszy na pierwszy taki sprawdzian w życiu: 10 km w Lesie Kabackim.

1

A my za dwa tygodnie ruszamy na Ukrainę. Uhonorujemy Majdan, tak jak należy się takie uhonorowanie stoczniowcom z 1980 r., tym, co w 1989 r. burzyli pomnik Dzierżyńskiego w Warszawie, mur w Berlinie albo w 2013 zrywali kajdany w Kijowie. Ale tak naprawdę, to o co chodzi?

Zaczęło się 4 czerwca tego roku. Po wymyślonym przez Roberta Korzeniowskiego Biegu Wolności Kamilowi zwanego tu Tokowym (teraz właściwsze byłoby: Kamil Pierwszy z racji dyrektorowania PR I PR) zaczęło biegać po głowie, żeby pobiec z wolnością na ustach na większą skalę. Taką jak w Polska Biega, kiedy to rok po roku w dwóch sztafetach na cztery wiatry biegliśmy przez Polskę zachęcając ją do biegania. A że Polska już biega, to Kamil wymyślił, żeby biec na Ukrainę, a Pac, ojciec Polska Biega - zwany tu niegdyś biegającym szefem - zapiał z zachwytu i zaczął dorzucać piętrowe wizje.

Też przy tym byłem i powiedzieć, że byłem sceptyczny, to mało powiedzieć. Byłem adwokatem niemocy, przekonywałem, że się nie da. Sprawa przycichła, przez kraj przetoczyły się wakacje, przez moje życie dodatkowo urlop tacierzyński. A kiedy Kamil z Pacem wszystko naprawdę zorganizowali, wyciągnęli do mnie sztafetową pałeczkę i pozwolili dołączyć do ekipy.

Biegnie nas dwadzieścia parę osób, z tamtych sztafet będzie jeszcze - pamiętam ludzi z moich zastępów - Dziki, bo jakże by inaczej i znajoma celebrytka Beata S. I będzie Marta C., z którą siedzę teraz biurko w biurko, a która ma nie tylko faceta Ukraińca, ale też kompletnego hopla na punkcie tego kraju i wie o nim wszystko. Np., że to śmieszne, żeby bać się wojny po drodze z Lublina do Kijowa.

Kiedy wypytywałem Martę o Ukrainę zdałem sobie sprawę, jak mnie ta kraina ciekawi. Bo najpierw, kiedy Pac poprosił, żeby napisać "po co biegnę", uderzyłem w duszy w wysokie surmy: że Polska jak wywalczyła wolność, to się najpierw bogaciła, a potem zaczęła biegać i dbać o siebie, bo taka jest kolej rzeczy w demokratycznych społeczeństwach i my teraz z dobrą biegową nowiną biegniemy do kraju, który się dopiero na niepodległość wybija. Dopiero, kiedy mi patriotyczna pałeczka opadła, obudziła się we mnie ciekawość.

Ukraina. Kraj, z którego przyjeżdżają do Polski dzielne kobiety zarabiające poniżej swoich kwalifikacji na utrzymanie swoich rodzin, podobnie jak całe pokolenia Polek jeździły do Niemiec czy na inny Zachód. Kraj, w którym mieszkają Kenijczycy, brutalnie zabierający czołowe miejsca polskim biegaczom na zawodach w Biłgoraju, Trzemesznie bądź Chodzieży, podobnie zresztą jak nasi jeździli kiedyś wygrywać w Lipsku albo Frankfurcie. Kraj, w którym walczą o wolność, godność i solidarność. Kraj, gdzie milicja została powołana do brania łapówek, kraj, gdzie bida z nędzą i chałupy jak za Bohuna, kraj gdzie step bezkresny i pójdę nocą w pole z koniem.

Tuzin stereotypów. A jak tam jest naprawdę? Co zobaczymy, co nam zostanie w głowach, co w sercu. Spróbujemy napisać z Martą do "Newsweeka", chociaż nie wszystko da się przecież wystukać słowami.

Biegniemy na Ukrainę z przesłaniem biegania i wolności, to już wiem. Ale ciekawi mnie z czym wrócimy.

21:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (46) »
poniedziałek, 27 października 2014

O 7 rano budził mnie sms. Albo przychodził o 2 w nocy. "Napisz coś o Spartanach". Jak odpisałem coś wymijającego, to za sekundę miałem telefon. Marcin Żuk, w tamtym czasie rzecznik (a także chyba silnik) Spartan, charytatywnej grupy biegowej, świetnej inicjatywy Michała L. i Jacka G.

O Spartanach napisała na pewno Gazeta Stołeczna w relacji z konferencji prasowej Maratonu Warszawskiego, bo kiedy oddział wbiegł kłusem na salę konferencyjną w Centrum Olimpijskim, to zrobiło to wrażenie na wszystkich dziennikarzach. Ale chyba nie moim piórem, od paru lat chodzę na konferencje Maratonu po Prawdziwej Warszawie jako przyjaciel imprezy, a nie dziennikarz.

Obiecywałem, że o tych Spartanach napiszę, ale ciągle nie mogłem znaleźć klucza, żeby nadać tematowi odpowiednią rangę. Klucz dostarczył mi nieoczekiwanie nasz Paweł, który z Maćkiem na wózku może przebiec każdy maraton poza Dębnem, bo tam z wózkiem nie wolno. Napisałem tekst o Pawle i Maćku, rozszerzyłem perspektywę na charytatywne bieganie (SiePomaga itp.) i dałem cały rozdział o Spartanach. Zredagowany tekst został zaplanowany do kolejnego numeru Dużego Formatu albo Witamy w Polsce, nie pamiętam. I wszystko byłoby pięknie, ale w ostatniej chwili redakcja dodała tam moduł reklamowy i trzeba było tekst znacznie skrócić. Wypadł fragment o Spartanach.

Wiosną 2014 r. Marcin objawił się w grupie czterech ultra-ultrasów, którzy robią cykl 4deserts - 4 wieloetapówki po pustyniach świata, 250 km każda. Andrzeja i Marka znam od dawna od strony zawodniczej, Daniela poznałem teraz. Ale jaki w tym temat dla Newsweeka (a nie dla Biegania)? Zresztą nie wiedziałem, czy moje obietnice dane Marcinowi jestem bardziej winien Spartanom, czy Marcinowi i jego kolejnym projektom.

We wrześniu Marcin przeprowadził, jak to określił psychiatra w tekście w Newsweeku, projekt eschatologiczny. Mnie trzepnęło to mocno. Jak to możliwe, że taki gość, z taką energią, ponadludzką, z entuzjazmem, z chęcią pomocy innym i to naprawdę, głęboko, a nie dla poklasku (upewniałem się w tym zbierając materiał do tekstu)... Jak bo możliwe, że taki gość tylko sobie nie umiał pomóc?

Tekst "Kredki na pustyni" jest w dzisiejszym Newsweeku, do kupienia w kioskach, w internecie na razie zajawka, za jakiś czas pewnie w sieci całość, Rob pewnie podlinkuje. Od oddania tekstu do druku zastanawiam się nad bieganiem. Bo bieganie, to nie zawsze tylko bieganie. Dla Marcina w Spartanach było to zadanie, był to środek do charytatywnego celu. W 4deserts było to wyzwanie, które musiał porzucić w połowie. Często mówi się o tym, jak bieganie odstresowuje, wyluzowuje, pozwala zwiększyć dystans. Pisząc o Marcinie (i przy tym o Spartanach i o 4pustyniach - więc obietnica spełniona) zobaczyłem, że bieganie może mieć o wiele głębsze i nie koniecznie tak dobroczynne uwarunkowania psychologiczne.

Od Daniela dostałem zdjęcie Marcina z pustyni Gobi. Każdy ultras wie, że na takich biegach obcina się nawet troczki od plecaka. Marcin przez 5 dni biegł z pudełkiem kredek po to, żeby dać jej mongolskiej dziewczynce mieszkającej tam gdzie jaki zimują.

1

Fot. Daniel Lewczuk, 4deserts

U mnie przerwa w bieganiu. Uszkodziłem sobie jednak w puszczy ten mięsień biodrowo-lędźwiowy, osteopata, do którego trafiłem pogratulował trafnej diagnozy, popracował manualnie (chociaż trudno się dostać do wnętrza człowieka, a ten mięsień chowa się przed dłonią fizjoterapeuty), dał ćwiczenia. Pozwolił niby biegać powoli, ale unikam.

I w sobotę poczułem taki głód ruchu, że nie wytrzymałem. Przed ćwiczeniami rozciągającymi należy rozgrzać mięśnie, więc zrobiłem sobie pół godziny wzmacniania tak, jak najbardziej lubię - mata, brzuszki, obciążenie własnego ciała i tylko gumowa taśma, żadnych maszyn, ciężarów. Skończyłem jako inny człowiek. Po raz pierwszy od środowego ochłodzenia zrobiło mi się ciepło, odzyskałem radość, energię. Psychiatra powiedziałby pewnie o uzależnieniu od sportu. Tylko czy to źle? Może będę miał okazję zapytać przy jakimś tekście.

15:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 20 października 2014

Co łączy faceta lekko kulejącego w środku puszczy, dziewczynkę, która jedzie jutro na dzielnicowy turniej unihokeja, Kenijczyków, którzy nie dają szans polskim biegaczom, a nawet piłkarzy, którzy potrafią skutecznie walczyć na boisku? I co odróżnia ich od programu, który córka 6klasistka ogląda właśnie w telewizji?

Sobotni poranek w puszczy, jeszcze mgliście, ale za godzinę zrobi się pożegnanie z babim latem. Za godzinę będziemy już na trasie - ja, Agata z Rabki, która przyjechała tu specjalnie na swój pierwszy półmaraton i trzy setki biegaczy startujących w Półmaratonie Kampinoskim.

Urok małych biegów. Najpierw półkilometrowa prosta, wybiegam z niej na 7 pozycji. Potem dogania mnie dwóch gości, wyprzedzają, ale łapię ich, do 9 kilometra biegniemy razem. Wtedy lekki kryzys łapie mnie za gumkę od spodenek, ratuję się czekoladką, którą dostałem na urodziny od córki studentki (niczego bardziej przypominającego żel rano w domu nie znalazłem), ale spadam na 9 miejsce. Próbuję gonić, ale wtedy, gdzieś koło 12-13 km coś dziwnego chrupie mi w środku. Dziwne miejsce na kontuzje, to chyba jest mityczny mięsień biodrowo-lędźwiowy - nikt go nie widział (w przeciwieństwie do czwórek czy trójek), ale jest najsilniejszym zginaczem stawu biodrowego, a ja go właśnie czuję.

Godzę się już z kontuzją. Z trasy nie zejdę, bo niby gdzie w środku puszczy? Mam usiąść przy Krzyżu Jerzyków i czekać na co? Dotruchtam, a jak trzeba będzie, to dojdę. Dam się prześcignąć kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu biegaczom, a na koniec Agacie. Noga pozwala biec powoli, muszę dziwnie rotować stopę na zewnątrz, coś się dzieje. Trwa to z półtora kilometra, po czym dogania mnie kolejna dwójka - zielona koszulka i biała. Wypadam z dziesiątki... i niespodziewanie wracam do gry.

Po pierwsze przechodzi ból w nodze (dobrze, wiem, że się będę musiał tym zająć, na razie odpoczywam, oszczędzam się i rozważam wizytę u osteopaty). A jeszcze bardziej po pierwsze jest bufet. Nie ma bananów, są tylko pomarańcze i rodzynki. Dwie sekundy na decyzję i biorę do ręki półtorej garści rodzynek i kubek wody.

Nie ma lepszej bomby izotonicznej niż rodzynki popite wodą. Może to efekt świeżości, nigdy tego nie stosowałem. Będę relacjonował, bo teraz nie wyobrażam sobie żadnego długiego startu bez rodzynek. Myślę, że będę je zabierał na najdłuższe treningi. Moja Sportowa Żona mówi, że nie są drogie (w życiu chyba nie kupiłem rodzynek), więc świetnie. Biegacze - jedzcie rodzynki.

1

Fot. Dziki, pół kilometra przed metą

Przeganiam białą koszulkę, doganiam zieloną. Ma na imię Janek, gadamy w drodze, trenuje na rowerze, pierwszy raz biegnie w zawodach. Dwa kilometry przed metą Janek pokazuje mi, kto tu jest młodszy i ma większą szybkość. Ale dobiegam 10. Duża radość, niezły czas - 1:26:39. Dystans nie był pełny - organizatorzy mówili, że 20,5 km, komuś wyszło 20,2, u mnie nawet 20,15. Ale można przeliczyć, że złamałem 1:30, a to był właśnie cel. Jestem zwycięzcą.

Szkoda, że nie było kategorii wiekowych. Są wprawdzie teorie mówiące, że im człowiek starszy, tym szybszy, więc zgodnie z nimi powinienem wygrać, a nie dać się wyprzedzić dziewięciu 20-30-latkom. Ale zostawmy te teorie publicystom i złośliwcom. Gdyby była na biegu kategoria M40, miałbym pierwsze miejsce. Jestem zwycięzcą.

Zwyciężczynią poczuła się też Agata z czasem 2:06. W dodatku podobała jej się Puszcza, co sprawiło mi taką przyjemność, jakby kibice Wisły Kraków bili brawo Legii Warszawa za pięknie przeprowadzoną akcję.

2

Fot. Rafał z obozu w Rabce-Zdroju

Sport jest świetny, dostarcza dużo emocji. Półmaratończykom w puszczy. Córce 6klasistce, która dwa tygodnie temu zajęła w sztafecie szkolnej drugie miejsce w dzielnicy, tydzień temu z reprezentacją piłki ręcznej zajęła czwarte miejsce, a jutro jedzie na turniej unihokeja. Kenijczykom, Ukraińcom czy Polakom ścigającym się o pierwsze miejsca w biegach z nagrodami (zauważyliście arcyciekawą dyskusję na ten temat w internecie, ja tu jestem trochę jak Unia Demokratyczna, rozumiem wszystkie strony i czytam z przyjemnością). Bo sport to czasem zawód, czasem zdrowie, czasem pasja, ale przede wszystkim emocje. Nie takie same na meczu z Niemcami, jak ze Szkocją - ale wynikające z wysiłku. Ile żelu by sobie nie nałożył Lewandowski na włosy, to nikt nie może mu powiedzieć, że swoją gratyfikację (oklaski, honoraria, sławę) odbiera za nic. Odwrotnie: musi się na nią porządnie napocić.

Córka 6klasiska przez godzinę czytała dziś wieczorem książkę. Nie rozumieliśmy skąd taki zew czytelniczy, ale chodziło chyba o to, żeby zasłużyć sobie na oglądanie Top Model na TVN (czy czegoś w tym stylu). To normalnie jak transmisja z innej planety. Ludzie, którzy osiągają zaszczyty prężąc się, wyginając, uśmiechając. W dodatku trzask fleszy każe im uwierzyć we własną wyjątkowość.

Patrzyłem w ekran i zastanawiałem się, co jest takiego w sporcie. Najpierw myślałem, że rywalizacja. Ale nie, przecież oni w tym TapMadlu też o coś rywalizują, ktoś ten program chyba wygrywa, ktoś dostaje kontrakty. W polityce też ludzie rywalizują, a często (choć tu możemy się różnić w ocenach gdzie i kiedy) bywa to paskudne.

Dla mnie chyba szlachetna jest ta rywalizacja, przy której człowiek poci się z wysiłku. I do której energię czerpie się nie z demagogicznych argumentów albo botoksowego blichtru, tylko z treningu i rodzynek.

22:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 13 października 2014

Historia odwróciła się w 86 minucie meczu z Niemcami. Wtedy stało się coś, czego wszyscy bardzo chcą nie widzieć, sędzia również. A mogło być jak zwykle.

To jest mój najmniej popularny wpis na Fejsie. Polubiły go tylko 4 osoby, a komentarze są dwa. "Karnego trzeba jeszcze strzelić" i najprostszy: "Spadaj".

Napisałem po meczu: "Ufff. Ledwo żyję z euforii. Ale po prawdzie, to pomogła nam trochę ręka boga. Bo gdyby sędzia uznał, że to nie bóg, tylko Szukała zagrał ręką w polu karnym, byłby karny i 1:1 zamiast 2:0".

Nie wiem, czy to było zagranie na rzut karny, czy nie. Ale jeszcze bardziej nie wiem, dlaczego portale sportowego tego nie analizują, nie odpytują sędziów międzynarodowych, nie zauważyłem, żeby ktoś z dziennikarzy zapytał o Szukałę, czy poczuł się jak Bóg i dlatego zagrał ręką (młodsi: Maradona). Zapytałem znajomego dziennikarza sportowego - zaryzykowałbym, że to najlepszy biegacz wśród najlepszych komentatorów - o tę rękę. Odpisał, że jeśli piłkarz miał rękę ułożoną w sposób naturalny, to spoko, ale jeśli rozłożył ją jak strach na wróble, to karny. Z tym, że on dokładnie nie widział, bo był na stadionie.

Zaczynam czuć się jak jakiś maniak: widziałem rękę na rzut karny dla Niemiec, po którym byłoby pewnie 1:1, a nie 2:0. Tylko ja jeden w całej Polsce. Zaczynam wychodzić na świra, który ma coś przeciwko polskiej piłce nożnej.

Bo mam. Miałem po meczu warkocz emocji, który mnie samego zadziwił.

Cieszę się, pewnie że się cieszę, bo moja reprezentacja wygrała z Niemcami, z mistrzami. Bo Niemcy zawsze byli bogami futbolu (młodsi: Rummenige, Beckenbauer, Gerd Muller, przepraszam za błędy, pisałem nazwiska z pamięci). Bo w piłkę przekopałem sporo godzin dzieciństwa i młodości i ciągle bieganie za skórzanym pęcherzem jest dla mnie jedną z najbardziej naturalnych form ruchu.

Cieszę się, że Polska - ta, która ma mistrza świata w kolarstwie, mistrzostwo w siatkówce, prezydenta Europy i rekordowy wzrost PKB - odnosi jeszcze jeden sukces. I to na tak ogólnoświatowym ringu, jak stadion piłkarski.

Ale też coś mnie w tym zasmuciło. Triumf tępego kibolstwa, które każe palić tęczę LGBT, gardzi Murzynem, Cyganem i wszelką odmiennością i próbuje zawłaszczyć narodową flagę, narodowe święto, pamięć o powstaniu. W dyskusji uznaje tylko argument siły, przepisy prawa ma za nic, a najbardziej wyżywa się na ustawkach po lasach. Że jeszcze do niedawna można było mieć poczucie wyższości - bo kibice lekkoatletyczni klaszczą z entuzjazmem, kibice siatkarscy śpiewają o stepie szerokim, a na stadionie wiadomo: petardy, oprawy, bitki, wyzwiska i czyste chamstwo. Można było pośmiać się po cichu z nażelowanych gwiazdorów w kosmicznych samochodach opłacanych dużo powyżej ich społecznej wartości, którzy uważają się za sportowców.

Teraz już nie. Triumf reprezentacji daje im wszystkim legitymację do tego, żeby powiedzieli: nasze na wierzchu. I dodali krótko, tyle że w wersji kibolskiej: spadaj.

Ten sukces jest fantastyczny. Ale piłka nożna - może właśnie za to ją tak kochamy - jest tak niesamowicie niesprawiedliwa. Trudno wyobrazić sobie w bieganiu, że maratończyk z perfekcyjną techniką, realizujący co do sekundy plan startu przegrywa z drugim, który biegnie jak potłuczony, dyszy i sapie, a wygrywa tylko dlatego, że dwa razy wyskoczył wysoko do góry i dotknął ręką gałęzi.

Fascynuje mnie natomiast ten fenomen metafizyczny. Wiele razy to my graliśmy świetnie, a przynajmniej nieźle, ale piłka jak zaczarowana omijała bramkę przeciwnika. Albo jak w meczu z Austrią (dobrze pamiętam), sędzia Webb podyktował przeciw nam kontrowersyjnego karnego w ostatniej minucie wykopując nas z turnieju. Przyzwyczailiśmy się, że gdzie jak gdzie, ale w piłce, to Polakowi zawsze wiatr w oczy wieje.

A tym razem stało się dokładnie odwrotnie. Ręka, która może była, może nie, przeszła niezauważona, poszła kontra, Mila strzelił z niej bramkę i znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. W raju. To dobrze, bo bardziej podoba mi się świat, w którym Polska ma szczęście, niż taki, w którym jest ciągle moralnym zwycięzcom dostającym regularnie lanie.

W bieganiu nie jest potrzebne szczęście, tylko wypracowane na treningach parametry. Moje są kiepskie. Chyba z tej Krynicy bez porządnego roztrenowania się nie wygrzebię. Interwały biegam w tempie, w jakim powinienem biec półmaraton. A półmaraton już za tydzień. Z kibiców będą tylko drzewa w Puszczy Kampinoskiej, a to jeszcze inna bajka.

18:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 111
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam