Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 22 września 2014

Znacie ten slogan, że biega się głową? Moim zdaniem, to bardzo głupie, a często kosztowne (na 35. kilometrze) zaklęcie. Biega się żołądkiem (oraz łokciami).

Głową to Polacy wygrali drugiego seta z Brazylią. W pierwszym Brazylijczycy byli lepsi, w drugim Polacy po pierwsze pomyśleli (głową trenera zapewne), żeby nie grać na mocno blokowanego Wlazłego, tylko na drugie skrzydło do Miki. I zmobilizowali się, zwłaszcza Mika do perfekcyjnej gry.

Głowa może być wisienką na torcie. Głowę można dołożyć wtedy, kiedy cała piramida biegowa jest solidnie zbudowana. Wytrzymałość, siła, szybkość, technika, a przede wszystkim energetyka z żołądka, z wątroby, z mięśni. Głowę mogą dołożyć najlepsi siatkarze świata, kiedy grają z siatkarzami równymi sobie, jedni i drudzy opanowali wirtuozerię zagrań w najwyższym stopniu, są świetnie przygotowani motorycznie i teraz ktoś musi się okazać lepszy - o włos (z głowy).

W niedzielę Maraton Warszawski. To jest właśnie mój maraton, tak jak Warszawa to moje miasto (44). Tu debiutowałem, trochę bez głowy, bo podstawą treningu było bieganie po puszczy z Dzikim po kilkanaście kilometrów raz na 2-3 tygodnie, a reszta to kompletnie śmieszne kilkunastominutowe bieganie np. z przedszkola do domu po odwiezieniu córki studentki do średniaków. Ale wyszło trochę poniżej czwórki i to w niezłej formie, chociaż zdaje się, że zacząłem na jakieś 3:30.

Ale mam tu w Warszawie dwa-trzy maratony, o których mógłbym opowiedzieć w środku nocy. Taki, który kończyłem z głową i taki, w którym zaczynałem z głową otumanioną wiarą w cuda.

Który wolicie najpierw?

Najpierw drugi, to był zresztą mój drugi maraton, wrzesień 1997. Treningów jeszcze mniej niż rok wcześniej, ale sporo komunikacyjnego jeżdżenia na rowerze, co, jak sobie wyobraziłem, miało mi dać wytrzymałość. Starczyło jej do połowy, potem był marszobieg i bólobieg, i ledwo złamane 4:45. A wyobrażałem sobie, że zrobię życiówkę, pobiegnę o godzinę szybciej.

Po co ja to znowu opowiadam? Bo jeśli też szykujecie się teraz do maratonu i chcecie siebie oszukać w podobny sposób, jak ja wtedy (albo w tym roku w Krynicy), to lepiej porozmawiać ze sobą przed startem niż skonfrontować się z prawdą po 30 kilometrach biegu. Prawda was wtedy nie wyzwoli - tylko zaboli.

Opowiadam to też sobie, żebym na Stadion Narodowy w niedzielę nie wbiegał jak dwa tygodnie temu na deptak w Krynicy. Dumny tylko z tego, że się nie poddałem (głowa, ok, to była głowa), a wkurzony własną głupotą, która kazała mi się oszukać, na ile jestem. To ze Skarżyńskiego, pytanie, które każdy biegacz powinien sobie zadać dzień przed biegiem: na ile jestem.

Ja jestem zdaje się na 3:05. Okaże się w niedzielę. Boję się, że Dziki ogłosi konkurs obstawiania wyniku Johna i że Sten wpisze coś, co uznam przed startem za złośliwość, a za metą - za dobre życzenia. Ale zaczynam rozsądnie, obiecuję. I w momencie, kiedy życiówka jest poza sferą marzeń, a złamanie trójki nie może być celem, tylko marzeniem - cel mam inny: druga połówka szybciej od pierwszej.

Biega się żołądkiem. Pierwszy raz zdecydowałem się na odżywki regenerujące, żeby odbudować się po Krynicy. Zeszły tydzień po pijałem Regener, w tym tygodniu Vitargo. Od czwartku naprawdę przyłożę się do węglowodanów naszych powszednich, w sobotę do nawodnienia, a w niedzielę wmuszę węglowe śniadanie przez tzw. mądrość czyli przez głowę. Głowa jest potrzebna do tego, żeby żołądek mógł dostarczyć odpowiednie zasilanie. Zmusić biegacza do zjedzenia tych dwóch-trzech żelów na trasie mimo ściśniętego żołądka.

Drugi bieg, który pobiegłem za to z głową, był zdaje się 4 lata temu. Po solidnym treningu z nowatorskimi bodźcami (4-godzinne wybiegania co piątek przez ostatnie 8 tygodni) jechałem do mety jak parowóz. Zagrało wszystko włącznie z żelami. Gdybym miał wtedy ciut lepszą technikę (łokieć do tyłu, żeby noga szła do przodu), może byłoby jeszcze lepiej i nie musiałbym dokładać głowy na ostatnich dwóch kilometrach.

Ale musiałem. Biegłem niemal samotnie przez Krakowskie Przedmieście i liczyłem sekundy do życiówki. Mobilizowałem się goniąc kogoś, czy uciekając, a może wymyślając sobie, że mam się z kim ścigać. Myślałem o bliskich, którzy czekają na mnie na mecie i o życiówce, która była na wyciągnięcie ręki, jak wygrana przy stanie 24:21. I docisnąłem tak, że na ostatniej prostej nie zauważyłem nikogo (i w zasadzie niczego) poza zegarem, z którego wyrwałem czas lepszy o 6 sekund od poprzedniej życiówki.

Głową nie można pobiec. Głowę można dołożyć.

Trzeci Maraton Warszawski, który będę pamiętał, to zeszłoroczny. Wyścig ze śmiercią, symbolicznie wygrany, bo dogoniłem Rafała z napisem Mort i kostuchą na koszulce - chyba rzeczywiście głową. A potem najgorsza rzecz w życiu, Janek umarł. Nie można sobie głową postanowić, że się pokona glejaka.

Pisałem kiedyś, że jesień to fajny czas - sezon maratoński. Teraz znów zrobiła się dla mnie czasem smutku i liści. I liczb wyrytych głęboko, a całkiem niezwiązanych z życiówkami, wynikami biegowymi. O chorobie Janka dowiedzieliśmy się 23 września, dziś jest 22. Rok temu miałem jeszcze spokój w głowie.

22:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 15 września 2014

Nie do końca jeszcze wiem, kim chcę być. To chyba dobrze, bo jak ktoś wie do końca, to chyba już koniec. Można sobie wyryć na płycie nagrobnej i zostawić tylko miejsce na datę śmierci. Ale coraz lepiej wiem, kim nie chcę być.

Po pierwsze nie chcę być triathlonistą. Triathlon budzi mój podziw, to złoty trójkąt wytrzymałości, to renesansowa wszechstronność, to kwintesencja współczesnego sportu. Za każdym triathlonistą musi stać olbrzymi trening, szacun.

Ja się na to wyzwanie nigdy nie porwę, bo nie umiem pływać. Wiem, że tak mówiło wielu Iron Manów, ale ja naprawdę nie umiem pływać - mimo tego, że utrzymuję się na wodzie w stylu przypominającym żabkę. Naprawdę woda mnie spina, woda kryjąca budzi głęboki lęk, a otwarty akwen wyzwala panikę w stanie czystym.

To mnie zwalnia z rozważań, czy gdyby nie problem z pływaniem, to zdecydowałbym się na przygotowania do triathlonu. Czy stać by mnie było na taki wydatek czasowy i energetyczny. Na ile procent swoich możliwości bym się chciał przygotować, żeby stanąć na starcie. Po prostu nie chcę być triathlonistą.

Po drugie nie chcę być ultrasem.

1

Kiedy pokonywałem ultra-kilometry w Beskidzie Sądeckim (na zdjęciu zbieg z Radziejowej na Wlk. Rohacz, około 51. kilometra), środowisko biegowe, które nie było odcięte od internetu, emocjonowało się felietonem Marty TTT znanej jako Szewczuk: "Ultramaratony są dla cieniasów". I myślałem dokładnie o tym samym.

2

(Tak wyglądałem, jak myślałem). 10 lat temu samo bieganie budziło szacunek, a maraton naprawdę robił  wrażenie. Gdybym był bajkopisarzem, powiedziałbym, że wystarczyło powiedzieć, że się biega maratony, żeby wyrwać każdą laskę. Ale nie jestem, więc niech to będzie metafora trochę na wyrost: wystarczyło powiedzieć, że się biega maratony, żeby wyrwać każdą laskę.

Teraz już tak nie jest. Biegasz maratony? Ok, fajnie. A jaką masz życiówkę, bo ja zrobiłam w tym roku 3:50?

Ten dialog też niech pozostanie metaforą. Ale jeśli chcesz usłyszeć "szacun", jak głośno wyznałem na początku odcinka wszystkim triathlonistom, musi być w twoim biegu element jakości. Biegasz poniżej 3 godzin. Biegasz w 3,5 godziny, ale jesteś tak ważnym prezesem, że trudno sobie wyobrazić,  jak znajdujesz czas na tak mocny trening. Łamiesz 4 h, ale przy twojej wadze, to świetny wynik. Albo 3:45 po roku biegania. Itd.

Tutaj wyniki są mierzalne, porównywalne. Nawet, jeśli nie cała publiczność w teatrze wie, za co należą się oklaski, to każdy maratończyk wie, że jego rezultat może zostać oceniony. I że banan na twarzy należy się za przezwyciężenie swoich barier także czasowych.

A w ultra, zwłaszcza w górskim ultra? Jest pięknie, jest las, jest czas niezmierzony, jest wolność, ptaków śpiew i lot ponad dolinami. W Krynicy dodatkowo jest mój beskid dziecięcy, są tęsknoty, przez które kiedyś tam wrócę. I pobiegnę to lepiej.

Lepiej? Takie porównania można robić tylko w obrębie jednego biegu. Bo który wynik lepszy? Siedem Dolin w 14 godzin czy Rzeźnik w 11? A może Wawrzyniec na krótszym dystansie w 8? Albo Kotlina Jeleniogórska w tydzień?

Tam gdzie sport, rywalizacja, tam jest też chęć dostawania medali, uśmiechów i kwiatów od odstrzelonej w mini hostessy. Jeśli chcesz się porównywać, licytować na ultra, co możesz zrobić? Wygrać Spartathlon, być najszybszym Polakiem na UTMB. A jeśli nie jesteś w stanie - a większość z nas nie jest - możesz tylko przebijać dystans.

Chociaż czołgałem się przez beskid własnej głupoty, nie nadzwyczajny wysiłek, który sobie zafundowałem, zadziałał jak szczepionka na ultra. Bardziej opowieść sympatycznego Wojtka, z którym biegliśmy razem przed Piwniczną, o naszym wspólnym znajomym - Jacku. Jacek tak się wciągnął w ultra, że właśnie wrócił z Badwater, że biegał 200-kilometrowe ultra w Himalajach, że ma koronę ultra...

Nie chcę. Wojtek, Jacek, biegnijcie tą drogą, ale to nie moja droga. Nie wyobrażam sobie, żebym zaczął myśleć o życiówkach w sensie pokonanych kilometrów. Bo jak siebie przeskoczyć, kiedy przebiegło się 100 km w Krynicy? Może biegiem 24-godzinnym? Albo Kotliną? Albo biegiem 100 razy na Babią Górę? Takiego jeszcze nie ma? To będzie. Tak jak Baltic Sea Challenge ze Świnoujścia do Helu, Red Trip Run ze Zwardonia do Ustrzyk albo Tour de Pologne z Gdańska do Gdańska przez Szczecin, Jelenią Górę, Rzeszów i Białystok. Nazwy podarowuję przyszłym organizatorom za free.

Ma wielką rację Szewczuk pisząc o cieniasach. Prawem dwudziestolatki jest ujmować rzeczy ostrzej i bardziej prowokacyjnie niż na to zasługują. Ja, po dwakroć starszy, nie nazwę tak nikogo, a szczególnie ludzi, którzy są w stanie pokonać trasy liczone w setkach kilometrów. Napiszę tylko, że dla mnie liczy się jakość tych kilometrów.

(I dlatego mam jasność, jak słaby był mój bieg w Krynicy. I wiem, pisałem o tym chyba wyraźnie, jak był niemądry. I jeszcze raz w Rytrze podjąłbym taką samą decyzję - o kontynuacji biegu - bo jestem z niej dumny. Nie zawsze dobry bieg i rozsądek przed kolejnymi startami są wartością najwyższą).

A po trzecie nie chcę być Dziennikarzem Biegowym Roku. Nie dlatego, że nim w Krynicy nie zostałem. Ne dlatego, że nie załapałem się nawet na listę 10 wyróżnień, wyprzedzony przez tłum blogerów o bajecznie brzmiących ksywkach (Panna Anna Biega lub Kobietki Biegają). Dlatego, że nie uznaję konkursów, w których niby chodzi o jakość, a naprawdę wygrywa ten, kto wyprosi więcej głosów od swoich znajomych w sieci. Pisałem o tym od początku, prosiłem, żeby nie głosować na mnie, tylko dlatego, że ktoś mnie zna. Dziękuję za trzymanie się tych zasad.

Dziennikarzem już jestem. Kiedyś chciałbym jeszcze zostać pisarzem. Tylko nie biegowym. Już się chyba zwierzałem, że uwielbiam wszystkie audiobooki Murakamiego, tylko jednej książki nie jestem w stanie przebrnąć - tej, w której Murakami myśli, że pisze o bieganiu.

22:24, wojciech.staszewski
Link Komentarze (208) »
poniedziałek, 08 września 2014

Strachy wyłażą z lasu, z ciemności. Strach przed Putinem, że puknie w nas atomówką, zakończy tę całą zabawę, a mój syn, Mały Yoda, nie dożyje nawet lat szkolnych. Strach taki mocny, że od kilku kilometrów czworogłowe uda mam jak z waty. A właściwie jest tak od startu na krynickim deptaku. Nucę w głowie "Bieriozy" Lube i nie mogę opanować strachu przed Putinem.

Bo tak naprawdę to strach nie przed wojną, ale przed tym, co nieuchronnie musi nadejść i z czego zdaję sobie sprawę już dzień przed biegiem. Najlepsi podopieczni świata, których spotykam w piątek Krynicy mówią, że mam panikę w oczach. Do Mojej Sportowej Żony dzwonię, że jestem przecież do tego biegu kompletnie nieprzygotowany, za mało długich wybiegań. Staram się sam oszukiwać - że lata biegania, że obóz w Rabce, że regeneracja. Na tyle skutecznie, że wierzę, że mogę przebiec tę stówę, pełny dystans Biegu Siedmiu Dolin w Krynicy. Przebiec to znaczy w moim pojęciu pokonać tę trasę w jakieś 12-13 godzin, bo takie czasy potrafią mieć moi znajomi trójkołamacze.

Bieg kończy się szybko, za Halą Łabowską wszyscy zaczynają mnie wyprzedzać. Chyba wyglądam źle, bo dwie osoby zagadują, czy mi nie pomóc. Pomóc może mi tylko jedno: kontuzja. Wtedy mógłbym rozłożyć ręce i zejść z trasy bez wyrzutów sumienia. Ale jak na złość docieram do Rytra, już wstało słońce, schował się Putin. Biorę herbatę, walę się na trawie i zostaję sam na sam z argumentami. Nigdy bym nie pomyślał, że tutaj, między workami z przepaku będę podejmował jedną z najważniejszych decyzji w życiu.

Zejść czy nie zejść. Oto jest pytanie.

Nigdy w życiu nie zszedłem z trasy biegu. To dla mnie ważne, wiem, że ważne też dla moich podopiecznych. Piszę im czasem, że się z trasy nie schodzi albo już nie muszę pisać, bo sami wiedzą, co sądzę i jakie świadectwo sobą daję.

No dobrze, ale przecież nie jestem w stanie biec. Mam ścianę. Najgorszą ścianę maratońską, jak wtedy, kiedy zaczynałem na 3:45, a kończyłem w 4:45. To był mój drugi maraton, pamiętam dwie godziny koszmarnych męczarni. To jak teraz wstać i zdecydować się na kilkanaście godzin biczowania po jelitach?

Może zejdę i będę opowiadał, że tylko raz zszedłem, kiedy byłem do biegu kompletnie nieprzygotowany. Też niezła legenda.

Ale jeśli zejdę, będę musiał tu za rok wrócić. Wiem to. A nigdy więcej, przenigdy nie chcę biec stu kilometrów po górach.

Tylko że jeśli pobiegnę, to będzie po sezonie. Przekreślam dobry start w Maratonie Warszawskim i Biegu Niepodległości. Schodząc teraz mogę to uratować. Mam wybór: racjonalna kalkulacja albo romantyczna legenda. Medytuję nad tym dobre pół godziny i czuję, jak zakwaszenie opuszcza moje mięśnie. I już wiem.

Zjadam kanapkę z jajkiem, którą przygotowała mi MSŻ, popijam colą, poprawiam bananem i po 32 minutach wyruszam z pierwszego przepaku w górę - na Prehybę.

1

Na ostrym podejściu wszyscy idziemy. Na lekkim się biegnie. Ja nie potrafię już biec, bieganie naprawdę skończyło się koło Hali Łabowskiej. Ja brnę, ja się posuwam, ja pokonuję opór. Gadamy z Marcinem, który organizuje wycieczki trabantami po Krakowie, więc ma mnóstwo czasu na bieganie, pokochał ultra. Mówi, że biegnę, jakbym miał się zaraz przewrócić. Rzeczywiście, jestem przechylony na prawo jak statek pijany i nic z tym nie mogę zrobić.

Dzwonię do MSŻ, że jednak ruszyłem. Wcześniej już odwołałem swoje buńczuczne 12-13 godzin. Teraz zadowolenie to ukończyć, a szczęście zejść poniżej 15 godzin. Czyli zostało jeszcze na pewno kilkanaście godzin brnięcia.

Docieramy do Prehyby, jest bufet. Uzupełniam picie w bidonach, wypijam herbatę. I negocjuję z żołądkiem. Rodzynki? Rzyganie. Cukier? Rzyganie. Sól? Rzyganie. Banan? Weź pół. Herbatniki? Gula w buzi, nie ma mowy. Herbata? Dobra, jeszcze jedna.

Docieramy do Radziejowej. To najwyższy punkt trasy i dokładnie półmetek. Ale dostaję euforii z innego powodu - to moje ścieżki z dzieciństwa. Proszę Marcina, robi mi zdjęcie na szczycie, koło tego pomnika z poprzedniego odcinka bloga.

2

Niewidzialny Jasio, niewidzialny Jasio! Najpierw nie wiem, co się dzieje, ale z Radziejowej zaczynam zbiegać, jakbym znów był biegaczem. Żołądek się zebrał w sobie, ręce zaczęły pracować, pojawiła się wyraźna faza lotu i praca nogi w stawie biodrowym. Nie mogę pojąć jakim cudem, ale jestem w euforii.

I nagle eureka - zaczynam gadać do siebie "niewidzialny Jasio". To tutaj, to na stoku Radziejowej jakieś 20 lat temu wymyśliliśmy z małym wtedy Jaśkiem "niewidzialnego Jasia". Zawieszona na plecaku pelerynka przeciwdeszczowa, z którą się gadało w drodze, że kilkulatkowi łatwiej było maszerować. To o tym niewidzialnym Jasiu Janek napisał mi z zachwytem w liście, który dostałem już po jego śmierci. Niewidzialny Jasio.

Nie chodzi o to, żebym nagle uwierzył w gusła. Ale człowiek potrzebuje takich haków, na których może sobie zawiesić pozytywne emocje. Biegnę z tym do Obidzy, na podejściu na Eliaszówkę żołądek godzi się na snickersa z przepaku. Da się biec, ale coraz ciężej, słońce już mocno grzeje. Dobra gospodyni na skraju Piwnicznej wystawia wiadra z wodą i filiżanki, pijemy. Ja trzy filiżanki wody - a po 200 metrach żałuję, że nie wypiłem więcej. Jestem tak odwodniony, że praktycznie się nie pocę. Na pierwszym przepaku zmieniłem koszulkę, teraz nie ma potrzeby.

W Piwnicznej nie odpoczywam. Ja tu zdycham. To już nie jest ściana. To jest jak kac gigant, kiedy marzysz tylko, żeby leżeć, a jedyne, co cię może poderwać na nogi, to żołądek, jeśli uruchomi wymioty. Negocjujemy. Kilka skurczy, ale bez rzygania. Dobra, to zaczynam wmuszać kanapkę i teraz już nie mogę rzygać, bo skąd wezmę potem te węglowodany. Na wszystkie słodycze z bufetu mdli mnie od razu.

Nie skończyłbym tego biegu gdyby nie drugi Marcin. Też z Krakowa, ale lepiej powiedzieć z obozu - był na II obozie biegowym w Rabce, prowadziłem go potem przez 3/4 pierwszego maratonu też tu, w Krynicy. Marcin zapisał się na 66 km, więc już jest po biegu. Przynosi i herbatę, nalewa do bidonów. A ja mogę spokojnie zdychać na przepakowym worku. Po kwadransie kładę się na drzemkę.

- Kiedy cię obudzić?

- Nigdy.

Marcin siedzi przy mnie i po kilku minutach z wyrzutów sumienia podnoszę głowę.

- Lepiej nie będzie.

To są chyba trzy kluczowe słowa w tej bajce. Za siedmioma dolinami żył pewien rycerz, zakuty łeb, ale romantyczny był wielce. Chociaż nie był przygotowany do zadania postanowił je wykonać. Pokonywał smoki, lęki, góry i doliny. Ale wyczerpany był niemożebnie i sczezłby marnie na łące nad Popradem, gdyby dobry wróż nie powiedział mu trzech magicznych słów: lepiej nie będzie.

Czy się idzie, czy się leży cierpienie jest takie samo. Jeszcze kilka gryzów kanapki, resztę zabieram na drogę razem z niedopitą colą. Konałem tu aż 42 minuty. Moi znajomi z trasy są już daleko z przodu. Ruszam na najbardziej niewdzięczny odcinek trasy: ostre podejście po betonowych płytach. Upał jak cholera. Zostali już sami setkowicze, żadnych finiszujących z radością 66-kilometrowych biegaczy. To jest jak marsz zombie. Zbieg w dolinę Łomniczanki i znów podejście. Przede mną idzie człowiek, siada na kamieniu. Patrzę mu w oczy, ma tam strach, jakby mu właśnie zabrali wszystko. Bo rzeczywiście traci wszystko - wszystkie siły. Głowa by chciała dotrzeć jeszcze na kolejny przepak, ale nie biega się głową, tylko żołądkiem. A stamtąd zero zasilania. Nadzieja może umiera ostatnia, ale widzę, że u niego to właśnie ten moment.

Bo nagle goni nas smok, o którego istnieniu wprawdzie wiedziałem, ale nie spotkałem go jeszcze nigdy na żadnym biegu. Limit czasowy. W Wierchomli musimy być w ciągu 13 godzin. Z góry zbiegam, nadrabiam, pod górę tracę. Jest ślisko, bo właśnie przeszła ulewa. Ale skończył się ten straszny upał. Dzwoni MSŻ, ale nie mogę odebrać, bo na deszczu nie da się odebrać smartfona. Wiem, że się denerwuje, ale musi poczekać.

Docieram 20 minut przed limitem. I pozwalam sobie na 20 minut odpoczynku. Telefon do MSŻ, banan, cola i żel. I w drogę, byle przed smokiem. 2 godziny na 11 km.

44

Podejście nartostradą, długie, tempo pewnie z 3-4 km/h. Zbieg nartostradą, odrabiam straty, doganiam nowych znajomych. I droga do Bacówki nad Wierchomlą.

Kiedy pytałem w poprzednim odcinku daliście mi dwie rady: nie marnować czasu na przepakach i nie maszerować drogą do bacówki, tylko biec. Czasu na przepakach nie marnowałem, ja się tam po prostu musiałem regenerować. Rada "wash and go" jest dobra dla tych, którzy biegną, a nie walczą o przetrwanie. I cały czas byłem też pewien, że nie będę biegł drogą do bacówki, bo nie mam o co walczyć.

A tu okazało się, że mam walkę dużo cięższą niż łamanie 12, 13 czy 14 godzin. Muszę uciec przed 15-godzinnym limitem na tym punkcie. Różnie mówią - że jeszcze 4, 5 albo 6 km. Podrywam do boju Waldka z Koszalina i przebiegamy ten odcinek z dwoma przerwami na marsz.

Co to za sztuka? Z perspektywy fotela w Warszawie albo bieżni na Agrykoli - żadna. Ale tam, na drodze nieopodal Muszyny to sztuka niezwykle wyrafinowanego wyciskania ostatnich soków z wysuszonego bambusa, podłączenia 60-watowej żarówki do wyczerpanych baterii z walkmana. Pisaliście, że trans. Nic takiego, trans jest dobry do tańca. Tu jest tylko strach przed gilotyną limitu czasowego i żel w żołądku. I jeszcze zgoda na cierpienie. Jestem przeciągnięty przez wyżymaczkę i staję do najbardziej heroicznej walki w moim życiu.

Docieram aż 22 minuty przed limitem. I siedzę tylko 12 minut. Ostatni telefon do MSŻ.

- Spokojnie, teraz już z górki, a ja umiem zbiegać.

- Ile ci zostało do mety?

- Tylko 12 km.

- Cha cha cha.

Rzeczywiście zabawne. Jest takie powiedzenie, że w Europie 200 km to daleko, a w Ameryce 200 lat to dawno. Na ultra 12 km to blisko, bardzo blisko.

Jestem bardzo blisko z tymi obcymi ludźmi, z którymi pędziliśmy do bacówki. Nie znam ich historii, imię Waldka musiałem sprawdzić w internecie, jego bratu udało się dobiec, choć przed bacówką został za nami o 6 minut. A jednocześnie ta solidarność grupy ocalonych skazańców podchodzących w cierpieniu na Runek... Nie wiem, jak to napisać, ale chciałbym tego jeszcze kiedyś doświadczyć.

Kto biegł, ten wie. Magiczny jest ten moment, kiedy słychać deptak w Krynicy. Za chwilę widać festiwalowy namiot. Robi się ciemno, ale ktoś miał czołówkę, więc cały wężyk daje radę. Potem zbieg ścieżką przez krzaki, za płotem impreza, wrzeszczą brawo, brawo, jesteś zwycięzcą. Ulica i jak w Matrix IV po kontakcie z asfaltem znów zmieniam się w biegacza. Dołącza się skądś Ania z obozu w Rabce, nasza przewodniczka, która jutro pobiegnie maraton. Wrzeszczy, że Wojtek Staszewski, dobiega ze mną do deptaka.

Od 10 km myślę, co zagrać na mecie. Chłopaś zrobi mi zdjęcie, wiem o tym, więc co chciałbym pokazać. Zero emocji - kijowo. Sztuczny gest triumfu - fałszywie. Bo chociaż w swoich oczach zostałem bohaterem, to wiem też, że przez własną głupotę. Trzeba się było porządnie przygotować i wystartować na 15 godzin, a śpiewałbym pieśń chwały od startu do mety. Więc co?

Wbiegam w 16:40:54. Czyli 19 minut przed limitem. Jestem 462, za mną dobiega jeszcze 39 osób. Podchodzę do najlepszych podopiecznych świata, którzy podskakują z okrzykami, transparentem i prawdziwą radością (biegli dziś i to nieźle Życiową Dziesiątkę, walczyli o pucharki w I Mistrzostwach Kancelarii, a potem opijali sukces czekając na mnie). I wtedy Chłopaś robi mi zdjęcie.

W oczach mam chyba strach.

3

6

7

23:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (122) »
poniedziałek, 01 września 2014

Jest noc, facet po pięćdziesiątce próbuje zatrzymać samochód na drodze krajowej w Rytrze. Staje chyba pierwszy przejeżdżający maluch, bo facet stoi z małym dzieciakiem jeszcze przed dziesiątką. W tym maluchu jedzie już parę osób, ale przecież dwie się jeszcze zmieszczą, a raczej półtorej, bo chłopak jest chudzielcem, niejadkiem i dziadkowie zawsze są załamani, kiedy wraca z wakacji w górach, bo jeszcze chudszy, żebra widać, skóra i kości.

Autostop podwozi nas do Piwnicznej, a ja, niespełna dziesięcioletni jednocześnie padam ze zmęczenia i pękam z dumy po przejściu 42 km po Beskidzie Sądeckim. Bez kitu, jak mawiał Jasiek.

W sobotę będzie jeszcze noc, kiedy wyruszę na szlaki tego samego Beskidu. Dojrzewałem, żeby na Festiwalu Biegowym w Krynicy wystartować przez siedem dolin i w tym roku dojrzałem. Ten bieg to moje przeznaczenie, tu się splata moja historia - od dzieciństwa, przez bieganie, przez treningi po górach od kiedy poznałem Moją Sportową Żonę, przez kolejne dzieci z różnymi sukcesami wyciągane w góry aż po Małego Yodę, który mógłby sobie wpisać do książeczki GOT Szczeliniec, gdyby umiał pisać.

Na Radziejową docieramy chyba w połowie dystansu. Mały Wojtek na Radziejowej wyglądał tak (stała tam wtedy jeszcze wieża triangulacyjna):

1

A z bliska tak (czy ten pomnik jeszcze tam stoi?):

2

Ojciec.prl koło pomnika tak:

3

I jeszcze zdjęcie z Rohacza (paproci nie wycięli?):

4

Wracam na ścieżki, które znam na wyrywki, ale też wiem, czego nie wiem. Jak się biega setkę po górach? Jak się biega, zbiega, podbiega, to wiem. Ale co zabrać na przepaki, co na drogę, co sobie darować, co zrobić, żeby czas na przepaku nie przelewał się jak Poprad pod mostem kolejowym w Piwnicznej? Podpowiecie?

W Krynicy zapowiada się niezłe święto. Jak przyjadę, idę na galę pogratulować dziennikarzowi biegowemu roku i odebrać w razie czego statuetkę za imprezę roku dla Biegów Po Prawdziwej Warszawie Dzikiego i Rafała Przewodnika (BPPWDiRP). Potem nie gadać za długo z Chłopasiem o RunGuru, tylko szybko usnąć. I jeszcze szybciej wstać, żeby wyruszyć na Jaworzynę. Start 3.00. Meta? Przed 15.00 to marzenie. Przed 16.00 cel. Po 16 - też dobrze, byle w limicie. W biegach górskich jest zdecydowanie mniej presji czasowej, a więcej wiatru we włosach, nawet jeśli ktoś nie ma już włosów.

Ścigaliśmy się w niedzielę z czasem razem z Kamilem zwanym tu Tokowym. Trochę w ramach treningu, a trochę w ramach przyjaźni miałem poprowadzić Kamila na złamanie 1:30 w maratonie. Uciekło nam o dwie minuty. W Beskidzie czas płynie chyba inaczej, większymi interwałami. Zobaczę w sobotę na deptaku.

Jeszcze jedno o nocy na koniec. Nasz SFX zaczął właśnie zapisy na Nocną Ściemę. Tam czas biegnie wstecz. Gdyby mógł dobiec do Rytra, żeby znów pójść z tamtym facetem po pięćdziesiątce na Prince Polo w Suchej Dolinie. Może na 90. kilometrze?

22:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
W Górach Stołowych rodzinnie zdobyty Szczeliniec i Błędne Skały stop. Z Moja Sportowa Żona, córka 5klasistka i Małym Yoda w nosidle. Tylko czery niedlugie i wolne treningi w tygodniu stop ale bieg wokół Szczelińca bezcenny stop. Dotarłem do skał koło Pasterki gdzie bawiliśmy się 15 lat temu w chowanego z Jankiem i córką dziś studentką stop. Jakby mieli wyskoczyć zza kamieni i to mnie walnęło w serce stop. Czasu się nie zatrzyma stop. Teraz Bory Tucholskie głusza, Brda, charakterystyczny las sosnowy bez poszycia stop. Dzis był dzien adrenaliny stop kajakiem po Brdzie to naprawdę wesołe miasteczko stop a córka 5klasistka wyciągnęła mnie na park linowy to dom strachów w wesołym miasteczku stop. Najlepsze było na koniec tygodnia stop. Wspólne bieganie z MSZ i Misiem Swiata w wózku biegowym stop. Czasem chce sie czas zatrzymać stop. Stop. Zdjecia wstawie po powrocie do cywilizacji. Stop.
20:03, wojciech.staszewski
Link Komentarze (54) »
poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Bieganie to wyzwanie. A może wyzwanie to poszukiwanie sensu życia w sytuacji, kiedy jedynym sensem życia wydają się dzieci. Czyli jest to przenoszenie sensu na przyszłe pokolenia, a raczej robi się sztafeta bezsensów, bo w końcu te dzieci też będą musiały szukać sensu życia i być może też znajdą go tylko w swoich dzieciach. Monty Python.

Nie mam depresji jak Justyna Kowalczyk albo Chłopaś, ale w ostatnim tygodniu szczęście i spełnienie czułem tylko raz – po moim wyzwaniu 2014. Wiadomo, że największym wyzwaniem będzie Bieg Siedmiu Dolin w Krynicy, ale to wydarzenie publiczne. A ja lubię w wakacje wyzwać się prywatnie. Kiedyś była wyprawa rowerowa z Warszawy do Rabki w dwa dni, rok temu Bieg Granią Gorców z Krościenka do Rabki, a w tym roku chciałem sięgnąć grani Tatr – zaplanowałem WWW – Własny Wbieg na Wołowiec.

Podjechaliśmy do Doliny Chochołowskiej sporą rodziną. Dziewczyny ruszyły z Małym Yodą na spacer po dolinie, a ja pobiegłem przez dolinę (45 min. do schroniska) w prawdziwe góry. To lubię - biegi po prawdziwych górach. Bieg po godzinie przeszedł w marsz i w 2:30 od startu byłem na Wołowcu, ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Czułem, że hemoglobina ściga się z endorfinami, co mi się bardziej namnoży w organizmie.

Na marginesie: czytałem ostatnio pewien blog, na którym podobne emocje opisuje się zdaniem w stylu: „To był wspaniały moment, cudowna chwila i wielkie szczęście”. Blog ma trzykrotnie większą klikalność. Nie budzi to mojej zazdrości, ale przydaje więcej pytań w poszukiwaniu sensu organizującego nasz świat.

Dogoniłem dziewczyny w restauracji w Chochołowie (wybraliśmy się w dwa samochody). Przy skręcie na Słowację jest jedna z lepszych góralskich knajp, a w dodatku ceny ma takie jak na Słowacji przed wprowadzeniem euro. Smacznie i tanio.

Teraz jesteśmy przy granicy czeskiej. Wszystko to zresztą zasługa jednej książki, „Panoramy gór polskich” czy jakoś tak. Tam zobaczyłem bajeczne zdjęcia z Wołowca, że postanowiłem się wyzwać WWW. Dzięki tej książce przypomniałem sobie urok Gór Stołowych i postanowiliśmy z Moją Sportową Żoną pokazać je córce 5klasistce – żeby kiedyś miała szanse szukać sobie wyzwań w górach. Dziś przeszliśmy Błędne Skały.

Może to mnie skłoniło do szukania sensu (na marginesie: szukanie sensu w błędnych skałach; Monty Python)? Pierwszy raz byłem tu w PRL-u, to była nasza ostatnia wakacyjna wyprawa z ojcem.prl. Drugi raz z małym Jaśkiem i jeszcze mniejszą córką studentką (wtedy przedszkolakiem). Trzeci raz z MSŻ, to był nasz pierwszy wakacyjny wyjazd. Teraz jestem z MSŻ i dorastającą córką 5klasistką oraz małym Yodą, który jest zbyt mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Jak nam tego wszystkiego Putin nie rozwali, to przyjadę tu pewnie z większym Yodą, a potem może jeszcze kiedyś, a potem to już stary Yoda będzie sobie wspominał, jak był tu z ojcem. Ma to sens?

Kilka zdjęć na koniec. Najdłuższe takie wakacje, urlop wypoczynkowy z tacierzyńskim. Wspaniałe momenty i cudowne chwile.1

Tęcza pod Wołowcem. Na złość wrogom wolności.

Staszewski na Wołowcu. Ku swojej wielkiej radości.

4

MSŻ z córką 5klasistką w prześwicie skał.

5

Małemu Yodzie ciągle marzną nóżki, więc ma je zakryte kocykiem. Tylko dlaczego kocyk jest różowy? Bez sensu.

22:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jak to możliwe, że o 2 nad ranem podeszliśmy z Rafałem-Sarenką i Sabiną do człowieka-orkiestry w Hulaj Duszy i zaczęliśmy śpiewać z nim do mikrofonu "Czerwony jak cegła"? To nie jest tylko kwestia upojenia w zieloną noc, to upojenie całym tygodniem wspólnego biegania.

Kiedy w pierwszym dniu obozu usiadły przed nami 24 dorosłe osoby, które na tydzień zdecydowały się wejść w reżim, wszystkie podbiegi, zbiegi, szlaki, treningi na sali, w parku, na stadionie z płotkami, piłkami, taśmami - wszystko to było przed nami. A potem wspólne tortury łączą, wspólne biegi pozwalają na zbiorowe euforie, wspólne rozciąganie przyciąga.

W plan obozu wpisujemy konkrety: środki treningowe, sprzęt sportowy. Ale najważniejsze okazuje się to, czego nie da się napisać, można tylko odkryć. Tak jak powiedział mi Jurek na zbiegu z Lubonia albo Turbacza, nie jestem pewien: to można biegać po rosie, po deszczu, po koleinach, po kamieniach? Jurek biega od paru miesięcy, zrzucił 21 kg i przymierza się do maratonu, bo chciałby ten rok uczynić najbardziej spektakularnym rokiem w swoim życiu.

Takie historie mam w mięśniu sercowym o każdym chyba z obozowiczów. Z Rafałem-Sarenką zbiegaliśmy końcówkę trasy z Turbacza, w tej fazie biegu kiedy już się mniej rozmawia, a bardziej towarzyszy. Z Sabiną przeżywaliśmy jej pierwszy w życiu wbieg na Krzywoń, półtora roku temu musiała tam na treningu biegowym wmaszerować, a wiosną wmarszobiegła.

Na takim obozie jest jak w Tytusie: puścimy się pędem i dogonimy nasz rok, ten rok, kiedy można było bez zastanowienia chodzić przez całe lato w krótkich spodenkach. Biegać po trawie i rosie nie zastanawiając się, jaki to zakres tętna.

Tak wyglądaliśmy na pierwszym treningu w drodze na Maciejową. Z lewej nasz Kamil, w ciemnych okularach Rafał-Sarenka (ksywka z obozu, bo Rafałów było dwóch), za nim Agata z Rabki.

1

Tak na treningu obwodowym w parku zdrojowym (a co, niech nas zobaczą). Agnieszka przodem, Sabina tyłem, Marcin przodem, Albert tyłem.

2

Tak na wieży widokowej (podbiegi po schodach). Tu jesteśmy niemal wszyscy. Pierwszy plan: Rafał-Sarenka, Maciek-Trójkołamacz (jako jedyny pokonał biegiem ostatni odcinek na Luboniu), Adam (błyskawiczny na zbiegu w burzy z Turbacza) i Piotrek. Nad nimi Agnieszka (królowa podbiegów), Karina (królowa rozciągania), Oktawia (zwyciężczyni finałowej sztafety).

3

Spontaniczny (ekipa z zeszłego roku pamiętała pomysł) szpaler dla Joli na koniec krosu:

4

Turbacz zdobyty. A w tym roku zamiast łatwiejszego wariantu Rdzawka-Stare Wierchy-Rabka był trudniejszy: bieg na Turbacz z samej Rabki, nie ze Rdzawki. Nigdy borowikowa nie smakowała tak dobrze, jak w czwartek. W pierwszym rzędzie na środku nasza Beatusia.

5

A na koniec rozciąganie. Bo staraliśmy się z MSŻ od początku wbijać to wszystkim w mięśnie: kolejny trening zaczyna się od rozciągania po poprzednim.

6

Tak jak kolejny biegowy cel zaczyna się od regeneracji po poprzednim. Dziś bieg na posmutniały Luboń ("A w górach nie ma już nikogo..." - gdy we wtorek kupiliśmy tam tyle picia, że zaskoczony gospodarz schroniska musiał schodzić po butelki do piwnicy), trudniejszą trasą, więc tempo całości 16:00 min./km.

A kolejny cel to Krynica. Biegnę setkę czyli wszystkie wybiegania obozowe za jednym zamachem.

I tu ostatni dzwonek: przypominam o oficjalnych Mistrzostwach Kancelarii Sportowej w Krynicy. Rozgrywamy je na dystansie 10 km (Życiowa Dycha z Krynicy do Muszyny). Dla pierwszych trójek kobiet i mężczyzn - puchary wręczane uroczyście na scenie. Trzeba się zarejestrować na stronie Festiwalu, ale nie trzeba się zapisywać jako "Kancelaria Sportowa Staszewscy" (chociaż oczywiście wolno). Wystarczy czuć się (dziś lub w przeszłości) w jakimś sensie naszym podopiecznym mniej lub bardziej formalnie. I - tu najważniejsze - trzeba zgłosić się do wtorku do godz. 20.00 do nas na mail: bieganie@KancelariaSportowa.pl podając imię, nazwisko, miasto (które podało się w zgłoszeniu do Festiwalu) oraz rok urodzenia. Na razie mamy 11 biegaczy i 3 biegaczki. Dołączysz?

A pociąg z Rabki do Krynicy już chyba nie jeździ. Najwyżej do Sącza i to rzadko.

22:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (110) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Poniedziałek: obóz.

Wtorek: obóz.

Środa: obóz.

Młodsi: Gombrowicz

14

Więcej za tydzień, kiedy będzie czas na pisanie. Dziś jest czas, żeby go przeżywać. 4. edycja Obozu Biegowego w Rabce-Zdroju.

22:50, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
poniedziałek, 28 lipca 2014

Ostatni tydzień przed najdłuższą w życiu przerwą odpoczynkową. Spinka w Newsweeku, ostatni tekst przed urlopem (tacierzyńskim) powinien się przecież odbić echem. Spinka przed obozem w Rabce, a raczej dopinanie ostatnich szczegółów, bo w sobotę zaczynamy. Spinka była na tyle intensywna, że w poprzednim tygodniu zredukowałem liczbę treningów z pięciu do trzech i pół. Zrobiłem najważniejszy - godzinę z końcówką w tempie maratońskim, ale 8 km w tempie na maraton to ja naprawdę nie potrafię przebiec. Więc u siebie nazywam to umownie tempem startowym.

Start sezonu mam w Krynicy, na Festiwalu Biegowym - na setkę. Jest nowy powód, żeby o tym powiedzieć. Władze Festiwalu (coś wyczuwam w tym też przyjazną dłoń Beztlena) zaproponowały nam coś fantastycznego i niniejszym ogłaszam, że podczas tegorocznego festiwalu odbędą się I Mistrzostwa Kancelarii Sportowej Staszewscy w Krynicy. Będzie to specjalna klasyfikacja dodatkowa podczas Życiowej Dziesiątki - biegu na 10 km z Krynicy do Muszyny (czyli z góry na dół, więc dziesiątka jest naprawdę życiówkowa).

Tak wygląda Beskid Sądecki, zdjęcie z ubiegłorocznego Festiwalu Biegowego, z trasy setki (Kancelaria biegła na 36 km)

Jak wziąć udział w Mistrzostwach?
1. Zapisać się jak najszybciej na Życiową Dziesiątkę na stronie Festiwalu: http://www.festiwalbiegowy.pl/rejestracja/?_lang=pl
2. Poinformować Kancelarię (mailowo na adres: bieganie@KancelariaSportowa.pl), że chce się uczestniczyć w klasyfikacji Mistrzostw. W zgłoszeniu proszę przysłać imię, nazwisko, miasto i rok urodzenia (takie jak przy rejestracji na stronie Festiwalu).
3. Uwaga! Organizatorzy wyznaczyli nam srogi termin – prosimy o zgłoszenia do środy 8 sierpnia.
4. Propozycja jest adresowana do naszych obecnych lub przeszłych podopiecznych związanych z nami mniej lub bardziej formalnie. Inaczej mówiąc – kto skorzystał choćby z jednej porady Kancelarii Sportowej Staszewscy, ma prawo uczestniczenia w Mistrzostwach.
5. Przy zgłoszeniu na stronie Festiwalu można podać dowolną nazwę klubu. Będzie nam oczywiście bardzo miło, jeśli ktoś zarejestruje się jako Kancelaria Sportowa Staszewscy. Nie możemy jednak obiecać za to żadnej bonifikaty na mecie ;-)
6. Zwycięzcy wśród kobiet i mężczyzn otrzymają puchary. Uroczystość wręczenia odbędzie się podczas dekoracji wszystkich biegów Festiwalu na scenie w Krynicy.

A tak Kancelaria (z prawej) finiszowała w Krynicy na Życiowej Dziesiątce dwa lata temu łamiąc 36 minut i serce Jacka G.

W domu lekki nerw, bo Moja Sportowa Żona wróciła z obozu tenisowego z kontuzją. To jednak jest mocno jednostronny, skrętny sport. I wróciła z przeciążeniem mięśnia biodrowo-lędźwiowego. Ponieważ nie jest to tak spektakularne, jak otwarte złamanie z przemieszczeniem, to przez kilka dni usiłowała to wypierać i załatwiła sobie nogę jeszcze bardziej. Trafiła do osteopaty (to taki fizjoterapeuta, ale myślący o człowieku jako o całości) i już jest lepiej. Więc w Rabce MSŻ będzie już czynna.

Na razie ma przerwę w aktywnościach sportowych, dopiero dziś dostała zgodę na wyjście na rower. A człowiek aktywny, jak go zamknąć w czterech ścianach i powolnych spacerach, nie czuje się dobrze. Jakby nie mógł złapać oddechu.

A skąd ten tytuł o oddychaniu ustami? Jedna ze znajomych Kancelarii, która właśnie zaczyna bieganie wg internetowego planu, poprosiła o poradę, co zrobić, żeby się dało biegać jak człowiek. Bo na razie wraca z treningu zziajana jak pies. Naradzaliśmy się, zmienialiśmy obciążenia. I od słowa do słowa doszło do tego, że zadałem pytanie:

- Czy Ty oddychasz ustami?

Odpowiedź była zaskakująca:

- Funkcjonuję z zamkniętymi ustami - spoko.

Tknięty intuicją szybko napisałem esemesa do jednej z podopiecznych, której rozwój przebiega wolniej niż byśmy chcieli. To samo - oddycha nosem, chociaż przyznaje, że czasem weźmie haust powietrza ustami, ale rzadko.

Po co to piszę? Nie po to, żeby sobie robić jaja z ludzi. Mnie też dziadek uczył, żeby na bieganiu oddychać nosem, opowiadał mi nawet plastyczną historyjkę o przedwojennym mistrzu w sprincie, który biegał z chusteczką w ręką i zatykał sobie nią usta, kiedy tylko dopadła go przemożna chęć wzięcia oddechu ustami. Nie wiem, czy historyjka jest zmyślona, czy przeinaczona, ale przekaz, że trzeba oddychać nosem jasno zapamiętałem.

Potem kiedyś sam zauważyłem, że się nie da. Dziewczyny nie zauważyły.

Więc wszystkim, którzy tak mają (obstawiam, że to 1 na 50 biegaczy, czyli ponad tysiąc osób w Polsce) chciałbym wyraźnie napisać: podczas biegania oddycha się ustami. Najlepszy jest spokojny, głęboki oddech niezależny od rytmu biegu. Trzeba dostarczyć organizmowi jak najwięcej tlenu, bo służy on do spalania zasobów energetycznych podczas biegów długich. Bez tego bieg jest jak ognisko rozpalone na mokrym drewnie.

Oddychaj ustami! Tak jak Ci faceci na zdjęciu z Krynicy.

21:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 21 lipca 2014

Najlepsze wakacje nad morzem w życiu. Już zawsze chciałbym jeździć na obozy sportowe.

Pamiętacie PRL (młodsi: google)? Sport dotowany przez państwo, obozy sportowe dla dzieci i młodzieży chyba za darmo, ale żeby komuś z dorosłych przyszło do głowy jechać gdzieś i uprawiać sport. Nie powiem, że nigdy w życiu, bo były jakieś turnusy narciarskie, spływy kajakowe - ale obóz w dzisiejszym sensie w PRL-u nie występował. Sport dla mas - a nie tylko dla elit wiekowych lub wyczynowych - to niewątpliwie zdobycz polskiego kapitalizmu.

Nasz obóz tenisowy w Łebie został mi głęboko w mięśniu sercowym. Sześć dni odbijania rano i wieczorem żółtych piłeczek z ludźmi, których najpierw nie znasz, potem zaczynasz rozpoznawać ich imiona (nawet jeśli w ferworze debla w przedostatnim dniu zdarza Ci się pomylić Magdę z Karoliną), lubić się z nimi i zżywasz się jakoś szczególnie. Nic tak nie łączy jak oddychanie wspólnym potem.

Myślicie, że tenis to gra, w której dwie lub cztery osoby odbijają piłeczkę przez siatkę, a Niemcy liczą punkty? Nie do końca. Trenerzy z Tie Breaka zaskakiwali nas zabawami, których szczegółami nie chcę was zamęczać. Coś w stylu: atakujemy z Moją Sportową Żoną wolejem przy siatce i jak tracimy punkt, to wracamy pędem do obrony, a Magda z Karoliną biegną na woleja i dostają od trenera krótką piłkę do ataku. A po dwóch udanych wolejach pod rząd atakująca para dostaje piłkę na smecz i dopiero po jego wygraniu otrzymuje punkt.

Stara zasada z Tytusa de Zoo - bawiąc uczyć - świetnie sprawdza się na obozach sportowych. Mieliśmy też zabawy wymuszające pracę na nogach, grę defensywną albo ofensywną. To sto razy ciekawsze niż np. odbijanie wolejem z forehandu i bekhendu piłek narzucanych przez trenera. Więc uważajcie nasi obozowicze z Rabki - w zeszłym roku już kros aktywny był w formie specyficznego meczu piłki nożnej, a w tym roku trening siły dynamicznej z piłkami lekarskimi zamieniamy w małą rywalizację. Obgadaliśmy to dokładnie z MSŻ na plaży.

Bo plaża między treningami jako lekka regeneracja, może być. Mam nadzieję, że już na żadnym moim wyjeździe nad morze plażing nie będzie treścią urlopingu.

Na zdjęciach wyglądało to mniej więcej tak (fot. z kortu Błażej Kędzierzawy lub instruktor Filip, fot. z plaży Ajfon, a dwa zdjęcia są tak ustawione, że jak się odpowiednio przejedzie myszką, to się coś zmienia):

1

2

3

4a

5

6a

7

Na koniec Miś Świata nad morzem. Miś Świata podczas treningów tenisowych rodziców trenował spacering z panią Olą albo utalentowaną do dzieci Patrycją z pensjonatu Nord. Da się?

Bieganie było zwykle rano, chyba że mała siła biegowa po suchym piasku na plaży. Był też najtrudniejszy trening tygodnia - godzina z wydłużającą się końcówką w życzeniowym tempie maratońskim. W tym tygodniu końcówka miała 6 km, a tempo było mocno życzeniowe, mam nadzieję, że przez upał i przez ogólne obciążenie sportem.

16:00, wojciech.staszewski
Link Komentarze (41) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 110
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam