|
czwartek, 26 stycznia 2012
Buty to podstawa. Po rzetelnych miesięcznych testach w różnych warunkach jednoosobowa komisja w mojej osobie ogłasza werdykt: Gore-Tex tak! Przypomnę genezę, żeby było transparentnie, jak u Pitery za piecem. Przed zimą poprosiłem adidasa, z którym nam po drodze, czy nie dałby mi butów z gorteksu, bo byłem ciekaw, jak się takie buty sprawdzają w śniegach. Paczka przyszła niemal w wigilię Wigilii i zaczęło się wielkie testowanie. Pierwszy raz wróciłem wtedy z długiego wybiegania na Luboń w suchych skarpetkach, ale dzień później w zwykłych adidasach z podbiegów na Krzywoniu też wróciłem suchą nogą. Więc jasności nie było, śniegu zresztą też trochę było mało. Teraz cała Rabka jest pokryta białą pierzynką, a góry grubym białym kożuchem. Biegałem od początku ferii w goreteksach nie tylko z powodu suchości, ale drapieżnej podeszwy. Przedwczoraj półtoragodzinne bieganie z Maciejowej po nartach skończyłem w skarpetkach prawie suchych, tylko palce były lekko wilgotne. Wczoraj były podbiegi. A plan był taki, że Moja Sportowa Żona rano pojechała instruktorować na stoku. Wygląda to mniej więcej tak:
Ale momentami to orka na ugorze:
MSŻ narzeka, że od trzymania dzieci na wyciągu ma ponadrywane przyczepy mięśnia piersiowego. Taką kontuzją trzeba się koniecznie zająć. I ja do niej biegnę na tę Maciejową, podbiegi robię w drodze, 6 razy 2 minuty w kopnym śniegu, brrr, Agrykola będzie po tym łatwa. Trening w tym samym terenie, w tych samych warunkach atmsferycznych, długości prawie takiej samej co dzień wcześniej - więc biorę zwykłe adidasy zobaczyć, co będzie. O dziwo przyczepność nie jest zła. Na twardym śniegu agresywny bieżnik przenosi do wyższej ligi, w kopnym różnicy nie ma. Ale kiedy dobiegam do samochodu, gdzie mam rzeczy narciarskie, żeby zjechać parę razy z MSŻ po pracy - to zdejmuję z siebie skarpetki tak mokre, że przez wyżymaczkę można je przepuścić. Goreteks rządzi!
Zdjęcia zrobiliśmy dziś rano na Maciejowej. Podjechaliśmy wcześniej, żeby zrobić razem kilka zjazdów, ale duży wyciąg się zepsuł. Więc MSŻ poszła uczyć dzieci na małym, a ja ruszyłem na trzygodzinną wycieczkę biegową na Stare Wierchy.
Zaczyna się 18 minutami podbiegu, po którym ma się dosyć. Ale potem się da człapać, tempo rzędu 14 minut na kilometr. I ładnie jest. Może ktoś mi powie w końcu czy to świerk, czy jodła, czy co?
Tuż przed Starymi Wierchami spotkałem jeszcze takie zjawisko, które Eskimosi na pewno jakoś nazywają:
Za schroniskiem pobiegłem jeszcze 5 minut w stronę Klikuszowej, a po półtorej godzinie zawróciłem do Rabki. I spotkałem takie zjawisko:
Chłopak, którego z zimna nie zapytałem nawet o imię trenuje psy przed zawodami, które mają za tydzień w Bieszczadach. Przyjechał tu z Warszawy na ferie, żeby psy mogły trenować w śniegu. Szedł od strony Poręby, szlak nie był przetarty, więc przez większą część trasy szedł przed nimi, żeby torować im drogę. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek psy wzbudziły we mnie tyle pozytywnych emocji. Więc jeszcze jedna fota:
Do Rabki dotarłem ostatecznie ze średnim tempem 10:51 na kilometr, trzy godziny, niecałe 17 km. Zrobiłem na koniec trzy półminutowe przebieżki w tempie 4:05-4:20. Szybsze tempa dla mnie teraz nie istnieją. A skarpetki suszą się właśnie na kaloryferze. Goreteks rządzi do godziny biegu. Trzech godzin w śniegu po kostki/kolana nie wytrzyma żaden but. Chyba że by biegać w gumiakach.
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Biegnę przez tę białą łąkę, może już nie biegnę tylko idę, może już nie idę, tylko brnę, może już nie brnę, tylko staram się dotrwać do ciepłej zupy, góralskiej chatki na stoku Tatarowej, herbaty, prysznica. Biegnę i przypomina mi się scena z Woody'ego Allena. Piątek to dzień bardzo długich wybiegań. Rano na narty, bo wreszcie przyszła zima, Maciejowa działa, śnieg trochę zmrożony, ale jeździmy. Moja Sportowa Żona uczy mnie krawędziowania i cały czas koryguje, koryguje, aż momentami mam dosyć tych nart. Ale kiedy Agata, też instruktorka, zauważa nagle, że znacznie poprawiłem technikę, mam satysfakcję.
MSŻ na Maciejowej, na dole ulica Poniatowskiego, w tle Luboń...
... obok matka, a dalej córka. W barku na stoku zjadam talarki ziemniaczane, popijam herbatą i już jestem gotowy na wycieczkę biegową. 16 minut masakrycznego z powodu pionu i śniegu wbiegu na Maciejową, a potem już spokojnie szlakiem do schroniska i dalej na Stare Wierchy i jeszcze dalej na Obidowiec, bo gdybym zawrócił od razu przy Starych Wierchach, byłoby poniżej zaplanowanych trzech godzin. Tempo żadne, przyjemność duża, widoczność maksymalna, Tatry jak na wyciągnięcie ręki. Zmęczenie też spore, żeby się nie odwodnić znów podjadam śnieg - w górnych partiach taki przeczysty, taka pianka do picia, że samo się prosi. Mijają kwadranse, kończy się opowiadanie Głowackiego o Paryżu i zaczyna kolejne o PRL-u, a kiedy zbiegam przychodzą chmury, mgły, zaczyna padać, mijam schronisko i wyciąg na Maciejowej, stąd już prosta droga do Rabki, ale nie we mgle, nie po białych polach zwłaszcza, kiedy przetarty ślad zanika i znów trzeba biegać po tabula rasa. Zbiegam w dół, widać domki, czy to Traczykówka pytam autochtonkę z fioletowym nosem i dwoma siatkami ze Steskala w rękach, nie panie, gdzie tam, mijam domki i już wiem, jestem na Poniatowskiego, trzy godziny mijają, a ja zamiast dobiec do domu wybiegłem w sąsiednim przysiółku. Tak jakbyś Bieg po Prawdziwej Warszawie chciał skończyć na Mokotowie, a znalazł się na dalekiej Woli. Zamiast na Ratajach, wylądował na Woli Justowskiej. We Wrzeszczu zamiast w Chyloni. Mogę biec spokojnie przez Rabkę, ulicami albo wrócić pod górę Gorczańską i przebić się do Leśnej, a stamtąd przez pole Zającowej prosto do domu. Zgadnijcie co wybieram? I kiedy przebijam się z Gorczańskiej okazuje się, że tam jest jeszcze jeden głęboki parów z potokiem, o którym nie wiedziałem, więc najpierw na dół, kiedy nie wiem, czy zbiegam, czy zsuwam się po śniegu, a potem do góry biegiem na czterech łapach, bo na dwie jest za stromo. A potem odcinek specjalny 150 m po nieprzetartej łące, do kolan zasypanej śniegiem. To właśnie tu już nie daję rady biec, bo trzy godziny w nogach, bo zero glikogenu w mięśniach, bo chłód mnie otacza, a nie przenika tylko dlatego, że ciągle jestem w ruchu. Przechodzę w marsz i myślę, dlaczego lubię się tam zmasakrować. Takie pytanie zadała mi kiedyś terapeutka, kiedy leczyłem się ze złej miłości: "Panie Wojtku, dlaczego pan lubi właśnie taki sport?". Ponieważ podobnie pytała mnie wtedy zła miłość, odrzuciłem pytanie, ale teraz, na tej białej polanie, z chęcią do niego wracam. Co powoduje, że lubię właśnie w ten sposób się niszczyć, złuszczać zrogowaciały naskórek, robić pilling duszy? Dlaczego właśnie tak - długo, powoli i skutecznie zrobić z siebie ścierę. Dlaczego nie inaczej. Weźmy taką MSŻ. Też lubi się schetać, to w niej pokochałem pierwsze obok tych sarnich oczu, ale inaczej. Krótko i mocno. Zrobić takie brzuchy, żeby bolało. Tyle kroków na stepie w drugim-trzecim zakresie, żeby nie widzieć na oczy. Albo płynąć na desce surfingowej i walczyć, żeby nie dać się wywrócić podmuchom wiatru. Na nartach tak samo. To nie jest przypadek. Myślę, że chodzi o serce. Nie serce do biegania tylko o serce do nadciśnienia. U mnie to genetycznie przesądzone, stwierdzone w punktach krwiodawstwa, gdzie parę razy mnie odsyłali z powodu przekroczonych norm - więc mój organizm wybrał dla mnie aktywność, która ciśnienie obniża. Spokojne, długotrwałe wysiłki aerobowe. MSŻ odwrotnie, ją w punktach odsyłali z powodu zbyt niskiego ciśnienia, a poniżej 500 m npm jest ciągle senna. Jej organizm zażądał wysiłków, które wywołają zbawienne skoki ciśnienia - albo od intensywnych wysiłków anaerobowych, albo od nagłej adrenaliny. Chyba serce determinuje w dużym stopniu nasze wybory. Powinniśmy go słuchać. A u Woody'ego Allena nie pamiętam w którym filmie jest taka scena: teleturniej, światła, lampki, blichtr i sztrasburger w jednym. Program nosi tytuł "Zgadnij moją perwersję", sadzają rabina, a uczestnicy mają odgadnąć jego sekret. Przypomina mi się to na białej łące i wyobrażam sobie program "Jak lubisz się niszczyć?". I z tą wizją w 10 minut docieram do domu, czas na stoperze 3:25, dystans przebyty niewiele więcej niż jedna trzecia maratonu. Robię sobie teraz w Rabce obóz, postanowiłem tak wykorzystać ten pobyt - biegam codziennie. W sobotę była siła biegowa na Krzywoniu - skipy A, wieloskoki i podbiegi, wszystko w śniegu, a potem jeszcze wspięcia i hopy zwane potocznie żabkami. W niedzielę z Anią z Rabki (obozowicze, pamiętacie naszą przewodniczkę?) zrobiliśmy półtorej godziny wolnego krosu. A dziś po nartach zrobiłem podbiegi na Maciejową i wróciłem ze szczytu spokojnym biegiem do domu, w sumie godzina. Pod koniec zmyliłem ścieżki na Tatarowej, udając że niechcący, i znów płynąłem przez białe łąki w śniegu po kolana, przez habezie, przez strumienie. Tak jak mi serce dyktuje.
czwartek, 19 stycznia 2012
W szóstym secie miałem meczbol. Nie wykorzystałem, seta przegrałem, a w ostatnim wygrał Dziki. W ping pongu Dziki jest jak Niemcy w piłce nożnej. Ale ja już przestałem być jak San Marino, zbliżam się do Belgii albo Czech. Parę wymian nam wyszło, wygrałem trzy sety, Dziki niestety cztery. A wieczorem we wtorek zrobiliśmy z bankowcami siłę inaczej. Biega mi ta myśl po głowie od spotkania z Henrykiem Szostem - jego nowy trener Leonid Shvetsov uczył go siły w wersji rosyjskiej - różne ćwiczenia pliometryczne. A nie tylko skipy i wieloskoki, jak u nas. Ja trzymam się przede wszystkim podbiegów, to najbezpieczniejsze z ćwiczeń siłowych. Do skipów mam uraz po urazie Sabiny z podwyższonym BMI półtora roku temu. Wieloskoków boję się jeszcze bardziej, bo obciążenia tu jeszcze większe. Ale chyba trzeba zwiększyć liczbę bodźców, bankowcy są już po roku treningów, a ja po piętnastu latach. Więc zarówno w poniedziałek z małą reprezentacją ubezpieczeniowców, jak i we wtorek z bankowcami zrobiliśmy taki trening siłowo-szybkościowy: najpierw odcinek skipów 30-60 m, a potem minuta-półtorej szybkiego biegu. Niestety na asfalcie, bo o miękką nawierzchnię na Agrykoli wieczorem trudno, więc do dziś czuję to w dolnych partiach mięśni grzbietu. Zrobiliśmy osiem powtórzeń i był to mocny trening. Pierwsze minutówki poprzedzaliśmy tylko 30 metrami skipu A, a potem dodawaliśmy kolejne 30 m - a na nich skip B, skip C, marsz dynamiczny. Wieloskoków na razie nie ruszyłem, jeszcze nie czas. Przed treningiem była porcja piłek lekarskich, a wcześniej rozgrzewka przez siatkówkę. Bieganie to nie tylko bieganie. Po dwóch takich pigułkach stwierdziłem, że w środę rano czas pobiegać. Zrobiłem godzinę w pierwszym zakresie, ale wziąłem pulsometr, żeby pilnować tętna w zakresie 145-150. Tempo trochę podskoczyło, zrobiłem ten trening w średnim tempie 5:40 na kilometr. A potem usiadłem do pisania o Henryku Szoście do papierowego Biegania. Z Szostem zaczęliśmy piętnastominutowe bieganie w tempie 4:47, kończyliśmy w 3:45. Po czym Szost stwierdził, że fajnie jest czasem potruchtać sobie tak noga za nogą. Teraz stukam z Rabki, przyjechaliśmy z Moją Sportową Żoną na narty, wziąłem w pracy ustawowy urlop. Jutro przyjedzie też Sabina, ale chyba biegać będę sam, bo coś mówiła, że po nartach nie będzie miała siły na bieganie. Ja wybieram się jutro po nartach na trzygodzinną wycieczkę biegową. Nie biegnę na Babią Górę, obiecuję. Na strychu zostawiłem w grudniu niechcący moją rakietkę do ping ponga i w styczniu grałem pożyczonymi. Namówię MSŻ na trening i poćwiczę trochę topspiny, żeby po feriach wygrać z Niemcami.
poniedziałek, 16 stycznia 2012
4:38 i pozamiatane. 4 minuty i 38 sekund na pierwszym kilometrze, bo się zagadałem przed startem z Alą, Zbyszkiem, Wojtkiem (ubezpieczeniowcy) i Tomikiem (podopieczny) w środku tysięcznego tłumu. To się w głowie nie mieści, tysięczny tłum na starcie Biegu Chomiczówki. Jestem już taki stary, że pamiętam, kiedy startowało tam najwyżej 150 maniaków. Kiedy tysięczny tłum dreptał wzdłuż bramy cmentarza mój Garmin pokazywał tempo z moich długich wybiegań - 6:22. Serio, w piątek robiłem trzygodzinne bieganie, przeleciałem Las Kabacki, zapędziłem się do Konstancina, odremontowali park, zrobili spacerową aleję fragmentami z kostką, ładnie. Akurat tam kończył mi się Drwal na mp3, Witkowski w najlepszej formie, luj, co go narrator zapoznał na przystanku w gorszej, bo pobity i sponiewierany po lujowsku, ale mu narrator nakupuje: i bluzę z kapturem, i piwska do woli, i kart do telefonu do syta. Ja w gorszej formie, bo to 6:22 na długim wybieganiu to na serio. Nie, żeby mnie tętno ograniczało, raczej musiałem walczyć, żeby za bardzo nie spadło. Ale mocy do biegu z tętnem 150 i w przyzwoitszym tempie nie mogłem w sobie znaleźć. Skręciliśmy w Conrada, stamtąd w lewo w osiedle tłum się na tyle rozrzedził, że dało się slalomować, ale czas pierwszego kilometra wyszedł 4:38. A powinien 4:00, bo moim celem było złamanie godziny. Nie życiówka, bo rekord to ja mam tu poniżej 58 minut w sezonie, w którym nie zrobiłem żadnego roztrenowania jesiennego. Od kilku lat robię, bo wierzę bardziej w sinusoidę niż płaski wykres jak u nieboszczyka. Doganiam bankowców Jarka, Przemka i Mirka, biegną na złamanie 1:10, zrobią to z okładem. Znów chwilę gadamy, potem gonię samego siebie, ale drugi kilometr w 4:07. Rozkręcam się powoli, łapię 2-3-sekundowe opóźnienia i dopiero szósty przebiegam w równe 4:00. Mijam tabuny ludzi, z piećsetnej gdzieś tak pozycji na starcie przebijam się do osiemdziesiątej którejś na mecie. Od dziewiątego próbuję walczyć, ale udaje się tylko 3:54. Kończę z 46 sekundami opóźnienia. 1:00:46. Nie ma dramatu, są nawet powody do zadowolenia, bo druga połówka była z pewnością szybsza. Przyjemnie było tak wyprzedzać, jak husarz. Ale jednak moja forma to dramat. Dramat, który przeżywam w podobnym wydaniu dwa razy do roku, ten dołek sinusoidy, po którym przyjdzie górka. Patrzę na to trochę jak widz, naprawdę nie wiem, jakim cudem w kwietniu będę w stanie biec 42 kilometry w szybszym tempie niż teraz zrobiłem 15. Staję przy trasie owinięty w dwie folie NRC - jedną dawali na mecie, a drugą wziąłem ze sobą i schowałem w słupku przydrożnym koło mety. A tam już stoi Jarek (maraton 3:33), zrobił 1:07, Przemka przeoczyłem, bo wbiegł tuż za Jarkiem, chociaż rok temu nawet nie myślał o bieganiu. Zaraz za Przemkiem Mirek, który podszedł do sprawy treningowo. Potem Zbyszek (1:14), tuż za nim Tomik oraz Chłopaś. Dalej Wojtek i Ala ok. 1:20. Ale na nich już nie czekam, zabieram się z Joasią (podopieczna, jeszcze z obozu w Rabce), która sama siebie zadziwia wynikiem 1:17. Nie spotykam Maćka, naszego trenera prowadzącego grupę mediową. Przed biegiem podpisaliśmy jedną formalność i Maciek zapowiedział, że będzie łamał 55 minut.
Maciek w zielonej, warszawiackiej koszulce (fot. Dorota Świderska, maratonczyk.pl). Złamie 54 minuty! Te liczby to nasze wizytówki. Każdy człowiek ma Pesel, numer telefonu i dowodu osobistego. Prowadzący działalność gospodarczą mają jeszcze NIP i Regon. A biegacze mają jeszcze życiówki i bieżące wyniki. Emocje i marzenia wyrażamy liczbami, jak u Pitagorasa.
czwartek, 12 stycznia 2012
Młodsi: google. Tylko starsi będą pamiętać to miękkie kółko, którym rzucaliśmy na lekcjach wuefu. Tekst o ringo oraz badmintonie i wrotkach - pod hasłem "sporty z tamtych lat" - skończyłem pisać we wtorek. Ringo, to jedyna gra wymyślona przez Polaka, która przyjęła się na świecie - tłumaczono nam w podstawówce, a my już wtedy dziecięcymi noskami wyczuwaliśmy w tym propagandę sukcesu. Chcesz cukierka, idź do Gierka, cukier wprawdzie na kartki, ale ringo dla każdego. Ostatnie mistrzostwa świata w ringo odbyły się z zeszłym roku w Mińsku, stolicy Białorusi. Polacy zgarnęli komplet medali. Przez moment zacząłem się zastanawiać, czy nie kupić takiego kółka w celu uatrakcyjnienia rozgrzewek z moimi grupami. Ostatnio z ubezpieczeniowcami, a przedostatnio z bankowcami graliśmy pięć minut w siatkówkę podskakiwaną. Czyli, że cały czas wykonuje się ćwiczenie plyometryczne podskok. Ale ringo wykracza poza moje granice wyobraźni odnośnie przydatności ruchowej. Nieoczekiwanie przy tym tekście odezwał mi się sentyment do sportowej polityki państwa. Wunderteam nie wziął się z niczego, medaliści z Montrealu również. Dopiero teraz zauważyłem, że zimna wojna zabrała mi emocje olimpijskie w latach, kiedy najbardziej by mnie one rozpaliły. Olimpiada w Moskwie, kiedy miałem 13 lat, była okaleczona. Olimpiada w Los Angeles, 17, w ogóle mnie nie dotyczyła. Teraz polityka państwa to orliki. Na szczęście jak się okazuje nie tylko dla toczących wieczną wojnę kibiców klubów piłkarskich. W lutym będę pisał tekst z wyjściową tezą "młodzież jest coraz mniej sprawna, mniej się rusza, tylko siedzi przed komputerem". Kto ma historie, twarde dane itp. na ten temat - za lub przeciw - i chce się z nimi podzielić, proszę o mail: Wojciech.Staszewski@agora.pl. Polityka państwa to też oddziały sportowe w szkole córki 3klasistki. We wtorek z maratończykiem Andrzejem spotkaliśmy się na zebraniu, obaj zapisaliśmy córki do klasy tenisowej. Trzeba dopłacać 80-120 pln miesięcznie, wydaje mi się, że warto. Jak córka 3klasistka dorośnie, będzie umawiać się z przyjaciółkami na tenisa, a nie na ping ponga, jak my z Dzikim. Znów mnie we wtorek ograł, ale tylko 4:2, we wszystkich setach była walka, był kontakt, wracam do gry. Biegania w tym tygodniu niewiele i bez historii. We wtorek z bankowcami pobiegliśmy nad Wisłę, każdy w swoim pierwszym zakresie. Uznałem sobie to za krótkie wybieganie. Zresztą było to moje pierwsze bieganie po przeziębieniu po Falenicy, więc wystarczy. Drugie zrobiłem wczoraj rano - miałem tylko 40 minut, więc z planu, że podjadę do lasu i zrobię mocne podbiegi w pięknych okolicznościach nic nie wyszło. Zrobiłem na osiedlu 6 serii skipów A po 60 kroków (nadwagowcom odradzam), potem 6 serii wieloskoków na początek po 10 (nadwagowcy mają zakaz), a później 6 podbiegów po jakieś 32-35 sekund, bo tylko tyle ma najbliższa górka. Dziś pochorobowa regeneracja ostateczna. Rano się zdziwiłem, że po raz pierwszy od tygodnia nic mnie nie łamie. To na wieczór mnie głowa rozbolała pewnie od generalnego niebiegania. W piątek rano zrobię długie wybieganie i skończę "Drwala" Witkowskiego na mp3. Rewelacyjna książka, Witkowski wrócił do formy z Lubiewa. A potem do pracy, piszę znów sportowy tekst, za dwa tygodnie będziemy przy nim płakać.
poniedziałek, 09 stycznia 2012
Widzę go, jest już tylko jeden zakręt przede mną! W krótkich spodenkach, to wiem od jego żony i wyprostowany jak zwykle, to widziałem na wielu biegach. Ostatni raz dzień wcześniej, w piątek, kiedy jak dwóch króli wybraliśmy się rano na długie wybieganie po Lesie Kabackim. Kamil przyjechał służbową czarną Skodą i po raz pierwszy w ciągu czterech lat naszej znajomości się nie spóźnił. Ja na miejsce dobiegłem, bo chciałem zrobić trzygodzinny trening w pierwszym zakresie (a Kamil nastawił się na półtorej godziny). Było długo i wolno. Nie wyobrażacie sobie, jak wolno. Ale na więcej nie pozwalał ani pulsometr, który utrzymywałem poniżej 150, ani aktualna wydolność. Średnie tempo z trzydziestokilometrowego długiego wybiegania to 6:13. Ponad dwie minuty wolniej niż mój ostatni maraton. Dlatego naprawdę nie szalejcie z tempem. Wiem, co biegam. W sobotę wybraliśmy się do Falenicy. W Lesie Kabackim opowiedziałem o tych zawodach Kamilowi, więc znów się tam spotkaliśmy. Kamil, jak jakiś dyrektor, znów był na czas i to z zapasem. No i dobrze, bo wchodzimy do szkoły, a tam scena jak z filmu Barei. Stolik, przy którym zapisują na bieg pobierając pięć zetów i wydając karteczkę z numerem plus agrafka sztuk jeden. Stoi kolejka. Idziemy, kolejka wije się, tu pęcznieje, tu wydłuża, jako wąż boa. Dochodzimy do zakrętu, kolejka zakręca i na górę po schodach. Kiedy doszliśmy ogonek kończył się na pierwszym półpiętrze, ale trzy minuty później już wszedł na piętro i oddalał się w niebyt nieskończoności. Znajomych trochę przyszło, przybiliśmy piątki i na starcie znaleźliśmy się znów koło siebie. Podchodzi Biuti, pyta co tak daleko stoimy. Ja, że przyszedłem tu na spokojny trening, Podopieczny Bartek, który wyrósł koło nas, że w takim razie trzyma się mnie, a Kamila chyba korciło jakieś źrebactwo, bo się przedarł przez barykadę ludzi, że on jednak bardziej z przodu wystartuje. Ruszamy. Na tym zdjęciu - autorem jest Dorota Świderska, ściągnąłem je z maratończyka - chyba już biegniemy, tyle że taki tłum, że biegowej pracy rąk nie widać. Wszyscy mają wzrok spuszczony, żeby na kogoś nie wbiec.
Ja to ten facet w kurteczce Nike i czapeczce Adidasa oraz buffie na szyi. Facet w czerni za mną, to Podopieczny Bartek. Na początku suniemy w korku jak w Alejach Niepodległości. Po kilometrze da się robić slalom, po dwóch przy trasie stoi żona Kamila z córką i mówią, że Kamil daleko. Jak daleko? Na trzecim kilometrze - bo krążymy po tych wydmach, raz je bierzemy z jednej strony, raz z drugiej - Kamil jest 48 sekund przede mną. I w tym momencie bieg nabiera konkretnej dramaturgii. Ja tu naprawdę przyszedłem na trening, na mocny kros po pagórkach, jakiego bym sam nie zrobił. Ale kiedy już tu jestem, to potrzebuję celu sportowego. Widzę z Garmina, że złamanie 45 minut jest poza zasięgiem (potem się okaże, że Garmin chyba tu oszukuje, a i trasa nie ma pełnych 10 km). O miejsce nie zawalczę, bo jestem słabym góralem w dodatku w fazie redefiniowania sportowego. Zawalczę z Kamilem. Maratonczyk.pl:
36 sekund. 24 sekundy. 12 sekund. - Wojtek cię goni - krzyczy żona Kamila do Kamila, a ja go już widzę. Prawie go mam, ale na podbiegu mi odchodzi. Na podbiegach lekko zwalniam, staram się nie tracić, ale nie wyprzedzam innych. Odżywam na płaskim, a frunę na zbiegach. I mam go, wyprzedzam bez litości koło jeziorka, skręt w lewo, potem podbieg i Kamil mnie wyprzedza bez przebaczenia. Tniemy się tak jeszcze chyba ze dwa razy, ja go na zbiegach, on mnie na podbiegu, ale kiedy na ostatnim podbiegu Kamil mnie nie dochodzi, wyluzowuję. Zbiegi są moje. Może on jest Kowalczyk, ale ja jestem Bjoergen. Biegnę po swój puchar, zgodnie z zasadą szeryfów ze starych westernów, na ostatnim zbiegu do mety się nie oglądam. A szkoda, bo gdybym się obejrzał, zobaczyłbym Kamila pędzącego jak przecinak. Przecina mnie jak kurczaka, do mety jeszcze z pięćdziesiąt metrów. Prawie pozamiatane. Tylko, że ja jestem teraz Johaug na ubiegłorocznych mistrzostwach świata. Nie wiem jakim cudem, ale załapuję się w tunel aerodynamiczny, przyspieszam, Kamil przyspiesza, ale ja bardziej. Dopadam go na ostatnich dwóch metrach. Wygląda to na remis ze wskazaniem na mnie, bez fotokomórki pewności nie ma. Czas 45 z jakimś hakiem, wyników jeszcze nie ma, a my obaj z wrażenia nie wyłączyliśmy stoperów. Pojechałem do Falenicy potrenować kros, a potrenowałem coś jeszcze: walkę. Warto przed głównymi startami powalczyć w sparingach. Falenica, Falenica/ To nas dziwi i zachwyca :-) Za dwa tygodnie będziemy znów w górach, ale 18 lutego jadę. Umówiliśmy się z Kamilem na rewanż. Może zrobimy podblogowe zawody lokalne? Teraz wygrał chyba Gepard.
czwartek, 05 stycznia 2012
Zostało mi parę rzeczy z zeszłego roku. A jedna nawet z roku 2006. Był gorący, letni dzień, uczucie też było gorące i świeże i wybraliśmy się z Moją Sportową wówczas jeszcze nie Żoną na Babią, z Krowiarek przez Markowe Szczawiny. Na szczycie samowyzwalacz zrobił nam fajną fotę:
Po drugie padło pytanie, co po Babiej zrobiliśmy z Sylwestrem. Obeszliśmy z grupą znajomych w namiocie gastronomicznym na Maciejowej :-)
Gra na bębnach z nieznanym rastafarianinem. Niebiegająca Iza, MSŻ i jej biegająca siostra Sabina. Sabina i MSŻ przeżywające. Po trzecie prezent od adidasa. Poprosiłem ich na początku grudnia o buty z goreteksu, bo nigdy takich nie miałem i chciałem na własnych nogach sprawdzić, jak to działa. Przyszły w paczce do Gazety parę dni przed Świętami. Pierwsze wrażenie zaskakujące, bo chodziłem w nich cały dzień po redakcji i czułem, jak mi się grzeją nogi. Obiegiwałem je w Rabce i znalazłem drugi plus. Traperska podeszwa rzeczywiście pomaga utrzymać się na śliskim śniegu albo błocku. Jak któregoś dnia dla kontrastu pobiegłem w zwykłych butach biegowych, również adidasach, to czułem się, jak tancerz rewii na lodzie. Trzeci plus jest największy, ale na razie z małym znakiem zapytania. Wróciłem z pierwszego górskiego wybiegania na Luboń i nie musiałem zaraz po biegu zmieniać skarpetek. Po Starych Wierchach tak samo. Już zacząłem układać w głowie pochwalny hymn, ale kiedy pobiegłem raz w tych drugich butach, też mi nie przemokły, bo zima tamtego roku w Rabce sucha była. A kiedy biegałem po Babiej (dla porządku statystycznego dodam: równe 20 km, czas 3:39:12 czyli tempo średnie razem z zabawą w dziecko we mgle - 10:58 na kilometr), więc kiedy biegałem po Babiej to jednak buty zareagowały, jakby je ktoś moczył w wodzie. No bo rzeczywiście moczył w wodzie tyle że zamarzniętej. Więc generalnie jestem na tak, ale z ostateczną oceną wstrzymam się do powtórnych prób śnieżnych w czasie ferii. A może w Warszawie spadnie śnieg i da się zrobić rzetelny test. Po czwarte wreszcie kajet Ocobiegatu. Wygląda na dowód na twierdzenie Fermata :-)
A po piąte moich 15 najlepszych roków. Ine Kafe: Ahoj!
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Stoję w mleku. Jest płasko i strasznie cicho. To znaczy huczy wiatr, nawala jak opętany, ale jakaś potworna cisza i pustka dookoła. Nie widać nic, nawet tego krzyża, przy którym byłem pół minuty temu, nawet tego kamienia, który był pięć metrów od niego. Myśleć, myśleć. Biorę komórkę, numeru do GOPR-u nie znam, dzwonię na 112. Do końca roku zostało jeszcze z dziewięć godzin. To będzie historia, w której będę się trochę popisywał ułańską fantazją i determinacją. Ale też przyznam się do głupoty, braku odpowiedzialności i tchórzostwa. Po prostu opowiem Wam, jak było. Rano w Sylwestra jedziemy całą rodziną na narty do Zawoi, bo zima przyszła dopiero kilka godzin temu i Maciejowa nie ruszyła, działa za to sztucznie naśnieżany Mosorny Groń. Jeździmy, a po nartach Moja Sportowa Żona z córką 3klasistką przesiadają się do samochodu Sabiny, zaś ja jadę pobiegać. Podjeżdżam na przełęcz Krowiarki, stamtąd jest prawie płaska ścieżka na Markowe Szczawiny. Momentami udaje mi się nawet biec po 6:00 na kilometr. Po 50 minutach jestem koło schroniska na Szczawinach, chcę lecieć dalej prosto do Przełęczy Jałowieckiej. Ale Babia mnie kusi. Babia Góra, 1725 m npm., najwyższy w Polsce punkt poza Tatrami. Ileż razy tu byłem - z ojcem, ze starszymi dziećmi, z MSŻ, z Dzikim. Ale nigdy jeszcze nie zdobyłem Babiej zimą. Nie da się biec prosto, szlak nieprzetarty, a właśnie napadało z metr śniegu. Wydeptana jest za to ścieżka na Przełęcz Brona. Podejmuję decyzję: spróbuję wbiec na Babią. Robi się trochę ciężej, bo północny stok jest naprawdę stromy, tempo spada do kilometra w 14 minut, to już nie trening, ale challenge.
Na Bronie jestem za 20 minut, skręcam granią w stronę Babiej. Mijam ludzi schodzących z góry. Ktoś doszedł do szczytu i wraca po śladach, bo na górze takie mleko, że nic nie widać. Ktoś nie doszedł, bo mgła za duża. Pytam, ale szukam tylko argumentów, żeby biec wyżej i wyżej, aż do nieba bram.
W kosodrzewinie robię sobie zdjęcie w trakcie biegu. Jestem na nim taki waleczny, jak rycerz i taki sam zakuty łeb. Pójdę w bój nie myśląc, co dalej.
Tempo spada do kilometra w 20 minut. Momentami wbiegam na czworakach, kiedy ścieżka robi się jednocześnie stroma i oblodzona. Kończy się kosodrzewina, pamiętam to z letnich wypraw - na górze już tylko trawa wystająca spomiędzy kamieni. Kończy się widoczność, mgła sterylnie wycina kolejne elementy rzeczywistości, jak w starym opowiadaniu Stanisława Lema, o maszynie, która mogła zrobić lub usunąć ze świata wszystko. Z góry schodzą dwaj plecakowcy, wyłaniają mi się w ostatniej chwili z mgły. 10 minut do szczytu mówią. Zaczynam negocjować ze sobą: jeszcze do tej tyczki przede mną i zobaczę, czy widać następną. Widać, może nie tyczkę, ale ciemny punkt, podbiegam, to słupek graniczny, więc teraz do następnej tyczki. Oszukuję sam siebie, że jak będę biegł bardziej siłowo, to zostawię ślady na śniegu i będę mógł wrócić po tych tropach. Jak przyjdzie co do czego, to na śniegu nie będzie żadnej wydeptanej ścieżki, otwartej książki tropicieli i myśliwych, tylko czysta chińszczyzna. Wiatr wzmaga się gwałtownie, to taki wiatr od szczytu, czyli rzeczywiście jestem o krok. Jeszcze jeden podbieg i nagle znajduję się w jednym z najdziwniejszych miejsc, w których byłem w życiu. Jest płasko, jest biało, jest wiatr i pustka. Jest mleko, że nie widać na więcej niż pięć metrów. Na środku stoi metalowy krzyż. Zrobię pięć kroków i zobaczę, co dalej. Przede mną majaczy kamień, na granicy widoczności czyli jakieś pięć metrów. Dobiegam. I wtedy przede mną nie ma już nic. Biało, kompletnie odrealniona biel. Jak w matriksie, z którego usunięto całą rzeczywistą rzeczywistość. Może jestem na szczycie. Wprawdzie pamiętam, że tam był kamienny kopczyk, drogowskaz ze szklakami, ale może w tej mgle tego nie widzę. Sprawdzę sobie w Garminie, czy dotarłem do szczytu. A może nie dotarłem, ale dalej nie ma już żadnych ścieżek dróg. Dalej jest nic. Podejmuję decyzję: odwrót. Robię dziesięć kroków wstecz, w stronę krzyża. Krzyża nie ma. Odwracam się, dziesięć kroków w przód, w stronę kamienia. Kamień jest. I jeszcze raz: dziesięć w stronę krzyża. Nie ma. Dziesięć w stronę kamienia. A kamienia też już nie ma. Kolejne dziesięć w stronę kamienia. I kamienia, nadal nie ma, za to jest krzyż. Czyli już kompletnie nie wiem, gdzie przód, gdzie tył. Nie wiem nic. Wiem tylko, że północne zbocze jest potwornie strome, ze skałami, przepaściami, że to nie Kicarz koło Piwnicznej, z którego schodziliśmy z ojcem na dziko. Wiem, a raczej dociera do mnie, że mogę tu umrzeć. Że to się dzieje naprawdę. Przypominają mi się różne adrenalinowe wyzwania: park linowy, maratony biegane na życiówkę, gry komputerowe. Ale zawsze tu jest wyjście awaryjne. W parku linowym, gdzie dramatycznie walczyłem z lękiem wysokości była przecież uprząż. Na maratonie mogłem zawsze zejść z trasy. Grę komputerową można wyłączyć. Tutaj, to najwyżej Bóg, jeśli jest, może mnie wyłączyć. Myśleć, myśleć. Biorę za telefon, dzwonię na 112. Zrywa połączenie. Odchodzę parę metrów w mleko, dzwonię. Prosim, slovenska slużba czy jakoś tak. Mówię, że jestem turystą i zgubiłem się pod Babią Górą. Nie rozumieją. Koło Babiej Hory. Chyba rozumieją, ale połączenie znów się zrywa. Czy zadzwoniłem za wcześnie? Nie wiem, osądźcie sami. Nie byłem w panice, ale starałem się postąpić racjonalnie. Pomyślałem, że lepiej zadzwonić za wcześnie niż za późno. Kiedy później powiedziałem to zdanie polskiemu GOPR-owcowi, GOPR-owiec stwierdził, że świetnie zrobiłem. Bo po pierwsze w tych warunkach dawałby mi tylko pół godziny na przetrwanie, a po drugie lepiej jechać po człowieka niż po ciało. GOPR-owca odwołam telefonicznie przez 112, kiedy będę znów biegł bezpiecznie w stronę Krowiarek. Ale i tak będzie musiał do mnie podjechać na skuterze śnieżnym, żeby spisać moje dane do interwencji. Okazuje się, że też jest biegaczem, startuje w rajdach przygodowych. Ale wtedy nie wiem nawet, czy Słowacy zrozumieli, czy przekażą, czy GOPR zareaguje. Działać, działać. Idę w mleko, zbocze lekko się załamuje, pod stopami jest dość twardo. Wygląda na to, że tędy da się zejść na dół. Kilka minut schodzę wyszukując namiastki ścieżki. I wtedy zdarza się pierwszy cud. Alleluja. Piętnaście metrów ode mnie - bo już taka widoczność się zrobiła - wyrastają ludzie. Biegnę, zagaduję. Słowacy, jacyś geologowie albo meteorolodzy, ciągną za sobą worki z bryłkami lodu. Jestem ocalony. Chcę z nimi schodzić na dół, na Słowację, zepsuję MSŻ Sylwestra, bo zamiast malować oko będzie jechać po mnie do jakiegoś Mikulasza, ale trudno. Słowacy mówią, że pięć minut stąd jest szczyt, pokazują w mleko. Ale ja nie chcę wracać do piekła, ja chcę przeżyć. Obojętne mi, gdzie pójdę, bylebym był na jakimkolwiek szlaku i coś widział. Naradzają się po Słowacku i część grupy zostaje, a trójka każe mi iść ze sobą. I za pięć minut jesteśmy na szczycie. Mam go, nie sam, z pomocą Słowaków i jeszcze GOPR-em na głowie. Ale jednak tu jestem. Na Babiej Górze. Widać tyle, co na zdjęciu. Tak mało, że zdjęcie ma trzy razy mniej pikseli niż inne fotki z tego biegu.
I znów cud. Koło kamiennego kopczyka stoi trójka plecakowców w panterkach. Nie wiem, jak dają radę dostrzegać szlak, ale dają. Zejdę z nimi do kosodrzewiny, po trzech-czterech minutach będziemy przy moim krzyżu i kamieniu, a potem podziękuję i pobiegnę w dół. Ściskam się ze Słowakami, kocham ich kraj, ich komunikatywny język, świetne kapele jak Ine Kafe i Horky Slize, nawet ich beznadziejne żarcie. Robię z każdym z nich misiaczka. Jeden z nich upiera się, żebym wziął jego stary polar, który przytroczył do plecaka na wszelki wypadek. Odmawiam trzy razy, za czwartym dziękuję i biorę. Nalewają mi jeszcze kubek gorącej herbaty z termosu. Nigdy slovensky czaj nie był tak pyszny. A potem proszę Polaków, żeby zrobili mi z nimi fotkę na blog.
Na tym zdjęciu mam siedemdziesiąt lat.
czwartek, 29 grudnia 2011
Gdzie trenuje najlepszy dziś polski maratończyk? Lekkoatleta października w Europie według ogólnoeuropejskiego PZLA? Po drodze krajowej Krynica-Nowy Sącz. W środę rano nie było biegania. Poprzedniego dnia zrobiłem podbiegi na Krzywoniu, ale pokombinowane - najpierw 60 m skipu, potem 60 s. podbiegu, sześć powtórzeń. A w środę spakowałem rzeczy biegowe do worka, wsiadłem w duże czarne auto i ruszyłem do Muszyny. Dojechałem po 11., musiałem poczekać z pół godziny aż Henryk Szost skończy trening, zaszedłem więc do burmistrza, w wydziale sportu dowiedziałem się, że owszem maratończyk taki jest znany urzędowi, ale nigdy się o nic nie zwracał, toteż go nie wspomagają. Potem jeszcze Heniu, kiedy już przeszliśmy na Heniu, opowiadał, jak to stukał do bram Muszynianki, ale Muszynianka ma drużynę kobiecej siatkówki, więc nie będzie sobie zawracać głowy jakimś tam biegaczem. Od burmistrza miał kiedyś dostać buty, za jakiś mistrzowski tytuł w biegach górskich. Przyszedł więc z rachunkiem do urzędu, ale urząd stwierdził, że jednak nie ma pieniędzy.
Ojciec Heńka, z zawodu hydraulik, z pasji gołębiarz zrobił nam po rozmowie taką fotkę. Ale ponieważ przegadaliśmy cały dzień aż do zimowego zmierzchu, to bez lampy się nie dało. Więc z tyłu jest ciemność zamiast pagórków leśnych i łąk, które widać od Henia z podwórka. A po wszystkim podjechaliśmy na drogę po której Heniu trenuje, bo jest w miarę płaska. Normalna droga krajowa, samochody suną może nie jak na Marszałowskiej, ale co najmniej jak po Alei Zjednoczenia na Starych Bielanach. Heniu nie biega na zakwaszenie. Nie biega na tętno, bo nie używa pulsometru. Nie wie nawet za bardzo jakie ma tętno maksymalne. Trener przekazuje mu w jakim tempie ma mniej więcej zrobić trening i Heniu robi, ale też z odchyłką na samopoczucie dnia. Tzw. tempa - odcinki po 4, 6 lub 8 km między 2:50 a 3:05 na kilometr. Heniu jest jak samorodny talent z kenijskiego buszu, jak prawdziwek z sądeckich borów. Zrobił z minutowym zapasem wyśrubowane minimum na olimpiadę, tylko 16 sekund zabrakło mu do rekordu Polski. Piszę o tym, bo Heniu jest jak nieodkryty rzadki okaz. Tak niezepsuty, jak czyste górskie powietrze. I w głowie mi się nie mieści, że musi brać kredyt w banku, żeby się przygotowywać do olimpiady. W czasie, gdy bieganie zrobiło się taką modą, staje się takim biznesem, że nawet taka Kancelaria może sobie kupić fajne czarne auto. Jak to możliwe, że taki facet, jak Heniu, nie jest w stanie znaleźć sponsora, który zapewniłby mu olimpijskie przygotowanie do igrzysk. Facet, który ma zadatki na ikonę biegania w Polsce, o którym można już dziś powiedzieć, może z małą przesadą "jedyny biały, który jest w stanie powalczyć z Kenijczykami". Nie powiem Wam, w co Heniu mierzy na Igrzyskach w Londynie. Napiszę o tym w miesięczniku Bieganie za jakiś czas. Ale jeśli potencjalnemu sponsorowi zapaliła się w głowie lampka, to proszę o kontakt, np. na mail bieganie@KancelariaSportowa.pl. Jeśli jakaś firma ma tak długodystansowe myślenie, żeby wejść w rozsądny deal z Heniem, to nie wahaj się, Prezesie. Nie dla własnej przyjemności dawania, nie dla Henia z Muszyny, ale dla biegania przez zwykłe, małe b. Miałem w tym odcinku napisać o prezencie gwiazdkowym od adidasa, który podlega właśnie intensywnemu testowaniu. Ale z powodu Henia o adidasie będzie już w Nowym Roku. W którym życzę Wam, żebyście jak najczęściej pokonywali Kenijczyków. Bo każdy ma jakiegoś Kenijczyka, choćby w sobie.
poniedziałek, 26 grudnia 2011
I znowu dzień jak marzenie, jak dzieci z Bullerbyn. Wstaliśmy dziś rano, zjedliśmy śniadanie całą góralską rodziną. Wszyscy w strojach narciarskich, bo w białych koszulach ostatni raz chodziliśmy w Wigilię. 10.00 wyjazd na narty, do najbliższego czynnego stoku jakieś 50 km, Kluszkowce. Ostatni raz byłem tam w środku lata, zbiegając z Lubania i słuchając końcówki Kroniki ptaka nakręcacza Harukiego Murakamiego. Dziś w środku zimy z nieba lał deszcz. Ale stok naśnieżony solidnie, Kluszkowce rozrastają się do stacji narciarskiej, działają już dwa wyciągi, a kiedy jakimś cudem spadnie śnieg, będzie można zjechać z góry jakoś czterema-pięcioma trasami. Bieganie jest pod tym względem łatwiejsze operacyjnie, bo na każdą górę można wbiec i zbiec stoma drogami. Pierwsze dwa zjazdy - dramat, ślizgałem się niezdarnie, jak w pierwszych dwóch sezonach. Moja Sportowa Żona próbowała mi przypomnieć, co to znaczy krawędziowanie, bo pod koniec poprzedniego sezonu już zacząłem załapywać. Po kolejnych trzech zjazdach się podłamałem, że nie załapuję. Że w ogóle jestem strasznym sportowym średniakiem. W piłkę gram średnio (nadrabiam kondycją), w siatkówkę też, nawet w tenisa stołowego, którego ostatnio trenuję, mieszczę się w dolnej strefie stanów średnich. Pływam beznadziejnie, biegam nieźle, więc wychodzi idealne przeciętniactwo. Wypiliśmy herbatę, MSŻ powtórzyła po pięć razy, żeby balansować ciałem góra-dół, dociskać krawędzie do stoku, a golenie do języków butów, robić łuk tak łagodny, jak Kasia Cichopek (to nie moje, tylko Kuby Wojewódzkiego, ale śmieszne). I na stoku zadziałało. Mam jeszcze pracować nad ustawieniem rąk i niepotrzebnym przygarbieniem, ale czuję, że jadę. Piszę o tych nartach tyle, ale dużo myślałem na stoku o bieganiu. O Joasi i Ani, które biegają z rękoma usztywnionymi dziwną formą, o Zbyszku i Jarku, którzy z podświadomym uporem pochylają się do przodu. Trudno pracować nad swoją techniką ruchu, ale da się, a jak się udaje, to satysfakcja jest spora. Może w bieganiu tak jak w skokach narciarskich powinny być przyznawane noty za styl? Bieganie było zaraz po nartach. W górnej Rdzawce wysiadłem i poleciałem na Stare Wierchy, stamtąd jest tylko 5,5 km i to łagodnego podbiegu. A stamtąd tylko 7 km do Rabki. Zajęło mi to półtorej godziny z haczykiem, tempo średnie 7:30. Wolno? W piątek na inaugurację sezonu biegowego zrobiłem wyprawę na Luboń i tam było jeszcze wolniej - 2 h w tempie 8:30. Ale tam mnie ścięło, biegłem od zakopianki na szczyt i z powrotem przy czym zbieg był o jakieś pięć minut dłuższy od podbiegu. Trzy kilometry przed końcem na serio rozważałem przejście w marsz, podjadałem śnieg z drzew. Nie należy robić dwóch godzin po górach w pierwszym tygodniu treningów po roztrenowaniu. Towarzyski raj, jakby po latach zjechały się do Bullerbyn wyrośnięte dzieciaki. Z Sabiną pobiegliśmy na Krzywoń, Sabina jeszcze nie dała rady podbiec bez podchodzenia, ale ta sama trasa, która rok temu zajęła nam półtorej godziny, teraz wyszła w godzinę z kawałkiem. W tygodniu mamy się wybrać na bieganie z Agatą, z Oliwią właśnie pograłem w ping ponga na strychu. A przy świątecznym stole MSŻ właśnie puściła wszystkim na laptopie nowy trend w fitnessie - TMT - i teraz wszyscy chcą sobie przegrać, żeby ćwiczyć w domu, z moją teściową włącznie. Teściowa ostatnio zarzuciła chodzenie na fitness, ale robi codziennie 220 brzuszków. Mgły i wilgocie, które trochę psują świąteczny nastrój w dolinach, znikają powyżej tysiąca metrów. Byłem tam dziś z Kalle Blumkwistem (nie wiem jak to się piszę, bo nie czytam, tylko słucham), biel śniegu, przejrzyste powietrze, jodły albo świerki, czworo spotkanych piechurów i trzy cietrzewie, o ile się nie mylę. Pytała niedawno Magda z Napieraj.pl na fejsbukowym profilu PolskaBiega.pl, skąd wziąć entuzjazm do treningów po roztrenowaniu. Z gór. Odrodziłem się na dzisiejszym treningu. Nowe narodzenie. Zacząłem sobie wyobrażać wiosenne i jesienne starty, cele do osiągnięcia. Znów zawieszę sobie poprzeczkę wysoko, znów pewnie zbyt wysoko, żeby do niej doskoczyć, ale właśnie ruszyłem na rozbieg. 2:44. |