Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Zbiegliśmy dziś z Moją Sportową Żoną ze Starych Wierchów do górnej Rdzawki i zajrzeliśmy do baru na zupę. MSŻ wzięła kwaśnicę z wkładką, ja żur z jajkiem i kiełbasą. Nagle zdałem sobie sprawę, że byliśmy tu jeden jedyny raz równe 10 lat temu (z tolerancją do dwóch tygodni) na kociołku gulaszowym. Było to przy moim drugim albo trzecim przyjeździe do Rabki (nie licząc tych z ojcem.prl, samemu albo z córką studentką).

MSŻ, wtedy jeszcze nie Ż, lubiła wtedy chyba wszystkie sporty poza bieganiem. A mnie by się nie zamarzyło nawet, żeby razem gnać przed śniegi. Robiłem poranny trening, potem praca na odległość, obiad w moje ulubionej restauracji Pod Wierchami, a po południu MSŻ, mój sportowy żar.

Ciekawie nam się biegnie przez te lata. Ja dowiedziałem się na fitnessie, że nie mam mięśni brzucha i przez te lata coś tam zbudowałem oraz, że mięśnie, które mam są pospinane jak postronki i trochę je rozciągnąłem, w dobre dni sięgam palcami do ziemi. MSŻ powiedziałaby do podłogi, bo do niedawna sport kojarzył jej się głównie z salą do fitnessu.

MSŻ po romansie z badmintonem, tenisem zaczęła biegać. Z pewną taką nieśmiałością, ale z zacięciem. Bo nikt się tak nie zaweźmie, jak się MSŻ zaweźmie, kiedy się zaweźmie. W sobotę miała sprawdzian z Garminem na piątkę, miała złamać 25 minut, a złamała 24 - o 1 sekundę, jak ja swój cel na Chomiczówce, u nas to rodzinne. 23:59 po pół roku treningów to brzmi dumnie, przynajmniej dla mnie.

A teraz po przyjeździe do Rabki pierwsza rzecz, o jakiej pomyśleliśmy to wspólny trening. Potrzeba nam było tego przedzierania się przez śniegi jak przez Alaskę z książek Londona (kto czytał "Bellew zawierucha"?). Ostatnio mieliśmy w życiu gwałtowne, miejskie interwały i potrzebowaliśmy pohasać w śniegu jak dzicy. Na Starych Wierchach dzicz kompletna, załoga schroniska chyba wczoraj zapiła, bo w środku nikogo, tylko drzwi otwarte, można się schronić na chwilę i ruszać z powrotem.

O moim bieganiu szkoda gadać. Jak można interwały (przed ping pongiem) biegać w tempie maratońskim, chociaż chce się w interwałowym? Będę się do wiosny wykopywał.

Na Garminie wyglądało to tak.

A w realu tak:

PS.

A tymczasem w Warszawie. Nasz partner Centrum Rehabilitacji Sportowej organizuje w najbliższą sobotę szkolenie, na które byśmy się chętnie sami wybrali, gdyby nie to, że akurat wtedy będziemy krawędziować po sztruksie.

 

21:50, wojciech.staszewski
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Dziś jest w modzie odżegnywać się od neoliberalizmu, bić się w piersi opięte techniczną koszulką, że moja wina, zapomnieliśmy o słabszych, powinniśmy trzecią drogą... Zostawiam to mędrcom, ale w sporcie zasada rywalizacji ma się świetnie. Nic nie jest w stanie wydobyć z człowieka tyle jakości, co dobra rywalizacja.

To będzie opowieść w trzech aktach. Akt pierwszy w ostatni wtorek. Trening Kancelarii Sportowej Staszewscy razem z Moją Sportową Żoną, bo tak się jej przestawił życiowy grafik, że teraz z zasady będzie na wszystkich treningach. Po sile dynamicznej z piłkami lekarskimi zrobiliśmy tempo progowe, 2 razy 2 km. Nie zanudzając zasadami powiem, że kiedy skończyłem drugi odcinek, obejrzałem się i zobaczyłem tuż za mną walczące ze sobą na finiszu jak cztery lwice  Agnieszkę, Karolinę, Alicję i MSŻ, to zdębiałem. Startowaliśmy z handicapami czasowymi niwelującymi różnice sportowe, ale ten finisz pokazał, ile daje rywalizacja. Daje kopa.

Akt drugi na ping pongu. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, możecie polubić jeden z najbardziej elitarnych fanpejdży w internecie (49 polubień). Gramy z Dzikim co tydzień, z zasady ja dostaję baty. W piątek miałem dobry dzień w życiu, przegrałem dwa sety, a potem zacząłem patrzeć Dzikiemu w oczy. Rywalizować w końcu z nim, a nie z moimi błędami technicznymi. I ku zaskoczeniu wszystkich obecnych, wygrałem mecz.

Wiecie, co robi Dziki po każdej piłce? Wrzeszczy jak opętany. Jeśli jest punkt dla mnie ryczy jak ranny łoś. Jeśli dla niego - ryczy jak tygrys. Emocje, sport to emocje. Źle kiedy one paraliżują na starcie, dobrze, kiedy można je przekształcić w energię kinetyczną.

Akt trzeci w niedzielę na Chomiczówce. Interwały, które zrobiłem w środę nie dawały podstaw do myślenia o złamaniu 20 minut. Walka o tempo 4:00 na trzyminutowych odcinkach przeważnie zakończona porażką. Dopiero na dwóch ostatnich zdołałem urwać 1-2 sekundy. Fakt, że nie było regeneracji po wtorkowym treningu, ale...

Ale w to, że w niedzielę pobiegnę piątkę ze średnim tempem 3:49, trudno było uwierzyć. Przerabiam to właściwie przed każdym startem, ale ciągle mnie ta rywalizacyjna bonifikata zadziwia.

Zaczynam z piątego szeregu, bliżej się nie zdołałem przepchać. Startujemy, przede mną galopuje tabun małych dzieci, przez niektóre można by przeskoczyć. Slalomuję, stąd tempo momentowe 2:47. Kilometr zamykam w 3:35, potem jest gorzej, ale i tak na każdym kilometrze lepiej niż na interwałach. Mogłem pewnie urwać jeszcze ze dwie sekundy, ale na przedostatniej prostej uznałem, że i tak nie złamię 19 minut, więc obojętne czy będzie 19:09 czy 19:11. A tu niespodzianka.

Przyzwoity wynik na początek sezonu. Maraton pobiegłbym dziś w 3:10, a uwzględniając brak długich wybiegań - w 3:20-3:30. A wiosną powalczymy o złamanie trzech godzin. Może trafię w 2:58:59? Zrobimy pewnie konkurs przed Orlenem.

ch

A to rytualny moment po zawodach, kiedy emocje podchodzą mi do gardła. Fot. Maratonczyk.pl

PS. Zapomniałbym o rywalizacji typerów pod blogiem. Dziękuję bardzo za wasz masowy udział. Zwycięzcą, który trafił dokładnie w 18:59 został Jaskrawy Pomarańczowy. Ale to nie koniec historii, śledźcie komentarze ;-)

 

 

22:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nie napisałem jeszcze w tych górskich odcinkach, jak to jest biegać z wózkiem po górach. To tak jakbyś robił długie wybieganie ze sztangą. Masakra. Siła biegowa i siłownia w jednym. To nie było przyjemne. I tym bardziej dawało nadzieję na efekt.

Całą drogę z Rabki do Warszawy Zdrój myślałem, jak sprawdzę formę na nizinach. Nie czas wprawdzie na szybkie bieganie, ale zrobię sobie interwały i zobaczę, czy wyjdą w tempach olśniewających, jak widok z Krzywonia na Tatry w pogodny dzień.

I nagle przyszedł halny. Pod tą metaforą kryje się wprawdzie zwykłe przeziębienie, na tyle lekkie, że nie musiałem iść do lekarza, tylko mogłem pójść do pracy i zrobić wywiad z lekarzem, ale na tyle uciążliwe, że rozsądniej było nie biegać.

Minął poniedziałek, kolegium redakcyjne, lekarstwa. Minął wtorek, poprawki do tekstu o ciasnocie, a wieczorem koncert kolęd świata w naszej parafii, inicjatywa córki studentki (bo każdy ma swoje pasje), więcej lekarstw. Minęła środa, wywiad z lekarzem, poprawki ciasnoty, lekarstwa. Minął czwartek, lepsze samopoczucie, spisywanie wywiadu, ostatnia porcja lekarstw. I przez ten cały czas zero, ale kompletne zero biegania.

Jest takie powiedzenie, żeby powiedzieć Bogu (jeśli jest) o swoich planach, a Bóg się roześmieje. Bardzo go nie lubię, bo myślę, że Bóg (jeśli jest) nie jest szydercą i nikogo nie wyśmiewa. Nie lubię też go jako metafory - żeby niczego nie planować, nie dążyć do niczego. Planuję teraz start kontrolny, a na wiosnę szybki półmaraton w Warszawie, mocne piątki i dziesiątki.

Ale przytaczam to powiedzenie w innym sensie: elastyczność, głupcze. Nie dało się zrobić mocnego sprawdzianu w zeszłym tygodniu - to będzie bardziej rzetelny w najbliższą niedzielę na Chomiczówce, startuję na 5 km, chciałbym złamać 19 minut, a złamanie 19:30 potraktuję jako minimum olimpijskie. Nie było interwałów - ale był najpierw półgodzinny rozruch, a potem trening biegu zmiennego z Moją Sportową Żoną i Małym Yodą w wózku. Z wózkiem mam takie obciążenie, że sądząc po tętnie, mamy z MSŻ to samo tętno poszczególnych zakresów. Był 4 razy 1 km w tempie progowym (a raczej na tętnie progowym) z przerwami 1 km w tempie easy.

Zapis na Garminie jest tutaj i tutaj. Przedzielony na pół z powodów fizjologicznych.

Odcinek wyszedł niestety nudnawy (też z powodów w pewnym sensie fizjologicznych), więc dla uatrakcyjnienia KONKURS!!! Z nagrodą!

Wytypuj wynik Staszewskiego w niedzielnym Biegu o Puchar Bielan na Chomiczówce. Oficjalny czas, podany w komunikacie po biegu.

Każdy może typować tylko raz, typy ogłasza się pod blogiem w komentarzach, wskazane, żeby zrobić to po zalogowaniu (nie będzie wtedy problemu z kontaktem mailowym przy przekazaniu nagrody). Liczą się typy z datą do godziny 7:59 w najbliższą niedzielę (18 stycznia 2015). Nie można wpisywać identycznego czasu, jak już wcześniej podany.

Nagroda to dwa miesięczne plany treningowe (czyli pełny BPS) Kancelarii Sportowej Staszewscy pod wiosenne starty. Zwycięzca może przekazać nagrodę innej osobie. Warunkiem skorzystania z nagrody jest zgłoszenie mailowe do niedzieli 25.01.2015 r. na adres: bieganie@KancelariaSportowa.pl (nagroda może być wykorzystana w dwóch dowolnych miesiącach, do uzgodnienia).

Moja życiówka na 5 km to 17:50, sprzed trzech lat. A wiceżyciowka sprzed roku z Biegu Ursynowa to 18:07. Na Chomiczówce piątkę biegłem tylko raz - 5 lat temu, zrobiłem 18:14. To było tuż po tym, jak poznałem MSŻ, wróciłem z Rabki, zrobiłem styczniową życiówkę na 5 km, a pół godziny później pobiegłem treningowo 15 km w 59:00. Zdjęcie z tamtego biegu, z lewej Marcin K., mój rywal w tamtych czasach. Hm... Ten Years After.

23:13, wojciech.staszewski
Link Komentarze (75) »
poniedziałek, 05 stycznia 2015

 

Widzicie go? Zadowolony, jakby czegoś dokonał. A właśnie wbiegł na grzbiet Rabskiej Góry z Raby Wyżnej omijając zabudowania i dzikie psy, bo po wsiach wszystkie psy są dzikie, ujadają, szczerzą i grożą. Kluczył po polach kopnego śniegu i tempo wyszło mu rzędu 16 minut na kilometr. Więc czego się tak cieszył? 

[Jeśli ta forma rozpoczęcia wpisu byłaby zbyt niejasna, proponuję alternatywny początek: "Po godzinie białego szaleństwa na wyciągu w Spytkowicach poprosiłem Moją Sportową Żonę, aby podrzuciła mnie do miejscowości Raba Wyżna, skąd rozpocząłem biegową przygodę nie zważając na szczekające czworonogi oraz trudy wynikające z przedzierania się przez śnieg, co skutkowało jednak niestety znikomym tempem poruszania się". Sorry, ale jeśli człowiek chce konkurować z biegającymi pannami, musi nauczyć się tego języka]

I jedziemy dalej: przez szczyt, przez grzbiet, raz w koleinie, ale lód zaczął pękać mimo kilkunastu stopni na minusie, więc lepiej już przez śnieg, przez śnieg. W słuchawkach "Nieśmiertelni" Severskiego, akurat wątek rosyjski, więc czym bardziej sroga zima, tym bardziej mogłem wejść w książkę. Mróz, który w książeczkach dla dzieci "maluje drzewa na szybie" tak wszystko zmroził, że pomalował drzewa w rzeczywistości. Po jakiejś godzinie biegu, przed zakopianką znów wyciągnąłem telefon z kieszeni:

A wzdłuż zakopianki nie będę biegł. Mam nawet racjonalne wytłumaczenie: przy drodze pryzmy śniegu, więc nie ma pobocza, a samochody dziką rzeką suną na sylwestra w Zakopanem. Ale mogę się przyznać, że to nie dlatego zbaczam na kolejne białe pole - tylko po to, żeby wbiec na Krzywoń od tej strony, od której nigdy nie wbiegałem. Zdobyć go na dziko.

I jest tak jak sobie mogłem wymarzyć. Zbliżam się do szczytu, już chcę skręcać na polanę w stronę szlaku, ale okazuje się, że jestem w innej dolince, droga prowadzi mnie do Ponic, nie do Rabki. Wracam przez las pod górę bardziej na północ, a tam wąwóz wyryty przez mały strumyczek. Ile mocy ma taka woda. Ile mocy daje przyroda.

Po dwóch godzinach z hakiem zbiegam z Krzywonia w stronę Rabki. Na dziko oczywiście, bo urwałem się właśnie z wszystkich szlaków. Nie myślę o tematach do Newsweeka, nie myślę o żadnych utartych ścieżkach. Tylko galop, galop, galop. Dobrze, że śnieg kopny, można grzać w dół bez ryzyka upadku, wszystko dzieje się jak na zwolnionym filmie.

Dobiegam do Poniczanki. To mała rzeczka, na obozie wracając z Krzywonia pokonujemy ją w bród nieopodal mostu. Ale teraz w zimie nie chcę wchodzić do lodowatej wody. Jestem dziki, ale nie jestem wariatem. Do mostu mam niecały kilometr, ale nie po to słucham o Jaganie, żeby nadkładać drogę do mostu. Wyszukuję przejście po kamieniach i chociaż jestem już w dolinie, adrenalina sięga Rabskiej Góry. Kamienie oblodzone, pod czapkami śniegu, które mogą ukrywać śliskie niespodzianki. Przechodzę ostrożnie i kiedy po ostatnim skoku ląduję bezpiecznie na drugim brzegu, krzyczę nie zważając na psy, które natychmiast zaczynają znaczyć ujadaniem swoje terytorium.

Bo to jest teraz mój rewir. Moje bieganie, moja Rabka, mój dziki szał.

Stary rok żegnam biegiem na Stare Wierchy. Mróz jeszcze większy, ale słońce szaleje. Zupełnie jakby to było pogańskie przesilenie wiosenne, a nie sztuczna cezura - że jeden rok się kończy, a drugi zaczyna.

Trzaskam fotę za fotą. I życzę Wam wszystkiego pięknego.

22:39, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 29 grudnia 2014

Puls wielkiego miasta, wieżowce, drinki z repertuaru barmana, kolegia redakcyjne, wieczory do rana, tematy do napisania. Beton, beton, dom, dom, winda, dom, dom, beton, jak śpiewała Brygada Kryzys (młodsi: youtube), tylko wzbogacone o pracę, zabawę i wszystko, co się da zasilać energią elektryczną i eklektyczną.

To wszystko zostawiłem za sobą przyjeżdżając do Rabki, do Zdroju, do tej krynicy. Jeszcze mi ten puls tętnił, ale w płucach miałem już inne powietrze.

W najbardziej słoneczną Wigilię XXI wieku energię czerpałem z jej tracenia podczas biegu na Krzywoń. I jeszcze ze słońca, z lasu i z ziemi, tej ziemi. I jeszcze z towarzystwa - Mojej Sportowej Żony i biegaczki Sabiny. One miały biec na Krzywoń, a ja miałem w planach pokręcić się na podbiegu u podnóża góry, stawiając wózek z Małym Yodą przy drodze. Ale nie powstrzymałem chęci i wbiegłem co prawda na końcu i dziewczyny musiały zapętelkować, żeby wrócić po mnie. Ale wbiegłem.

Bieganie z wózkiem to inna dyscyplina. Można by to wprowadzić na igrzyskach, byłby niezły polew z uczestników. Dobrze, że państwo tego nie widzieli. Zdjęcia ciut przypozowane.

1

2

4

A potem nagle zamarzło. Zima przyszła jak w bajkach dla niegrzecznych dzieci. Najpierw zrobiło się tak, że prawie wszyscy prosto od świątecznego stołu pojechaliśmy na narty.

5

A potem krajobraz zrobił się skandynawsko-romantyczny. I zamarzło wszystko. Zamarzło, jak w "Lodzie" Dukaja. Ciągnie się za mną ta książka, jak ćmiatło za biegaczem z czołówką. Ja już nie biegacz z czołówki, ale w tym bieganiu zamarzłem. Tyle mojego, co sobie w życiu wybiegam.

6

Zamarzło. Przeżywam jakiś totalny reset. Gdyby nie telefon i zwyczaj składania życzeń, nie pamiętałbym, że mam przyjaciół. Gdyby nie Facebook nie pamiętałbym, że istnieje Warszawa. Gdyby nie bieganie, temperatura spadłaby mi bezwzględnie do zera i zostałbym tak poza ruchem, poza czasem, poza światem, który pamiętam.

Biegam sporo, ale z trudem. Na podbiegach powoli, jak słoń ociężale. Dziś robiliśmy śnieżne podbiegi z MSŻ, no tego to bym sobie w Warszawie nawet nie wymarzył. Dobiegliśmy pod Krzywoń, postawiliśmy wózek ze śpiącym już Małym Yodą na zaśnieżonej polance i zrobiliśmy każde swój trening.

Krosy kończę jak z krzyża zdjęty. Tempa żadne, nawet na płaskich odcinkach, a serce bije, jakby nie zamarzło.

A bieganie z wózkiem? To dominująca dyscyplina. Wbiegnięcie na Krzywoń, które po treningu uważałem za bohaterstwo, wydaje mi się teraz kaszką z łyżką cukru. Bieganie z wózkiem pod górę po śniegu, to najgorszy hard core, jaki można sobie wyobrazić w bieganiu. To jakby trenować przez wiele kilometrów z gryfem na plecach. Wózek z Małym Yodą waży już na bank ponad 15 kilo.

Oczywiście czym trudniej w zimie, tym lepiej będzie na wiosnę. Dlatego nie oszczędzajcie się teraz, dołóżcie sobie, ile dźwigniecie. A wiosna będzie nasza, nie ich.

Wczoraj MSŻ z Sabiną i córką 6klasistką pojechały rano na narty. A ja poszedłem na wycieczkę pieszą z fundatorami wózka biegowego Schwinn czyli rodzicami MSŻ. Maciejowa, pierwsze schronisko w życiu Małego Yody.

7

Tyle na dziś. Biegnę dalej nim śniegi zaczną tajać:

8

22:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 22 grudnia 2014

Deszczem niespokojnym i dodatnią temperaturą przywitała mnie przedświątecznie Rabka Zdrój. Kubeł zimnej wody na przepalone taśmy mięśniowe. Po tygodniu, który pędził jak Pendolino po torach, jakich u nas nie ma.

Poniedziałek. Wznawiam treningi, robię poranny kros. Ale to już było w poprzednim odcinku. Tempo wstyd.

Wtorek. Na stacji metra spotykam się z najsympatyczniejszym olbrzymem polskiego sportu, Tomkiem Majewskim. Jedziemy do jego pracy, na halę AWF. Efekt w dzisiejszym Newsweeku. Na Newsweek.pl na razie nie widzę, ale za to jest Tomasz Majewski na treningu fitness. To nie było z przyczajki, Tomek ma tak kapitalny dystans do siebie, że zgodził się na filmik bez problemu:

Filmik jest tutaj

Wieczorem trening z grupką podopiecznych. Już prawie biegaliśmy, a z pewnością robiliśmy siłę biegową i autorską tabatę.

Środa. Moja Sportowa Żona prowadzi fitness, więc rano wypada mi dyżur z Małym Yodą. Godzinny trening z wózkiem. Wózek zabiera mi jednak mnóstwo, ale z korektą trening nie jest zły.

Czwartek. Pisanie, pisanie, pisanie. Kończę Majewskiego i spisuję środowy wywiad z pewną znaną osobą nie mającą absolutnie nic wspólnego ze sportem.

Piątek. MSŻ umawia się ze mną, że o ósmej wychodzi na trening, więc ja muszę wyjść o 7:29 na pół godziny podbiegów. Długie wybieganie obiecuję sobie zrobić jutro. Wigilie, imprezy i nocny marsz przez pół Warszawy. Nie jest to wprawdzie długie wybieganie, ale innego nie będzie.

W sobotę nie wyrabiamy się z MSŻ z bieganiem rano, bo pakujemy się do Rabki. Na marginesie: myśleliście po co w języku polskim jest tyle zaimka zwrotnego "się". Przecież zdanie "W sobotę nie wyrabiamy z MSŻ z bieganiem rano, bo pakujemy do Rabki" jest równie klarowne. Zresztą wyobraźcie sobie, że w angielskim w co drugim zdaniu trzeba wtrącać "self". Więc do Małego Yody mówimy, na razie, bez się.

Mały Yoda nie poszedł w sobotę na basen, bo lekarka doszukała objawów zapalenia w uchu. A nam nie udało pobiegać do wieczora, bo wieczorem nie udaje zwykle zrobić treningu przełożonego z rana.

No dobra, wracam do "się". W niedzielę zebraliśmy się rano i dojechaliśmy do Rabki zapłakanej deszczem, jak piętrowy autobus z Indii Brytyjskich w porze deszczowej. Tylko wierzchołki szczytów pomalowane lekko na biało, ale dziś tam jeszcze nie dotarłem. Było tylko bieganie z MSŻ i Małym Yodą w wózku - 45 min. Wysiadają mi naramienne od tego wózka, a tempo mi siada i tętno szybuje. A potem było już 30 min. w przyzwoitym tempie na granicy pierwszego zakresu i krosu, bo tu w Rabce każdy trening sprowadza się w pewnym sensie do krosu.

A najgorsze zdjęcie świata zrobił mi Filip, fotograf z Newsweeka - we wtorek z Tomaszem Majewskim. Na żadnym zdjęciu w życiu nie wyszedłem tak źle. Ale też mam dystans do siebie, jak Tomek:

m 

Tego Wam wszystkim i sobie życzę na święta: dystansu do rzeczywistości. Poszukam go jutro na Maciejowej.

19:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 15 grudnia 2014

Miłość i nienawiść. Wzięliśmy w sobotę z Moją Sportową Żoną Małego Yodę i pobiegliśmy w las z naszymi nowymi Garminami. Ja w swoim - FR620 (formuła: do testowania) - zakochałem się jeszcze podczas truchtu w zakończonej właśnie epoce roztrenowania. Ileż informacji: odchylenie pionowe, kadencja na bieżąco. MSŻ - FR220 (zakup z bardzo dużą bonifikatą) - swój zegarek jeszcze przed treningiem znienawidziła.

- Chciałabym, żeby nie miał niczego, żadnych informacji, tylko żeby to był stoper z fajnym designem - mówiła MSŻ przez pół godziny treningu, co było o tyle istotne, że wiedziałem, iż skoro jest w stanie rozmawiać, to biegnie w pierwszym zakresie. Na przełączenie Garmina na ekran z tętnem (trzeci w kolejności) MSŻ nie dawała się namówić.

Stopniowo tłumaczyłem, co oznacza każdy z trzech parametrów, które ustawiłem jej na pierwszym ekranie. W Lesie Kabackim doszliśmy do drugiego ekranu. Kolejne dwa kilometry negocjowaliśmy zamianę średniego tempa i średniego tempa okrążenia między pierwszym i drugim ekranem. Będzie mniej logicznie, ale zdaniem MSŻ wygodniej.

Byłem jak najlepszy doradca sprzedażowy. W trakcie powracających tyrad MSŻ zastanawiałem się, jak różne są potrzeby biegaczy. To, co mnie doprowadza do rozkoszy, zabawa liczbami, analiza wyników i matematyczne wnioskowanie, MSŻ doprowadza do pasji. Opadły mi ręce i kiedy wybiegaliśmy z lasu, stwierdziłem, że może lepiej oddać tego Garmina i nie spinać się na siłę.

Nie wiem, czy to jest ogólna zasada bezwzględności, ale kiedy powiesz kobiecie, że Ci opadły ręce, to ona wtedy spina się dobrowolnie do działania.

- A będę wiedziała, jakie miałam średnie tempo? 6 z małym kawałkiem. O, to świetnie! Ale widzisz, od miesiąca ci mówiłam, że powinnam biegać po 6:00, a nie 6:30.

Tak wyglądał pierwszy trening MSŻ z Garminem. Wyszło godzina piętnaście w tempie 6:06.

To była przyjemna aktywność, ale nie mogę sobie zaliczać takiego biegania jako treningu. To jogging, to regeneracja, to rekreacja. Trening ma być bodźcem odczuwalnym dla organizmu poprzez uaktywnienie układu krwionośnego i mięśniowo-nerwowego, a nie tylko przez znużenie długotrwałością. Mówiąc prościej: trzeba zasuwać.

Do większych obciążeń treningowych dojdę jednak stopniowo, barani skok będzie pewnie na święta w górach. Dziś był wstęp do podbiegów - 45 min. powoli (nawet bardzo powoli) z fragmentem krosu pasywnego na Górce Kazurce. Garmin na razie nie jest zachwycony i wylicza mi (bo FR620 ma taką opcję) maraton w 3:45.

b

Kiedy zacząłem dziś bieganie, poczułem, że wskakuję na właściwe tory. Na nogi postawił mnie budzik, a nie Mały Yoda i myśl, że "dzisiaj to dał nam pospać". Zrobiłem zakupy na straganie na zupkę, zrobiłem bieganie i kiedy wróciłem do domu, ciągle było rano, a nie przedpołudnie. Jutro trening z podopiecznymi, zmęczę się, bo będzie siła biegowa. No i będę pewnie nadgryziony wysiłkiem po wizycie na siłowni z pewnym mistrzem olimpijskim. W środę będzie bieganie z wózkiem. Czwartek wolne, dzień pisania. Piątek ping pong, a co z bieganiem, to się zdecyduje. A w niedzielę jedziemy do Rabki.

Jeszcze sobota. Co sobotę chodzimy na basen z Małym Yodą. Zajęcia dla niemowląt z instruktorem. Pierwsza lekcja była mieszanką nerwów i jęczenia, a na drugiej Mały Yoda nieoczekiwanie zaczął wykonywać wszystkie ćwiczenia z uśmiechem. Zasypia po takim treningu jakby zrobił maraton. Ale wychodzić z wody nie chce.

Zdjęcie zrobiła mama z basenu, Agnieszka, którą poprosiłem o fotę na blog. Dziękuję. MSŻ nie było, bo pojechała z córką 6klasistką na jej turniej tańca (Shadow Junior zdobyli 2. miejsce).

My w rodzinie mamy sport w oczach. Dzieli nas tylko, chociaż już trochę mniej, kwestia monitorowania wysiłku.

b

22:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (46) »
poniedziałek, 08 grudnia 2014

Czuję się, jak postać literacka. W moim życiu przez ostatni miesiąc działy się rzeczy niesamowite, 8 listopada poniosłem ostatnią z długiej litanii porażek biegowych, słabe 10 km w Lesie Kabackim. Potem trochę emocji przy startach podopiecznych 11 listopada, potem Morze Czarne emocji przy sztafecie na Ukrainę, potem roztrenowanie - czas jak rzeka. Czuję, że się rozpadam, wszystko zrobiło się z plasteliny, którą ktoś lepi, ale to nie ja.

W sobotę zaczynam treningi. Jako postać literacka  spełniam już wszystkie warunki gotowości psychicznej do biegania. Prościej: chce mi się biegać. Fizycznie muszę zrobić rachunek sumienia - przetraciłem roztrenowanie. W literaturze nazywa się to "w poszukiwaniu straconego czasu". Można było robić Program Deska nie przez tydzień, ale przez miesiąc. Można było codziennie rozciągać przeciążony mięsień biodrowo-lędźwiowy, to nie byłoby teraz śladu po kontuzji. A tak są ślady rysich pazurów (młodsi: google). Prościej: pobolewa.

Kto wraca do treningów. Się wraca? Ta fraza to z "Lodu" Dukaja, jednej z tych książek, którą zapamiętuje się jak Bieg Siedmiu Dolin. Ta setka, tak koncertowo przeze mnie spieprzona wyorała mi siedem dolin w sercu. Wiem, że przez nią nie złamałem trójki w maratonie i najlepszy rezultat w "Newsweeku" ma w tym roku Nowy Biegający Szef - 3:07. Przez nią kończyłem sezon na kolanach. Że bym ją przeklął w rozpaczy, że jest okrutna i zła. Ale wzywa mnie jak poezja Tetmajera.

Spokojnie, zwyczajna w podróży przerwa. Zdaje się, że bez biegania tracę strukturę osobowości.

Dobra wiadomość z ostatniego tygodnia - przyjęli krew, hemoglobina z dużym zapasem, aż 14,5, tak dobrze dawno nie było. Chyba poprawiłem odżywianie, a przede wszystkim zredukowałem herbatę przy posiłkach i przestałem obniżać poziom żelaza.

Z konkretów to była sportowa niedziela. Się nie biegało, ale Moja Sportowa Żona wyszła z domu i wybiegła - do sklepu z nartami, gdyż postanowiła sobie kupić wreszcie narty na jej umiejętności. Będą chyba tak wypasione, że nie trzeba będzie korzystać z wyciągów, bo będą same jechały pod górę. A po riserczu w sklepie byliśmy umówieni na Stegnach, na lodowisku.

1

Tak wyglądała MSŻ z córką 6klasistką. Ja spacerowałem wtedy z Małym Yodą, a w połowie się zmieniliśmy.

2

Zrobiłem w 45 minut jakieś 5 kilometrów. Widoczne na zdjęciu niedostatki techniki nie pozwoliły mi na osiągnięcie intensywności wysiłku, przy której bym się mógł zmęczyć. Posłuchałem sobie za to audiobooka. Inspektor Harry Hole złożył wątpliwą moralnie propozycję matce Małego Spasitiela. Ciekawe, jak go Jo Nesbo obroni. Literatura rządzi.

23:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (52) »
poniedziałek, 01 grudnia 2014

Kartę Biegacza obśmiali już wszyscy. Niezorientowani: google. A ja myślę, że się nam zrobi nie do śmiechu, kiedy do władzy dojdzie - a może się tak zdarzyć - partia Zezwolenia i Koncesje.

Zmieni się klimat w kraju, a klimat nie zmienia się w stratosferze, tylko w rozmowach między urzędnikami np. z ministerstwa, np. finansującymi związki sportowe, np. dojdzie do tego kasa chorych czy coś podobnego. I okaże się, że może Karta Biegacza kompleksowo to niekoniecznie, ale badania lekarskie to obowiązkowo. I będziemy chodzili do lekarzy medycyny sportowej po absurdalne kwitki.

Już widzę te tasiemce argumentacji. Biegacz się masowo badają? Nie. A potem na zawodach są przypadki omdlenia? Są. Przypadki śmiertelne? Też się zdarzają? Chcemy szafować życiem ludzkim? Nie chcemy. Mamy pozwolić, żeby ludzie zamiast biegać dla zdrowia masowo narażali się na śmiertelne ryzyko? Przecież się nie narażają. Mamy pozwolić, czy nie? No nie. Czy w tej sytuacji można się nie zgodzić, że przymusowe badania są konieczne? No nie wiem. Czyli chcemy zabijać biegaczy, chcemy hekatomby zamiast igrzysk, chcemy zamordować całe pokolenia? No nie chcemy. To wprowadzamy Kartę Biegacza! Dobrze, niech będzie.

Proszę nie mówić, że nie ostrzegałem.

Ponieważ dziś wszystkie argumenty polemiczno-satyryczne już padły, mogę opowiedzieć na serio o swoich kontaktach z medycyną sportową. Kiedy zaczynałem bieganie w zawodach - w 1996 roku - istniał w prawie taki relikt PRL-u, że wymagano od nas zaświadczeń lekarskich przynajmniej na dużych biegach. Szedłem do pani doktor w przychodni zakładowej i prosiłem o zaświadczenie, że mogę startować w biegach długodystansowych. Pani doktor pytała, czy się dobrze czuję, odpowiadałem zgodnie z prawdą, że świetnie - i dostawałem papierek.

Raz przeszedłem namiastkę badań na serio, przed Maratonem Solidarności w Gdańsku gdzieś tak w 2000 r. każdy biegacz przed odebraniem karty startowej szedł do pokoiku, gdzie mierzono mu ciśnienie. Wtedy jeszcze miałem książkowe 120/80, więc mnie do biegu dopuścili. Opóźniło to wszystko chyba start o parę minut, bo biegaczy było ze 300, a ciśnieniomierz jeden.

Potem obowiązkowe badania zostały zniesione. Władza, nie wiem spod jakiego znaku, rozsądnie uznała, że ludzie są dorośli i sami mają dbać o swoje zdrowie, przebadać się, jeśli mają do tego przesłanki. I organizatorzy biegów nie muszą ich za rękę prowadzić do lekarza. Wystarczy oświadczenie, że człowiek startuje na własną odpowiedzialność.

A teraz roi się w urzędniczych głowach, że odpowiedzialność ma przejąć za człowieka system. Żeby on jeszcze był wydolny, można by było dyskutować. Ale system jest parodią, pisałem kiedyś o lekarzu medycyny sportowej, który sprawia wrażenie osoby z niepełnosprawnością poudarową - i wypisuje te kwity za 130 pln płacone w recepcji przychodni, ale zapisać się można z dnia na dzień i bez ceregieli. Na wizytę na NFZ u lekarza medycyny sportowej trzeba zapisywać się pół roku wcześniej (wiem po córce-tenisistce) i jeszcze latać po specjalistach z rozdzielnika.

Może to i słuszne. Ale nie chcę, żeby system za mnie decydował, kiedy i jak ma się przebadać biegacz - skoro nie decyduje o badaniach telewidzów denerwujących się podczas transmisji sportowych, pieszych korzystających z przejść przez jezdnię albo użytkowników ławek w parku. A przecież zdarza się, że ludzie umierają podczas oglądania sportu w telewizji (lekarze mówią, że nawet częściej niż podczas uprawiania sportu), że piesi wpadają pod samochód, a ludzie na ławkach w parku zamarzają. I państwo nie kontroluje im w pierwszym przypadku poziomu cholesterolu, a drugim orientacji przestrzennej, a w trzecim grubości palta.

Byłem w sobotę na I Gali Biegów Masowych. Wyróżniono dobre imprezy, nagrody dostał i nasz stary, dobry Półmaraton Warszawski i nowy, naftowy Orlen Maraton, i jeszcze za debiut roku Półmaraton Krakowski, z biegaczy Yared Shegumo, Henryk Szost, Karolina Jarzyńska. W trakcie gali był punkt, w którym przedstawiciel PZLA chyba bronił projektu i zapowiadał tzw. dalsze prace. Chyba, bo nie byłem w stanie zrozumieć - poszedłem z mózgiem nastawionym na fale braci biegowej, a usłyszałem tę nowomowę, którą zawsze wyłączam w telewizji i którą pamiętam z sejmowych komisji edukacji, które opisywałem w Gazecie gdzieś w prehistorii mojego biegania. To się tak łatwo nie skończy.

Teraz bardziej filozofuję o bieganiu niż biegam. To niechęć kontrolowana. Ogon pod siebie, bo więcej w tym roku było smyczą po dupie niż prężenia klaty. Reset od reżimu. Mam trochę aktywności trenerskich, we wtorek z Podopiecznymi zrobiliśmy trening obwodowy ze śladowym elementem biegowym. W sobotę było z kolei bieganie z grupą postMajdanowską - uwertura do siły biegowej: schody, Agrykola, podbiegi/zbiegi i na koniec mini-zawody.

A jutro idę do lekarza, oddać krew. Wezmą, nie wezmą?

PS. Zapomniałbym. Biegną święta. Jeśli chcesz, żeby twój mąż/żona/chłopak/dziewczyna/itp. potrenował miesiąc, dwa albo może trzy pod okiem Kancelarii - mamy dla Ciebie pomysł na prezent: BON NA BIEGANIE. Wygląda mniej więcej jak niżej, a pod adresem bieganie@KancelariaSportowa.pl możemy ustalić wszystkie szczegóły prezentu.

BON NA BIEGANIE

23:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
poniedziałek, 24 listopada 2014

Przygoda zaczyna się dla mnie w środę koło południa. Stoję na poboczu, mży i nagle z piskiem opon w lekkim poślizgu hamuje koło mnie stary zaporożec. Kierowca otwiera drzwi i nerwowymi ruchami każe wsiadać.

Ale po kolei. W środę koło południa docieramy do Kovla, pierwszej dużej miejscowości po stronie ukraińskiej. Zastęp biały po nocnej szychcie siedzi w busie i czeka na szychtę wieczorną. Przed busem jedzie milicja na sygnale, a przed milicją biegną Mirek i Milan z żółtą pałeczką.

1Po lewej stronie szosy widać kilkudziesięcioosobową grupkę powitalną. Ukraińskie flagi, dzieci z wyszywankami, baby z chlebem i solą. Przyjmowałem już przy poprzedniej wiosce taki chleb jako zastępowy białych, bo naszego kapitana (d. Biegający Szef) czyli Piotra nie było w busie, jechał z panią konsul w jej samochodzie.

Zarządzam, żeby wyjść i dołączyć do biegnących z pałeczką, ale że charyzmę mam niewielką i w dodatku mówię niewyraźnie, sytuacja rozwija się spontanicznie nieco inaczej. Biegacze dobiegają do grupki powitalnej, a ja gonię Mirka i Milana. Dołączył do nich jeszcze miejscowy biegacz, Serhij, wtedy jeszcze nie znam jego imienia.

Dobiegamy do skrzyżowania - prosto obwodnicą na Kijów, w lewo do centrum. Milicja każe biec prosto, taki mają prikaz. Serhij się wścieka, bo w centrum czeka burmistrz z chlebem i solą. Biegniemy prosto, Serhij gdzieś znika, potem się okaże, że telefonował do burmistrza. Ja czuję, że mam coś konkretnego do zrobienia, biegiem do samochodu pani konsul i kpt. Pacewicza, mówię jak jest, pani konsul dzwoni do burmistrza, on jest akurat w Łucku, może witać ma nas wiceburmistrz, ale nie wiadomo do końca. Podobno jest jeszcze koło mostku droga w lewo do centrum, może tam skręcimy.

Wyskakuję z samochodu wracam biegiem do Mirka i Milana, przekazuję wieści. Biegnę jeszcze z kilometr i postanawiam wracać do busa. Staję na poboczu, czekam. O rany, a jeśli bus pojechał przez centrum i zostanę tu sam w środku Ukrainy? Zastanawiam się, czy nie gonić szpicy sztafety i wtedy hamuje przy mnie (wężykiem, wężykiem) zaporożec, w środku Serhij każe wsiadać. Dzwonił gdzieś, rozmawiał z władzą i trzeba teraz powiedzieć milicji, że ma skręcić w lewo. Ale nie mamy jak dojechać do milicjantów, bo odgradza nas TIR, wyskakuję i doganiam radiowóz. Milicjant też już z kimś rozmawia, w końcu odkłada słuchawkę i pokazuje jaka jest decyzja: jechać prosto.

Doskakuję jeszcze do Mirka i Milana, biegną już trochę wolniej, bo to nie jest radosne bieganie w deszczu, tylko żmudne przedzieranie się przez wilgotny chłód. Przekazuję, co jest, czekam na busa, wskakuję, tam już są oba zastępy (nie wiadomo zresztą jak się mieszczą z wszystkim bagażami), opowiadam, że czuję się jak w książce Stasiuka, to gadanie-howorenie z milicją, z Serhijem, ten zaporożec. Serhija też zaraz zgarniamy na chwilę do busa i Marta z Newsweeka, która ma ukraiński w małym palcu, a Ukrainę w wielkim sercu wypytuje Serhija o Ukrainę i zaporożca. Ma 24 lata i chociaż jest strasznym rupieciem, to Serhij nie zamierza go wymieniać, tylko zrobi mu remont i będzie jak nowy. Niezła metafora do tekstu, który na razie spoczywa w katalogach redaktorów Newsweeka.

Długa historia? Tak, nawet przydługa. Ale po trzech dobach z hakiem, w których przebiega się całym teamem 780 km zmienia się perspektywa, co długie, co krótkie.

Większość zmian to bieg w ciemności. Wysiadasz z busa, odbierasz pałeczkę od poprzedniej osoby i biegniesz przed eskortującą nas cały czas milicją (a w Polsce policją). W Polsce droga prowadziła przez wsie, były jakieś domy, jakieś życie. Na Ukrainie - droga prosta jakby ją Stalin narysował od linijki i praktycznie żadnych miejscowości po drodze. Pola, pola, las, a przeważnie ciemność, która i tak nie pozwala tego odróżnić. Między polami szaleje wiatr i zaśnieżony deszcz, który towarzyszy nam przez połowę drogi pada bardziej poziomo.

Teraz ważne. Na tytułowe zawołanie "Sława Ukrainie" odpowiada się "Gierojom sława!". Dostałem już na FB i na maila parę gratulacji. Chciałbym to bardzo sprostować: nie byliśmy żadnymi bohaterami. Biegaliśmy po 10 km, statystycznie raz na dobę. To jak lekki trening.

Trudniejszy był brak regeneracji. Po pierwszej nocnej zmianie (od 2 w nocy do 8 rano) mieliśmy 6 godzin integracyjnego gniecenia się w busie i kolejną, wieczorną zmianę, na której z różnych względów (opowieść na pięć akapitów, więc zrezygnuję) musiałem przebiec 14 km. Przez cały dzień do jedzenia były plastrowany ser (odkrycie roku: Ramzes), chrupkie pieczywo, batony, banany, jabłka itp. Sen? U mnie: godzina w nocy, podczas pierwszej szychty i pół godziny w dzień, kiedy jechaliśmy z żółtymi. Więc na mojej 14-kilometrowej szychcie dostałem ściany. A w tym biegowym matriksie (ciemność z boku, reflektory milicji z tyłu i droga jak sznurek) człowiek głupieje, więc dopiero pytanie z okna wyprzedzającego mnie busa, przypomniało mi, że mam w kieszeni batona energetycznego i snickersa jeszcze z Polski. Zjadłem i przyspieszyłem pod koniec. Zrobię zrzuty z Garmina, chociaż tempa się wstydzę. A trzeci odcinek, najszybszy, się nie zapisał, bo Garmin padł.

Po drugiej szychcie mały busik odwiózł nas do hotelu. O 23 zjedliśmy wszystkie posiłki, o których marzyliśmy cały dzień. Wziąłem tłustą, żyrną zupę soliankę, moje ulubione pielmienie i jeszcze dostałem kawał słodkiego naleśnika od Marty.

23

Po trzeciej trafiliśmy do hotelu, w którym był już zastęp niebieskich - Kamila (d. Tokowy) i Dzikiego. Tu poznaliśmy ludyczną twarz Ukrainy, było wszystko oprócz wina, które kojarzy się przecież z ciepłymi krajami śródziemnomorskimi, a nie z stepem i mrozem. Integracja - budowana pieczołowicie w tych ciasnych busach, jak wytrzymałość na długich wybieganiach - w hotelowym pokoju osiągnęła apogeum. A rano, niemal o świcie wszyscy karnie zjedliśmy hotelowe śniadanie (kotlet z piersi kurczaka z ryżem) i ruszyliśmy do Kijowa. Tam czekając na szpicę sztafety (tym razem biegł zastęp czerwony) zrobiliśmy małą rozgrzewkę z rytualną deską. Dołączyło kilkudziesięciu ukraińskich biegaczy i razem, z czterema pałeczkami - białą i czerwoną, żółtą i niebieską dobiegliśmy na Majdan.

45

A teraz najważniejsze. Jeśli ktoś przeczytał te wszystkie słowa, to po to, żeby dojść do tego akapitu - podobnie jak my biegliśmy tyle kilometrów, witaliśmy i byliśmy witani, słuchaliśmy przemówień i przemawialiśmy (ustami kpt. Pacewicza tłumaczonymi na wszechobecny tam rosyjski przez Beatę lub na ukraiński przez Martę)... Wszystko po to, żeby wysłuchać na Majdanie ukraińskiego hymnu i zaśpiewać tam polski hymn.

6Wszyscy pękli. Ja wprawdzie płaczę nawet jak Stochowi albo Kowalczyk grają hymn za złoty medal, ale to inny płacz - duma i wzruszenie. Tutaj było coś innego. Najładniej ujęła to Magda z PolskaBiega: "Ja nie pamiętam lat 80., ale teraz poczułam się taka szczęśliwa, że żyję w wolnym kraju". Magda wyszeptała mi to do ucha, kiedy objęliśmy się po bratersku jeszcze z wilgotnymi oczami. I tego "tulimy" było tam więcej.

Ja pamiętam lata 80. Kiedy śpiewałem, sercem z kardiomiopatią przerostową lewej komory (jak to u sportowców) i głosem czystym jaki nigdy, stanęły mi przed oczami wszystkie te msze za ojczyznę w kościele księdza Popiełuszki, tłumy na papieżu, pod uniwersytetem i wszystkie te demonstracje, na które byłem za mały, ale widziałem zdjęcia w podziemnym pisemku PWA (młodsi: google). Ukraińcy, wierzę, idą tą drogą. I wierzę, że dojdą, że będą kiedyś szczęśliwi z wolności.

Po co tam biegłem? Wiadomo: żeby odkrzyknąć na tytułowe zawołanie "Gierojom sława!". Oddać im cześć, zdejmując czapkę przy pomniku Nebesnej Sotni czyli zastrzelonych na Majdanie. Ale to wiedziałem jeszcze przed biegiem.

Po biegu dowiedziałem się, że pobiegłem najbardziej po to: poczuć to szczęście, że hymn Polski jest hymnem wolnego kraju. Poczuć to całym sobą - jak człowiek, jak biegacz, jak dziennikarz. I jak dziennikarz napisać o tym w przydługiej relacji.

Moje serce bije teraz trochę bardziej na wschód. Kiedy stoję twarzą na północ przesuwa się odrobinę w prawo, a kiedy twarzą na południe, to chce wyskoczyć z klatki w lewą stronę.

Do tekstu, który leży w zamrażarce, Marta rozmawiała z Kolą, ukraińskim biegaczem. Mykola Rudyk miał życiówkę 2:14, zrobił ją zresztą w Dębnie. Na Majdanie został ranny, stracił oko, kilka centymetrów uratowało mu życie, był operowany w Polsce. Teraz truchtanie z psem sprawia mu problem. Niczego nie żałuje, zrobiłby to samo. Gierojom sława.

Ostatnie honory oddaliśmy Ukraińcom podczas drugiego, wieczornego wystąpienia na Majdanie. Tam już była scena, zaplanowane występy i przemowy. Patosy i frazesy, wiem, bo polskiego polityka mówiącego po polsku przecież rozumiałem.

I nagle na scenę wyszli: kpt. Pacewicz, Kamil (d. tokowy), który akcję wymyślił i newsweekowa Marta (fot. Mirek Bieniecki). Powiedzieli parę słów ludzkim językiem, Marta przetłumaczyła. A na koniec zagrały pałeczki:

7

 



00:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (53) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 112
| < Styczeń 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam