Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 27 października 2014

O 7 rano budził mnie sms. Albo przychodził o 2 w nocy. "Napisz coś o Spartanach". Jak odpisałem coś wymijającego, to za sekundę miałem telefon. Marcin Żuk, w tamtym czasie rzecznik (a także chyba silnik) Spartan, charytatywnej grupy biegowej, świetnej inicjatywy Michała L. i Jacka G.

O Spartanach napisała na pewno Gazeta Stołeczna w relacji z konferencji prasowej Maratonu Warszawskiego, bo kiedy oddział wbiegł kłusem na salę konferencyjną w Centrum Olimpijskim, to zrobiło to wrażenie na wszystkich dziennikarzach. Ale chyba nie moim piórem, od paru lat chodzę na konferencje Maratonu po Prawdziwej Warszawie jako przyjaciel imprezy, a nie dziennikarz.

Obiecywałem, że o tych Spartanach napiszę, ale ciągle nie mogłem znaleźć klucza, żeby nadać tematowi odpowiednią rangę. Klucz dostarczył mi nieoczekiwanie nasz Paweł, który z Maćkiem na wózku może przebiec każdy maraton poza Dębnem, bo tam z wózkiem nie wolno. Napisałem tekst o Pawle i Maćku, rozszerzyłem perspektywę na charytatywne bieganie (SiePomaga itp.) i dałem cały rozdział o Spartanach. Zredagowany tekst został zaplanowany do kolejnego numeru Dużego Formatu albo Witamy w Polsce, nie pamiętam. I wszystko byłoby pięknie, ale w ostatniej chwili redakcja dodała tam moduł reklamowy i trzeba było tekst znacznie skrócić. Wypadł fragment o Spartanach.

Wiosną 2014 r. Marcin objawił się w grupie czterech ultra-ultrasów, którzy robią cykl 4deserts - 4 wieloetapówki po pustyniach świata, 250 km każda. Andrzeja i Marka znam od dawna od strony zawodniczej, Daniela poznałem teraz. Ale jaki w tym temat dla Newsweeka (a nie dla Biegania)? Zresztą nie wiedziałem, czy moje obietnice dane Marcinowi jestem bardziej winien Spartanom, czy Marcinowi i jego kolejnym projektom.

We wrześniu Marcin przeprowadził, jak to określił psychiatra w tekście w Newsweeku, projekt eschatologiczny. Mnie trzepnęło to mocno. Jak to możliwe, że taki gość, z taką energią, ponadludzką, z entuzjazmem, z chęcią pomocy innym i to naprawdę, głęboko, a nie dla poklasku (upewniałem się w tym zbierając materiał do tekstu)... Jak bo możliwe, że taki gość tylko sobie nie umiał pomóc?

Tekst "Kredki na pustyni" jest w dzisiejszym Newsweeku, do kupienia w kioskach, w internecie na razie zajawka, za jakiś czas pewnie w sieci całość, Rob pewnie podlinkuje. Od oddania tekstu do druku zastanawiam się nad bieganiem. Bo bieganie, to nie zawsze tylko bieganie. Dla Marcina w Spartanach było to zadanie, był to środek do charytatywnego celu. W 4deserts było to wyzwanie, które musiał porzucić w połowie. Często mówi się o tym, jak bieganie odstresowuje, wyluzowuje, pozwala zwiększyć dystans. Pisząc o Marcinie (i przy tym o Spartanach i o 4pustyniach - więc obietnica spełniona) zobaczyłem, że bieganie może mieć o wiele głębsze i nie koniecznie tak dobroczynne uwarunkowania psychologiczne.

Od Daniela dostałem zdjęcie Marcina z pustyni Gobi. Każdy ultras wie, że na takich biegach obcina się nawet troczki od plecaka. Marcin przez 5 dni biegł z pudełkiem kredek po to, żeby dać jej mongolskiej dziewczynce mieszkającej tam gdzie jaki zimują.

1

Fot. Daniel Lewczuk, 4deserts

U mnie przerwa w bieganiu. Uszkodziłem sobie jednak w puszczy ten mięsień biodrowo-lędźwiowy, osteopata, do którego trafiłem pogratulował trafnej diagnozy, popracował manualnie (chociaż trudno się dostać do wnętrza człowieka, a ten mięsień chowa się przed dłonią fizjoterapeuty), dał ćwiczenia. Pozwolił niby biegać powoli, ale unikam.

I w sobotę poczułem taki głód ruchu, że nie wytrzymałem. Przed ćwiczeniami rozciągającymi należy rozgrzać mięśnie, więc zrobiłem sobie pół godziny wzmacniania tak, jak najbardziej lubię - mata, brzuszki, obciążenie własnego ciała i tylko gumowa taśma, żadnych maszyn, ciężarów. Skończyłem jako inny człowiek. Po raz pierwszy od środowego ochłodzenia zrobiło mi się ciepło, odzyskałem radość, energię. Psychiatra powiedziałby pewnie o uzależnieniu od sportu. Tylko czy to źle? Może będę miał okazję zapytać przy jakimś tekście.

15:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 20 października 2014

Co łączy faceta lekko kulejącego w środku puszczy, dziewczynkę, która jedzie jutro na dzielnicowy turniej unihokeja, Kenijczyków, którzy nie dają szans polskim biegaczom, a nawet piłkarzy, którzy potrafią skutecznie walczyć na boisku? I co odróżnia ich od programu, który córka 6klasistka ogląda właśnie w telewizji?

Sobotni poranek w puszczy, jeszcze mgliście, ale za godzinę zrobi się pożegnanie z babim latem. Za godzinę będziemy już na trasie - ja, Agata z Rabki, która przyjechała tu specjalnie na swój pierwszy półmaraton i trzy setki biegaczy startujących w Półmaratonie Kampinoskim.

Urok małych biegów. Najpierw półkilometrowa prosta, wybiegam z niej na 7 pozycji. Potem dogania mnie dwóch gości, wyprzedzają, ale łapię ich, do 9 kilometra biegniemy razem. Wtedy lekki kryzys łapie mnie za gumkę od spodenek, ratuję się czekoladką, którą dostałem na urodziny od córki studentki (niczego bardziej przypominającego żel rano w domu nie znalazłem), ale spadam na 9 miejsce. Próbuję gonić, ale wtedy, gdzieś koło 12-13 km coś dziwnego chrupie mi w środku. Dziwne miejsce na kontuzje, to chyba jest mityczny mięsień biodrowo-lędźwiowy - nikt go nie widział (w przeciwieństwie do czwórek czy trójek), ale jest najsilniejszym zginaczem stawu biodrowego, a ja go właśnie czuję.

Godzę się już z kontuzją. Z trasy nie zejdę, bo niby gdzie w środku puszczy? Mam usiąść przy Krzyżu Jerzyków i czekać na co? Dotruchtam, a jak trzeba będzie, to dojdę. Dam się prześcignąć kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu biegaczom, a na koniec Agacie. Noga pozwala biec powoli, muszę dziwnie rotować stopę na zewnątrz, coś się dzieje. Trwa to z półtora kilometra, po czym dogania mnie kolejna dwójka - zielona koszulka i biała. Wypadam z dziesiątki... i niespodziewanie wracam do gry.

Po pierwsze przechodzi ból w nodze (dobrze, wiem, że się będę musiał tym zająć, na razie odpoczywam, oszczędzam się i rozważam wizytę u osteopaty). A jeszcze bardziej po pierwsze jest bufet. Nie ma bananów, są tylko pomarańcze i rodzynki. Dwie sekundy na decyzję i biorę do ręki półtorej garści rodzynek i kubek wody.

Nie ma lepszej bomby izotonicznej niż rodzynki popite wodą. Może to efekt świeżości, nigdy tego nie stosowałem. Będę relacjonował, bo teraz nie wyobrażam sobie żadnego długiego startu bez rodzynek. Myślę, że będę je zabierał na najdłuższe treningi. Moja Sportowa Żona mówi, że nie są drogie (w życiu chyba nie kupiłem rodzynek), więc świetnie. Biegacze - jedzcie rodzynki.

1

Fot. Dziki, pół kilometra przed metą

Przeganiam białą koszulkę, doganiam zieloną. Ma na imię Janek, gadamy w drodze, trenuje na rowerze, pierwszy raz biegnie w zawodach. Dwa kilometry przed metą Janek pokazuje mi, kto tu jest młodszy i ma większą szybkość. Ale dobiegam 10. Duża radość, niezły czas - 1:26:39. Dystans nie był pełny - organizatorzy mówili, że 20,5 km, komuś wyszło 20,2, u mnie nawet 20,15. Ale można przeliczyć, że złamałem 1:30, a to był właśnie cel. Jestem zwycięzcą.

Szkoda, że nie było kategorii wiekowych. Są wprawdzie teorie mówiące, że im człowiek starszy, tym szybszy, więc zgodnie z nimi powinienem wygrać, a nie dać się wyprzedzić dziewięciu 20-30-latkom. Ale zostawmy te teorie publicystom i złośliwcom. Gdyby była na biegu kategoria M40, miałbym pierwsze miejsce. Jestem zwycięzcą.

Zwyciężczynią poczuła się też Agata z czasem 2:06. W dodatku podobała jej się Puszcza, co sprawiło mi taką przyjemność, jakby kibice Wisły Kraków bili brawo Legii Warszawa za pięknie przeprowadzoną akcję.

2

Fot. Rafał z obozu w Rabce-Zdroju

Sport jest świetny, dostarcza dużo emocji. Półmaratończykom w puszczy. Córce 6klasistce, która dwa tygodnie temu zajęła w sztafecie szkolnej drugie miejsce w dzielnicy, tydzień temu z reprezentacją piłki ręcznej zajęła czwarte miejsce, a jutro jedzie na turniej unihokeja. Kenijczykom, Ukraińcom czy Polakom ścigającym się o pierwsze miejsca w biegach z nagrodami (zauważyliście arcyciekawą dyskusję na ten temat w internecie, ja tu jestem trochę jak Unia Demokratyczna, rozumiem wszystkie strony i czytam z przyjemnością). Bo sport to czasem zawód, czasem zdrowie, czasem pasja, ale przede wszystkim emocje. Nie takie same na meczu z Niemcami, jak ze Szkocją - ale wynikające z wysiłku. Ile żelu by sobie nie nałożył Lewandowski na włosy, to nikt nie może mu powiedzieć, że swoją gratyfikację (oklaski, honoraria, sławę) odbiera za nic. Odwrotnie: musi się na nią porządnie napocić.

Córka 6klasiska przez godzinę czytała dziś wieczorem książkę. Nie rozumieliśmy skąd taki zew czytelniczy, ale chodziło chyba o to, żeby zasłużyć sobie na oglądanie Top Model na TVN (czy czegoś w tym stylu). To normalnie jak transmisja z innej planety. Ludzie, którzy osiągają zaszczyty prężąc się, wyginając, uśmiechając. W dodatku trzask fleszy każe im uwierzyć we własną wyjątkowość.

Patrzyłem w ekran i zastanawiałem się, co jest takiego w sporcie. Najpierw myślałem, że rywalizacja. Ale nie, przecież oni w tym TapMadlu też o coś rywalizują, ktoś ten program chyba wygrywa, ktoś dostaje kontrakty. W polityce też ludzie rywalizują, a często (choć tu możemy się różnić w ocenach gdzie i kiedy) bywa to paskudne.

Dla mnie chyba szlachetna jest ta rywalizacja, przy której człowiek poci się z wysiłku. I do której energię czerpie się nie z demagogicznych argumentów albo botoksowego blichtru, tylko z treningu i rodzynek.

22:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 13 października 2014

Historia odwróciła się w 86 minucie meczu z Niemcami. Wtedy stało się coś, czego wszyscy bardzo chcą nie widzieć, sędzia również. A mogło być jak zwykle.

To jest mój najmniej popularny wpis na Fejsie. Polubiły go tylko 4 osoby, a komentarze są dwa. "Karnego trzeba jeszcze strzelić" i najprostszy: "Spadaj".

Napisałem po meczu: "Ufff. Ledwo żyję z euforii. Ale po prawdzie, to pomogła nam trochę ręka boga. Bo gdyby sędzia uznał, że to nie bóg, tylko Szukała zagrał ręką w polu karnym, byłby karny i 1:1 zamiast 2:0".

Nie wiem, czy to było zagranie na rzut karny, czy nie. Ale jeszcze bardziej nie wiem, dlaczego portale sportowego tego nie analizują, nie odpytują sędziów międzynarodowych, nie zauważyłem, żeby ktoś z dziennikarzy zapytał o Szukałę, czy poczuł się jak Bóg i dlatego zagrał ręką (młodsi: Maradona). Zapytałem znajomego dziennikarza sportowego - zaryzykowałbym, że to najlepszy biegacz wśród najlepszych komentatorów - o tę rękę. Odpisał, że jeśli piłkarz miał rękę ułożoną w sposób naturalny, to spoko, ale jeśli rozłożył ją jak strach na wróble, to karny. Z tym, że on dokładnie nie widział, bo był na stadionie.

Zaczynam czuć się jak jakiś maniak: widziałem rękę na rzut karny dla Niemiec, po którym byłoby pewnie 1:1, a nie 2:0. Tylko ja jeden w całej Polsce. Zaczynam wychodzić na świra, który ma coś przeciwko polskiej piłce nożnej.

Bo mam. Miałem po meczu warkocz emocji, który mnie samego zadziwił.

Cieszę się, pewnie że się cieszę, bo moja reprezentacja wygrała z Niemcami, z mistrzami. Bo Niemcy zawsze byli bogami futbolu (młodsi: Rummenige, Beckenbauer, Gerd Muller, przepraszam za błędy, pisałem nazwiska z pamięci). Bo w piłkę przekopałem sporo godzin dzieciństwa i młodości i ciągle bieganie za skórzanym pęcherzem jest dla mnie jedną z najbardziej naturalnych form ruchu.

Cieszę się, że Polska - ta, która ma mistrza świata w kolarstwie, mistrzostwo w siatkówce, prezydenta Europy i rekordowy wzrost PKB - odnosi jeszcze jeden sukces. I to na tak ogólnoświatowym ringu, jak stadion piłkarski.

Ale też coś mnie w tym zasmuciło. Triumf tępego kibolstwa, które każe palić tęczę LGBT, gardzi Murzynem, Cyganem i wszelką odmiennością i próbuje zawłaszczyć narodową flagę, narodowe święto, pamięć o powstaniu. W dyskusji uznaje tylko argument siły, przepisy prawa ma za nic, a najbardziej wyżywa się na ustawkach po lasach. Że jeszcze do niedawna można było mieć poczucie wyższości - bo kibice lekkoatletyczni klaszczą z entuzjazmem, kibice siatkarscy śpiewają o stepie szerokim, a na stadionie wiadomo: petardy, oprawy, bitki, wyzwiska i czyste chamstwo. Można było pośmiać się po cichu z nażelowanych gwiazdorów w kosmicznych samochodach opłacanych dużo powyżej ich społecznej wartości, którzy uważają się za sportowców.

Teraz już nie. Triumf reprezentacji daje im wszystkim legitymację do tego, żeby powiedzieli: nasze na wierzchu. I dodali krótko, tyle że w wersji kibolskiej: spadaj.

Ten sukces jest fantastyczny. Ale piłka nożna - może właśnie za to ją tak kochamy - jest tak niesamowicie niesprawiedliwa. Trudno wyobrazić sobie w bieganiu, że maratończyk z perfekcyjną techniką, realizujący co do sekundy plan startu przegrywa z drugim, który biegnie jak potłuczony, dyszy i sapie, a wygrywa tylko dlatego, że dwa razy wyskoczył wysoko do góry i dotknął ręką gałęzi.

Fascynuje mnie natomiast ten fenomen metafizyczny. Wiele razy to my graliśmy świetnie, a przynajmniej nieźle, ale piłka jak zaczarowana omijała bramkę przeciwnika. Albo jak w meczu z Austrią (dobrze pamiętam), sędzia Webb podyktował przeciw nam kontrowersyjnego karnego w ostatniej minucie wykopując nas z turnieju. Przyzwyczailiśmy się, że gdzie jak gdzie, ale w piłce, to Polakowi zawsze wiatr w oczy wieje.

A tym razem stało się dokładnie odwrotnie. Ręka, która może była, może nie, przeszła niezauważona, poszła kontra, Mila strzelił z niej bramkę i znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. W raju. To dobrze, bo bardziej podoba mi się świat, w którym Polska ma szczęście, niż taki, w którym jest ciągle moralnym zwycięzcom dostającym regularnie lanie.

W bieganiu nie jest potrzebne szczęście, tylko wypracowane na treningach parametry. Moje są kiepskie. Chyba z tej Krynicy bez porządnego roztrenowania się nie wygrzebię. Interwały biegam w tempie, w jakim powinienem biec półmaraton. A półmaraton już za tydzień. Z kibiców będą tylko drzewa w Puszczy Kampinoskiej, a to jeszcze inna bajka.

18:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 06 października 2014

Kiedy z Sobieskiego skręcają pod górę w Spacerową, musi to wyglądać przepięknie. Warszawska Huang He - Żółta Rzeka - stworzona przez tysiące ludzi w żółtych koszulkach z logo dużego banku, płynie pod górę, wbrew logice przyrody, zgodnie z logiką wzrostu. To Biegnij Warszawo - impreza wywodząca się z Run Warsaw, a będę się upierał, że pierwszy Run Warsaw (bodaj w 2005 roku) zorganizowany przez Nike był kamieniem, który ruszył z posad lawinę biegania. Wielkie tramwaje obrandowane reklamą biegu, to się w głowie nie mieściło. Tak rynek wszedł do biegania, rozpoczął się wzrost i pojawił się rynek na bieganie.

Mnie na tym rynku w weekend nie było. Szanuję bardzo ten bieg, bodaj najbardziej liczny w Polsce. Kibicuję wszystkim, którzy w nim startują. Ale z alternatywy kultura-natura wybieram to drugie.

Bieganie naturalne. Nie z żadnego śródstopia w jakichś fivefingersach (Czy to też nie był rynek w bieganiu i to w czystej postaci? Chyba Fredzio z Bieganie.pl miał swego czasu więcej trzeźwości w osądach niż taki np. Staszewski). Naturalne bieganie, takie jak kiedyś, oldskulowe. Nie w bawełnie, tylko w technicznej koszulce też zresztą żółtej, chociaż adidasa, nie Nike. Z dala od zgiełku, w Lesie Kabackim. Po trasie nieznośnie odbiegającej od równo wymierzonych 10 km, ale przez to jakiejś naszej, niepowtarzalnej, unikalnej, nieżyciówkowej.

k

Zdjęcie zrobiła mi Moja Sportowa Żona pół kilometra przed metą. Dobiegnę w 38:49, minutę szybciej niż chciałem i obronię się przed naciskającym mnie od dwóch kilometrów Szymonem, moim rywalem z tamtych wyścigów w tamtych czasach. Tuż za nami dobiegnie Darek w pomarańczowej koszulce Centrum Biegowego Ergo.

Ergo - też instytucja przełomu. W leśnej epoce biegania - awangarda nowoczesności. Czy dziś obroni się przed walcem sieci sklepów przeznaczonych dla biegacza? Ergo jeszcze w tym odcinku powróci.

A czy ktoś wie, co się stało ze sklepem Pana Rysia? Tam kupiłem sobie może nie pierwsze, ale drugie albo trzecie buty do biegania, golf biegowy, rękawiczki. Na przełomie lat 80. i 90. był to pewnie jedyny biegowy sklep w Polsce. Ach gdzie są niegdysiejsze śniegi (młodsi: biblioteka)? Jechałem wczoraj Rudnickiego, sklepu nie ma.

Rynek ze swoją logiką porządkuje nasze życie od ćwierćwiecza. Kto za młodu był liberałem, w wieku pomaratońskim będzie się stawał keynesistą? Nie do końca, niczego lepszego nie wymyślono. Ale to nie znaczy, że rynek np. w bieganiu musi wzbudzać zachwyt Staszewskiego od początku do końca.

Pamiętacie ekspertów biegowych, kiedy bieganie się wykluło? No, właściwie był jeden: guru Skarżyński. Ile lat będziemy czekać, kiedy prześcigną go inne biegowe autorytety: biegające panny o pięknych ciałach w jaskrawych koszulkach wielkich firm? A może, gdyby przeprowadzić taką ankietę na mecie Biegnij Warszawo, okazałoby się, że już nadszedł ten moment.

Wolałem pobiegać po lesie niż po rynku.

Tyle, że od rynku się nie ucieknie, o ile ktoś nie chce zostać pustelnikiem. Zadzwonił raz Janek Kaseja, twórca Centrum Biegowego Ergo - z ciekawą propozycją. Hotel Sielanka w podwarszawskiej Warce postanowił zorganizować weekendowe warsztaty dla biegaczy, Janek miał wyszukać trenera, który poprowadzi zajęcia. Coś takiego chodziło już kiedyś Kancelarii po głowie, ale nie zmobilizowaliśmy się do wyszukania lokalizacji, skalkulowania budżetu, przygotowania oferty i całej tej rynkowej roboty, bez której nie byłoby np. corocznego obozu biegowego w Rabce. Termin pasował, wszystko inne też - więc weszliśmy w to z radością, z którą robi się coś po raz pierwszy.

Impreza nazywa się Weekendowe Warsztaty Biegowe, chodzi o ostatni weekend miesiąca - 24-26 października. Janek poprowadzi prezentacje, a Kancelaria w dwóch osobach - mojej i MSŻ - bierze na siebie treningi biegowe, wzmacniające oraz stretching.

Bo zawsze na koniec jest stretching. Tym razem stretching na rynku, bo od rynku się nie ucieknie nawet biegiem.

 

23:56, wojciech.staszewski
Link Komentarze (134) »
poniedziałek, 29 września 2014

To najpoważniejsza jednostka chorobowa biegaczy: startoza. Przybiera różne formy, przy ostrym przebiegu może być groźna dla zdrowia. Ale przeważnie jest groźna - tylko i aż - dla wyniku.

Napisałem tydzień temu, że jestem w maratonie na 3:05. Nie dlatego, żebym przypuszczał, że cała biegająca Polska nie może opanować ciekawości, na jaki wynik jest Staszewski. Tylko dlatego, żeby napisać głośno, na ile zamierzam biec w Maratonie Warszawskim - żeby rzeczywiście na tyle pobiec. Bo przecież jeśli ktoś by napisał, że jest gotowy na 3:05, a wystartuje na 2:59, to wyszedłby przed całą biegającą Polską na idiotę.

Startoza była silniejsza. Startoza atakuje podstępnie podczas ostatniej fazy mentalnego przygotowania do zawodów, nasila się w trakcie rozgrzewki, a po strzale startera atakuje z furią.

To startoza wyeliminowała u mnie logiczne myślenie. Wolałem wyjść na idiotę przed całą Polską, niż pogodzić się przed startem z wynikiem powyżej 3 godzin. Już w sobotę myślałem, żeby pobiec na 3:05, ale w taki sposób, żeby zostawić sobie otwartą furkę na 2:59. Plan był taki, żeby na połówce być w 1:32-1:33, no dobra, raczej 1:32, bo z 1:33 trudno byłoby dogonić baloniki. Dogonić!? Słowo, które podyktowała mi startoza, bo trzeba mieć zasoby energii, żeby gonić baloniki, a nie uciekać przed kolejnymi balonikami.

Startoza opanowała mój mózg po starcie. Zaczynam spokojnie w 4:26 na kilometr. Ale od trzeciego kilometra - hulaj dusza. Tętno niskie, więc mam zielone światło do przyspieszania. 4:10, 4:06, 4:04... Baloniki są wprawdzie wciąż przede mną, ale systematycznie nadrabiam dystans. Na połówce (przypomnę, pisałem o 1:33-1:35, myślałem o 1:32-1:33...) - jestem tuż-tuż: 1:00:45.

A potem jest jak zwykle przy biegu, który się zaczyna za szybko. Nie ma szans dogonić, trzeba się bronić. Jeszcze na moim Ursynowie, gdzie kibicuje Moja Sportowa Żona z Sabiną, córką 6klasistką i Małym Yodą, myślę o łamaniu 3:05. Na Puławskiej liczę, że trzeba będzie walczyć o 3:09, walczę, dwa kilometry przed metą zbiegamy z linii wiatru, przyspieszam, kończę w 3:09:03. Względne zadowolenie, bo plan minimum - złamanie 3:10 - zrealizowany. Ale to startoza odebrała mi szanse na plan optimum czyli dobiegnięcie w 3:05.

Czy to nie ja pisałem w poradnikach akcji Polska Biega, że 1 minuta nadrobiona ponad możliwości na pierwszych kilometrach, oznacza 5 minut straty na ostatnich? Papier wszystko przyjmie. Startoza wszystko zabierze.

 mw20141

Zdjęcie wyszukał Rob - na fanpejdżu Fotki sportowe i nie tylko. Dzięki. U Roba startoza objawiła się w specyficzny sposób - sam nie startował, więc przyszedł na trasę z colą i bananem dla znajomych, a wieczorem wynalazł w sieci np. to zdjęcie.

Startoza ma różne formy. Podopieczna Joanna trafiła do mnie z ostrą startozą, niemal uzależnieniem od startów. Miała ich w planie tyle, że nie było mowy w międzyczasie o treningu, tylko o regeneracji, ewentualnie superkompensacji przed ważniejszymi zawodami.

Inną mutację startozy ma np. Dziki albo podopieczny Henryk. Ich start paraliżuje. Robią monstrualne treningi w imponujących tempach, a na starcie nie są w stanie pobiec swojego. Tu się mogę cieszyć, bo ja na starcie dostaję taki zastrzyk adrenaliny, że przebiegam maraton (i to nawet biegany słabo) w tempie, które z trudem utrzymuję podczas treningu na 3-4-kilometrowym odcinku. Podopieczny Henryk zresztą zrobił potężną życiówkę w maratonie, a że deptał mi po piętach, to wyściskaliśmy się w strefie mety z taką siłą, jakbyśmy mieli jeszcze gdzieś zachomikowany glikogen.

Jest jeszcze startoza, która paraliżuje całkowicie. Dlaczego Podopieczny (Beztlena) Bartek znów schodzi z trasy? Czytałem, tętno. Ale skąd bierze się ten objaw somatyczny. Moim zdaniem to jeszcze inna forma startozy.

Nie wiem, czy można się ze startozy wyleczyć. Pewnie nie, bo chyba po to biegamy w zawodach, żeby doświadczać emocji, od których nasz mózg będzie wariował. Chcemy tego zamętu emocji, tych motyli w głowie, tej wiary i nadziei. Raczej trzeba myśleć, jak ograniczyć negatywne skutki uboczne startozy.

Nie czarować. Przed maratonem robię sprawdzian na zawodach. Wynik wrzucam w LiczydloBiegowe.pl (10 proc. biegaczy amatorów może skorzystać z Tabel Danielsa lub kalkulatora McMillana, ale u 90 proc. te wskazania będą błędne). I biegnę na ten wynik zakładając w połowie dystansu czas na wynik o 1-2 min. lepszy.

Wtedy kończy się tak jak podopieczny Paweł, który złamał 4 godziny o małe 24 sekundy. Zrobił dokładnie to, co zaplanowaliśmy i chodził potem po Saskiej Kępie (widziałem) z bananem nie w ręku, tylko na twarzy. Najlepiej, kiedy startoza w swojej najprzyjemniejszej formie dopada człowieka za metą.

Jeszcze będą takie biegi.

23:00, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 22 września 2014

Znacie ten slogan, że biega się głową? Moim zdaniem, to bardzo głupie, a często kosztowne (na 35. kilometrze) zaklęcie. Biega się żołądkiem (oraz łokciami).

Głową to Polacy wygrali drugiego seta z Brazylią. W pierwszym Brazylijczycy byli lepsi, w drugim Polacy po pierwsze pomyśleli (głową trenera zapewne), żeby nie grać na mocno blokowanego Wlazłego, tylko na drugie skrzydło do Miki. I zmobilizowali się, zwłaszcza Mika do perfekcyjnej gry.

Głowa może być wisienką na torcie. Głowę można dołożyć wtedy, kiedy cała piramida biegowa jest solidnie zbudowana. Wytrzymałość, siła, szybkość, technika, a przede wszystkim energetyka z żołądka, z wątroby, z mięśni. Głowę mogą dołożyć najlepsi siatkarze świata, kiedy grają z siatkarzami równymi sobie, jedni i drudzy opanowali wirtuozerię zagrań w najwyższym stopniu, są świetnie przygotowani motorycznie i teraz ktoś musi się okazać lepszy - o włos (z głowy).

W niedzielę Maraton Warszawski. To jest właśnie mój maraton, tak jak Warszawa to moje miasto (44). Tu debiutowałem, trochę bez głowy, bo podstawą treningu było bieganie po puszczy z Dzikim po kilkanaście kilometrów raz na 2-3 tygodnie, a reszta to kompletnie śmieszne kilkunastominutowe bieganie np. z przedszkola do domu po odwiezieniu córki studentki do średniaków. Ale wyszło trochę poniżej czwórki i to w niezłej formie, chociaż zdaje się, że zacząłem na jakieś 3:30.

Ale mam tu w Warszawie dwa-trzy maratony, o których mógłbym opowiedzieć w środku nocy. Taki, który kończyłem z głową i taki, w którym zaczynałem z głową otumanioną wiarą w cuda.

Który wolicie najpierw?

Najpierw drugi, to był zresztą mój drugi maraton, wrzesień 1997. Treningów jeszcze mniej niż rok wcześniej, ale sporo komunikacyjnego jeżdżenia na rowerze, co, jak sobie wyobraziłem, miało mi dać wytrzymałość. Starczyło jej do połowy, potem był marszobieg i bólobieg, i ledwo złamane 4:45. A wyobrażałem sobie, że zrobię życiówkę, pobiegnę o godzinę szybciej.

Po co ja to znowu opowiadam? Bo jeśli też szykujecie się teraz do maratonu i chcecie siebie oszukać w podobny sposób, jak ja wtedy (albo w tym roku w Krynicy), to lepiej porozmawiać ze sobą przed startem niż skonfrontować się z prawdą po 30 kilometrach biegu. Prawda was wtedy nie wyzwoli - tylko zaboli.

Opowiadam to też sobie, żebym na Stadion Narodowy w niedzielę nie wbiegał jak dwa tygodnie temu na deptak w Krynicy. Dumny tylko z tego, że się nie poddałem (głowa, ok, to była głowa), a wkurzony własną głupotą, która kazała mi się oszukać, na ile jestem. To ze Skarżyńskiego, pytanie, które każdy biegacz powinien sobie zadać dzień przed biegiem: na ile jestem.

Ja jestem zdaje się na 3:05. Okaże się w niedzielę. Boję się, że Dziki ogłosi konkurs obstawiania wyniku Johna i że Sten wpisze coś, co uznam przed startem za złośliwość, a za metą - za dobre życzenia. Ale zaczynam rozsądnie, obiecuję. I w momencie, kiedy życiówka jest poza sferą marzeń, a złamanie trójki nie może być celem, tylko marzeniem - cel mam inny: druga połówka szybciej od pierwszej.

Biega się żołądkiem. Pierwszy raz zdecydowałem się na odżywki regenerujące, żeby odbudować się po Krynicy. Zeszły tydzień po pijałem Regener, w tym tygodniu Vitargo. Od czwartku naprawdę przyłożę się do węglowodanów naszych powszednich, w sobotę do nawodnienia, a w niedzielę wmuszę węglowe śniadanie przez tzw. mądrość czyli przez głowę. Głowa jest potrzebna do tego, żeby żołądek mógł dostarczyć odpowiednie zasilanie. Zmusić biegacza do zjedzenia tych dwóch-trzech żelów na trasie mimo ściśniętego żołądka.

Drugi bieg, który pobiegłem za to z głową, był zdaje się 4 lata temu. Po solidnym treningu z nowatorskimi bodźcami (4-godzinne wybiegania co piątek przez ostatnie 8 tygodni) jechałem do mety jak parowóz. Zagrało wszystko włącznie z żelami. Gdybym miał wtedy ciut lepszą technikę (łokieć do tyłu, żeby noga szła do przodu), może byłoby jeszcze lepiej i nie musiałbym dokładać głowy na ostatnich dwóch kilometrach.

Ale musiałem. Biegłem niemal samotnie przez Krakowskie Przedmieście i liczyłem sekundy do życiówki. Mobilizowałem się goniąc kogoś, czy uciekając, a może wymyślając sobie, że mam się z kim ścigać. Myślałem o bliskich, którzy czekają na mnie na mecie i o życiówce, która była na wyciągnięcie ręki, jak wygrana przy stanie 24:21. I docisnąłem tak, że na ostatniej prostej nie zauważyłem nikogo (i w zasadzie niczego) poza zegarem, z którego wyrwałem czas lepszy o 6 sekund od poprzedniej życiówki.

Głową nie można pobiec. Głowę można dołożyć.

Trzeci Maraton Warszawski, który będę pamiętał, to zeszłoroczny. Wyścig ze śmiercią, symbolicznie wygrany, bo dogoniłem Rafała z napisem Mort i kostuchą na koszulce - chyba rzeczywiście głową. A potem najgorsza rzecz w życiu, Janek umarł. Nie można sobie głową postanowić, że się pokona glejaka.

Pisałem kiedyś, że jesień to fajny czas - sezon maratoński. Teraz znów zrobiła się dla mnie czasem smutku i liści. I liczb wyrytych głęboko, a całkiem niezwiązanych z życiówkami, wynikami biegowymi. O chorobie Janka dowiedzieliśmy się 23 września, dziś jest 22. Rok temu miałem jeszcze spokój w głowie.

22:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (94) »
poniedziałek, 15 września 2014

Nie do końca jeszcze wiem, kim chcę być. To chyba dobrze, bo jak ktoś wie do końca, to chyba już koniec. Można sobie wyryć na płycie nagrobnej i zostawić tylko miejsce na datę śmierci. Ale coraz lepiej wiem, kim nie chcę być.

Po pierwsze nie chcę być triathlonistą. Triathlon budzi mój podziw, to złoty trójkąt wytrzymałości, to renesansowa wszechstronność, to kwintesencja współczesnego sportu. Za każdym triathlonistą musi stać olbrzymi trening, szacun.

Ja się na to wyzwanie nigdy nie porwę, bo nie umiem pływać. Wiem, że tak mówiło wielu Iron Manów, ale ja naprawdę nie umiem pływać - mimo tego, że utrzymuję się na wodzie w stylu przypominającym żabkę. Naprawdę woda mnie spina, woda kryjąca budzi głęboki lęk, a otwarty akwen wyzwala panikę w stanie czystym.

To mnie zwalnia z rozważań, czy gdyby nie problem z pływaniem, to zdecydowałbym się na przygotowania do triathlonu. Czy stać by mnie było na taki wydatek czasowy i energetyczny. Na ile procent swoich możliwości bym się chciał przygotować, żeby stanąć na starcie. Po prostu nie chcę być triathlonistą.

Po drugie nie chcę być ultrasem.

1

Kiedy pokonywałem ultra-kilometry w Beskidzie Sądeckim (na zdjęciu zbieg z Radziejowej na Wlk. Rohacz, około 51. kilometra), środowisko biegowe, które nie było odcięte od internetu, emocjonowało się felietonem Marty TTT znanej jako Szewczuk: "Ultramaratony są dla cieniasów". I myślałem dokładnie o tym samym.

2

(Tak wyglądałem, jak myślałem). 10 lat temu samo bieganie budziło szacunek, a maraton naprawdę robił  wrażenie. Gdybym był bajkopisarzem, powiedziałbym, że wystarczyło powiedzieć, że się biega maratony, żeby wyrwać każdą laskę. Ale nie jestem, więc niech to będzie metafora trochę na wyrost: wystarczyło powiedzieć, że się biega maratony, żeby wyrwać każdą laskę.

Teraz już tak nie jest. Biegasz maratony? Ok, fajnie. A jaką masz życiówkę, bo ja zrobiłam w tym roku 3:50?

Ten dialog też niech pozostanie metaforą. Ale jeśli chcesz usłyszeć "szacun", jak głośno wyznałem na początku odcinka wszystkim triathlonistom, musi być w twoim biegu element jakości. Biegasz poniżej 3 godzin. Biegasz w 3,5 godziny, ale jesteś tak ważnym prezesem, że trudno sobie wyobrazić,  jak znajdujesz czas na tak mocny trening. Łamiesz 4 h, ale przy twojej wadze, to świetny wynik. Albo 3:45 po roku biegania. Itd.

Tutaj wyniki są mierzalne, porównywalne. Nawet, jeśli nie cała publiczność w teatrze wie, za co należą się oklaski, to każdy maratończyk wie, że jego rezultat może zostać oceniony. I że banan na twarzy należy się za przezwyciężenie swoich barier także czasowych.

A w ultra, zwłaszcza w górskim ultra? Jest pięknie, jest las, jest czas niezmierzony, jest wolność, ptaków śpiew i lot ponad dolinami. W Krynicy dodatkowo jest mój beskid dziecięcy, są tęsknoty, przez które kiedyś tam wrócę. I pobiegnę to lepiej.

Lepiej? Takie porównania można robić tylko w obrębie jednego biegu. Bo który wynik lepszy? Siedem Dolin w 14 godzin czy Rzeźnik w 11? A może Wawrzyniec na krótszym dystansie w 8? Albo Kotlina Jeleniogórska w tydzień?

Tam gdzie sport, rywalizacja, tam jest też chęć dostawania medali, uśmiechów i kwiatów od odstrzelonej w mini hostessy. Jeśli chcesz się porównywać, licytować na ultra, co możesz zrobić? Wygrać Spartathlon, być najszybszym Polakiem na UTMB. A jeśli nie jesteś w stanie - a większość z nas nie jest - możesz tylko przebijać dystans.

Chociaż czołgałem się przez beskid własnej głupoty, nie nadzwyczajny wysiłek, który sobie zafundowałem, zadziałał jak szczepionka na ultra. Bardziej opowieść sympatycznego Wojtka, z którym biegliśmy razem przed Piwniczną, o naszym wspólnym znajomym - Jacku. Jacek tak się wciągnął w ultra, że właśnie wrócił z Badwater, że biegał 200-kilometrowe ultra w Himalajach, że ma koronę ultra...

Nie chcę. Wojtek, Jacek, biegnijcie tą drogą, ale to nie moja droga. Nie wyobrażam sobie, żebym zaczął myśleć o życiówkach w sensie pokonanych kilometrów. Bo jak siebie przeskoczyć, kiedy przebiegło się 100 km w Krynicy? Może biegiem 24-godzinnym? Albo Kotliną? Albo biegiem 100 razy na Babią Górę? Takiego jeszcze nie ma? To będzie. Tak jak Baltic Sea Challenge ze Świnoujścia do Helu, Red Trip Run ze Zwardonia do Ustrzyk albo Tour de Pologne z Gdańska do Gdańska przez Szczecin, Jelenią Górę, Rzeszów i Białystok. Nazwy podarowuję przyszłym organizatorom za free.

Ma wielką rację Szewczuk pisząc o cieniasach. Prawem dwudziestolatki jest ujmować rzeczy ostrzej i bardziej prowokacyjnie niż na to zasługują. Ja, po dwakroć starszy, nie nazwę tak nikogo, a szczególnie ludzi, którzy są w stanie pokonać trasy liczone w setkach kilometrów. Napiszę tylko, że dla mnie liczy się jakość tych kilometrów.

(I dlatego mam jasność, jak słaby był mój bieg w Krynicy. I wiem, pisałem o tym chyba wyraźnie, jak był niemądry. I jeszcze raz w Rytrze podjąłbym taką samą decyzję - o kontynuacji biegu - bo jestem z niej dumny. Nie zawsze dobry bieg i rozsądek przed kolejnymi startami są wartością najwyższą).

A po trzecie nie chcę być Dziennikarzem Biegowym Roku. Nie dlatego, że nim w Krynicy nie zostałem. Ne dlatego, że nie załapałem się nawet na listę 10 wyróżnień, wyprzedzony przez tłum blogerów o bajecznie brzmiących ksywkach (Panna Anna Biega lub Kobietki Biegają). Dlatego, że nie uznaję konkursów, w których niby chodzi o jakość, a naprawdę wygrywa ten, kto wyprosi więcej głosów od swoich znajomych w sieci. Pisałem o tym od początku, prosiłem, żeby nie głosować na mnie, tylko dlatego, że ktoś mnie zna. Dziękuję za trzymanie się tych zasad.

Dziennikarzem już jestem. Kiedyś chciałbym jeszcze zostać pisarzem. Tylko nie biegowym. Już się chyba zwierzałem, że uwielbiam wszystkie audiobooki Murakamiego, tylko jednej książki nie jestem w stanie przebrnąć - tej, w której Murakami myśli, że pisze o bieganiu.

22:24, wojciech.staszewski
Link Komentarze (210) »
poniedziałek, 08 września 2014

Strachy wyłażą z lasu, z ciemności. Strach przed Putinem, że puknie w nas atomówką, zakończy tę całą zabawę, a mój syn, Mały Yoda, nie dożyje nawet lat szkolnych. Strach taki mocny, że od kilku kilometrów czworogłowe uda mam jak z waty. A właściwie jest tak od startu na krynickim deptaku. Nucę w głowie "Bieriozy" Lube i nie mogę opanować strachu przed Putinem.

Bo tak naprawdę to strach nie przed wojną, ale przed tym, co nieuchronnie musi nadejść i z czego zdaję sobie sprawę już dzień przed biegiem. Najlepsi podopieczni świata, których spotykam w piątek Krynicy mówią, że mam panikę w oczach. Do Mojej Sportowej Żony dzwonię, że jestem przecież do tego biegu kompletnie nieprzygotowany, za mało długich wybiegań. Staram się sam oszukiwać - że lata biegania, że obóz w Rabce, że regeneracja. Na tyle skutecznie, że wierzę, że mogę przebiec tę stówę, pełny dystans Biegu Siedmiu Dolin w Krynicy. Przebiec to znaczy w moim pojęciu pokonać tę trasę w jakieś 12-13 godzin, bo takie czasy potrafią mieć moi znajomi trójkołamacze.

Bieg kończy się szybko, za Halą Łabowską wszyscy zaczynają mnie wyprzedzać. Chyba wyglądam źle, bo dwie osoby zagadują, czy mi nie pomóc. Pomóc może mi tylko jedno: kontuzja. Wtedy mógłbym rozłożyć ręce i zejść z trasy bez wyrzutów sumienia. Ale jak na złość docieram do Rytra, już wstało słońce, schował się Putin. Biorę herbatę, walę się na trawie i zostaję sam na sam z argumentami. Nigdy bym nie pomyślał, że tutaj, między workami z przepaku będę podejmował jedną z najważniejszych decyzji w życiu.

Zejść czy nie zejść. Oto jest pytanie.

Nigdy w życiu nie zszedłem z trasy biegu. To dla mnie ważne, wiem, że ważne też dla moich podopiecznych. Piszę im czasem, że się z trasy nie schodzi albo już nie muszę pisać, bo sami wiedzą, co sądzę i jakie świadectwo sobą daję.

No dobrze, ale przecież nie jestem w stanie biec. Mam ścianę. Najgorszą ścianę maratońską, jak wtedy, kiedy zaczynałem na 3:45, a kończyłem w 4:45. To był mój drugi maraton, pamiętam dwie godziny koszmarnych męczarni. To jak teraz wstać i zdecydować się na kilkanaście godzin biczowania po jelitach?

Może zejdę i będę opowiadał, że tylko raz zszedłem, kiedy byłem do biegu kompletnie nieprzygotowany. Też niezła legenda.

Ale jeśli zejdę, będę musiał tu za rok wrócić. Wiem to. A nigdy więcej, przenigdy nie chcę biec stu kilometrów po górach.

Tylko że jeśli pobiegnę, to będzie po sezonie. Przekreślam dobry start w Maratonie Warszawskim i Biegu Niepodległości. Schodząc teraz mogę to uratować. Mam wybór: racjonalna kalkulacja albo romantyczna legenda. Medytuję nad tym dobre pół godziny i czuję, jak zakwaszenie opuszcza moje mięśnie. I już wiem.

Zjadam kanapkę z jajkiem, którą przygotowała mi MSŻ, popijam colą, poprawiam bananem i po 32 minutach wyruszam z pierwszego przepaku w górę - na Prehybę.

1

Na ostrym podejściu wszyscy idziemy. Na lekkim się biegnie. Ja nie potrafię już biec, bieganie naprawdę skończyło się koło Hali Łabowskiej. Ja brnę, ja się posuwam, ja pokonuję opór. Gadamy z Marcinem, który organizuje wycieczki trabantami po Krakowie, więc ma mnóstwo czasu na bieganie, pokochał ultra. Mówi, że biegnę, jakbym miał się zaraz przewrócić. Rzeczywiście, jestem przechylony na prawo jak statek pijany i nic z tym nie mogę zrobić.

Dzwonię do MSŻ, że jednak ruszyłem. Wcześniej już odwołałem swoje buńczuczne 12-13 godzin. Teraz zadowolenie to ukończyć, a szczęście zejść poniżej 15 godzin. Czyli zostało jeszcze na pewno kilkanaście godzin brnięcia.

Docieramy do Prehyby, jest bufet. Uzupełniam picie w bidonach, wypijam herbatę. I negocjuję z żołądkiem. Rodzynki? Rzyganie. Cukier? Rzyganie. Sól? Rzyganie. Banan? Weź pół. Herbatniki? Gula w buzi, nie ma mowy. Herbata? Dobra, jeszcze jedna.

Docieramy do Radziejowej. To najwyższy punkt trasy i dokładnie półmetek. Ale dostaję euforii z innego powodu - to moje ścieżki z dzieciństwa. Proszę Marcina, robi mi zdjęcie na szczycie, koło tego pomnika z poprzedniego odcinka bloga.

2

Niewidzialny Jasio, niewidzialny Jasio! Najpierw nie wiem, co się dzieje, ale z Radziejowej zaczynam zbiegać, jakbym znów był biegaczem. Żołądek się zebrał w sobie, ręce zaczęły pracować, pojawiła się wyraźna faza lotu i praca nogi w stawie biodrowym. Nie mogę pojąć jakim cudem, ale jestem w euforii.

I nagle eureka - zaczynam gadać do siebie "niewidzialny Jasio". To tutaj, to na stoku Radziejowej jakieś 20 lat temu wymyśliliśmy z małym wtedy Jaśkiem "niewidzialnego Jasia". Zawieszona na plecaku pelerynka przeciwdeszczowa, z którą się gadało w drodze, że kilkulatkowi łatwiej było maszerować. To o tym niewidzialnym Jasiu Janek napisał mi z zachwytem w liście, który dostałem już po jego śmierci. Niewidzialny Jasio.

Nie chodzi o to, żebym nagle uwierzył w gusła. Ale człowiek potrzebuje takich haków, na których może sobie zawiesić pozytywne emocje. Biegnę z tym do Obidzy, na podejściu na Eliaszówkę żołądek godzi się na snickersa z przepaku. Da się biec, ale coraz ciężej, słońce już mocno grzeje. Dobra gospodyni na skraju Piwnicznej wystawia wiadra z wodą i filiżanki, pijemy. Ja trzy filiżanki wody - a po 200 metrach żałuję, że nie wypiłem więcej. Jestem tak odwodniony, że praktycznie się nie pocę. Na pierwszym przepaku zmieniłem koszulkę, teraz nie ma potrzeby.

W Piwnicznej nie odpoczywam. Ja tu zdycham. To już nie jest ściana. To jest jak kac gigant, kiedy marzysz tylko, żeby leżeć, a jedyne, co cię może poderwać na nogi, to żołądek, jeśli uruchomi wymioty. Negocjujemy. Kilka skurczy, ale bez rzygania. Dobra, to zaczynam wmuszać kanapkę i teraz już nie mogę rzygać, bo skąd wezmę potem te węglowodany. Na wszystkie słodycze z bufetu mdli mnie od razu.

Nie skończyłbym tego biegu gdyby nie drugi Marcin. Też z Krakowa, ale lepiej powiedzieć z obozu - był na II obozie biegowym w Rabce, prowadziłem go potem przez 3/4 pierwszego maratonu też tu, w Krynicy. Marcin zapisał się na 66 km, więc już jest po biegu. Przynosi i herbatę, nalewa do bidonów. A ja mogę spokojnie zdychać na przepakowym worku. Po kwadransie kładę się na drzemkę.

- Kiedy cię obudzić?

- Nigdy.

Marcin siedzi przy mnie i po kilku minutach z wyrzutów sumienia podnoszę głowę.

- Lepiej nie będzie.

To są chyba trzy kluczowe słowa w tej bajce. Za siedmioma dolinami żył pewien rycerz, zakuty łeb, ale romantyczny był wielce. Chociaż nie był przygotowany do zadania postanowił je wykonać. Pokonywał smoki, lęki, góry i doliny. Ale wyczerpany był niemożebnie i sczezłby marnie na łące nad Popradem, gdyby dobry wróż nie powiedział mu trzech magicznych słów: lepiej nie będzie.

Czy się idzie, czy się leży cierpienie jest takie samo. Jeszcze kilka gryzów kanapki, resztę zabieram na drogę razem z niedopitą colą. Konałem tu aż 42 minuty. Moi znajomi z trasy są już daleko z przodu. Ruszam na najbardziej niewdzięczny odcinek trasy: ostre podejście po betonowych płytach. Upał jak cholera. Zostali już sami setkowicze, żadnych finiszujących z radością 66-kilometrowych biegaczy. To jest jak marsz zombie. Zbieg w dolinę Łomniczanki i znów podejście. Przede mną idzie człowiek, siada na kamieniu. Patrzę mu w oczy, ma tam strach, jakby mu właśnie zabrali wszystko. Bo rzeczywiście traci wszystko - wszystkie siły. Głowa by chciała dotrzeć jeszcze na kolejny przepak, ale nie biega się głową, tylko żołądkiem. A stamtąd zero zasilania. Nadzieja może umiera ostatnia, ale widzę, że u niego to właśnie ten moment.

Bo nagle goni nas smok, o którego istnieniu wprawdzie wiedziałem, ale nie spotkałem go jeszcze nigdy na żadnym biegu. Limit czasowy. W Wierchomli musimy być w ciągu 13 godzin. Z góry zbiegam, nadrabiam, pod górę tracę. Jest ślisko, bo właśnie przeszła ulewa. Ale skończył się ten straszny upał. Dzwoni MSŻ, ale nie mogę odebrać, bo na deszczu nie da się odebrać smartfona. Wiem, że się denerwuje, ale musi poczekać.

Docieram 20 minut przed limitem. I pozwalam sobie na 20 minut odpoczynku. Telefon do MSŻ, banan, cola i żel. I w drogę, byle przed smokiem. 2 godziny na 11 km.

44

Podejście nartostradą, długie, tempo pewnie z 3-4 km/h. Zbieg nartostradą, odrabiam straty, doganiam nowych znajomych. I droga do Bacówki nad Wierchomlą.

Kiedy pytałem w poprzednim odcinku daliście mi dwie rady: nie marnować czasu na przepakach i nie maszerować drogą do bacówki, tylko biec. Czasu na przepakach nie marnowałem, ja się tam po prostu musiałem regenerować. Rada "wash and go" jest dobra dla tych, którzy biegną, a nie walczą o przetrwanie. I cały czas byłem też pewien, że nie będę biegł drogą do bacówki, bo nie mam o co walczyć.

A tu okazało się, że mam walkę dużo cięższą niż łamanie 12, 13 czy 14 godzin. Muszę uciec przed 15-godzinnym limitem na tym punkcie. Różnie mówią - że jeszcze 4, 5 albo 6 km. Podrywam do boju Waldka z Koszalina i przebiegamy ten odcinek z dwoma przerwami na marsz.

Co to za sztuka? Z perspektywy fotela w Warszawie albo bieżni na Agrykoli - żadna. Ale tam, na drodze nieopodal Muszyny to sztuka niezwykle wyrafinowanego wyciskania ostatnich soków z wysuszonego bambusa, podłączenia 60-watowej żarówki do wyczerpanych baterii z walkmana. Pisaliście, że trans. Nic takiego, trans jest dobry do tańca. Tu jest tylko strach przed gilotyną limitu czasowego i żel w żołądku. I jeszcze zgoda na cierpienie. Jestem przeciągnięty przez wyżymaczkę i staję do najbardziej heroicznej walki w moim życiu.

Docieram aż 22 minuty przed limitem. I siedzę tylko 12 minut. Ostatni telefon do MSŻ.

- Spokojnie, teraz już z górki, a ja umiem zbiegać.

- Ile ci zostało do mety?

- Tylko 12 km.

- Cha cha cha.

Rzeczywiście zabawne. Jest takie powiedzenie, że w Europie 200 km to daleko, a w Ameryce 200 lat to dawno. Na ultra 12 km to blisko, bardzo blisko.

Jestem bardzo blisko z tymi obcymi ludźmi, z którymi pędziliśmy do bacówki. Nie znam ich historii, imię Waldka musiałem sprawdzić w internecie, jego bratu udało się dobiec, choć przed bacówką został za nami o 6 minut. A jednocześnie ta solidarność grupy ocalonych skazańców podchodzących w cierpieniu na Runek... Nie wiem, jak to napisać, ale chciałbym tego jeszcze kiedyś doświadczyć.

Kto biegł, ten wie. Magiczny jest ten moment, kiedy słychać deptak w Krynicy. Za chwilę widać festiwalowy namiot. Robi się ciemno, ale ktoś miał czołówkę, więc cały wężyk daje radę. Potem zbieg ścieżką przez krzaki, za płotem impreza, wrzeszczą brawo, brawo, jesteś zwycięzcą. Ulica i jak w Matrix IV po kontakcie z asfaltem znów zmieniam się w biegacza. Dołącza się skądś Ania z obozu w Rabce, nasza przewodniczka, która jutro pobiegnie maraton. Wrzeszczy, że Wojtek Staszewski, dobiega ze mną do deptaka.

Od 10 km myślę, co zagrać na mecie. Chłopaś zrobi mi zdjęcie, wiem o tym, więc co chciałbym pokazać. Zero emocji - kijowo. Sztuczny gest triumfu - fałszywie. Bo chociaż w swoich oczach zostałem bohaterem, to wiem też, że przez własną głupotę. Trzeba się było porządnie przygotować i wystartować na 15 godzin, a śpiewałbym pieśń chwały od startu do mety. Więc co?

Wbiegam w 16:40:54. Czyli 19 minut przed limitem. Jestem 462, za mną dobiega jeszcze 39 osób. Podchodzę do najlepszych podopiecznych świata, którzy podskakują z okrzykami, transparentem i prawdziwą radością (biegli dziś i to nieźle Życiową Dziesiątkę, walczyli o pucharki w I Mistrzostwach Kancelarii, a potem opijali sukces czekając na mnie). I wtedy Chłopaś robi mi zdjęcie.

W oczach mam chyba strach.

3

6

7

23:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (123) »
poniedziałek, 01 września 2014

Jest noc, facet po pięćdziesiątce próbuje zatrzymać samochód na drodze krajowej w Rytrze. Staje chyba pierwszy przejeżdżający maluch, bo facet stoi z małym dzieciakiem jeszcze przed dziesiątką. W tym maluchu jedzie już parę osób, ale przecież dwie się jeszcze zmieszczą, a raczej półtorej, bo chłopak jest chudzielcem, niejadkiem i dziadkowie zawsze są załamani, kiedy wraca z wakacji w górach, bo jeszcze chudszy, żebra widać, skóra i kości.

Autostop podwozi nas do Piwnicznej, a ja, niespełna dziesięcioletni jednocześnie padam ze zmęczenia i pękam z dumy po przejściu 42 km po Beskidzie Sądeckim. Bez kitu, jak mawiał Jasiek.

W sobotę będzie jeszcze noc, kiedy wyruszę na szlaki tego samego Beskidu. Dojrzewałem, żeby na Festiwalu Biegowym w Krynicy wystartować przez siedem dolin i w tym roku dojrzałem. Ten bieg to moje przeznaczenie, tu się splata moja historia - od dzieciństwa, przez bieganie, przez treningi po górach od kiedy poznałem Moją Sportową Żonę, przez kolejne dzieci z różnymi sukcesami wyciągane w góry aż po Małego Yodę, który mógłby sobie wpisać do książeczki GOT Szczeliniec, gdyby umiał pisać.

Na Radziejową docieramy chyba w połowie dystansu. Mały Wojtek na Radziejowej wyglądał tak (stała tam wtedy jeszcze wieża triangulacyjna):

1

A z bliska tak (czy ten pomnik jeszcze tam stoi?):

2

Ojciec.prl koło pomnika tak:

3

I jeszcze zdjęcie z Rohacza (paproci nie wycięli?):

4

Wracam na ścieżki, które znam na wyrywki, ale też wiem, czego nie wiem. Jak się biega setkę po górach? Jak się biega, zbiega, podbiega, to wiem. Ale co zabrać na przepaki, co na drogę, co sobie darować, co zrobić, żeby czas na przepaku nie przelewał się jak Poprad pod mostem kolejowym w Piwnicznej? Podpowiecie?

W Krynicy zapowiada się niezłe święto. Jak przyjadę, idę na galę pogratulować dziennikarzowi biegowemu roku i odebrać w razie czego statuetkę za imprezę roku dla Biegów Po Prawdziwej Warszawie Dzikiego i Rafała Przewodnika (BPPWDiRP). Potem nie gadać za długo z Chłopasiem o RunGuru, tylko szybko usnąć. I jeszcze szybciej wstać, żeby wyruszyć na Jaworzynę. Start 3.00. Meta? Przed 15.00 to marzenie. Przed 16.00 cel. Po 16 - też dobrze, byle w limicie. W biegach górskich jest zdecydowanie mniej presji czasowej, a więcej wiatru we włosach, nawet jeśli ktoś nie ma już włosów.

Ścigaliśmy się w niedzielę z czasem razem z Kamilem zwanym tu Tokowym. Trochę w ramach treningu, a trochę w ramach przyjaźni miałem poprowadzić Kamila na złamanie 1:30 w maratonie. Uciekło nam o dwie minuty. W Beskidzie czas płynie chyba inaczej, większymi interwałami. Zobaczę w sobotę na deptaku.

Jeszcze jedno o nocy na koniec. Nasz SFX zaczął właśnie zapisy na Nocną Ściemę. Tam czas biegnie wstecz. Gdyby mógł dobiec do Rytra, żeby znów pójść z tamtym facetem po pięćdziesiątce na Prince Polo w Suchej Dolinie. Może na 90. kilometrze?

22:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
W Górach Stołowych rodzinnie zdobyty Szczeliniec i Błędne Skały stop. Z Moja Sportowa Żona, córka 5klasistka i Małym Yoda w nosidle. Tylko czery niedlugie i wolne treningi w tygodniu stop ale bieg wokół Szczelińca bezcenny stop. Dotarłem do skał koło Pasterki gdzie bawiliśmy się 15 lat temu w chowanego z Jankiem i córką dziś studentką stop. Jakby mieli wyskoczyć zza kamieni i to mnie walnęło w serce stop. Czasu się nie zatrzyma stop. Teraz Bory Tucholskie głusza, Brda, charakterystyczny las sosnowy bez poszycia stop. Dzis był dzien adrenaliny stop kajakiem po Brdzie to naprawdę wesołe miasteczko stop a córka 5klasistka wyciągnęła mnie na park linowy to dom strachów w wesołym miasteczku stop. Najlepsze było na koniec tygodnia stop. Wspólne bieganie z MSZ i Misiem Swiata w wózku biegowym stop. Czasem chce sie czas zatrzymać stop. Stop. Zdjecia wstawie po powrocie do cywilizacji. Stop.
20:03, wojciech.staszewski
Link Komentarze (54) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 111
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam