Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 30 maja 2016

Słuchajcie!

Ważne ogłoszenie.

W życiu każdej Kancelarii przychodzi taki moment, że się zmienia na lepsze.

Kancelaria Sportowa Staszewscy nazywa się teraz KS Staszewscy. Mam nadzieję, że też da się to polubić.

Strona KancelariaSportowa.pl zmieniła się dokumentnie - i jej główny adres to ksStaszewscy.pl. Przy czym stary adres linkuje na nową stronę. Jak to niedawno wyglądało, można zobaczyć w paru screenach na Facebooku KS Staszewscy.

No i najważniejsze: blog StaszewskiBiega mówi do widzenia Bloksowi (logiczna odmiana to Bloxowi, ale prawidłowa Bloksowi, sorry). To ostatni wpis tutaj. Zapraszam Was wszystkich gorąco i życzliwie na nową stronę:

www.StaszewskiBiega.pl

Do zobaczenia :-)

EDIT DLA PEŁNEJ JASNOŚCI: NA NOWEJ STRONIE jest NOWY ODCINEK (nie to, co wyżej, tylko historia o...)

20:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 23 maja 2016

Już na początku pierwszej kadencji rządów PiS rozpoczął się atak na biegaczy. W maju 2016 roku odbyła się tzw. Pierwsza Batalia o Rzeźnika. Władze Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie zgodziły się na organizację kolejnej edycji kultowego biegu ze względu na natłok biegaczy na trasie oraz erozję gleby. Nikt w środowisku biegowym nie dysponował danymi o ruchu turystycznym ogółem ani tym bardziej o wpływie zwiększonego ruchu na glebę, dlatego środowisko spolaryzowało się - część zarzuciła nowej władzy sprzysiężenie przeciw biegaczom, część zarzuciła biegaczom brak patriotyzmu.

Sytuację komplikował fakt, iż organizatorzy Biegu Rzeźnika rzeczywiście "podłożyli się" opinii publicznej. Komercyjny rozmiar biegu, a zwłaszcza ukrywanie problemów z trasą (mimo pobrania opłat) spowodowało, że dyskusje w środowisku biegowym koncentrowały się wokół tego, kto winien - organizatorzy czy władze parku. Zwyciężyło w końcu zdanie, że krynicki Festiwal Biegowy z 50 biegami to święto sportu, a Rzeźnik z pięcioma, to degradacja przyrody nastawiona na zarabianie kasy.

Tymczasem klimat wokół biegania stopniowo się pogarszał. Najpierw w niszowych portalach sugerowano, że bieganie jest złe, ponieważ odwodzi ludzi od uczestnictwa we mszy świętej. Potem premier podczas uroczystości maryjnych na Jasnej Górze w sierpniu 2016 roku stwierdził: - Zrobimy wszystko, aby na polskiej ziemi żaden tzw. maraton nie odbył się bez rozpoczynającej go mszy świętej. Niech biegaczy polscy pokażą prawdziwą twardość. Gdy armia Władysława Jagiełły stawała do boju pod Grunwaldem, uczestniczyła nie w jednej, a w trzech mszach świętych w upale. I co? I zwyciężyła!

Na jesieni tego samego roku podczas planowania budżetów na rok 2017 duże firmy państwowe np. PKO BP i PZU zaczęły stawiać warunki religijne organizatorom biegów. Wspomina anonimowy dyrektor maratonu w dużym mieście: - Spotkałem się z przedstawicielem zarządu i usłyszałem, że jest zagrożone dalsze finansowanie imprezy. Ewentualnie można by o tym pomyśleć, ale po wprowadzeniu pewnych zmian. Start maratonu miałby zostać przesunięty o godzinę, bezpośrednio przed startem biegacze mieliby wysłuchać mszy. Udało mi się tylko wytargować, że rozgrzewkę będziemy mogli zorganizować po mszy, a nie przed nią. Ale musiałem się zgodzić na obowiązkowy start w biało-czerwonych strojach. W pierwszym roku jeszcze się to upiekło, tylko księża grozili inaczej ubranym inaczej biegaczom, ale w kolejnych latach pod kościołami przy trasie gromadziły się bojówki Milicji Katolickiej i ściągały z trasy biegaczy w kolorowych strojach. Zwłaszcza, kiedy zdarzali się prowokatorzy ubrani w modne wówczas tęczowe barwy.

Pod wielkim znakiem zapytania stanął maraton organizowany przez państwowy Orlen w 2017 roku. I okazało się, że była to jego ostatnia edycja. Firma postanowiła zmienić strategię marketingową mniej lansować się przez sport, pozostawiając jedynie piłkę nożną, a bardziej przez finansowanie spotkań młodzieży, grup maryjnych i ruchu pielgrzymkowego. Pierwsza Orlen Pielgrzymka Częstochowska wyruszyła z Płocka w sierpniu 2018 roku i uczestniczyło w niej 30 milionów ludzi. Wszyscy otrzymali pakiety pielgrzymkowe z napojami izotonicznymi i plecaczkiem pielgrzyma. Zaś na łąkach pod Częstochową rozegrano zawody biegowe dla chętnych "Kto pierwszy do Boga" z metą na podbiegu pod Jasną Górę.

Dyskusje publicystyczne tamtych czasów grzęzły w szczegółach. Działający od początku 2018 roku KOB (Komitet Obrony Biegania) zarzucał rządowi antyzdrowotną i antysportową politykę. Druga strona odpowiadała, że duże firmy same mogą decydować, w co inwestują.

Nikogo więc nie zdziwiło, kiedy w roku 2019 rząd ogłosił nowy program społeczny "100 plus" finansowany z nowo wprowadzonego podatku farmaceutycznego płaconego przez koncerny oraz apteki, w których nie wywieszono krzyża. Program "100 plus" odpowiadał na ogłoszone podczas seminarium w Wyższej Szkole Medycyny Katolickiej w Toruniu postulaty zgłaszane przez Stowarzyszenie Biskupów, aby rozpropagować zdrowotne wartości otyłości. Pierwszym etapem programu miało być propagowanie w społeczeństwie sylwetki Zdrowego Polaka - osobnika cechującego się znaczną nadwagą, z dietą opartą na węglowodanach spożywanych w dużych ilościach i tłuszczu, unikającego ruchu oraz wychodzenia na świeże powietrze (przekraczające wtedy już 15-krotnie normy zatrucia ze względu na powszechne stosowanie pyłu węglowego, po wypowiedzeniu unijnych dyrektyw w sprawie ochrony środowiska).

Liczba biegów organizowanych przez samorządy lokalne znacznie spadła po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach samorządowych. Ale dopiero w roku 2020 po druzgocącym zwycięstwie wyborczym PiS (107,8 proc. głosów) biegi zostały w Polsce praktycznie zlikwidowane poza Maratonem Piastowskim w Dębnie i rozgrywanym półlegalnie na terenie kompleksu sportowego Agrykola Maratonu Warszawskiego zwanego wówczas podziemnym.

Narastająca opresyjność państwa także wobec biegaczy prowadziła do tzw. buntów biegowych. Udokumentowane są Dychy na Spacerniaku rozgrywane w Białołęce i we Wronkach. Jednak prawdziwą zmianę przyniosła dopiero Druga Batalia Rzeźnicka.

W maju 2021 biegacze potajemnie przez aplikację Signal umówili się w Komańczy i o świcie wyruszyli nielegalnie na trasę rozgrywanego tam przed laty Biegu Rzeźnika. We wczesnych godzinach popołudniowych przy podejściu na połoninę Wetlińską doszło do bójki z brygadą drwali prowadzących tam przemysłową wycinkę lasu - drwale nie chcieli wpuścić biegaczy na teren wycinki, ale nie byli w stanie ich dogonić (wg rocznika GUS średnia waga drwala w 2021 roku wynosiła 137 kg).

Takie legendy powtarzane na Snapchacie utrzymały w społeczeństwie sportowego ducha. Socjologowie byli zdanie, że był to jeden z elementów obywatelskiej mobilizacji przed wyborami w roku 2023.

Uwaga! A teraz Staszewski! Bez satyrycznej maski wieszcza:

To jest mój komentarz do wszystkich sosen, które ciosaliście mi na głowie po tekście na Newsweek.pl o przedziwnej koincydencji ultrakatolickich bredni biegowych, niechęci władz do cyklistów i wegetarian oraz kłodach rzuconych akurat w tym roku pod nogi organizatorów Biegu Rzeźnika. Niezależnie od ich przewin. Koniec.

Bieganie było w weekend w Łomiankach. Kinga poprowadziła najpierw rozgrzewkę na Biegu Łomianek - do Smoke on The Water, Ace of Spades i Eye of a Tiger w fitnessowym remiksie. Chyba wyszło, bo nikt nie uciekał, a wręcz przeciwnie, ludzie przychodzili.

 

Fot. Bieg Łomianek

A ja dzień po imprezie (30-lecie matury) nie chciałem biec na maksa, bo i tak uzyskałbym słabszy wynik niż gdybym nie jadł cały wieczór białka z grilla i nie pił okazjonalnie. Poprowadziłem więc Podopiecznego Pawła na życiówkę. Plan marzeń - 39:xx - uciekł nam na czwartym kilometrze (Liczydła nie oszukasz - powtarzał za metą Paweł). Plan B - złamanie 41 minut z solidną życiówką - wyrwaliśmy. Paweł tak skutecznie, że na finiszowych 300 metrach na stadionie nie mogłem go dogonić.

Wyglądało to tak:

Fot. MSŻ

Moja Sportowa Żona tym razem nie naciskała, żeby szybko uciekać (po tym, jak przez nasz zbyt szybki odwrót z biegu w Starych Babicach straciłem szansę na stanięcie na podium po wygraniu klasyfikacji wiekowej). Nawet zachęciła mnie takim spontanicznym tekstem: - Wiesz, masz szansę w kategorii wiekowej, bo przed tobą tacy starzy ludzie nie biegli.

Pośmialiśmy się, a w kategorii byłem - na tym treningu - dwunasty.

20:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 16 maja 2016

Wiosenna Wyprawa Wujów - WWW - zmasakrowała mnie energetycznie jak maraton. Jechaliśmy już czwarty rok z rzędu w gronie tzw. wujów, który to termin powstał na pępkowym Małego Yody. Każdy wuj wie, że jest wujem i już.

Dziewiąta rano, niedziela, zbiórka przy Dworcu Gdańskim. Ruszamy, najpierw przez most, przez industrial kolejowy, Dziki, który jest odpowiedzialny za ten odcinek oprowadza po resztkach konstrukcji starych mostów w Instytucie Dróg i Mostów. Dla mnie to lekki surrealizm, a na blogu biegowym ten akapit broni się o tyle, że tam pracuje Rob, który jest świetnym facetem i złamał właśnie 3:24 w maratonie. Brawo. Mam nadzieję, że nie złamałem tajemnicy państwowej.

Potem wzdłuż Kanału Żerańskiego. Tam wujowi Grzegorzowi pęka siodełko, nie żeby był ciężki, tylko taki przypadek. Naprawianie, kupa śmiechu. Wuj Daniel ma taśmę chyba ze stali, bo Grzesiek dojedzie na tej prowizorce do końca, do 90. kilometra.

W międzyczasie Serock z przedzieraniem się przez chaszcze koło niespodziewanie wyrastającego w środku lasu Pałacu Radziwiłłów. I cel naszej wyprawy: ujście Bugu do Narwi lub na odwrót. Robimy happeningową debatę, dzielimy się na dwie partie i głosujemy, co do czego uchodzi. Wygrywa Narew, Bug - widać to gołym okiem - jest jej dopływem. Chociaż Dziki zrobi wam zaraz w komentarzach PiS z mózgu i będzie twierdził, że na odwrót. Takie licealne żarty.

- Boli mnie tyłek, a ciebie?

- Mnie nie boli, bo ja pracuję w Newsweeku, a nie w telewizji publicznej.

Też licealny żart, tylko grubszy. Wszystko się teraz z polityką kojarzy.

Pod koniec czułem, że już mi się nie chce, że zawalam szczątki życia rodzinnego zaplanowane na niedzielę i swoje obowiązki wobec ojca.prl. I że mnie mocną bolą kolana. I że energii mam tyle, co po przejściu przez ścianę na maratonie, no może ciut więcej, bo jednak pedałowanie w wolnym tempie jest łatwiejsze niż bieganie.

Jeśli Beztlen spyta mnie teraz, dlaczego tak przeciążyłem stawy kolanowe i przez wiele godzin pogłębiałem kifozę piersiową - to uprzedzam od razu: nie odpowiem. Możemy się spierać twórczo, ale nie wtedy kiedy będę miał wrażenie - oceńcie sami, czy słuszne, czy mylne - że jestem wywoływany do tablicy i to po to, żeby mi postawić pałę i odesłać do kąta na karnego jeża.

Beztlen, człowiek wart akapitu, a nawet dwóch. Razi mnie twoja wyższościowa postawa, jakbyś był medalistą i olimpijczykiem. Z drugiej strony jest dla mnie zaszczytem, że naprawdę jesteś medalistą i olimpijczykiem, i możemy tu się spierać o bieganie. Wolałbym jako człowiek zgody, żebyśmy się częściej zgadzali niż spierali, ale nie zawsze musi być na świecie to, co bym wolał.

Ponieważ poprzedni akapit był bardziej o mnie niż o Bezltenie - to jeszcze jeden. Beztlen popełnił - w ocenie niezawisłego sądu - przestępstwo. Odbył karę, cholernie przykrą karę i sprawa jest zamknięta. Koniec. Proszę mi nie wyciągać, że przekroczyłem prędkość w zeszłym roku prędkość jadąc na Suwalszczyznę, bo zapłaciłem swój mandat. Proszę nie wyciągać Beztlenowi, co zrobił, bo zapłacił swój.

Wolałbym też, żebyśmy nie schodzili do poziomu hejtu w obronie Beztlena. Wolałbym, żeby było tu bardziej nudno i przyjaźnie niż tak zajebiście ciekawie. Jeszcze jest parę rzeczy, które bym wolał. I wprawdzie nie zawsze musi być to, co bym wolał, ale...

Biegania było w ostatnim tygodniu trochę mało. 51 km, o sześć mniej od b. Podopiecznego Bartka. Ale za to na easy naprawdę po 5:00-5:15. Chociaż jedno easy z Kamilem od Hymnu, blisko 5:30. Tempo konwersacyjne, bieganie też.

A w sobotę duże wydarzenie w ksStaszewscy (b. Kancelaria Sportowa Staszewscy). Moja Sportowa Żona zrobiła życiówkę na piątkę: 22:49, poprawka o 14 sekund. Po dwóch nieudanych podejściach do życiówki na dychę - która powinna paść, ale nie zawsze jest to, co powinno być - to duża radość.

MSŻ nie podoba się sobie na zdjęciach z trasy, więc wstawię swoje. Zrobiłem trening tempa startowego - 3:58, tętno między 169 a 178. Wyglądałem tak jak obok. Fot. Kasper Czochoski (z: Facebook/parkrun).

19:27, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 09 maja 2016

Na starcie staje Paweł. Paweł, człowiek-historia, inna historia. Trzy razy zacząłem pisać, jaka, ale wykasowałem. Człowiek-tajemnica.

Fot. Wojtek

Już rok temu biegał w reprezentacji Kancelarii na Ekidenie, finiszował na piątkę. Teraz otwierał siódemką. 29 minut i po ptakach, dobra robota.

Potem biorę pałeczkę od Pawła i ruszam. Zdjęcia zrobiła podopieczna Alicja (mniejszość fińska pod blogiem).

Fot. Alicja

No i co, staruszku? Rozjechał cię trochę ten maraton. Tydzień regeneracji już nie wystarcza. Szybkość umarła, wyparowała. Grzałeś na półmaratonie z tętnem blisko 180, a tu zaczynasz po 171 i nie idzie się bardziej rozpędzić. Słońca coraz więcej, glikogenu coraz mniej. Kończy się w 38:58, słabo, chociaż ciągle daje to szanse na złamanie trójki. Bo jesteśmy drużyną.

Oddaję pałeczkę Adamowi.

Fot. Alicja

Na miejscu jest już cała ekipa. Siadamy na ławce przy trasie i żyjemy biegiem. Gorzej mają ci, którzy dopiero pobiegną, ale my z Pawłem wyluzowani jak nie wiem. Komentujemy, zachęcamy, strzelamy foty (na Facebooku Kancelarii jest filmik z tych zdjęć). Więziotwórcza funkcja biegania.

Liczymy każdemu z naszych sekundy straty albo nadróbki do planu, jak niezależni obserwatorzy demonstrantów na manifestacji KOD. Jest dobrze, jest coraz lepiej. I na tych manifestacjach i na trasie Ekidenu.

Adam, Henryk, Szczepan robią swoje. I rusza Agnieszka. Ustalamy, że zafiniszujemy razem, bo więź się pogłębiła. Proszę kibica, żeby nam zrobił zdjęcia na finiszu i o mało co fotorelacja nie kończy się fiaskiem, bo Agnieszka na przekór złej sławie tej pokręconej trasy i na złość pogodzie robi życiówkę na piątkę - 20:53 - i właśnie wypada zza zakrętu.

Fot. Nieznany Kibic (dzięki :-)

Ostatecznie zajmujemy 42 miejsce na ponad 900 sztafet. Jesteśmy w górnych pięciu procentach. Wynik 2:57:03. Pokonałem się sam - jak śpiewał Perfect. A raczej nie sam, tylko z zespołem. Przebiliśmy o blisko dwie minuty mój czas z maratonu orlenowskiego. Odpowiem na to na jesieni.

Bo wiosna wasza, nie nasza. Pobiegnę jeszcze półmaraton w Radomiu, chociaż polska dusza miłująca picie okazjonalne, kwili z żalu - to dzień po imprezie reporterów w Kazimierzu Dolnym. Na dziś myślę, że wolę sobie schrzanić imprezę niż półmaraton.

Pobiegnę Bieg Truskawki, w zeszłym roku poległem tu kompletnie, nie złamałem 40 minut, wstyd, wstyd, wstyd. Może na ten bieg zdołam się już odbudować. Na razie przerabiam skrócony mezocykl, budowanie siły i wytrzymałości, jak na przyspieszonym filmie.

Dlatego na Bieg Łomianek - 22 maja - chyba się sportowo nie nastawiam. To już za dwa tygodnie. Dzień wcześniej świętujemy 30-lecie matury i jakoś nie mogę się przekonać, żeby zrezygnować całkowicie z nader okazjonalnego w tym gronie świętowania, żeby znów sobie nabiegać takie nie wiadomo co. Takie śmiać się czy płakać.

Jedziemy do Łomianek (Łomianki to taka dzielnica Warszawy, tyle, że jeszcze niewłączona, a dla nas to wyprawa prawie godzinna, bo to na drugim końcu miasta) razem z Moją Sportową Żoną. Jako partnerzy. Nie swoi, bo to też, ale partnerzy Biegu Łomianek. MSŻ poprowadzi przed biegiem rozgrzewkę. Ze sceny powiedzą też, że KS Staszewscy (ktoś już zauważył, że coś się dziwnego dzieje z nazwą Kancelarii?), to fajna firma jest, w pakietach startowych znajdziecie nasze ulotki.

A ja Wam powiem, że imprezy nie znam, ale ludzie, którzy to organizują, sprawiają dobre wrażenie. Że jest cała społeczność - Łomianki Biegają - widzieliśmy ich w pomarańczowych koszulkach na Ekidenie. I powiem, że stanę na starcie, choćby nie do końca dysponowany.

Wstępnie umówiłem się z Pawłem, tym co otwierał odcinek i sztafetę, że pociągnę go na złamanie 40 minut, bo już dojrzał. Czy leci z nami zając?

22:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 02 maja 2016

Polska Radomiem Europy. Dowcipne? Sorry, jeśli ktoś z Radomia, ale dla mnie tak. Jest taki fanpage na FB. A Radom puentujący niezłą "Siódemkę" świetnego Ziemowita Szczerka jest w tym kontekście zabawny.

A: nie od razu Radom zbudowano. Też śmieszne? Nie wiem, to moje.

W mojej świadomości Radom budował się skokowo. Najpierw pojechała tam ze mną mama, miała w Radomiu jakąś daleką rodzinę, chyba chciała mnie pokazać im pokazać w 1977. Rok później mama umarła, a ja dalekiej rodziny już nigdy nie zobaczyłem.

Z tamtego wyjazdu pamiętam nędzę i grozę po Radomiu 1976 (młodsi: google). Potem słuchaliśmy o tym na kasetach Jana Krzysztofa Kelusa. Teraz Kelusem podnieca się prawica, która KOR (młodsi, wiecie co) uważa za piątą kolumnę, a KOD za szóstą. Pokręcone. Ja wciąż czerwony Radom pamiętam siny, jak zbite pałką ludzkie plecy, szosę E7, na dworcach gliny, jakieś pieniądze, jakieś adresy. To znaczy tamtego oczywiście nie pamiętam, ale pamiętam, kiedy ta piosenka brzmiała jak dynamit.

Potem Radom przez który wracaliśmy z Wojtkiem jeżdżącym dziś na rowerze z Gór Świętokrzyskich z dworcową poczekalnią, w której obowiązywał zakaz spania i był egzekwowany przez babę z linijką. Serio.

Radom z reportażu, na który wysłała mnie Małgorzata Sz. w Dużym Formacie o ludziach, którzy dojeżdżają codziennie do pracy do Warszawy. Spałem u pani emerytki, która jeździła sprzątać u pani przy Placu Konstytucji, wstaliśmy na pociąg o 4:30 chyba.

Radom miasto tysiąca rond. Ktoś od komunikacji musiał sobie upodobać ten typ skrzyżowania. A ja ten Radom odkryłem jeżdżąc niemal tydzień w tydzień do Mojej Sportowej Żony nim została Ż i przeprowadziła się z gór na nizinę M.

Sto kilometrów to niedaleko można się było w końcu pocieszyć, logicznie biorąc mógł ktoś im spalić miejski komitet w miasteczku Cieszyn. Tak śpiewał Kelus. Do rymu byłby tutaj też Szczecin. Chyba z 500 kilometrów.

I niewiele brakowało, a zapisałbym się na maraton do Szczecina. Oglądałem nawet profil trasy, w biurze powiedzieli, że końcówka trudna, ale widziałem, że nie trudniejsza niż podbieg na Belwederską. A męczy mnie, żeby jeszcze pobiec maraton wiosną. Kraków niestety za blisko, Łódź w tym roku już była, a dalej z atestowanych tras pasuje tylko Szczecin. Tyle, że 500 km to daleko.

Po co mi to? Żeby zobaczyć, jak pobiegnę, jak się przestanę wygłupiać. Bo przestaję - dywagowałem na ten temat tydzień temu, a teraz jest decyzja. Żegnamy się z tempem 5:40. 5:30 może na trzydziestce. Ale obowiązujące widełki to 5:00-5:15. Przestań truchtać, zacznij trenować. Zaczynam to tempo od krótszych odcinków, poniżej standardu wybiegania (i to naprawdę zaczynam, to tydzień po maratonie praktycznie przechorowałem). Ale kończymy z popisywaniem się, że trenuję po 5:40, a startuję po 4:14. Teraz zamierzam trenować po 5:14, a startować po 4:00.

Chętnie sprawdziłbym to na maratonie, ale jeśli nie ma wygodniejszej opcji, to nie musi być maraton. Połówka wystarczy. I kiedy podopieczna Alicja w sprawozdaniu napisała, że jedzie na półmaraton w Radomiu, to pomyślałem czemu nie. W dwie minuty ustaliłem z MSŻ, w pięć minut się zapisałem i opłaciłem startowe. Jadę. Wiem, że upał może pokrzyżować, ale jadę, bo mnie gna. Najwyżej nie będę miał sukcesu w liczbach. Ważne, żeby go mieć w Radomiu.

Szczególnie, że półmaraton nazywa się Półmaratonem Radomskiego Czerwca '76. Czterdzieści lat minęło. Będzie bieganie z Kelusem w tle. I z tym, o co oni walczyli, chwała bohaterom. Nie o taką Polskę, wypinającą się Radomiem do Europy, to pewne.

Nie mam żadnego sportowego zdjęcia, bo sportu naprawdę w ostatnim tygodniu praktycznie nie było. Ale mam jedno na temat. Moje okno na majówkę.

23:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Stajemy na starcie, zimno, cudownie i jedziemy. W głowie mam liczby, które mają określić moją wartość. Tak jak euro wart jest ileś złotych, tak Staszewski wart jest ileś minut, ileś minut poniżej trzech godzin, a ile, to się okaże właśnie za niecałe trzy godziny.

Ruszamy o 8.45. Pod wiatr, ale się tego nie czuje. 4:06, 4:03, 4:01 i podbieg, tu 15 sekund planowo tracę. Na górze Dziki na rowerze, dołącza, zrobi mi ajfonem fotoreportaż z biegu, z chwil chwały i z momentów zdychania.

To koło Kancelarii Premiera. Beata podpisz.

4:03, 4:00, 4:07, 4:02, 4:00. Tempo-cieszynka. Dziki co jakiś czas mnie stopuje ostrzegawczym "3:59", robię rzut oka na stoper i odpowiadam "tętno 168". Czyli, że mogę, parametry pozwalają tak biec. I wiatr pomaga. Potem odbierze.

Bo ja już wiem, że odbierze. Ja czuję, że w środku jestem jak ta naoliwiona maszyna, ale między trybami czuję trochę wody, jakiejś niepotrzebnej wilgoci. Ja mam ten cel 2:54:xx w sercu, ale w głowie wiem, że dziś pozostanie w sferze marzeń. Ja jestem gotów walczyć jak cholera o wynik, jak na półmaratonie, ale maraton to jest potwór zbyt duży, smok zbyt potężny, żeby go walecznością samą zwyciężyć. Ja wiem, że tu będzie rządzić fizjologia, a głową można tylko jak najwięcej z tej fizjologii wyciągnąć.

Ile? Ile sekund poniżej trzech godzin? Jak daleko od celu, jak blisko? Na połówce będę miał czas idealnie na 2:55:00.

Przed połówką czeka Moja Sportowa Żona z połówką banana (a jestem już po jednym żelu), Małym Yodą i małą reprezentacją Rabki-Zdrój. Podbiega, mówię jej (podobno, znam z relacji), że jest nieźle i jednocześnie temu (ponoć) zaprzeczam.

Za połówką niespodzianka. Nikt jeszcze nigdy nie zrobił dla mnie transparentu na biegu (tylko jak parę lat temu przyjechałem do Rabki na rowerze z Warszawy, to MSŻ z reprezentacją Rabki witały mnie z trasparentem). A tu czeka Podopieczny Adam z rodziną i wielką płachtą z wypisanymi życzeniami i logo Kancelarii. Adam, zachowasz na jesień?

- Cukier ci spada, chcesz żel? - mówi Dziki. Nie wiem, ile razy, ale dużo. Twierdzi że mam momenty, kiedy zaczynam przysypiać. Wiatr je wydobywa i wyostrza. 4:11, 4:17, 4:20, żel, 4:08. Ale następny znów 4:17, a potem najsłabszy kilometr, trzydziesty w 4:37. Marzenia o 2:54 odbiegły już daleko, że nawet tętent ścichł, słychać za to z oddali galop goniącej mnie trójki.

- Słyszałem, żeś rycerz sławny, stawaj waść - tak mówi mi Dziki w naszym rytuale przed każdym ping pongiem. Staję. To znaczy nie staję, tylko przyspieszam. I jeśli z czegoś mogę być dumny po tym średnio udanym biegu, to z tego jestem dumny potwornie. Kiedyś takie kryzysy mnie miażdżyły, mogłem się do mety tylko czołgać. Pełzać, czołgać, słaniać. A teraz otrzepuję pióra, przestaję na wiatr narzekać, tylko łapię wkurw w żagle i jadę. 4:07, 4:07. Można? Można. Nie zbyt długo, potem znów trzy kilometry słabsze, ale potem znów dwa poniżej magicznej bariery 4:15 (chyba to wtedy poprosiłem Dzikiego: - Zmuś mnie do żelu za kilometr).

Jadę jednak do celu. Tnę się z Danielem-Źrebakiem (na zdjęciu obok) - był pierwszy na połówce, a w naszej rywalizacji w zasadzie zawsze oznacza to, że będzie drugi na mecie. Wmuszamy Danielowi z Dzikim żel, bo Dziki ma tego całą torbę, podarunek od Antoniego Cichończuka, człowieka-legendy. Wtedy Daniel jak rasowy źrebak się podrywa, aż w końcu robię mu Janów Podlaski i zostawiam z tyłu. Daniel na mecie będzie szczęśliwy, że się nie poddał, nie odpuścił, chociaż nie złamał trójki. Może przestał być źrebakiem, skoro umie się ucieszyć z tego co ma?

Stado na trzy godziny dopada mnie kawałek przed nawrotem. Ostatnie dwa kilometry przed nawrotem mam znów słabe, ale zjadam chyba ostatni, piąty żel, skręcam na most. I zaczynam rozliczenie z kasjerem. Kasjer dupa czy Wojtek dupa?

Mijam matę na 40 kilometrze. Patrzę na zegar i odkrywam, że już nie tylko obrona Częstochowy - jak mówiłem Dzikiemu od dobrych dziesięciu kilometrów - ale jeszcze można zawalczyć. Różnica między 2:58:59 a 2:59:01 jest żadna i ogromna zarazem. Chcę wygryźć sobie na tym medalu, który czeka na mecie, mocniejszy ślad. Utargować mniejszą stratę. Poprawić się matematycznie. Przez ostatnie dwa i pół roku tylko dwa razy złamałem trójkę na maratonie i to o sekundy, z przodu było 2:59.

Wystarczy tylko, że pobiegnę końcówkę - 4,2 km - poniżej 9 minut. Z mostu jest lekki zbieg, wychodzi - 4:01. Potem leciutki podbieg koło stadionu - 4:12. Ostatnie metry w tempie 3:37 min./km. Można? Cały ten ostatni odcinek w czasie tylko o jedną sekundę wolniejszym niż biegają byli olimpijczycy atakujący 2:45 i dobiegający w 2:49 (gratuluję Tomek debiutu w maratonie, chociaż przy twoim poziomie biegowym i doświadczeniu sportowym pewnie jesteś rozczarowany wynikiem bardziej niż ja).

2:58:53. Zdycham jak dawno nie zdychałem. Na metę wjeżdża ze mną Dziki (serio), a za linią czeka grupka byłych Podopiecznych zapewne po wyściskaniu Tomka.

Rob z synem Ziggiego robią fotoreportaż ze zwycięstwa. Dostaję srebrny medal.

Zwyciężyłem ślimaka, który zwijał różki. Nie sięgnąłem do gwiazd, ale znam drogę to heaven. Zrobię, Dziki, tak jak poradziłeś po biegu - przestanę się wygłupiać z bieganiem wolnych treningów w tempie, które w tabelach Danielsa przynależy w mojej linijce do truchtu. I dołożę jeszcze objętości, dostałem od MSŻ na imieniny super plecak biegowy, w sam raz do biegania po mieście.

Tydzień regeneracji i zaczynamy projekt Złota Jesień.

22:38, wojciech.staszewski
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 18 kwietnia 2016

- Myślałam, że schodzenie z trasy jest przyjemne - mówi Moja Sportowa Żona na 6,66 km biegu w Raszynie. Głos ma smutny, wzrok posępny, plecy okrągłe i zupełnie niepotrzebnie dodaje filmowym po cichu, żeby jej nie opieprzać. Nie mam zamiaru.

O to schodzenie z trasy prawie się pokłóciliśmy dzień przed biegiem.

- Jak nie będę miała szans na życiówkę, to schodzę po pierwszym albo po drugim kółku.

- Z trasy się nie schodzi.

- A ja zejdę, bo po co się męczyć!

Zaczynam wyciągać z kieszeni argumenty - że bieg to zadanie do wykonania od początku do końca, że człowiek bywa nieracjonalny w decyzjach, że b. Podopieczny Bartek mógł mnie kiedyś dogonić na Biegu Powstania, ale zszedł, a wtedy to byłoby dla niego osiągnięcie, że Dziki kiedyś odpuścił walkę na półmaratonie w Tarczynie, bo nie miał już szans na 1:29 ale akurat nie zszedł, żeby być ścisłym, i przez to odpuszczenie stracił o 30 sekund podium w kategorii wiekowej itp., itd. I kiedy leży już tego całkiem spora kupka na środku pokoju MSŻ gasi wszystko: - Jak będę chciała to zejdę.

Nie zdążam nawet, żeby przypomnieć moją heroiczną kartę, jak leżałem na 36 kilometrze setki w Rytrze i zastanawiałem się, czy  wybrać 64 km ściany do Krynicy, czy pierwszy raz w   życiu zejść z trasy. To tu przypominam.

I jedziemy rano do Raszyna. Ja jestem tydzień przed Maratonem Płockim w Warszawie, więc nie biegnę - w sobotę ćwiczyłem tempo umownie maratońskie na Kabatach, wyszło 40:42. W Warszawie biegnę na 2:54 (z przodu), ale obawiam się, że wystarczy mocy tylko na 2:56. MSŻ jest tydzień po dziesiątce w Starych Babicach, gdzie kolka przytrzymała ją za włosy i do życiówki zabrakło 14 sekund, a do celu 44. Więc chce wziąć rewanż.

Dojeżdżamy po dziesiątej, start jest o 11. I otwiera się okienko pogodowe. W sobotę było chłodnawo, w poniedziałek też upału nie ma. Nawet niedziela po południu w Warszawie jest dość zimna. A poranek tryska słońcem. Żegnajcie życiówki.

30 minut przed startem MSŻ zjada ostatniego batona (rewelacyjnie smaczne batony figowe są w Rossmannie, nie sponsorują tego wpisu, tylko są pycha), łyk wody, fota, którą robi nam Michał-Obozowicz (dzięki) i dziewczyny na start, a chłopaki do punktu kibicowania.

Po pierwszym kółku MSŻ biegnie równiutko w tempie życiówkowym, jest 13 wśród kobiet. Wygląda, jakby walczyła o życie, ale to u nas rodzinne. Powie mi potem, że czuła się świetnie, leciutko, frunęła po swoje, tempo miała idealnie z założeniami - na wynik trochę poniżej 47:00.

Złe przyszło przed piątym kilometrem. Zdaje się, że to ta sama kolka, co u mnie na półmaratonie. Monstrualna, zatykająca, uniemożliwiająca oddech. U nas to rodzinne?

MSŻ najpierw zwolniła, a kiedy nie przeszło to zeszła - żeby już było lżej i żeby nie bolało.

I wiecie, co? Widziałem, że bolało jeszcze przez wiele godzin. Zejście z trasy bolało. Wydaje ci się, że schodząc z trasy przywracasz homeostazę i będziesz mógł się cieszyć? Nie, zostaniesz z tym zejściem, jak Himilsbach z angielskim. Nieodwracalnie.

Nie musiałem MSŻ dobijać. Sama wymierzyła sobie konsekwencje i poczuła je boleśnie.

Z trasy się nie schodzi. Są sytuacje, kiedy to jest uzasadnione. Jesteśmy profesjonalistą, biegniemy maraton, ale sukces już nie da się dogonić, a mamy w perspektywie poprawkę za trzy tygodnie - to schodzimy. Albo łapie nas kontuzja mięśnia i przecież nie o to chodzi, żeby dokuśtykać do mety. Albo podejrzewamy kontuzję mięśnia sercowego, dzieje się coś przez co po biegu pójdziemy do kardiologa - to schodzimy, żeby nas do tego kardiologa nie musieli zawieźć karetką na sygnale.

To są wyjątki. Ale z trasy się nie schodzi. Czy to Raszyn, czy Płock, czy Warszawa.

20:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (39) »
poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Czy pech istnieje? Nie wiem, może to czysta osobliwość wynikająca ze statystyki. Ale jeśli istnieje, to trafiłem właśnie na żyłę pecha. Mam nadzieję, że ją wyczerpałem.

Pech pojawił się w sobotę. Wyjeżdżamy na 10 km w Starych Babicach i w samochodzie okazuje się, że nie wziąłem telefonu. Wszystko mam, żele, herbatę w kubku, nawet pamiętałem, żeby przypomnieć Mojej Sportowej Żonie o dowodzie osobistym, bo ona też startuje. Wszystko mam poza telefonem.

Jedzie z nami córka-gimnazjalistka, w czasie biegu zajmie się Małym Yodą, a po będzie rozdawać ulotki Kancelarii. Pytam, czy ma w telefonie google maps. Ma.

Nie to, żebym nie wiedział, jak dojechać do Starych Babic. W oczach mam drogę ze starych Bielan do puszczy, bocianie gniazdo, za nim drogowskaz na Babice w lewo. Tylko, że to jest droga naokoło, można sto razy szybciej dojechać przez Bemowo albo Wolę, albo coś w tym stylu, tylko nie wiem, gdzie zjechać z obwodnicy.

Przed newralgicznym momentem próbujemy z córką-gimnazjalistką włączyć google maps na jej telefonie. Ale okazuje się, że to inna apka - mapy z ajfona. Największa porażka po iTunes. Program się z nami nie komunikuje, jedziemy dookoła przez Bielany.

Rozpisałem się, bo jak telefon pojawia się w pierwszym akcie, to musi jeszcze wystrzelić. Wystrzela zaraz po biegu. Bieg słaby nawiasem mówiąc. Jednak tydzień regeneracji po półmaratonie to w M-40 za mało. Pict nawiasem mówiąc pobiegł dychę praktycznie w tym samym tempie, co półmaraton. Ja pobiegłem co do sekundy tak, jak mój czas na 10. kilometrze półmaratonu. A bieg był trochę jak trening. Trzy kilometry tasowania, potem trzy wyprzedzania 4-5 osób, które zaczęły za szybko i samotność aż do mety, bo przede mną zrobiła się ponadminutowa dziura.

Mojej Sportowej Żonie dobrze szło do połowy. Potem przytkała ją ta sama kolka, która mnie dopadła na półmaratonie. To pozwala postawić hipotezę, że kolka może przenosić się drogą płciową. Zabrakło jej 14 sekund do życiówki.

W podłych nastrojach i na deszczu nakarmiliśmy Małego Yodę przysługującym nam makaronem, popatrzyliśmy na początek dekoracji i poszliśmy do samochodu. I teraz wystrzela telefon, a raczej jego brak. Bo na telefonie był esemes, w którym jak byk stało, że wygrałem klasyfikację wiekową M-40. Wow! Wiem, że to przypadek, ale byłoby miło stanąć na podium i wstawić fajną fotę na blog. A tak, to zdjęcie z biegania, jakbyście takich nie oglądali regularnie. Ale wstawiam.

Fot. Jarek Ilżycki Photography za zgodą

Nawiasem mówiąc: biegamy z pięty.

Wstawiam odcinek tuż przed północą, bo dziś pracowity dzień. Wstałem o 5.40 dojechałem pod Mielec, żeby porozmawiać o strasznym wypadku (słyszeliście - pięciu piłkarzy z Wólki Pełkińskiej zginęło w busie). Rozmawiałem pół dnia, ale ciągle nie była to tak mocna historia, którą chcielibyście przeczytać w Newsweeku. Byłem jeszcze umówiony na dwie najważniejsze rozmowy. Jedna osoba wycofała się po 15., druga trzy godziny później. Więc zamiast rozmawiać i zanocować - w samochód i do domu. Pech? Nie sądzę, że przypadek.

A przed chwilą mieliśmy z MSŻ ochotę zamordować naszą drukarkę. MSŻ przygotowała dla Małego Yody fajne zabawy rebusowe, tyle że drukarka nie chce ich wydrukować. A... zaraz, właściwie to zaczęło się w piątek, kiedy drugi raz w karierze dziennikarskiej nie nagrał mi się wywiad. Okazało się, że zdołałem zapamiętać z rozmowy 7,5 tys. znaków. Czyli kategoria pech pokonany.

Nawiasem mówiąc fajny obrazek widziałem na Facebooku. Uczeń pyta mistrza, czy długo trzeba czekać, żeby złe rzeczy zmieniły się na dobre. A mistrz odpowiada, że jak się będzie czekać, to długo.

23:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 04 kwietnia 2016

Na szóstym chyba kilometrze czeka Dziki. Chętnie bym przybił piątkę, opowiedział, co się działo przez ostatnie 23 minuty, bo dużo się działo, ale nie mogę, bo zasuwam w tempie 3:50 min./km. Wiecie co to jest za tempo? Co to jest dla mnie za tempo? To jest tempo pierdolniętego pociągu na torach do zguby lub do zbawienia, zależnie, co dróżnik w czapce z purpurowym otokiem zrobi ze zwrotnicą.

Ta czapka to z Kleyffa. Słuchaliśmy tego z Dzikim w poprzednim stuleciu.

Zacząłem z piątej linii, bo linię startu przekroczyłem po pięciu sekundach od momentu, kiedy brutto wystrzeliło w kosmos. Kilkaset metrów trwało zanim dobiłem się w okolice naszego trenera z Kancelarii Maćka, który zającował na 1:20. Krzyknąłem mu cześć i że przybiegłem się przywitać teraz, bo przed metą się nie będziemy widzieć, bo na piętnastym odpadam z grupy.

Rzeczywistość okazała się inna. Biegnę z tyłu grupki Maćka i patrzę na drugim kilometrze, że oni zamiast biec po 3:50 gnają po 3:40. A ja z nimi. Odpuściłem więc w miarę rozsądnie, ale i tak coś mnie gnało. Wiecie co? Wiatr.

Wiatr strasznie namieszał w tabelach. Stąd wariackie cyferki na pierwszych kilometrach - można sobie je TUTAJ podejrzeć. Ale i tak czułem wiatr w żagle, taki ze środka, z wnętrza.

Gdybym wiedział, że b. Podopieczny Bartek jest wtedy 10 sekund za mną, to chyba by mi się włączył motorek. I wtedy byłoby chyba szybko po biegu. I tak tętno mam powyżej wszelkich książkowych norm. Około 179, czyli ponad 95 proc. HRmax.

Więc Dzikiemu nie mam tego jak opowiedzieć, a robi się ciężej, bo biegniemy przez Most Gdański i wiatr teraz trochę zatrzymuje. A potem wbiegamy na prawdziwą Pragę i wiatr przytrzymuje bardziej. Ale tempo mi w zasadzie nie spada (przynajmniej tak to teraz pamiętam).

Fot. Dziki

Na 10 kilometrze robię season best: 38:29, o 13 sekund szybciej niż ostatnio w Kabatach. I wiem, że zbliżam się do zwrotnicy. Zapłacę za szaleństwo, czy nie zapłacę?

Od lat uczę się, i uczę Podopiecznych, rozsądku na trasie. Pobiegnij na krótszym dystansie, będziesz wiedział na ile jesteś, wystartuj na ten czas z lekką nadróbką, żeby stracić ciutek w drugie połowie. Ale w zasadzie najlepiej będzie, jak przebiegniesz to prawie równo.

Zgodnie z tym powinienem po raz kolejny zacząć na lekkie złamanie 1:24 (co wg Liczydła oznacza złamanie trójki w maratonie). I po raz kolejny, jak w poprzednich latach, trochę to złamać. I trochę się cieszyć, trochę nie cieszyć, bo z czego. Z tego, że z roku na rok jest coraz gorzej, trzeba mocno wczepiać się w ścianę jak kot pazurami i starać się nie zjechać w dół więcej niż o 3 sekundy. Taki zjazd miałem między 2014 a 2015 rokiem.

W tym roku nie chciałem znów mieć zjazdu. Trenuję mocniej, objętości robię jak nigdy, jestem w tym taki rozsądny i rzetelny, że na starcie postanowiłem pozwolić sobie na szaleństwo. Pierdolnięte tempo. Wiarę w głowę, zignorowanie fizjologii i prognoz z wcześniejszych biegów. Kto rozsądny biegnie półmaraton w tempie szybszym niż dwa tygodnie wcześniej przebiegł 10 km? Ja.

Zaczynają mnie wyprzedzać tramwaje. Zjadam żel, odżywam na 2 km, ale potem znów tabuny biegną po mnie. Nie zwolniłem dramatycznie, ale na tyle wyraźnie, że kto widział moje plecy, za chwilę pokaże mi swoje. Boję się, że za chwilę śmignie mnie Podopieczny Bartek, ale - o czym nie wiem - on jest już wtedy ponad minutę za mną.

Do 15 kilometra idzie nieźle.

- Cel jest w zasięgu - mówi mi Dziki, ale mam jeszcze tyle jasności w komputerze, że sam widzę wciąż szansę na złamanie 1:22. Mam też tyle jasności w głowie, żeby wyznaczyć sobie plan B - minimum zadowolenia to złamanie 1:23, czyli 1:22 z przodu. Bo w zeszłym roku było 1:23:30 - to teraz moje minimum przyzwoitości.

I nagle wszystkie liczby idą się... Przepraszam wszystkich, którzy mówili mi, że mają kolkę, a ja wyjaśniałem beznamiętnie, że należy nabrać powietrza, przytrzymać i ścisnąć mięśniami brzucha bolesny rejon. Łapie mnie kolka słoniowa, kolka nad kolkami, największa kolka w moim życiu. Kolka nie do zwalczenia. Nie mogę nabrać powietrza, przytrzymać, ścisnąć, bo po prostu nie dam rady wciągnąć powietrza do płuc. Oddycham płytko, gwałtownie, jak nie przymierzając przy orgazmie (przynajmniej tak to widziałem na filmach).

Fot. Dziki

- Kolka. Zaraz stracę wszystko - mówię do Dzikiego. Dziki robi mi fotę. Na zdjęciu nie słychać, że jęczę. Jęczę.

- Zacznij się tam bić - radzi Dziki. Nie pomaga, boli tak samo.

- Ból można jeszcze zignorować - znów Dziki. Ignoruję. Boli, ale biegnę. Dziki powie mi potem, że wyglądało to, jakbym stanął. Ale ciągle walczę, ciągle mam szansę wskoczyć do pociągu, może nie tego wymarzonego, ale wygodnego, z nagrodą na stacji docelowej.

Postanawiam znów zrobić coś głupiego albo inaczej mówiąc niestandardowego. Skoro i tak zwolniłem, to wyciągam drugi żel i wciągam go powoli. Przechodzi. Kolka przechodzi. Na kilometrze tracę tylko 15 sekund, bo wychodzi mi kilometr w 4:16, a poprzedni był o ile pamiętam w 4:01.

Liczę sekundy do końca. 1:22:59 jest w zasięgu, ale trzeba w końcu zacząć schodzić poniżej czwórki na kolejnych kilometrach. Nadganiam, wyprzedzam, ale kolka zaczyna znów krążyć, więc zwalniam.

A i tak biegnę szybciej niż rok temu. I to mnie cieszy. Skończyło się zwijanie, starzenie, odchodzenie, obrona kolejnych, coraz bardziej w głąb starości przesuniętych linii frontu. Ja walczę, ja tańczę, ja walczę. To chyba Siekiera.

Walczę o to 1:22 z przodu. Dojeżdża Dziki, którego przegnała ochrona przed Łazienkami. I okazuje się, że nasza przyjaźń jest wymierna w liczbach. Nie chodzi o te 23 lata za nami, ale o co najmniej 23 sekundy, które Dziki ze mnie wyciąga.

- Daj radę. Przyspiesz. Dogoń tamtego. Wszyscy są twoi aż do tych pasów - możecie zapytać cóż warta jest bezbrzeżna skarbnica zaklęć. Na pewno tych kilka sekund, których bym nie urwał, wysiłku, do którego bym się nie zmusił. Kończę znów jak zaczynałem. Znów biegniemy z wiatrem, a ja znów gnam w pierdolniętym tempie. Nie pamiętam, możecie sprawdzić w tym linku na Garminie.

Chcę się cieszyć na mecie. Dobiegam - wybaczcie lakoniczny opis, ale naprawdę niewiele pamiętam - w czasie brutto 1:23:03. Tak pokazuje stoper. Trochę niepewności mi jeszcze zostaje, czy udało się złamać i roztrzaskać tę trójkę (potem dostanę esemesa 1:22:56). Ale wierzę, mocno w to wierzę, bo chociaż wynik jest o malutkie pół minuty lepszy niż rok temu, to czuję wielkie natchnienie w tym biegu, jakąś wietrzną moc.

Fot. Sportografia, publikacja za zgodą, dzięki

W strefie mety przeżywam sporo radości. Może poza pomartwieniem się z Pictem, który dobiega dwie minuty poniżej oczekiwań. Cieszę się z Piotrkiem, naszym Podopiecznym akurat od trenera Maćka. Witam Wojtka, z którym nie wygrałem chyba od 10 lat. Widzę b. Podopiecznego Bartka i cieszę się, jak cholera się cieszę, że wygrałem tę rywalizację, bo przecież Bartek jest mocniejszy i od trzech lat też regularnie ze mną wygrywa. W ogóle dużo się cieszę.

Wychodzę ze strefy, wolontariusze dają medale. Zawsze idę do najładniejszej dziewczyny, choć wiem, że to nieco seksistowskie. Ale tym razem nie ma dziewczyn, tylko dzieci, małe dziewczynki i chłopcy. Postanawiam iść do najmniejszego chłopczyka.

I możecie mi nie uwierzyć, ale niech Boga nie będzie, jeśli coś zmyślam. Schylam się, chłopczyk wiesza mi medal na szyi, a ja widzę, że ma plakietkę z imieniem. Jasio. I mówię do niego:

- Dziękuję ci, Jasiu.

I ryczeć mi się chce, jeszcze długo, długo.

18:03, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 28 marca 2016

Chyba się spóźnię, na pewno się spóźnię, mruczał pod nosem biały królik. A ja akurat zbiegałem po białej łące i myślałem o tych kokainowych aluzjach Maleńczuka i o halucynogennym charakterze Alicji w Krainie Czarów, którą akurat miałem na empetrójce. Nigdy tej bajki nie czytałem, oglądałem tylko musichallową wersję z lat 70., a stwierdziłem, że to tak ważny element popkultury, że powinienem znać dokładniej. Kupiłem córce-gimnazjalistce empetrójkę, żebyśmy sobie posłuchali razem w samochodzie do Rabki. No i słucham sam w górach.

Nie spóźniłem się, zrobiłem dwugodzinną wycieczkę na Stare Wierchy i zdążyłem wrócić na święcenie jajek. Mały Yoda jak zobaczył to bogactwo koszyków w kościele, to zażądał natychmiast "mniam mniam" i nie dał sobie wytłumaczyć, że zaczniemy spożywać pokarmy po święceniu.

A kiedy przyszła cicha noc, ubraliśmy się z Moją Sportową Żoną jak górnicy dołowi i pobiegliśmy sprawdzać trasę pierwszego w historii naszych obozów w Rabce Nocnego Biegu na Maciejową. Da się, tylko bierzemy czołówki (przynajmniej co druga osoba powinna ją mieć). Do 31 marca opłata promocyjna za obóz.

Zastanawiam się też nad Rabską Górą. To ostatnio moja ulubiona trasa. Zrobiliśmy tam godzinny trening z MSŻ, biegaczką Sabiną i fitnesską Agatą.

A ponieważ uzupełniałem na tym wyjeździe dziury w wytrzymałości, to dokręciłem drugą godzinę przez Krzywoń do Rabki. I tym razem na świąteczny obiad się parę minut spóźniłem.

Pożegnanie z Rabką - dzisiaj rano - było już krótsze. Po pierwsze zostawiłem na tej białej łasze zimę. Topnieje tam teraz i wróci dopiero w grudniu. Po drugie zbiegłem sobie nieznaną ścieżką z rejonu wyciągu na Maciejowej w stronę Ponic. Da się? Da się, nawet w świecie, który masz obiegany, jak własną rękawiczkę, możesz znaleźć nowe ścieżki.

Wyszedł taki pocztówkowy odcinek. Cisza przed walką. W niedzielę - w tę niedzielę - półmaraton. Kto biegnie? I na ile?

Ja na 1:22.

23:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 119
| < Sierpień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam