Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Stajemy na starcie, zimno, cudownie i jedziemy. W głowie mam liczby, które mają określić moją wartość. Tak jak euro wart jest ileś złotych, tak Staszewski wart jest ileś minut, ileś minut poniżej trzech godzin, a ile, to się okaże właśnie za niecałe trzy godziny.

Ruszamy o 8.45. Pod wiatr, ale się tego nie czuje. 4:06, 4:03, 4:01 i podbieg, tu 15 sekund planowo tracę. Na górze Dziki na rowerze, dołącza, zrobi mi ajfonem fotoreportaż z biegu, z chwil chwały i z momentów zdychania.

To koło Kancelarii Premiera. Beata podpisz.

4:03, 4:00, 4:07, 4:02, 4:00. Tempo-cieszynka. Dziki co jakiś czas mnie stopuje ostrzegawczym "3:59", robię rzut oka na stoper i odpowiadam "tętno 168". Czyli, że mogę, parametry pozwalają tak biec. I wiatr pomaga. Potem odbierze.

Bo ja już wiem, że odbierze. Ja czuję, że w środku jestem jak ta naoliwiona maszyna, ale między trybami czuję trochę wody, jakiejś niepotrzebnej wilgoci. Ja mam ten cel 2:54:xx w sercu, ale w głowie wiem, że dziś pozostanie w sferze marzeń. Ja jestem gotów walczyć jak cholera o wynik, jak na półmaratonie, ale maraton to jest potwór zbyt duży, smok zbyt potężny, żeby go walecznością samą zwyciężyć. Ja wiem, że tu będzie rządzić fizjologia, a głową można tylko jak najwięcej z tej fizjologii wyciągnąć.

Ile? Ile sekund poniżej trzech godzin? Jak daleko od celu, jak blisko? Na połówce będę miał czas idealnie na 2:55:00.

Przed połówką czeka Moja Sportowa Żona z połówką banana (a jestem już po jednym żelu), Małym Yodą i małą reprezentacją Rabki-Zdrój. Podbiega, mówię jej (podobno, znam z relacji), że jest nieźle i jednocześnie temu (ponoć) zaprzeczam.

Za połówką niespodzianka. Nikt jeszcze nigdy nie zrobił dla mnie transparentu na biegu (tylko jak parę lat temu przyjechałem do Rabki na rowerze z Warszawy, to MSŻ z reprezentacją Rabki witały mnie z trasparentem). A tu czeka Podopieczny Adam z rodziną i wielką płachtą z wypisanymi życzeniami i logo Kancelarii. Adam, zachowasz na jesień?

- Cukier ci spada, chcesz żel? - mówi Dziki. Nie wiem, ile razy, ale dużo. Twierdzi że mam momenty, kiedy zaczynam przysypiać. Wiatr je wydobywa i wyostrza. 4:11, 4:17, 4:20, żel, 4:08. Ale następny znów 4:17, a potem najsłabszy kilometr, trzydziesty w 4:37. Marzenia o 2:54 odbiegły już daleko, że nawet tętent ścichł, słychać za to z oddali galop goniącej mnie trójki.

- Słyszałem, żeś rycerz sławny, stawaj waść - tak mówi mi Dziki w naszym rytuale przed każdym ping pongiem. Staję. To znaczy nie staję, tylko przyspieszam. I jeśli z czegoś mogę być dumny po tym średnio udanym biegu, to z tego jestem dumny potwornie. Kiedyś takie kryzysy mnie miażdżyły, mogłem się do mety tylko czołgać. Pełzać, czołgać, słaniać. A teraz otrzepuję pióra, przestaję na wiatr narzekać, tylko łapię wkurw w żagle i jadę. 4:07, 4:07. Można? Można. Nie zbyt długo, potem znów trzy kilometry słabsze, ale potem znów dwa poniżej magicznej bariery 4:15 (chyba to wtedy poprosiłem Dzikiego: - Zmuś mnie do żelu za kilometr).

Jadę jednak do celu. Tnę się z Danielem-Źrebakiem (na zdjęciu obok) - był pierwszy na połówce, a w naszej rywalizacji w zasadzie zawsze oznacza to, że będzie drugi na mecie. Wmuszamy Danielowi z Dzikim żel, bo Dziki ma tego całą torbę, podarunek od Antoniego Cichończuka, człowieka-legendy. Wtedy Daniel jak rasowy źrebak się podrywa, aż w końcu robię mu Janów Podlaski i zostawiam z tyłu. Daniel na mecie będzie szczęśliwy, że się nie poddał, nie odpuścił, chociaż nie złamał trójki. Może przestał być źrebakiem, skoro umie się ucieszyć z tego co ma?

Stado na trzy godziny dopada mnie kawałek przed nawrotem. Ostatnie dwa kilometry przed nawrotem mam znów słabe, ale zjadam chyba ostatni, piąty żel, skręcam na most. I zaczynam rozliczenie z kasjerem. Kasjer dupa czy Wojtek dupa?

Mijam matę na 40 kilometrze. Patrzę na zegar i odkrywam, że już nie tylko obrona Częstochowy - jak mówiłem Dzikiemu od dobrych dziesięciu kilometrów - ale jeszcze można zawalczyć. Różnica między 2:58:59 a 2:59:01 jest żadna i ogromna zarazem. Chcę wygryźć sobie na tym medalu, który czeka na mecie, mocniejszy ślad. Utargować mniejszą stratę. Poprawić się matematycznie. Przez ostatnie dwa i pół roku tylko dwa razy złamałem trójkę na maratonie i to o sekundy, z przodu było 2:59.

Wystarczy tylko, że pobiegnę końcówkę - 4,2 km - poniżej 9 minut. Z mostu jest lekki zbieg, wychodzi - 4:01. Potem leciutki podbieg koło stadionu - 4:12. Ostatnie metry w tempie 3:37 min./km. Można? Cały ten ostatni odcinek w czasie tylko o jedną sekundę wolniejszym niż biegają byli olimpijczycy atakujący 2:45 i dobiegający w 2:49 (gratuluję Tomek debiutu w maratonie, chociaż przy twoim poziomie biegowym i doświadczeniu sportowym pewnie jesteś rozczarowany wynikiem bardziej niż ja).

2:58:53. Zdycham jak dawno nie zdychałem. Na metę wjeżdża ze mną Dziki (serio), a za linią czeka grupka byłych Podopiecznych zapewne po wyściskaniu Tomka.

Rob z synem Ziggiego robią fotoreportaż ze zwycięstwa. Dostaję srebrny medal.

Zwyciężyłem ślimaka, który zwijał różki. Nie sięgnąłem do gwiazd, ale znam drogę to heaven. Zrobię, Dziki, tak jak poradziłeś po biegu - przestanę się wygłupiać z bieganiem wolnych treningów w tempie, które w tabelach Danielsa przynależy w mojej linijce do truchtu. I dołożę jeszcze objętości, dostałem od MSŻ na imieniny super plecak biegowy, w sam raz do biegania po mieście.

Tydzień regeneracji i zaczynamy projekt Złota Jesień.

22:38, wojciech.staszewski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2016

- Myślałam, że schodzenie z trasy jest przyjemne - mówi Moja Sportowa Żona na 6,66 km biegu w Raszynie. Głos ma smutny, wzrok posępny, plecy okrągłe i zupełnie niepotrzebnie dodaje filmowym po cichu, żeby jej nie opieprzać. Nie mam zamiaru.

O to schodzenie z trasy prawie się pokłóciliśmy dzień przed biegiem.

- Jak nie będę miała szans na życiówkę, to schodzę po pierwszym albo po drugim kółku.

- Z trasy się nie schodzi.

- A ja zejdę, bo po co się męczyć!

Zaczynam wyciągać z kieszeni argumenty - że bieg to zadanie do wykonania od początku do końca, że człowiek bywa nieracjonalny w decyzjach, że b. Podopieczny Bartek mógł mnie kiedyś dogonić na Biegu Powstania, ale zszedł, a wtedy to byłoby dla niego osiągnięcie, że Dziki kiedyś odpuścił walkę na półmaratonie w Tarczynie, bo nie miał już szans na 1:29 ale akurat nie zszedł, żeby być ścisłym, i przez to odpuszczenie stracił o 30 sekund podium w kategorii wiekowej itp., itd. I kiedy leży już tego całkiem spora kupka na środku pokoju MSŻ gasi wszystko: - Jak będę chciała to zejdę.

Nie zdążam nawet, żeby przypomnieć moją heroiczną kartę, jak leżałem na 36 kilometrze setki w Rytrze i zastanawiałem się, czy  wybrać 64 km ściany do Krynicy, czy pierwszy raz w   życiu zejść z trasy. To tu przypominam.

I jedziemy rano do Raszyna. Ja jestem tydzień przed Maratonem Płockim w Warszawie, więc nie biegnę - w sobotę ćwiczyłem tempo umownie maratońskie na Kabatach, wyszło 40:42. W Warszawie biegnę na 2:54 (z przodu), ale obawiam się, że wystarczy mocy tylko na 2:56. MSŻ jest tydzień po dziesiątce w Starych Babicach, gdzie kolka przytrzymała ją za włosy i do życiówki zabrakło 14 sekund, a do celu 44. Więc chce wziąć rewanż.

Dojeżdżamy po dziesiątej, start jest o 11. I otwiera się okienko pogodowe. W sobotę było chłodnawo, w poniedziałek też upału nie ma. Nawet niedziela po południu w Warszawie jest dość zimna. A poranek tryska słońcem. Żegnajcie życiówki.

30 minut przed startem MSŻ zjada ostatniego batona (rewelacyjnie smaczne batony figowe są w Rossmannie, nie sponsorują tego wpisu, tylko są pycha), łyk wody, fota, którą robi nam Michał-Obozowicz (dzięki) i dziewczyny na start, a chłopaki do punktu kibicowania.

Po pierwszym kółku MSŻ biegnie równiutko w tempie życiówkowym, jest 13 wśród kobiet. Wygląda, jakby walczyła o życie, ale to u nas rodzinne. Powie mi potem, że czuła się świetnie, leciutko, frunęła po swoje, tempo miała idealnie z założeniami - na wynik trochę poniżej 47:00.

Złe przyszło przed piątym kilometrem. Zdaje się, że to ta sama kolka, co u mnie na półmaratonie. Monstrualna, zatykająca, uniemożliwiająca oddech. U nas to rodzinne?

MSŻ najpierw zwolniła, a kiedy nie przeszło to zeszła - żeby już było lżej i żeby nie bolało.

I wiecie, co? Widziałem, że bolało jeszcze przez wiele godzin. Zejście z trasy bolało. Wydaje ci się, że schodząc z trasy przywracasz homeostazę i będziesz mógł się cieszyć? Nie, zostaniesz z tym zejściem, jak Himilsbach z angielskim. Nieodwracalnie.

Nie musiałem MSŻ dobijać. Sama wymierzyła sobie konsekwencje i poczuła je boleśnie.

Z trasy się nie schodzi. Są sytuacje, kiedy to jest uzasadnione. Jesteśmy profesjonalistą, biegniemy maraton, ale sukces już nie da się dogonić, a mamy w perspektywie poprawkę za trzy tygodnie - to schodzimy. Albo łapie nas kontuzja mięśnia i przecież nie o to chodzi, żeby dokuśtykać do mety. Albo podejrzewamy kontuzję mięśnia sercowego, dzieje się coś przez co po biegu pójdziemy do kardiologa - to schodzimy, żeby nas do tego kardiologa nie musieli zawieźć karetką na sygnale.

To są wyjątki. Ale z trasy się nie schodzi. Czy to Raszyn, czy Płock, czy Warszawa.

20:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Czy pech istnieje? Nie wiem, może to czysta osobliwość wynikająca ze statystyki. Ale jeśli istnieje, to trafiłem właśnie na żyłę pecha. Mam nadzieję, że ją wyczerpałem.

Pech pojawił się w sobotę. Wyjeżdżamy na 10 km w Starych Babicach i w samochodzie okazuje się, że nie wziąłem telefonu. Wszystko mam, żele, herbatę w kubku, nawet pamiętałem, żeby przypomnieć Mojej Sportowej Żonie o dowodzie osobistym, bo ona też startuje. Wszystko mam poza telefonem.

Jedzie z nami córka-gimnazjalistka, w czasie biegu zajmie się Małym Yodą, a po będzie rozdawać ulotki Kancelarii. Pytam, czy ma w telefonie google maps. Ma.

Nie to, żebym nie wiedział, jak dojechać do Starych Babic. W oczach mam drogę ze starych Bielan do puszczy, bocianie gniazdo, za nim drogowskaz na Babice w lewo. Tylko, że to jest droga naokoło, można sto razy szybciej dojechać przez Bemowo albo Wolę, albo coś w tym stylu, tylko nie wiem, gdzie zjechać z obwodnicy.

Przed newralgicznym momentem próbujemy z córką-gimnazjalistką włączyć google maps na jej telefonie. Ale okazuje się, że to inna apka - mapy z ajfona. Największa porażka po iTunes. Program się z nami nie komunikuje, jedziemy dookoła przez Bielany.

Rozpisałem się, bo jak telefon pojawia się w pierwszym akcie, to musi jeszcze wystrzelić. Wystrzela zaraz po biegu. Bieg słaby nawiasem mówiąc. Jednak tydzień regeneracji po półmaratonie to w M-40 za mało. Pict nawiasem mówiąc pobiegł dychę praktycznie w tym samym tempie, co półmaraton. Ja pobiegłem co do sekundy tak, jak mój czas na 10. kilometrze półmaratonu. A bieg był trochę jak trening. Trzy kilometry tasowania, potem trzy wyprzedzania 4-5 osób, które zaczęły za szybko i samotność aż do mety, bo przede mną zrobiła się ponadminutowa dziura.

Mojej Sportowej Żonie dobrze szło do połowy. Potem przytkała ją ta sama kolka, która mnie dopadła na półmaratonie. To pozwala postawić hipotezę, że kolka może przenosić się drogą płciową. Zabrakło jej 14 sekund do życiówki.

W podłych nastrojach i na deszczu nakarmiliśmy Małego Yodę przysługującym nam makaronem, popatrzyliśmy na początek dekoracji i poszliśmy do samochodu. I teraz wystrzela telefon, a raczej jego brak. Bo na telefonie był esemes, w którym jak byk stało, że wygrałem klasyfikację wiekową M-40. Wow! Wiem, że to przypadek, ale byłoby miło stanąć na podium i wstawić fajną fotę na blog. A tak, to zdjęcie z biegania, jakbyście takich nie oglądali regularnie. Ale wstawiam.

Fot. Jarek Ilżycki Photography za zgodą

Nawiasem mówiąc: biegamy z pięty.

Wstawiam odcinek tuż przed północą, bo dziś pracowity dzień. Wstałem o 5.40 dojechałem pod Mielec, żeby porozmawiać o strasznym wypadku (słyszeliście - pięciu piłkarzy z Wólki Pełkińskiej zginęło w busie). Rozmawiałem pół dnia, ale ciągle nie była to tak mocna historia, którą chcielibyście przeczytać w Newsweeku. Byłem jeszcze umówiony na dwie najważniejsze rozmowy. Jedna osoba wycofała się po 15., druga trzy godziny później. Więc zamiast rozmawiać i zanocować - w samochód i do domu. Pech? Nie sądzę, że przypadek.

A przed chwilą mieliśmy z MSŻ ochotę zamordować naszą drukarkę. MSŻ przygotowała dla Małego Yody fajne zabawy rebusowe, tyle że drukarka nie chce ich wydrukować. A... zaraz, właściwie to zaczęło się w piątek, kiedy drugi raz w karierze dziennikarskiej nie nagrał mi się wywiad. Okazało się, że zdołałem zapamiętać z rozmowy 7,5 tys. znaków. Czyli kategoria pech pokonany.

Nawiasem mówiąc fajny obrazek widziałem na Facebooku. Uczeń pyta mistrza, czy długo trzeba czekać, żeby złe rzeczy zmieniły się na dobre. A mistrz odpowiada, że jak się będzie czekać, to długo.

23:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Na szóstym chyba kilometrze czeka Dziki. Chętnie bym przybił piątkę, opowiedział, co się działo przez ostatnie 23 minuty, bo dużo się działo, ale nie mogę, bo zasuwam w tempie 3:50 min./km. Wiecie co to jest za tempo? Co to jest dla mnie za tempo? To jest tempo pierdolniętego pociągu na torach do zguby lub do zbawienia, zależnie, co dróżnik w czapce z purpurowym otokiem zrobi ze zwrotnicą.

Ta czapka to z Kleyffa. Słuchaliśmy tego z Dzikim w poprzednim stuleciu.

Zacząłem z piątej linii, bo linię startu przekroczyłem po pięciu sekundach od momentu, kiedy brutto wystrzeliło w kosmos. Kilkaset metrów trwało zanim dobiłem się w okolice naszego trenera z Kancelarii Maćka, który zającował na 1:20. Krzyknąłem mu cześć i że przybiegłem się przywitać teraz, bo przed metą się nie będziemy widzieć, bo na piętnastym odpadam z grupy.

Rzeczywistość okazała się inna. Biegnę z tyłu grupki Maćka i patrzę na drugim kilometrze, że oni zamiast biec po 3:50 gnają po 3:40. A ja z nimi. Odpuściłem więc w miarę rozsądnie, ale i tak coś mnie gnało. Wiecie co? Wiatr.

Wiatr strasznie namieszał w tabelach. Stąd wariackie cyferki na pierwszych kilometrach - można sobie je TUTAJ podejrzeć. Ale i tak czułem wiatr w żagle, taki ze środka, z wnętrza.

Gdybym wiedział, że b. Podopieczny Bartek jest wtedy 10 sekund za mną, to chyba by mi się włączył motorek. I wtedy byłoby chyba szybko po biegu. I tak tętno mam powyżej wszelkich książkowych norm. Około 179, czyli ponad 95 proc. HRmax.

Więc Dzikiemu nie mam tego jak opowiedzieć, a robi się ciężej, bo biegniemy przez Most Gdański i wiatr teraz trochę zatrzymuje. A potem wbiegamy na prawdziwą Pragę i wiatr przytrzymuje bardziej. Ale tempo mi w zasadzie nie spada (przynajmniej tak to teraz pamiętam).

Fot. Dziki

Na 10 kilometrze robię season best: 38:29, o 13 sekund szybciej niż ostatnio w Kabatach. I wiem, że zbliżam się do zwrotnicy. Zapłacę za szaleństwo, czy nie zapłacę?

Od lat uczę się, i uczę Podopiecznych, rozsądku na trasie. Pobiegnij na krótszym dystansie, będziesz wiedział na ile jesteś, wystartuj na ten czas z lekką nadróbką, żeby stracić ciutek w drugie połowie. Ale w zasadzie najlepiej będzie, jak przebiegniesz to prawie równo.

Zgodnie z tym powinienem po raz kolejny zacząć na lekkie złamanie 1:24 (co wg Liczydła oznacza złamanie trójki w maratonie). I po raz kolejny, jak w poprzednich latach, trochę to złamać. I trochę się cieszyć, trochę nie cieszyć, bo z czego. Z tego, że z roku na rok jest coraz gorzej, trzeba mocno wczepiać się w ścianę jak kot pazurami i starać się nie zjechać w dół więcej niż o 3 sekundy. Taki zjazd miałem między 2014 a 2015 rokiem.

W tym roku nie chciałem znów mieć zjazdu. Trenuję mocniej, objętości robię jak nigdy, jestem w tym taki rozsądny i rzetelny, że na starcie postanowiłem pozwolić sobie na szaleństwo. Pierdolnięte tempo. Wiarę w głowę, zignorowanie fizjologii i prognoz z wcześniejszych biegów. Kto rozsądny biegnie półmaraton w tempie szybszym niż dwa tygodnie wcześniej przebiegł 10 km? Ja.

Zaczynają mnie wyprzedzać tramwaje. Zjadam żel, odżywam na 2 km, ale potem znów tabuny biegną po mnie. Nie zwolniłem dramatycznie, ale na tyle wyraźnie, że kto widział moje plecy, za chwilę pokaże mi swoje. Boję się, że za chwilę śmignie mnie Podopieczny Bartek, ale - o czym nie wiem - on jest już wtedy ponad minutę za mną.

Do 15 kilometra idzie nieźle.

- Cel jest w zasięgu - mówi mi Dziki, ale mam jeszcze tyle jasności w komputerze, że sam widzę wciąż szansę na złamanie 1:22. Mam też tyle jasności w głowie, żeby wyznaczyć sobie plan B - minimum zadowolenia to złamanie 1:23, czyli 1:22 z przodu. Bo w zeszłym roku było 1:23:30 - to teraz moje minimum przyzwoitości.

I nagle wszystkie liczby idą się... Przepraszam wszystkich, którzy mówili mi, że mają kolkę, a ja wyjaśniałem beznamiętnie, że należy nabrać powietrza, przytrzymać i ścisnąć mięśniami brzucha bolesny rejon. Łapie mnie kolka słoniowa, kolka nad kolkami, największa kolka w moim życiu. Kolka nie do zwalczenia. Nie mogę nabrać powietrza, przytrzymać, ścisnąć, bo po prostu nie dam rady wciągnąć powietrza do płuc. Oddycham płytko, gwałtownie, jak nie przymierzając przy orgazmie (przynajmniej tak to widziałem na filmach).

Fot. Dziki

- Kolka. Zaraz stracę wszystko - mówię do Dzikiego. Dziki robi mi fotę. Na zdjęciu nie słychać, że jęczę. Jęczę.

- Zacznij się tam bić - radzi Dziki. Nie pomaga, boli tak samo.

- Ból można jeszcze zignorować - znów Dziki. Ignoruję. Boli, ale biegnę. Dziki powie mi potem, że wyglądało to, jakbym stanął. Ale ciągle walczę, ciągle mam szansę wskoczyć do pociągu, może nie tego wymarzonego, ale wygodnego, z nagrodą na stacji docelowej.

Postanawiam znów zrobić coś głupiego albo inaczej mówiąc niestandardowego. Skoro i tak zwolniłem, to wyciągam drugi żel i wciągam go powoli. Przechodzi. Kolka przechodzi. Na kilometrze tracę tylko 15 sekund, bo wychodzi mi kilometr w 4:16, a poprzedni był o ile pamiętam w 4:01.

Liczę sekundy do końca. 1:22:59 jest w zasięgu, ale trzeba w końcu zacząć schodzić poniżej czwórki na kolejnych kilometrach. Nadganiam, wyprzedzam, ale kolka zaczyna znów krążyć, więc zwalniam.

A i tak biegnę szybciej niż rok temu. I to mnie cieszy. Skończyło się zwijanie, starzenie, odchodzenie, obrona kolejnych, coraz bardziej w głąb starości przesuniętych linii frontu. Ja walczę, ja tańczę, ja walczę. To chyba Siekiera.

Walczę o to 1:22 z przodu. Dojeżdża Dziki, którego przegnała ochrona przed Łazienkami. I okazuje się, że nasza przyjaźń jest wymierna w liczbach. Nie chodzi o te 23 lata za nami, ale o co najmniej 23 sekundy, które Dziki ze mnie wyciąga.

- Daj radę. Przyspiesz. Dogoń tamtego. Wszyscy są twoi aż do tych pasów - możecie zapytać cóż warta jest bezbrzeżna skarbnica zaklęć. Na pewno tych kilka sekund, których bym nie urwał, wysiłku, do którego bym się nie zmusił. Kończę znów jak zaczynałem. Znów biegniemy z wiatrem, a ja znów gnam w pierdolniętym tempie. Nie pamiętam, możecie sprawdzić w tym linku na Garminie.

Chcę się cieszyć na mecie. Dobiegam - wybaczcie lakoniczny opis, ale naprawdę niewiele pamiętam - w czasie brutto 1:23:03. Tak pokazuje stoper. Trochę niepewności mi jeszcze zostaje, czy udało się złamać i roztrzaskać tę trójkę (potem dostanę esemesa 1:22:56). Ale wierzę, mocno w to wierzę, bo chociaż wynik jest o malutkie pół minuty lepszy niż rok temu, to czuję wielkie natchnienie w tym biegu, jakąś wietrzną moc.

Fot. Sportografia, publikacja za zgodą, dzięki

W strefie mety przeżywam sporo radości. Może poza pomartwieniem się z Pictem, który dobiega dwie minuty poniżej oczekiwań. Cieszę się z Piotrkiem, naszym Podopiecznym akurat od trenera Maćka. Witam Wojtka, z którym nie wygrałem chyba od 10 lat. Widzę b. Podopiecznego Bartka i cieszę się, jak cholera się cieszę, że wygrałem tę rywalizację, bo przecież Bartek jest mocniejszy i od trzech lat też regularnie ze mną wygrywa. W ogóle dużo się cieszę.

Wychodzę ze strefy, wolontariusze dają medale. Zawsze idę do najładniejszej dziewczyny, choć wiem, że to nieco seksistowskie. Ale tym razem nie ma dziewczyn, tylko dzieci, małe dziewczynki i chłopcy. Postanawiam iść do najmniejszego chłopczyka.

I możecie mi nie uwierzyć, ale niech Boga nie będzie, jeśli coś zmyślam. Schylam się, chłopczyk wiesza mi medal na szyi, a ja widzę, że ma plakietkę z imieniem. Jasio. I mówię do niego:

- Dziękuję ci, Jasiu.

I ryczeć mi się chce, jeszcze długo, długo.

18:03, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 28 marca 2016

Chyba się spóźnię, na pewno się spóźnię, mruczał pod nosem biały królik. A ja akurat zbiegałem po białej łące i myślałem o tych kokainowych aluzjach Maleńczuka i o halucynogennym charakterze Alicji w Krainie Czarów, którą akurat miałem na empetrójce. Nigdy tej bajki nie czytałem, oglądałem tylko musichallową wersję z lat 70., a stwierdziłem, że to tak ważny element popkultury, że powinienem znać dokładniej. Kupiłem córce-gimnazjalistce empetrójkę, żebyśmy sobie posłuchali razem w samochodzie do Rabki. No i słucham sam w górach.

Nie spóźniłem się, zrobiłem dwugodzinną wycieczkę na Stare Wierchy i zdążyłem wrócić na święcenie jajek. Mały Yoda jak zobaczył to bogactwo koszyków w kościele, to zażądał natychmiast "mniam mniam" i nie dał sobie wytłumaczyć, że zaczniemy spożywać pokarmy po święceniu.

A kiedy przyszła cicha noc, ubraliśmy się z Moją Sportową Żoną jak górnicy dołowi i pobiegliśmy sprawdzać trasę pierwszego w historii naszych obozów w Rabce Nocnego Biegu na Maciejową. Da się, tylko bierzemy czołówki (przynajmniej co druga osoba powinna ją mieć). Do 31 marca opłata promocyjna za obóz.

Zastanawiam się też nad Rabską Górą. To ostatnio moja ulubiona trasa. Zrobiliśmy tam godzinny trening z MSŻ, biegaczką Sabiną i fitnesską Agatą.

A ponieważ uzupełniałem na tym wyjeździe dziury w wytrzymałości, to dokręciłem drugą godzinę przez Krzywoń do Rabki. I tym razem na świąteczny obiad się parę minut spóźniłem.

Pożegnanie z Rabką - dzisiaj rano - było już krótsze. Po pierwsze zostawiłem na tej białej łasze zimę. Topnieje tam teraz i wróci dopiero w grudniu. Po drugie zbiegłem sobie nieznaną ścieżką z rejonu wyciągu na Maciejowej w stronę Ponic. Da się? Da się, nawet w świecie, który masz obiegany, jak własną rękawiczkę, możesz znaleźć nowe ścieżki.

Wyszedł taki pocztówkowy odcinek. Cisza przed walką. W niedzielę - w tę niedzielę - półmaraton. Kto biegnie? I na ile?

Ja na 1:22.

23:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Przybiegła chyba rzutem na taśmę. Jeśli chciała złamać czwórkę, to dobiegła w 3:59, jeśli trójkę, to 2:59, a jeśliby chciała złamać dwójkę - bo w końcu mogła chcieć złamać dwójkę - to byśmy musieli na nią czekać chyba do maja, bo by jej się nie udało.

Ale dała radę. Że dobiegła na czas zauważyłem dziś w drodze do pracy przed estakadami w Dolince Służewieckiej.

Wiosna. Inaczej się oddycha. Można zdjąć rękawiczki. Jest przyjemnie, można już - no prawie - opalać się w słońcu w trakcie treningu.

Dobiegłem na kolegium zaliczając po drodze sześć podbiegów. To na początek ostatniego intensywnego tygodnia przed pierwszym naprawdę ważnym biegiem sezonu. Półmaraton w Warszawie. Zrobię wiosenne szaleństwo (wiem, Bezlten, co napiszesz i nawet będziesz miał rację, ale i tak zrobię). Dość już tych biegów rozpoczynanych z rozsądkiem i kończonych z mocną trójką albo słabą trójką w sensie stopnia szkolnego. Jeśli bieganie jest pogonią za odchodzącą młodością - a czym jestem starszy, tym mocniej czuję ten komponent - to chcę pobiec jak wariat.

Maciek, trener z Kancelarii, prowadzi grupę na 1:20. Ruszę z nimi i jak skończę w 1:22, to będę zadowolony, jak w 1:23 to będzie ok, jak gorzej, to napiszę sto razy "Beztlen, miałeś rację". A i tak kiedyś jeszcze bryknę.

W sobotę przy zimowej temperaturze były kolejne Kabaty. Wyszło pół minuty szybciej niż dwa tygodnie temu. Pierwszy raz wygrana z Szymonem D. Zadowolenie, chociaż do realizacji celu zabrakło 12 sekund - wyszło 38:42.

Pamiętam trzy lata temu, ostatnie sprawdziany wróżyły klęskę. Liczydło teraz też pozwala myśleć o połówce ledwo w 1:25. I pojechaliśmy przed połówką na Wielkanoc do Rabki, tak jak teraz jedziemy. I robiłem dzień w dzień wycieczkę biegową po górach. I teraz też tak zrobię.

Fotki wrzucę na fejsa: zapraszam :-)

A ponieważ tydzień wielki i świąteczny - to na koniec życzenia. Podopiecznym - samych życiówek, niech się sypią, jak w ostatni weekend od Gdyni po Kraków. Wszystkim biegaczom - żeby na drodze widzieli cel, do którego warto biec. Wszystkim - tego samego z drogą i celem, ale w sensie życiowym. Może nie jest to sens życia wg Monty Pythona albo według świętego Łukasza, ale według Staszewskiego.

18:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Fajny był piątek. Tekst skończyłem nad ranem, a taki ładunek prawdy, mocnych historii w nim był, że pachniało misją. Krótki sen, ostatni szlif, tekst mailem do redakcji, plecak na plecy, na to kurteczka biegowa i w drogę. Z Kabat do Konstancina parę rundek po parku zdrojowym, zrobili tam jakieś pomosty po bagnach. W książce na uszach pojawiły się akurat wątki kryminalne, więc zrobiło się cliwo, jak mawia Moja Sportowa Żona, kiedy odzywa się w niej Podhale.

Powrót przez las do Warszawy i przez Ursynów do Mordoru. Nie ma to jak trzydziestka z rana, a przynajmniej przed pracą. Tekst przeszedł jak bażant przez szczeble redagowania, a ja poszedłem do jaskini Lisa na ważną rozmowę z własnej inicjatywy. I czuję, oględnie mówią, że wiosna przyszła. Chociaż w Wawie właśnie sypnęło śniegiem i to solidnie, wigilijnie.

Piątek był dniem zorientowanym na przyszłość. I tę zawodową, i biegową - z tej trzydziestki ma się urodzić dobry maraton.

Fajny był też czwartek. Zorientowany na przeszłość, czyli to, co bażanty lubią najbardziej. Byłem w redakcji "Biegania" zaproszony przez fajną Kaśkę na debatę z okazji setnego numeru. Debata polegała na tym, że Marek Tronina rzucał prowokacyjne pytanie, a my w trzy osoby włączaliśmy się do dyskusji. Z tym, że na ogół zgadzaliśmy się ze sobą. Może to i lepiej, bo zamiast kłócić się ze sobą, jak w telewizorze usiłowaliśmy coś opowiedzieć o świecie. Misji może w tym nie było, ale prawdziwe obserwacje.

A co z tą przeszłością? Dziesięć lat splecione z bieganiem, to kawał życia. Wygląda na to, że jestem z tą gazetą mniej więcej tyle samo, co z MSŻ. Comiesięczne "Życiówki" czyli opowieść o ciekawym człowieku. Napisałem o setce ciekawych biegaczy! Więcej nie napiszę, już dość (chociaż trochę żal, że nie zdążyłem o Adamie, o Przemku, o paru osobach, które miałem na myśli). Ostatnia Życiówka będzie w kwietniowym numerze, specjalna.

Prócz życiówek było trochę reportaży, wywiadów, sylwetek. Najbardziej pamiętam - i to najmocniej przeżywam patrząc tu za siebie - jak Marek zadzwonił, że jest dwóch takich młodych biegaczy, jeden został właśnie mistrzem Polski w maratonie i wicemistrzem w półmaratonie, a drugi na odwrót. I żeby o nich napisać.

Miałem wtedy nową brykę, Peugeota 206 z komisu, miał nie być bity, ha ha ha. Musiałem karnąć się jednego dnia do Poznania, gdzie stacjonował już wtedy Henryk w klubie wojskowym, a potem do Bydgoszczy, gdzie trenował Paweł. Henryk Szost został wiadomo kim, Paweł Ochal parę nagród wygrał, ale na international level nie wskoczył.

Na całodzienną wyprawę tak wypasionym autem wziąłem Janka. Pojeździliśmy sobie, jak w filmie drogi. Nie był wtedy jeszcze fotografem, więc zdjęcia są moje.

Na pierwszym Henryk. Na drugim Paweł. A na trzecim - to nie moje, wzięte z internetu (www.remiza-pawlowice.pl) - bażant.

22:11, wojciech.staszewski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 marca 2016

Sobota rano, szybko śniadanie, szybko z Małym Yodą na bazarek na małe zakupy i obowiązkową bułę do natychmiastowej konsumpcji, bo Yoda to węglowodanowy chłopczyk. Jak nie je dłużej niż półtorej godziny dostaje ściany.

Zostawiamy Yodę z córką gimnazjalistką i truchtamy z Moją Sportową Żoną na start biegu w Kabatach. MSŻ ma zadanie - zacząć w 5:00 i przyspieszyć pod koniec. Właściwie to cel tego treningu jest głębszy: opanować startową histerię, która każe jej wypruwać flaki, żyły i wkładki do butów już od pierwszego kilometra. Spokojnie do celu.

Moje zadanie: tym razem złamać 40 minut. Znów dzień wcześniej było dwugodzinne wybieganie, ale nawet w tych warunkach czterdziestka musi pękać u progu sezonu startowego. Zaczynam w 3:55-3:57, trzymam się około 4:00, z tajemniczym piątym kilometrem na którym wszystkim wychodzi o kilkanaście sekund wolniejsze tempo, jakby tam jakiś szpiegowski satelita napieprzał z nieba dezinformacją. Dobiegam w 39:10, tniemy się na końcu z Darkiem, odpuszczam go na ostatniej prostej. I dziś pluję sobie w brodę, bo gdybym się go przytrzymał, nawet przegrywając o kilka sekund, to złamałbym 39 minut. A o tym nie śniłem.

Śniła mi się praca. Coś się tam właśnie przewala, grzmi i wzbiera. Ale mam już na to siłę, właśnie ją zebrałem. I stąd też chyba te ładne 39 minut.

MSŻ wyprzedzałem z półtora kilometra przed metą. Teraz w Kabatach kobiety startują 10 minut wcześniej, to fajne. Przypomina mi te zabawy interwałowe albo podbiegowe ze wspólnych treningów Kancelarii i z obozów. Gonimy dziewczyny!

MSŻ dobiegła w 49:11. I wygrała w ten sposób ze mną. Bo umówiliśmy się na rywalizację - moje miejsce w open kontra jej miejsce w klasyfikacji kobiet. Wyszło 29:28 dla MSŻ (czyli: ona była 28).

Zdjęć z Kabat nie mam, ale mam z promocji nowego buta Nike. But nazywa się Nike LunarEpic Flyknit. Promocja nazwana została "premierą", odbyła się w planetarium Centrum Nauki Kopernik, obejrzeliśmy but w akcji w filmiku wyświetlonym na kopule, a ludzie z Nike nie mówili o bucie inaczej niż "nasz bohater".

Potem te buty dostaliśmy plus fajowe niebieskie ubranka biegowe. I pobiegliśmy na tzw. testowanie.

Staszewski drugi od prawej. Obok, w czarny, Kuba Wiśniewski, trener z Nike, jeden z najbardziej pozytywnych ludzi w bieganiu, jakich znam. Na testowym treningu mieliśmy bardzo fajne ćwiczenie rytmizujące, powiedziałem Kubie, że będę wykorzystywał na treningach Kancelarii, ale zawsze z podziękowaniem dla Nike.

A sam but? Podoba mi się jego ideologia. To jakby dziecko Nike Free, tylko bez towarzyszącej mu narracji (sorry, takie modne słowo, ale tu pasuje, jak do stopy) biegania naturalnego. Ponieważ nie wierzę w bieganie na palcach, tylko w energetyczne przetaczanie ciężaru ciała z pięty na palce i wybicie z przodostopia, to ta legenda akurat mi przeszkadzała. Te buty mają podciętą piętę, żeby umożliwić właśnie płynne przetoczenie. A jednocześnie są pozbawione tego arsenału wzmocnień i dodatkowych amortyzacji. Dziwnie się w nich stoi, jakby bujały człowieka na boki. Biega się nieźle.

But ma dodzierganą cholewkę, co ma wspomagać propriocepcję (w uproszczeniu: równowagę). To budzi moje wątpliwości, bo moja ideologia jest taka, żeby but nie wspomagał, a tylko nie przeszkadzał. Jak ktoś chce poprawić propriocepcję, to niech ćwiczy na poduszce równoważnej.

Cholewką na pewno się wyróżnia, nie pomylisz tego buta z żadnym innym butem biegowym. I nie wiem, czy to nie o to chodzi w tej cholewce. Żeby każdy, kto cię zobaczy w takim bucie, wiedział, że było cię stać na wywalenie na buty do biegania - uwaga - 750 pln.

Tyle bym w życiu nie dał, nawet gdyby miały miniaturowe silniczki, jak w którejś części Tytusa (nie wiem, której, ale Dziki na pewno będzie wiedział). No ale mogę się teraz pochwalić: mam najdroższe buty w domu. Nie sądzę, żeby najbardziej wymyślne kozaki MSŻ na szpilce (wymyśliłem takie buty, nie wiem, czy istnieją), kosztowały więcej.

W środku Joanna Jóźwik. Niezorientowani: google.

17:56, wojciech.staszewski
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 29 lutego 2016

Ale żeśmy Agnieszce tej kawy pozazdrościli. Napisała tak przy jakimś maratońskim weekendzie, że sobie zrobiła kawę i usiadła śledzić bieg znajomych w internecie. Kurcze, skąd ludzie mają tyle czasu, pomyśleliśmy sobie z Moją Sportową Żoną.

To jest kawa na moim stanowisku pracy. Pracę to ja mam w domu. A redakcję mam głównie po to, żeby do niej dobiegać. Opowiadałem już o tej logistyce? Więc krótko: tydzień zaczyna się w środę, wtedy jadę do Newsweeka (w cywilnych ciuchach) z rzeczami biegowymi i drugim kompletem cywilnym w torbie. Wracam biegiem (a w redakcji zostają dwa komplety ubrań cywilnych w torbie oraz samochód). Czwartek to dzień pisania, nie ma biegania. W piątek po wysłaniu tekstu i zrobieniu pierwszych poprawek biegnę do Newsweeka (długie wybieganie), zakładam pierwszy komplet cywilny. Po robocie wracam do domu samochodem z rzeczami biegowymi w worku. Zostaje jeszcze drugi komplet cywilny. Przybiegam do redakcji w poniedziałek rano (dziś było 10 km easy, ale na początku 6 podbiegów po 30 s., a w drugiej części 6 razy 1 min. wieloskoku) i zakładam drugi komplet cywilny, wracam metrem z torbą z rzeczami biegowymi.

Proste? Jak opowiadałem to Dzikiemu po ping pongu, to przerwał mi przypominając jedną z najlepszych scen polskiego kina - dialog "Ja to proszę pana mam bardzo dobre połączenie" z "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Barei.

Opisuję to, bo coś się stało z czasem. Uleciał i wyparował? Pobiegł do przodu i każe nam za sobą nadążać? Wygotował się w niespodziewanie gorącej politycznie zimie?

Weekend nas zabił. Piąteczek zainaugurowaliśmy pięćdziesiątką kolegi (kolega z klasy, ale rok starszy, bo po drodze raz nie zdał). Kurcze, pięćdziesiątką. Wróciliśmy o wpół do trzeciej, ranek był bez kaca, ale na mocnym zmęczeniu, zwłaszcza, że Mały Yoda postanowił, że weekendzik zaczniemy wcześniej. Pobiegałem rano - włączając to w treningowy parkrun (20:13 w tych warunkach to nieźle) i bieg po zostawiony po imprezie samochód. A potem usiadłem do pisania planów dla Podopiecznych, bo koniec miesiąca.

No i manifestację KOD-u odpuściliśmy. Zamiast tego było pisanie planów i - przyznam się - chwila drzemki, bo i poprzednia noc była zarwana przez pisanie do drugiej tekstu do Newsweeka. Taki tryb pracy.

Głupio mi z tego powodu. I żałuję, bo chciałbym pójść w tym marszu wolnych ludzi, być w środku, a nie oglądać w telewizji. Ale tym razem nie dałem rady. Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana - wybacz.

Niedziela, trzecia zarwana noc, bo córka gimnazjalistka jechała na turniej tańca do Inowrocławia i zbiórka była o 4.50. Z odwożeniem padło na mnie, MSŻ przywoziła córkę późnym wieczorem - szczęśliwą z powodu drugiego miejsca ich tzw. mini formacji przy mocnej obsadzie.

Ale niedzielę zrobiła nam Agnieszka, ta od kawy. "Dziewczyna, która na obozie podbiegi robi razem z chłopakami" - jak napisałem na naszej poobozowej stronie na Facebooku. Opłata promocyjna za tegoroczny obóz w Rabce miała obowiązywać do 1 marca i tradycyjnie przedłużamy ją do 31 marca (i tradycyjnie jest to jedyne przedłużenie terminu). Agnieszka biegła w Tokio, a przygotowanie do maratonu w lutym, to jest wyzwanie. Szybkie treningi na mrozie zmieniają sens pojęcia "wentylacja płuc" z pali na pali i mrozi jednocześnie. Kot Schrodingera.

Po trzech czy czterech wynikach coraz bliższych 3:30 (ale brakowało ciągle dwóch, trzech, czterech minut) wreszcie to mamy: 3:29:38. Duża radość w Kancelarii. A potem w jednym oknie pootwierane plany dla Podopiecznych, a w drugim kolejne wyniki. Wiązowna, raczej treningowo i jeszcze słabo - bo w tej fazie treningu szybkość się jeszcze nie składa z wytrzymałością. I na koniec dnia świetny bieg Pawła w Skaryszaku - życiówka na dychę, bo Paweł idzie teraz mocno do góry.

U mnie za tydzień kolejny sprawdzian na dychę w Kabatach. Znów zrobię w piątek długie wybieganie. Ale jak znów nie złamię 40 minut, to chyba się przerzucę z biegania na ping ponga. Tam też ciągle przegrywam, ale przynajmniej jestem na to przygotowany.

18:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 22 lutego 2016

Mały Yoda rozpoczął sobotę przed siódmą. Było mi to akurat bardzo na rękę, bo plan był taki: wybiec o 7.30 i spędzić godzinę z książką na uszach w lesie. Oczy też się przydały, bo gałęzie były ośnieżone, jakby profesor Zin domalował im kredą białe krechy. O 8.30 podbiegłem pod dom po Moją Sportową Żonę i na chwilę zahaczyliśmy o las, bo chciałem pokazać jej zimę zanim stopnieje. I dobiegliśmy okrężną drogą na parkrun. Zdanie: znaleźć Szkieleta i MSŻ.

Lubię ten bieg, bo jest taki mój, domowy, kabacki, legendarna Mel jako szefowa przypomina mi czasy Lasek Kabackich, kiedy byłem młody w bieganiu. I miałem ledwo złamaną trójkę w maratonie, tempo 4:13. Teraz chociaż stary ze mnie w bieganiu kocur, powalczę o 4:00. Na razie po półtoragodzinnym (prawie, bo wyjście się o parę minut opóźniło) podkładzie w wolnym tempie powalczyłem o to tempo na 5 km. Wyszło 19:53.

Wiosną pojawiają się na drzewach pączki. Widziałem je już na jakimś krzaku, ale nie miałem akurat telefonu, żeby zrobić fotę i posłać Dorosłej Córce - bo ona ciągle pamięta, jak jej w drodze do przedszkola opowiadałem, że w lesie są już pączki i je zobaczymy i ona bezskutecznie wypatrywała tych pączków w sensie cukierniczym. A w mojej głowie pojawiają się liczby. Zaczynają wyglądać lepiej, bardziej sensownie, przynoszą więcej nadziei na dobre starty. Po paru mocniejszych akcentach doklejonych do długich biegów (tak jak ten parkrun) albo wplecionych (jak radzi Bezlten) w easy poprawiają mi się tempa. Dziś w drodze do pracy miałem sporo kilometrów po 5:20-5:30. Tak szybko w pierwszym zakresie to dawno nie biegałem.

Zwiększam objętość, co wymaga niezłej logistyki, jeśli nie chce się zaniedbać, tego, co rośnie w domu. Dobrym rozwiązaniem jest bieganie do pracy albo z pracy. Teraz biegnę do pracy 10 km w poniedziałek, tam mam worek z rzeczami, który przywożę sobie w środę, umywalka, cywilne ciuchy i powrót metrem, co też jeszcze jest okazją na nabicie kilku kilometrów w drodze do metra i z metra. We wtorek staram się dobiegać na Trening Wspólny z Podopiecznymi Kancelarii. W środę jadę do pracy samochodem, przywożę sobie dwa komplety ubrań cywilnych i wszystko - ciuchy i samochód zostaje w pracy. W piątek wysyłam rano tekst i w drodze do pracy robię długie wybieganie, umywalka, ciuchy, poprawki i piąteczek.

A w sobotę Mały Yoda robi za mały, złośliwy budzik. I dobrze. Od kiedy mam w głowie znów walkę o życiówkę, o szybkie bieganie, mam plan na trening poukładany jak z klocków Lego, odzyskałem biegową ambicję - lepiej się czuję w życiu. Taki budzik się przydaje.

18:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 119
| < Kwiecień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam