Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Bieganie to wyzwanie. A może wyzwanie to poszukiwanie sensu życia w sytuacji, kiedy jedynym sensem życia wydają się dzieci. Czyli jest to przenoszenie sensu na przyszłe pokolenia, a raczej robi się sztafeta bezsensów, bo w końcu te dzieci też będą musiały szukać sensu życia i być może też znajdą go tylko w swoich dzieciach. Monty Python.

Nie mam depresji jak Justyna Kowalczyk albo Chłopaś, ale w ostatnim tygodniu szczęście i spełnienie czułem tylko raz – po moim wyzwaniu 2014. Wiadomo, że największym wyzwaniem będzie Bieg Siedmiu Dolin w Krynicy, ale to wydarzenie publiczne. A ja lubię w wakacje wyzwać się prywatnie. Kiedyś była wyprawa rowerowa z Warszawy do Rabki w dwa dni, rok temu Bieg Granią Gorców z Krościenka do Rabki, a w tym roku chciałem sięgnąć grani Tatr – zaplanowałem WWW – Własny Wbieg na Wołowiec.

Podjechaliśmy do Doliny Chochołowskiej sporą rodziną. Dziewczyny ruszyły z Małym Yodą na spacer po dolinie, a ja pobiegłem przez dolinę (45 min. do schroniska) w prawdziwe góry. To lubię - biegi po prawdziwych górach. Bieg po godzinie przeszedł w marsz i w 2:30 od startu byłem na Wołowcu, ponad dwa tysiące metrów nad poziomem morza. Czułem, że hemoglobina ściga się z endorfinami, co mi się bardziej namnoży w organizmie.

Na marginesie: czytałem ostatnio pewien blog, na którym podobne emocje opisuje się zdaniem w stylu: „To był wspaniały moment, cudowna chwila i wielkie szczęście”. Blog ma trzykrotnie większą klikalność. Nie budzi to mojej zazdrości, ale przydaje więcej pytań w poszukiwaniu sensu organizującego nasz świat.

Dogoniłem dziewczyny w restauracji w Chochołowie (wybraliśmy się w dwa samochody). Przy skręcie na Słowację jest jedna z lepszych góralskich knajp, a w dodatku ceny ma takie jak na Słowacji przed wprowadzeniem euro. Smacznie i tanio.

Teraz jesteśmy przy granicy czeskiej. Wszystko to zresztą zasługa jednej książki, „Panoramy gór polskich” czy jakoś tak. Tam zobaczyłem bajeczne zdjęcia z Wołowca, że postanowiłem się wyzwać WWW. Dzięki tej książce przypomniałem sobie urok Gór Stołowych i postanowiliśmy z Moją Sportową Żoną pokazać je córce 5klasistce – żeby kiedyś miała szanse szukać sobie wyzwań w górach. Dziś przeszliśmy Błędne Skały.

Może to mnie skłoniło do szukania sensu (na marginesie: szukanie sensu w błędnych skałach; Monty Python)? Pierwszy raz byłem tu w PRL-u, to była nasza ostatnia wakacyjna wyprawa z ojcem.prl. Drugi raz z małym Jaśkiem i jeszcze mniejszą córką studentką (wtedy przedszkolakiem). Trzeci raz z MSŻ, to był nasz pierwszy wakacyjny wyjazd. Teraz jestem z MSŻ i dorastającą córką 5klasistką oraz małym Yodą, który jest zbyt mały, żeby cokolwiek zapamiętać. Jak nam tego wszystkiego Putin nie rozwali, to przyjadę tu pewnie z większym Yodą, a potem może jeszcze kiedyś, a potem to już stary Yoda będzie sobie wspominał, jak był tu z ojcem. Ma to sens?

Kilka zdjęć na koniec. Najdłuższe takie wakacje, urlop wypoczynkowy z tacierzyńskim. Wspaniałe momenty i cudowne chwile.1

Tęcza pod Wołowcem. Na złość wrogom wolności.

Staszewski na Wołowcu. Ku swojej wielkiej radości.

4

MSŻ z córką 5klasistką w prześwicie skał.

5

Małemu Yodzie ciągle marzną nóżki, więc ma je zakryte kocykiem. Tylko dlaczego kocyk jest różowy? Bez sensu.

22:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Jak to możliwe, że o 2 nad ranem podeszliśmy z Rafałem-Sarenką i Sabiną do człowieka-orkiestry w Hulaj Duszy i zaczęliśmy śpiewać z nim do mikrofonu "Czerwony jak cegła"? To nie jest tylko kwestia upojenia w zieloną noc, to upojenie całym tygodniem wspólnego biegania.

Kiedy w pierwszym dniu obozu usiadły przed nami 24 dorosłe osoby, które na tydzień zdecydowały się wejść w reżim, wszystkie podbiegi, zbiegi, szlaki, treningi na sali, w parku, na stadionie z płotkami, piłkami, taśmami - wszystko to było przed nami. A potem wspólne tortury łączą, wspólne biegi pozwalają na zbiorowe euforie, wspólne rozciąganie przyciąga.

W plan obozu wpisujemy konkrety: środki treningowe, sprzęt sportowy. Ale najważniejsze okazuje się to, czego nie da się napisać, można tylko odkryć. Tak jak powiedział mi Jurek na zbiegu z Lubonia albo Turbacza, nie jestem pewien: to można biegać po rosie, po deszczu, po koleinach, po kamieniach? Jurek biega od paru miesięcy, zrzucił 21 kg i przymierza się do maratonu, bo chciałby ten rok uczynić najbardziej spektakularnym rokiem w swoim życiu.

Takie historie mam w mięśniu sercowym o każdym chyba z obozowiczów. Z Rafałem-Sarenką zbiegaliśmy końcówkę trasy z Turbacza, w tej fazie biegu kiedy już się mniej rozmawia, a bardziej towarzyszy. Z Sabiną przeżywaliśmy jej pierwszy w życiu wbieg na Krzywoń, półtora roku temu musiała tam na treningu biegowym wmaszerować, a wiosną wmarszobiegła.

Na takim obozie jest jak w Tytusie: puścimy się pędem i dogonimy nasz rok, ten rok, kiedy można było bez zastanowienia chodzić przez całe lato w krótkich spodenkach. Biegać po trawie i rosie nie zastanawiając się, jaki to zakres tętna.

Tak wyglądaliśmy na pierwszym treningu w drodze na Maciejową. Z lewej nasz Kamil, w ciemnych okularach Rafał-Sarenka (ksywka z obozu, bo Rafałów było dwóch), za nim Agata z Rabki.

1

Tak na treningu obwodowym w parku zdrojowym (a co, niech nas zobaczą). Agnieszka przodem, Sabina tyłem, Marcin przodem, Albert tyłem.

2

Tak na wieży widokowej (podbiegi po schodach). Tu jesteśmy niemal wszyscy. Pierwszy plan: Rafał-Sarenka, Maciek-Trójkołamacz (jako jedyny pokonał biegiem ostatni odcinek na Luboniu), Adam (błyskawiczny na zbiegu w burzy z Turbacza) i Piotrek. Nad nimi Agnieszka (królowa podbiegów), Karina (królowa rozciągania), Oktawia (zwyciężczyni finałowej sztafety).

3

Spontaniczny (ekipa z zeszłego roku pamiętała pomysł) szpaler dla Joli na koniec krosu:

4

Turbacz zdobyty. A w tym roku zamiast łatwiejszego wariantu Rdzawka-Stare Wierchy-Rabka był trudniejszy: bieg na Turbacz z samej Rabki, nie ze Rdzawki. Nigdy borowikowa nie smakowała tak dobrze, jak w czwartek. W pierwszym rzędzie na środku nasza Beatusia.

5

A na koniec rozciąganie. Bo staraliśmy się z MSŻ od początku wbijać to wszystkim w mięśnie: kolejny trening zaczyna się od rozciągania po poprzednim.

6

Tak jak kolejny biegowy cel zaczyna się od regeneracji po poprzednim. Dziś bieg na posmutniały Luboń ("A w górach nie ma już nikogo..." - gdy we wtorek kupiliśmy tam tyle picia, że zaskoczony gospodarz schroniska musiał schodzić po butelki do piwnicy), trudniejszą trasą, więc tempo całości 16:00 min./km.

A kolejny cel to Krynica. Biegnę setkę czyli wszystkie wybiegania obozowe za jednym zamachem.

I tu ostatni dzwonek: przypominam o oficjalnych Mistrzostwach Kancelarii Sportowej w Krynicy. Rozgrywamy je na dystansie 10 km (Życiowa Dycha z Krynicy do Muszyny). Dla pierwszych trójek kobiet i mężczyzn - puchary wręczane uroczyście na scenie. Trzeba się zarejestrować na stronie Festiwalu, ale nie trzeba się zapisywać jako "Kancelaria Sportowa Staszewscy" (chociaż oczywiście wolno). Wystarczy czuć się (dziś lub w przeszłości) w jakimś sensie naszym podopiecznym mniej lub bardziej formalnie. I - tu najważniejsze - trzeba zgłosić się do wtorku do godz. 20.00 do nas na mail: bieganie@KancelariaSportowa.pl podając imię, nazwisko, miasto (które podało się w zgłoszeniu do Festiwalu) oraz rok urodzenia. Na razie mamy 11 biegaczy i 3 biegaczki. Dołączysz?

A pociąg z Rabki do Krynicy już chyba nie jeździ. Najwyżej do Sącza i to rzadko.

22:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (110) »
poniedziałek, 04 sierpnia 2014

Poniedziałek: obóz.

Wtorek: obóz.

Środa: obóz.

Młodsi: Gombrowicz

14

Więcej za tydzień, kiedy będzie czas na pisanie. Dziś jest czas, żeby go przeżywać. 4. edycja Obozu Biegowego w Rabce-Zdroju.

22:50, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
poniedziałek, 28 lipca 2014

Ostatni tydzień przed najdłuższą w życiu przerwą odpoczynkową. Spinka w Newsweeku, ostatni tekst przed urlopem (tacierzyńskim) powinien się przecież odbić echem. Spinka przed obozem w Rabce, a raczej dopinanie ostatnich szczegółów, bo w sobotę zaczynamy. Spinka była na tyle intensywna, że w poprzednim tygodniu zredukowałem liczbę treningów z pięciu do trzech i pół. Zrobiłem najważniejszy - godzinę z końcówką w tempie maratońskim, ale 8 km w tempie na maraton to ja naprawdę nie potrafię przebiec. Więc u siebie nazywam to umownie tempem startowym.

Start sezonu mam w Krynicy, na Festiwalu Biegowym - na setkę. Jest nowy powód, żeby o tym powiedzieć. Władze Festiwalu (coś wyczuwam w tym też przyjazną dłoń Beztlena) zaproponowały nam coś fantastycznego i niniejszym ogłaszam, że podczas tegorocznego festiwalu odbędą się I Mistrzostwa Kancelarii Sportowej Staszewscy w Krynicy. Będzie to specjalna klasyfikacja dodatkowa podczas Życiowej Dziesiątki - biegu na 10 km z Krynicy do Muszyny (czyli z góry na dół, więc dziesiątka jest naprawdę życiówkowa).

Tak wygląda Beskid Sądecki, zdjęcie z ubiegłorocznego Festiwalu Biegowego, z trasy setki (Kancelaria biegła na 36 km)

Jak wziąć udział w Mistrzostwach?
1. Zapisać się jak najszybciej na Życiową Dziesiątkę na stronie Festiwalu: http://www.festiwalbiegowy.pl/rejestracja/?_lang=pl
2. Poinformować Kancelarię (mailowo na adres: bieganie@KancelariaSportowa.pl), że chce się uczestniczyć w klasyfikacji Mistrzostw. W zgłoszeniu proszę przysłać imię, nazwisko, miasto i rok urodzenia (takie jak przy rejestracji na stronie Festiwalu).
3. Uwaga! Organizatorzy wyznaczyli nam srogi termin – prosimy o zgłoszenia do środy 8 sierpnia.
4. Propozycja jest adresowana do naszych obecnych lub przeszłych podopiecznych związanych z nami mniej lub bardziej formalnie. Inaczej mówiąc – kto skorzystał choćby z jednej porady Kancelarii Sportowej Staszewscy, ma prawo uczestniczenia w Mistrzostwach.
5. Przy zgłoszeniu na stronie Festiwalu można podać dowolną nazwę klubu. Będzie nam oczywiście bardzo miło, jeśli ktoś zarejestruje się jako Kancelaria Sportowa Staszewscy. Nie możemy jednak obiecać za to żadnej bonifikaty na mecie ;-)
6. Zwycięzcy wśród kobiet i mężczyzn otrzymają puchary. Uroczystość wręczenia odbędzie się podczas dekoracji wszystkich biegów Festiwalu na scenie w Krynicy.

A tak Kancelaria (z prawej) finiszowała w Krynicy na Życiowej Dziesiątce dwa lata temu łamiąc 36 minut i serce Jacka G.

W domu lekki nerw, bo Moja Sportowa Żona wróciła z obozu tenisowego z kontuzją. To jednak jest mocno jednostronny, skrętny sport. I wróciła z przeciążeniem mięśnia biodrowo-lędźwiowego. Ponieważ nie jest to tak spektakularne, jak otwarte złamanie z przemieszczeniem, to przez kilka dni usiłowała to wypierać i załatwiła sobie nogę jeszcze bardziej. Trafiła do osteopaty (to taki fizjoterapeuta, ale myślący o człowieku jako o całości) i już jest lepiej. Więc w Rabce MSŻ będzie już czynna.

Na razie ma przerwę w aktywnościach sportowych, dopiero dziś dostała zgodę na wyjście na rower. A człowiek aktywny, jak go zamknąć w czterech ścianach i powolnych spacerach, nie czuje się dobrze. Jakby nie mógł złapać oddechu.

A skąd ten tytuł o oddychaniu ustami? Jedna ze znajomych Kancelarii, która właśnie zaczyna bieganie wg internetowego planu, poprosiła o poradę, co zrobić, żeby się dało biegać jak człowiek. Bo na razie wraca z treningu zziajana jak pies. Naradzaliśmy się, zmienialiśmy obciążenia. I od słowa do słowa doszło do tego, że zadałem pytanie:

- Czy Ty oddychasz ustami?

Odpowiedź była zaskakująca:

- Funkcjonuję z zamkniętymi ustami - spoko.

Tknięty intuicją szybko napisałem esemesa do jednej z podopiecznych, której rozwój przebiega wolniej niż byśmy chcieli. To samo - oddycha nosem, chociaż przyznaje, że czasem weźmie haust powietrza ustami, ale rzadko.

Po co to piszę? Nie po to, żeby sobie robić jaja z ludzi. Mnie też dziadek uczył, żeby na bieganiu oddychać nosem, opowiadał mi nawet plastyczną historyjkę o przedwojennym mistrzu w sprincie, który biegał z chusteczką w ręką i zatykał sobie nią usta, kiedy tylko dopadła go przemożna chęć wzięcia oddechu ustami. Nie wiem, czy historyjka jest zmyślona, czy przeinaczona, ale przekaz, że trzeba oddychać nosem jasno zapamiętałem.

Potem kiedyś sam zauważyłem, że się nie da. Dziewczyny nie zauważyły.

Więc wszystkim, którzy tak mają (obstawiam, że to 1 na 50 biegaczy, czyli ponad tysiąc osób w Polsce) chciałbym wyraźnie napisać: podczas biegania oddycha się ustami. Najlepszy jest spokojny, głęboki oddech niezależny od rytmu biegu. Trzeba dostarczyć organizmowi jak najwięcej tlenu, bo służy on do spalania zasobów energetycznych podczas biegów długich. Bez tego bieg jest jak ognisko rozpalone na mokrym drewnie.

Oddychaj ustami! Tak jak Ci faceci na zdjęciu z Krynicy.

21:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 21 lipca 2014

Najlepsze wakacje nad morzem w życiu. Już zawsze chciałbym jeździć na obozy sportowe.

Pamiętacie PRL (młodsi: google)? Sport dotowany przez państwo, obozy sportowe dla dzieci i młodzieży chyba za darmo, ale żeby komuś z dorosłych przyszło do głowy jechać gdzieś i uprawiać sport. Nie powiem, że nigdy w życiu, bo były jakieś turnusy narciarskie, spływy kajakowe - ale obóz w dzisiejszym sensie w PRL-u nie występował. Sport dla mas - a nie tylko dla elit wiekowych lub wyczynowych - to niewątpliwie zdobycz polskiego kapitalizmu.

Nasz obóz tenisowy w Łebie został mi głęboko w mięśniu sercowym. Sześć dni odbijania rano i wieczorem żółtych piłeczek z ludźmi, których najpierw nie znasz, potem zaczynasz rozpoznawać ich imiona (nawet jeśli w ferworze debla w przedostatnim dniu zdarza Ci się pomylić Magdę z Karoliną), lubić się z nimi i zżywasz się jakoś szczególnie. Nic tak nie łączy jak oddychanie wspólnym potem.

Myślicie, że tenis to gra, w której dwie lub cztery osoby odbijają piłeczkę przez siatkę, a Niemcy liczą punkty? Nie do końca. Trenerzy z Tie Breaka zaskakiwali nas zabawami, których szczegółami nie chcę was zamęczać. Coś w stylu: atakujemy z Moją Sportową Żoną wolejem przy siatce i jak tracimy punkt, to wracamy pędem do obrony, a Magda z Karoliną biegną na woleja i dostają od trenera krótką piłkę do ataku. A po dwóch udanych wolejach pod rząd atakująca para dostaje piłkę na smecz i dopiero po jego wygraniu otrzymuje punkt.

Stara zasada z Tytusa de Zoo - bawiąc uczyć - świetnie sprawdza się na obozach sportowych. Mieliśmy też zabawy wymuszające pracę na nogach, grę defensywną albo ofensywną. To sto razy ciekawsze niż np. odbijanie wolejem z forehandu i bekhendu piłek narzucanych przez trenera. Więc uważajcie nasi obozowicze z Rabki - w zeszłym roku już kros aktywny był w formie specyficznego meczu piłki nożnej, a w tym roku trening siły dynamicznej z piłkami lekarskimi zamieniamy w małą rywalizację. Obgadaliśmy to dokładnie z MSŻ na plaży.

Bo plaża między treningami jako lekka regeneracja, może być. Mam nadzieję, że już na żadnym moim wyjeździe nad morze plażing nie będzie treścią urlopingu.

Na zdjęciach wyglądało to mniej więcej tak (fot. z kortu Błażej Kędzierzawy lub instruktor Filip, fot. z plaży Ajfon, a dwa zdjęcia są tak ustawione, że jak się odpowiednio przejedzie myszką, to się coś zmienia):

1

2

3

4a

5

6a

7

Na koniec Miś Świata nad morzem. Miś Świata podczas treningów tenisowych rodziców trenował spacering z panią Olą albo utalentowaną do dzieci Patrycją z pensjonatu Nord. Da się?

Bieganie było zwykle rano, chyba że mała siła biegowa po suchym piasku na plaży. Był też najtrudniejszy trening tygodnia - godzina z wydłużającą się końcówką w życzeniowym tempie maratońskim. W tym tygodniu końcówka miała 6 km, a tempo było mocno życzeniowe, mam nadzieję, że przez upał i przez ogólne obciążenie sportem.

16:00, wojciech.staszewski
Link Komentarze (40) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Ale nie swoim, biegowym w Rabce Zdroju, tylko na obozie tenisowym w Łebie. Jest też bieganie, siatkówka plażowa i plażing z Misiem Świata. Na razie zdjęcia, więcej za tydzień.

 

 

 

 

 

 

 

 

20:04, mwalendziewska
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 07 lipca 2014

Jakiś kijowy ten początek lipca. Od wczoraj jesteśmy pokłóceni z Moją Sportową Żoną, więc słońce mi świeci na szaro i nic mi się nie chce. Pracować mi się niby chce, chociaż mam jednak jakiś dyskomfort. Z ostatnich trzech moich tekstów dwa trafiły na okładkę, a za trzeci dostałem gratulacyjny sms od Zbigniewa Hołdysa (młodsi: guru) - a atmosfera się skiepściła. Po raz pierwszy w Newsweeku nie czuję, że jest zajebiście. Tak jakbym przebiegł maraton w 2:44, a w wynikach miałbym wpisane 3:02 i kiepskie noty za styl.

fBiegać mi się chce, a przynajmniej ta struktura trzyma mnie przy codzienności. Zacząłem treningi oczywiście od poniedziałkowych podbiegów. A w sobotę był pierwszy z cyklu "temat wiodący obecnego BPS-u" - 1 h powoli plus wydłużający się odcinek w tempie maratońskim. Na razie 2 km. Wśród podopiecznych są już tacy, którzy doszli do 8-kilometrowej końcówki maratońskiej. Mnie się obwody przegrzewają na samą myśl o tym, dojdę do tego w sierpniu.

Najbardziej chce mi się bawić z Misiem Świata. Codziennie robimy kilka treningów. Pani doktor, u której byliśmy dwa tygodnie temu, bo się temu misiu oczko załzawiało, pokazała nam przy okazji ćwiczenia na rączki, na biodra. Efekt treningowy był natychmiastowy, zakres ruchu Małego Yody się poprawił już następnego dnia, koordynacja poprawia się ciągle, już jesteśmy na etapie łapania czegoś dwoma rękami i prób (na razie mało skutecznych) wepchnięcia sobie tego do buzi.

A już co mi się chce najbardziej najbardziej - to biegać z Misiem Świata. Na razie Miś Świata jeszcze za mały na długie treningi po Lesie Kabackim. Ale nie wytrzymałem i zrobiłem testowy trening. Najpierw powoli, jak żółw ostrożnie po asfaltowych chodnikach i ścieżkach rowerowych z kostki B. Mały wóz, zgrabny i zwrotny sunął jak nożyk przez masełko. Dobiegłem do Lasu K. i spróbowałem pobiec ostrożnie po ścieżkach z tej ziemi. Szerokie leśne drogi jeszcze były ok, chociaż tempo zrobiło się już fikcyjne. Ale na mniejszej dróżce, gdzie trzeba było omijać korzenie i kałuże Miś Świata poprosił o mleko. A że mleko było oddalone o 3,5 kilometra, to mieliśmy pewną formę BNP.

Okazało się niespodziewanie, że da się biec swobodnie z wózkiem poniżej 5:00 min./km. Wymyśliłem też pozorną pracę ramion - lekki nacisk raz lewą, raz prawą dłonią na rączkę imitujący biegową pracę rąk. I biegło się dość naturalnie.

Mały wóz na sesji, fot. córka 5klasistka.

 1

2

3

4

 

Lato chyba będzie się kończyło fajnie. Długimi wycieczkami biegowymi z Misiem Świata, mlekiem na drogę i w dodatku na urlopie rodzicielskim. Pewnie i z MSŻ się pogodzimy do tego czasu.

PS. Jeszcze dwa słowa, co u przyjaciół.

Chłopaś rozdaje - wprawdzie nie rowery i nie na Placu Czerwonym - ale naprawdę rozdaje na RunGuru pakiety startowe do Krynicy. A że ja się też tam wybieram, to do zobaczenia.

A tydzień temu wybrałem się do Dzikego na Bieg Po Prawdziwej Warszawie, który też zresztą wiąże się z Krynicą, tylko inaczej.

Film wygląda tak:

Jakość niezbyt mocna, bo nocna. Dobranoc.

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 30 czerwca 2014

Nie ma co pisać o moim bieganiu, które budzi się po małym roztrenowaniu, jak niedźwiedź po zimie. To napiszę o bieganiu innych.

Biegi Po Prawdziwej Warszawie Dziki z Rafałem Przewodnikiem (prawie same duże litery na razie) organizują chyba ze dwa lata. W końcu dotarłem na bieg i go przeżyłem. Było tajemniczo, bo bieg był nocny, z wiankami. Było wzruszająco (dla mnie), bo kończyłem robotę, którą rok temu zaczął Janek, a Dziki o Janku bardzo ładnie powiedział, więc pamięć o Janku niech nie zginie. Było ciekawie, bo Rafał przewodnik opowiada ciekawie i prawdziwie o Warszawie. Nie zapamiętałem, jak nazywali się architekci, którzy do doktryny budowlanej w PRL-u wprowadzili lufciki, ale wiem, że stało się to właśnie w Schroegera (nie wiem, czy dobrze napisałem, autochtoni nazywali tę ulicę Szeriegiera). Stare Bielany, ech Stare Bielany.

BPPW różni się od innych biegów. Przypomina trochę klimatem stare SBBP (kto pamięta, kto umie rozszyfrować skrót?). A jednocześnie to bieg z pomysłem - bo na najlepsze pomysły się wpada, kiedy nie wystarcza już samo bieganie. Pomysł, że biegnie się po starych śmieciach i odkrywa się w nich to co prawdziwe - rewelacja.

Ja wiem, że Wy wiecie, że ja to piszę, bo przyjaźnimy się z Dzikim dłużej niż wielu z Was żyje na świecie. Wiecie, a jak nie wiecie, to się koniecznie dowiedzcie, że piszę to, bo Biegi Po Prawdziwej Warszawie startują w konkursie na imprezę ogłoszonym przez Festiwal Biegowy w Krynicy. I że zagłosować na BPPW można tutaj. BPPW otrzymało charakterystyczny numer 69.

Nie wiem za to, czy wiecie, że ja piszę, jak Prawdziwe jest BPPW z całkowitą szczerością. Bieg, który się różni. A różnienie się zawsze było dla mnie wartością, dlatego np. słuchałem najpierw Beatelsów, potem bluesa, a później punk rocka, a nie po bożemu punk rocka, Beatelsów i na starość bluesa. I dlatego biegałem, kiedy nikt nie biegał no może poza Dzikim.

Zwiastun z filmiku z BPPW kryje się pod zdjęciem - trzeba kliknąć:

bppw

Dłuższy clip będzie, jak się ogarnę z pracą w Newsweeku i w Kancelarii. O Kancelarii opublikował dwa słowa FestiwalBiegowy.pl - notka jest tutaj. Też mocno starałem się być w niej uczciwy i prawdziwy.

BPPW to skala mikro. Biegowy pomysł w skali makro miała młoda ekipa Polska Biega. Prosty i świetny - Narodowy Spis Biegaczy. Kiedy ikonka spisu wyskoczyła mi u jednego, drugiego, trzeciego znajomego na Fejsbuku, sam się zapisałem. Dostałem zresztą charakterystyczny dla mnie numer - 589, dokładnie ten sam, z którym startuję od lat w Kabatach. To musi być dowód na istnienie kosmitów.

Biegacze spisują się od miesiąca. Dziś Damian z młodej ekipy Polska Biega podesłał mi najświeższe wieści. Spisało się już ponad 35 tys. biegaczy (a na stronie PolskaBiega.pl jest mowa o 33 tys., czyli mamy bardziej aktualnego niusa). Wśród spisanych, jak napisał Damian, jest m.in. Nowy Biegający Szef (stary pewnie też), znani znajomi ze sztafet Polska Biega - Beata Sadowska, Maciej Kurzajewski albo wielcy biegacze, których miałem kiedyś przyjemność opisywać - Henryk Szost czy Piotr Kuryło.

Po samym spisaniu się biegową metryczką, można odpowiedzieć jeszcze jak lubimy biegać. Posłuży to do przygotowania raportu, ale mam nadzieję, że da to też wiedzą o potrzebach świata biegowego producentom, sprzedawcom. Co w tym złego? Czy komuś z nas zaszkodzi, jeśli producent będzie wiedział np., że biegacze potrzebują zegarków z GPS-em albo czołówek do biegania w nocnych biegach? Ja wypełniłem, bo w bieganiu podoba mi się różnorodność - że to może być i radość, i biznes, i misja, i sens życia wg Monty Pythona.

Młodsi google. Spisać się można tutaj.

23:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (47) »
poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wierzę w hemoglobinę. W poprzednią niedzielę był zaskakująco dobry start na 5 km, 18:07, wiceżyciówka, a w ostatni piątek poszedłem zwyczajowo oddać krew, zawsze to robię po sezonie wiosennym i jesiennym. Bo w krew też wierzę, że komuś pomoże w chorobie. Wzięli od razu, bez szemrania, hemoglobina 14,3, raz chyba tylko miałem wyższą. Przed jesiennymi startami zadbam o poziom żelaza przynajmniej z tą samą starannością.

Dzisiaj dzień ojca podobno. Nie rozumiem tego święta, nigdy go nie obchodziłem jako syn. Córka studentka zadzwoniła rano z życzeniami, to się dowiedziałem, że to dziś. Córka 5klasistka wieczorem zrobiła mi kanapki-niespodziankę. Mały Yoda - Miś Świata - niczego mi nie złożył, bo na razie ledwo składa łapkę do łapki. A Janek też już niczego mi nie złoży. To ja mu 24 czerwca składałem życzenia imieninowe, ale też już tego nie zrobię.

Dzisiaj dzień ojca, jutro dzień syna. W najbliższą sobotę świętojański Bieg po Prawdziwej Warszawie. Janek robił rok temu zdjęcia, dostał formalną umowę-zlecenie od Dzikiego. Nie dokończył pracy, rzucania wianków na Wisłę już nie sfotografował. To ja w tym roku dokończę za niego, mam nakręcić filmik, taki jak filmiki o Kancelarii i o obozie w Rabce (Studio Ajfon).

To taki odcinek w imię ojca i syna. Robertowi (podopiecznemu przez długi czas) umarł ojciec, chyba niespodziewanie, Robert się po tym zbiera. Nic nie wróci życia ojcu Roba, ale - przynajmniej u mnie tak było - jest chyba trochę lżej, kiedy ktoś powie: widzę twój ból, współczuję. Robert, czuję twój ból. Rob był w gronie najbliższych mi biegaczy - w Biegu Janka. Pobiegliśmy tak po jaśkowych Bielanach między jego śmiercią i pogrzebem, to mi dużo wtedy dało.

Majka, nasza Majka spod bloga, napisała na Facebooku, jak pobiegła dla swojego ojca, cztery miesiące po jego śmierci. Śmierć jest blisko, ból jest blisko. Nie można przed tym uciec biegiem, ale lepiej jest być w ruchu niż w bierności.

W zeszłym tygodniu nie biegałem, małe roztrenowanie. Były dwie godziny tenisa stołowego, jeden dzień komunikacyjnej jazdy na rowerze (wyszło z 30 km), jeden trening biegowy z ubezpieczeniowcami, godzina na rolkach z Moją Sportową Żoną i Misiem Świata w wózku biegowym (na razie dozujemy to oszczędnie). Pewnie i tak więcej niż średnia krajowa.

Szykują się za to ruchliwe wakacje. Znaleźliśmy idealny kompromis, między chęcią MSŻ - rodowitej góralki - do jechania nad morze (co mnie generalnie nudzi do kwadratu), a moim sportowym ADHD (które nad morzem uaktywnia mi się podwójnie). Jedziemy nad morze na obóz tenisowy. W ośrodku jest też stół pingpongowy, mam nadzieję, że znajdę chętnych do gry.

Z Jaśkiem nigdy nie grywaliśmy w ping ponga. Za to z córką studentką grywaliśmy często, jak była dzieckiem. Spieszmy się kochać dzieci, tak szybko dorastają.

22:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 16 czerwca 2014

Nie wierzyłem już w tego zawodnika. Wierzyłem w jego bieganie, ale już nie w wyniki. Wierzyłem, że będzie walczył w kategoriach, szczególnie wyższych, ale nie wierzyłem, że będzie jeszcze walczył ze sobą. Ze sobą sprzed lat.

A o to przecież walczymy przez cały czas póki lot wznoszący. Żeby siebie przeskoczyć, biegać lepiej, jeszcze ciut zbliżyć się do doskonałości. Do swojego prywatnego mistrzostwa świata.

I przyznam, że ten zawodnik w sobotę mnie zaskoczył. Czułem ostatni, że nie jest źle, nie było widać po wynikach z upalnego biegu na Siekierkach, ale było widać po prześcigniętych przeciwnikach. Ale że będzie w sobotę wiceżyciówka, to bym nie pomyślał.

Chyba trzy lata temu wymyśliłem sobie, że poprawię wyniki na krótszych dystansach - 5 i 10 km. Bo to ostatni dzwonek. Trenowałem pod to całą wiosnę i udało mi się chyba ze dwa albo trzy razy wyrównać życiówkę - 18:12, były wyniki 18:14 i wreszcie 18:08. Prawdziwą życiówkę zrobiłem dopiero na jesieni - 17:50. I pożegnałem się z szybkim bieganiem.

Kolejny sezon to rozkwit Kancelarii, po dwa treningi w tygodniu z podopiecznymi - bankowcami i ubezpieczeniowcami. I coraz gorsze wyniki własne, już czułem, że jestem na prostej drodze do przemiany w wąsatego trenera, którego cieszą sukcesy podopiecznych i wspomnienia własnej chwały. W poprzednim sezonie było lepiej, ale zacząłem już myśleć w kategoriach życiówek w kategoriach - najlepszy wynik w półmaratonie w M-45 itd.

A teraz podopieczni śmigają. Tutaj jest filmowa historyjka o życiówce Henryka :-) Tyle, że trener niespodziewanie też zgolił wąsy.

Bieg Ursynowa, sobota. Ruszam, widzę jakieś szaleństwo rzędu tempo 3:20 na Garminie, ale tętno nie przekracza 180, zwalniam tylko nieznacznie, kilometr wychodzi w 3:32. Kolejny jest trochę z góry, 3:30. Na trzecim zza pleców wysuwa mi się Podopieczny Bartek, dobiega do zawodnika przede mną, a to Andrzej z naszej klasy. Obaj dobiegną przede mną o jakieś 10 sekund, chociaż będę próbował trzymać się za nimi na coraz bardziej rozciągającej się gumce. Z Andrzejem liczymy wszystkie tegoroczne pojedynki, jest już 5:3 dla niego.

Po nawrocie nie ma dramatu. 3:39 to słabo, ale potem 3:37, ostatni kilometr w 3:35, a potem jeszcze niespodziewanie długa, 15-sekundowa korekta w tempie 2:59. Na finiszu przegrywam setkę - będę sklasyfikowany na 101 miejscu. Na zdjęciu ze strony organizatorów wygląda to tak:

u

Pierwszy z lewej mnie wyprzedzi (gratulacje). A ja to ten facet w żółtym. Wychodzi 18:07.

Wiecie dlaczego? Przez triceps. Triceps mięśniem miesiąca - mówiłem dziś na treningu ubezpieczeniowcom. Nie pierwszy miesiąc zresztą. Bieganie może nie jest tak techniczne, jak tenis stołowy (tutaj mały filmik na marginesie), ale technika robi tu wielką różnicę. Pisałem tu już, ale powtórzę, jak olśniło mnie, od której strony się do niej zabrać. Nie zastanawiać się, jak się stawia nogę, tylko jak się pracuje rękoma.

Nawalać tricepsem z całej siły do tyłu przy każdym kroku. I pozwolić nodze na swobodną pracę w stawie biodrowym - żeby mogła odpowiedzieć energicznym ruchem do przodu na ruch ręki. I jestem - po dwóch latach zmniejszającej się wydolności - o pięć sekund szybszy.

Teraz roztrenowanie. Jutro oddać krew, jeśli wezmą. Na jesieni Bieg Siedmiu Dolin na Festiwalu Biegowym w Krynicy - to będzie przygoda roku. Ale jeszcze muszę poszukać biegu roku - takiego, w którym powalczę o życiówkę.

21:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 110
| < Sierpień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam