Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 21 lipca 2014

Najlepsze wakacje nad morzem w życiu. Już zawsze chciałbym jeździć na obozy sportowe.

Pamiętacie PRL (młodsi: google)? Sport dotowany przez państwo, obozy sportowe dla dzieci i młodzieży chyba za darmo, ale żeby komuś z dorosłych przyszło do głowy jechać gdzieś i uprawiać sport. Nie powiem, że nigdy w życiu, bo były jakieś turnusy narciarskie, spływy kajakowe - ale obóz w dzisiejszym sensie w PRL-u nie występował. Sport dla mas - a nie tylko dla elit wiekowych lub wyczynowych - to niewątpliwie zdobycz polskiego kapitalizmu.

Nasz obóz tenisowy w Łebie został mi głęboko w mięśniu sercowym. Sześć dni odbijania rano i wieczorem żółtych piłeczek z ludźmi, których najpierw nie znasz, potem zaczynasz rozpoznawać ich imiona (nawet jeśli w ferworze debla w przedostatnim dniu zdarza Ci się pomylić Magdę z Karoliną), lubić się z nimi i zżywasz się jakoś szczególnie. Nic tak nie łączy jak oddychanie wspólnym potem.

Myślicie, że tenis to gra, w której dwie lub cztery osoby odbijają piłeczkę przez siatkę, a Niemcy liczą punkty? Nie do końca. Trenerzy z Tie Breaka zaskakiwali nas zabawami, których szczegółami nie chcę was zamęczać. Coś w stylu: atakujemy z Moją Sportową Żoną wolejem przy siatce i jak tracimy punkt, to wracamy pędem do obrony, a Magda z Karoliną biegną na woleja i dostają od trenera krótką piłkę do ataku. A po dwóch udanych wolejach pod rząd atakująca para dostaje piłkę na smecz i dopiero po jego wygraniu otrzymuje punkt.

Stara zasada z Tytusa de Zoo - bawiąc uczyć - świetnie sprawdza się na obozach sportowych. Mieliśmy też zabawy wymuszające pracę na nogach, grę defensywną albo ofensywną. To sto razy ciekawsze niż np. odbijanie wolejem z forehandu i bekhendu piłek narzucanych przez trenera. Więc uważajcie nasi obozowicze z Rabki - w zeszłym roku już kros aktywny był w formie specyficznego meczu piłki nożnej, a w tym roku trening siły dynamicznej z piłkami lekarskimi zamieniamy w małą rywalizację. Obgadaliśmy to dokładnie z MSŻ na plaży.

Bo plaża między treningami jako lekka regeneracja, może być. Mam nadzieję, że już na żadnym moim wyjeździe nad morze plażing nie będzie treścią urlopingu.

Na zdjęciach wyglądało to mniej więcej tak (fot. z kortu Błażej Kędzierzawy lub instruktor Filip, fot. z plaży Ajfon, a dwa zdjęcia są tak ustawione, że jak się odpowiednio przejedzie myszką, to się coś zmienia):

1

2

3

4a

5

6a

7

Na koniec Miś Świata nad morzem. Miś Świata podczas treningów tenisowych rodziców trenował spacering z panią Olą albo utalentowaną do dzieci Patrycją z pensjonatu Nord. Da się?

Bieganie było zwykle rano, chyba że mała siła biegowa po suchym piasku na plaży. Był też najtrudniejszy trening tygodnia - godzina z wydłużającą się końcówką w życzeniowym tempie maratońskim. W tym tygodniu końcówka miała 6 km, a tempo było mocno życzeniowe, mam nadzieję, że przez upał i przez ogólne obciążenie sportem.

16:00, wojciech.staszewski
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 14 lipca 2014

Ale nie swoim, biegowym w Rabce Zdroju, tylko na obozie tenisowym w Łebie. Jest też bieganie, siatkówka plażowa i plażing z Misiem Świata. Na razie zdjęcia, więcej za tydzień.

 

 

 

 

 

 

 

 

20:04, mwalendziewska
Link Komentarze (28) »
poniedziałek, 07 lipca 2014

Jakiś kijowy ten początek lipca. Od wczoraj jesteśmy pokłóceni z Moją Sportową Żoną, więc słońce mi świeci na szaro i nic mi się nie chce. Pracować mi się niby chce, chociaż mam jednak jakiś dyskomfort. Z ostatnich trzech moich tekstów dwa trafiły na okładkę, a za trzeci dostałem gratulacyjny sms od Zbigniewa Hołdysa (młodsi: guru) - a atmosfera się skiepściła. Po raz pierwszy w Newsweeku nie czuję, że jest zajebiście. Tak jakbym przebiegł maraton w 2:44, a w wynikach miałbym wpisane 3:02 i kiepskie noty za styl.

fBiegać mi się chce, a przynajmniej ta struktura trzyma mnie przy codzienności. Zacząłem treningi oczywiście od poniedziałkowych podbiegów. A w sobotę był pierwszy z cyklu "temat wiodący obecnego BPS-u" - 1 h powoli plus wydłużający się odcinek w tempie maratońskim. Na razie 2 km. Wśród podopiecznych są już tacy, którzy doszli do 8-kilometrowej końcówki maratońskiej. Mnie się obwody przegrzewają na samą myśl o tym, dojdę do tego w sierpniu.

Najbardziej chce mi się bawić z Misiem Świata. Codziennie robimy kilka treningów. Pani doktor, u której byliśmy dwa tygodnie temu, bo się temu misiu oczko załzawiało, pokazała nam przy okazji ćwiczenia na rączki, na biodra. Efekt treningowy był natychmiastowy, zakres ruchu Małego Yody się poprawił już następnego dnia, koordynacja poprawia się ciągle, już jesteśmy na etapie łapania czegoś dwoma rękami i prób (na razie mało skutecznych) wepchnięcia sobie tego do buzi.

A już co mi się chce najbardziej najbardziej - to biegać z Misiem Świata. Na razie Miś Świata jeszcze za mały na długie treningi po Lesie Kabackim. Ale nie wytrzymałem i zrobiłem testowy trening. Najpierw powoli, jak żółw ostrożnie po asfaltowych chodnikach i ścieżkach rowerowych z kostki B. Mały wóz, zgrabny i zwrotny sunął jak nożyk przez masełko. Dobiegłem do Lasu K. i spróbowałem pobiec ostrożnie po ścieżkach z tej ziemi. Szerokie leśne drogi jeszcze były ok, chociaż tempo zrobiło się już fikcyjne. Ale na mniejszej dróżce, gdzie trzeba było omijać korzenie i kałuże Miś Świata poprosił o mleko. A że mleko było oddalone o 3,5 kilometra, to mieliśmy pewną formę BNP.

Okazało się niespodziewanie, że da się biec swobodnie z wózkiem poniżej 5:00 min./km. Wymyśliłem też pozorną pracę ramion - lekki nacisk raz lewą, raz prawą dłonią na rączkę imitujący biegową pracę rąk. I biegło się dość naturalnie.

Mały wóz na sesji, fot. córka 5klasistka.

 1

2

3

4

 

Lato chyba będzie się kończyło fajnie. Długimi wycieczkami biegowymi z Misiem Świata, mlekiem na drogę i w dodatku na urlopie rodzicielskim. Pewnie i z MSŻ się pogodzimy do tego czasu.

PS. Jeszcze dwa słowa, co u przyjaciół.

Chłopaś rozdaje - wprawdzie nie rowery i nie na Placu Czerwonym - ale naprawdę rozdaje na RunGuru pakiety startowe do Krynicy. A że ja się też tam wybieram, to do zobaczenia.

A tydzień temu wybrałem się do Dzikego na Bieg Po Prawdziwej Warszawie, który też zresztą wiąże się z Krynicą, tylko inaczej.

Film wygląda tak:

Jakość niezbyt mocna, bo nocna. Dobranoc.

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 30 czerwca 2014

Nie ma co pisać o moim bieganiu, które budzi się po małym roztrenowaniu, jak niedźwiedź po zimie. To napiszę o bieganiu innych.

Biegi Po Prawdziwej Warszawie Dziki z Rafałem Przewodnikiem (prawie same duże litery na razie) organizują chyba ze dwa lata. W końcu dotarłem na bieg i go przeżyłem. Było tajemniczo, bo bieg był nocny, z wiankami. Było wzruszająco (dla mnie), bo kończyłem robotę, którą rok temu zaczął Janek, a Dziki o Janku bardzo ładnie powiedział, więc pamięć o Janku niech nie zginie. Było ciekawie, bo Rafał przewodnik opowiada ciekawie i prawdziwie o Warszawie. Nie zapamiętałem, jak nazywali się architekci, którzy do doktryny budowlanej w PRL-u wprowadzili lufciki, ale wiem, że stało się to właśnie w Schroegera (nie wiem, czy dobrze napisałem, autochtoni nazywali tę ulicę Szeriegiera). Stare Bielany, ech Stare Bielany.

BPPW różni się od innych biegów. Przypomina trochę klimatem stare SBBP (kto pamięta, kto umie rozszyfrować skrót?). A jednocześnie to bieg z pomysłem - bo na najlepsze pomysły się wpada, kiedy nie wystarcza już samo bieganie. Pomysł, że biegnie się po starych śmieciach i odkrywa się w nich to co prawdziwe - rewelacja.

Ja wiem, że Wy wiecie, że ja to piszę, bo przyjaźnimy się z Dzikim dłużej niż wielu z Was żyje na świecie. Wiecie, a jak nie wiecie, to się koniecznie dowiedzcie, że piszę to, bo Biegi Po Prawdziwej Warszawie startują w konkursie na imprezę ogłoszonym przez Festiwal Biegowy w Krynicy. I że zagłosować na BPPW można tutaj. BPPW otrzymało charakterystyczny numer 69.

Nie wiem za to, czy wiecie, że ja piszę, jak Prawdziwe jest BPPW z całkowitą szczerością. Bieg, który się różni. A różnienie się zawsze było dla mnie wartością, dlatego np. słuchałem najpierw Beatelsów, potem bluesa, a później punk rocka, a nie po bożemu punk rocka, Beatelsów i na starość bluesa. I dlatego biegałem, kiedy nikt nie biegał no może poza Dzikim.

Zwiastun z filmiku z BPPW kryje się pod zdjęciem - trzeba kliknąć:

bppw

Dłuższy clip będzie, jak się ogarnę z pracą w Newsweeku i w Kancelarii. O Kancelarii opublikował dwa słowa FestiwalBiegowy.pl - notka jest tutaj. Też mocno starałem się być w niej uczciwy i prawdziwy.

BPPW to skala mikro. Biegowy pomysł w skali makro miała młoda ekipa Polska Biega. Prosty i świetny - Narodowy Spis Biegaczy. Kiedy ikonka spisu wyskoczyła mi u jednego, drugiego, trzeciego znajomego na Fejsbuku, sam się zapisałem. Dostałem zresztą charakterystyczny dla mnie numer - 589, dokładnie ten sam, z którym startuję od lat w Kabatach. To musi być dowód na istnienie kosmitów.

Biegacze spisują się od miesiąca. Dziś Damian z młodej ekipy Polska Biega podesłał mi najświeższe wieści. Spisało się już ponad 35 tys. biegaczy (a na stronie PolskaBiega.pl jest mowa o 33 tys., czyli mamy bardziej aktualnego niusa). Wśród spisanych, jak napisał Damian, jest m.in. Nowy Biegający Szef (stary pewnie też), znani znajomi ze sztafet Polska Biega - Beata Sadowska, Maciej Kurzajewski albo wielcy biegacze, których miałem kiedyś przyjemność opisywać - Henryk Szost czy Piotr Kuryło.

Po samym spisaniu się biegową metryczką, można odpowiedzieć jeszcze jak lubimy biegać. Posłuży to do przygotowania raportu, ale mam nadzieję, że da to też wiedzą o potrzebach świata biegowego producentom, sprzedawcom. Co w tym złego? Czy komuś z nas zaszkodzi, jeśli producent będzie wiedział np., że biegacze potrzebują zegarków z GPS-em albo czołówek do biegania w nocnych biegach? Ja wypełniłem, bo w bieganiu podoba mi się różnorodność - że to może być i radość, i biznes, i misja, i sens życia wg Monty Pythona.

Młodsi google. Spisać się można tutaj.

23:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (47) »
poniedziałek, 23 czerwca 2014

Wierzę w hemoglobinę. W poprzednią niedzielę był zaskakująco dobry start na 5 km, 18:07, wiceżyciówka, a w ostatni piątek poszedłem zwyczajowo oddać krew, zawsze to robię po sezonie wiosennym i jesiennym. Bo w krew też wierzę, że komuś pomoże w chorobie. Wzięli od razu, bez szemrania, hemoglobina 14,3, raz chyba tylko miałem wyższą. Przed jesiennymi startami zadbam o poziom żelaza przynajmniej z tą samą starannością.

Dzisiaj dzień ojca podobno. Nie rozumiem tego święta, nigdy go nie obchodziłem jako syn. Córka studentka zadzwoniła rano z życzeniami, to się dowiedziałem, że to dziś. Córka 5klasistka wieczorem zrobiła mi kanapki-niespodziankę. Mały Yoda - Miś Świata - niczego mi nie złożył, bo na razie ledwo składa łapkę do łapki. A Janek też już niczego mi nie złoży. To ja mu 24 czerwca składałem życzenia imieninowe, ale też już tego nie zrobię.

Dzisiaj dzień ojca, jutro dzień syna. W najbliższą sobotę świętojański Bieg po Prawdziwej Warszawie. Janek robił rok temu zdjęcia, dostał formalną umowę-zlecenie od Dzikiego. Nie dokończył pracy, rzucania wianków na Wisłę już nie sfotografował. To ja w tym roku dokończę za niego, mam nakręcić filmik, taki jak filmiki o Kancelarii i o obozie w Rabce (Studio Ajfon).

To taki odcinek w imię ojca i syna. Robertowi (podopiecznemu przez długi czas) umarł ojciec, chyba niespodziewanie, Robert się po tym zbiera. Nic nie wróci życia ojcu Roba, ale - przynajmniej u mnie tak było - jest chyba trochę lżej, kiedy ktoś powie: widzę twój ból, współczuję. Robert, czuję twój ból. Rob był w gronie najbliższych mi biegaczy - w Biegu Janka. Pobiegliśmy tak po jaśkowych Bielanach między jego śmiercią i pogrzebem, to mi dużo wtedy dało.

Majka, nasza Majka spod bloga, napisała na Facebooku, jak pobiegła dla swojego ojca, cztery miesiące po jego śmierci. Śmierć jest blisko, ból jest blisko. Nie można przed tym uciec biegiem, ale lepiej jest być w ruchu niż w bierności.

W zeszłym tygodniu nie biegałem, małe roztrenowanie. Były dwie godziny tenisa stołowego, jeden dzień komunikacyjnej jazdy na rowerze (wyszło z 30 km), jeden trening biegowy z ubezpieczeniowcami, godzina na rolkach z Moją Sportową Żoną i Misiem Świata w wózku biegowym (na razie dozujemy to oszczędnie). Pewnie i tak więcej niż średnia krajowa.

Szykują się za to ruchliwe wakacje. Znaleźliśmy idealny kompromis, między chęcią MSŻ - rodowitej góralki - do jechania nad morze (co mnie generalnie nudzi do kwadratu), a moim sportowym ADHD (które nad morzem uaktywnia mi się podwójnie). Jedziemy nad morze na obóz tenisowy. W ośrodku jest też stół pingpongowy, mam nadzieję, że znajdę chętnych do gry.

Z Jaśkiem nigdy nie grywaliśmy w ping ponga. Za to z córką studentką grywaliśmy często, jak była dzieckiem. Spieszmy się kochać dzieci, tak szybko dorastają.

22:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 16 czerwca 2014

Nie wierzyłem już w tego zawodnika. Wierzyłem w jego bieganie, ale już nie w wyniki. Wierzyłem, że będzie walczył w kategoriach, szczególnie wyższych, ale nie wierzyłem, że będzie jeszcze walczył ze sobą. Ze sobą sprzed lat.

A o to przecież walczymy przez cały czas póki lot wznoszący. Żeby siebie przeskoczyć, biegać lepiej, jeszcze ciut zbliżyć się do doskonałości. Do swojego prywatnego mistrzostwa świata.

I przyznam, że ten zawodnik w sobotę mnie zaskoczył. Czułem ostatni, że nie jest źle, nie było widać po wynikach z upalnego biegu na Siekierkach, ale było widać po prześcigniętych przeciwnikach. Ale że będzie w sobotę wiceżyciówka, to bym nie pomyślał.

Chyba trzy lata temu wymyśliłem sobie, że poprawię wyniki na krótszych dystansach - 5 i 10 km. Bo to ostatni dzwonek. Trenowałem pod to całą wiosnę i udało mi się chyba ze dwa albo trzy razy wyrównać życiówkę - 18:12, były wyniki 18:14 i wreszcie 18:08. Prawdziwą życiówkę zrobiłem dopiero na jesieni - 17:50. I pożegnałem się z szybkim bieganiem.

Kolejny sezon to rozkwit Kancelarii, po dwa treningi w tygodniu z podopiecznymi - bankowcami i ubezpieczeniowcami. I coraz gorsze wyniki własne, już czułem, że jestem na prostej drodze do przemiany w wąsatego trenera, którego cieszą sukcesy podopiecznych i wspomnienia własnej chwały. W poprzednim sezonie było lepiej, ale zacząłem już myśleć w kategoriach życiówek w kategoriach - najlepszy wynik w półmaratonie w M-45 itd.

A teraz podopieczni śmigają. Tutaj jest filmowa historyjka o życiówce Henryka :-) Tyle, że trener niespodziewanie też zgolił wąsy.

Bieg Ursynowa, sobota. Ruszam, widzę jakieś szaleństwo rzędu tempo 3:20 na Garminie, ale tętno nie przekracza 180, zwalniam tylko nieznacznie, kilometr wychodzi w 3:32. Kolejny jest trochę z góry, 3:30. Na trzecim zza pleców wysuwa mi się Podopieczny Bartek, dobiega do zawodnika przede mną, a to Andrzej z naszej klasy. Obaj dobiegną przede mną o jakieś 10 sekund, chociaż będę próbował trzymać się za nimi na coraz bardziej rozciągającej się gumce. Z Andrzejem liczymy wszystkie tegoroczne pojedynki, jest już 5:3 dla niego.

Po nawrocie nie ma dramatu. 3:39 to słabo, ale potem 3:37, ostatni kilometr w 3:35, a potem jeszcze niespodziewanie długa, 15-sekundowa korekta w tempie 2:59. Na finiszu przegrywam setkę - będę sklasyfikowany na 101 miejscu. Na zdjęciu ze strony organizatorów wygląda to tak:

u

Pierwszy z lewej mnie wyprzedzi (gratulacje). A ja to ten facet w żółtym. Wychodzi 18:07.

Wiecie dlaczego? Przez triceps. Triceps mięśniem miesiąca - mówiłem dziś na treningu ubezpieczeniowcom. Nie pierwszy miesiąc zresztą. Bieganie może nie jest tak techniczne, jak tenis stołowy (tutaj mały filmik na marginesie), ale technika robi tu wielką różnicę. Pisałem tu już, ale powtórzę, jak olśniło mnie, od której strony się do niej zabrać. Nie zastanawiać się, jak się stawia nogę, tylko jak się pracuje rękoma.

Nawalać tricepsem z całej siły do tyłu przy każdym kroku. I pozwolić nodze na swobodną pracę w stawie biodrowym - żeby mogła odpowiedzieć energicznym ruchem do przodu na ruch ręki. I jestem - po dwóch latach zmniejszającej się wydolności - o pięć sekund szybszy.

Teraz roztrenowanie. Jutro oddać krew, jeśli wezmą. Na jesieni Bieg Siedmiu Dolin na Festiwalu Biegowym w Krynicy - to będzie przygoda roku. Ale jeszcze muszę poszukać biegu roku - takiego, w którym powalczę o życiówkę.

21:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 09 czerwca 2014

Kiedy w środę wieczorem wróciłem po pięciu godzinach uprawiania sportu byłem naprawdę zmęczony. Dobra sportowa środa na 25-lecie wolności i demokracji. A demokrację mamy teraz esemesową.

O szóstej rano z 250 osób zameldowało się na wezwanie Roberta Korzeniowskiego w Biegu Wolności. Pogadaliśmy w biegu z Kamilem, zwanym kiedyś Tokowym, dziś bardziej adekwatne byłoby Kamil Pierwszy, powspominaliśmy kolejne lata. Po 1 km rok 1990, Kamil nie ma jeszcze prawa wyborczego, ale starszą o rok dziewczynę namawia do głosowania na Mazowieckiego, 2 km rok 1991, ja biegam z Dzikim po Puszczy i rodzi mi się córka-studentka, a pod koniec roku zaczynam pracę w "Gazecie", itd. przez 25 kilometrów. Po drodze parę zdań z Michałem Mks-em z polskobiegowych sztafet, Nowym Biegającym Szefem (NBS), Martą też z Newsweeka, która na jesieni zadebiutuje w maratonie poniżej 4 godzin i samym Robertem (też wspominaliśmy sztafety, pokazałem mu także, że umiem wykonać chód na dystansie kilkudziesięciu metrów w tempie 5:15). I najlepsza słitfocia w dziejach Kancelarii, już sam nie wiem, czy tę zrobił Michał, czy znalazłem w necie - słitfocia z premierem. Fajnie jest żyć w kraju, którego premier jest w stanie zrobić 11 km w tempie 5:15, a potem musi skończyć, bo ma o 8:45 spotkanie z premierem Kanady.

dt

Za premierem ochroniarz z lewej i Kamil Pierwszy z prawej. Staszewski ubrany na cebulkę: żółta koszulka Kancelarii, na to biała Polska Biega, a na to była żółta bluza Kancelarii, ale po sześciu albo ośmiu kilometrach ją zdjąłem i zostawiłem przy podeście, bo się zrobiło za ciepło. Na tyle gorąco, żeby zdjąć białą już nie było. Taka sytuacja.

Godzin sportu miałem w środę pięć, bo wieczorem były dwa treningi - z ubezpieczeniowcami i z indywidualnymi podopiecznymi. Wpadła Moja Sportowa Żona i nakręciliśmy parę scenek na filmik Kancelarii - coś między reklamą a dokumentem zza kulis:

Stare zdjęcie (w filmie go nie ma), ale film nowy. A inaczej mi się nie udało go dobrze ustawić. Klikniesz w zdjęcie - wyemituje się film.

 

 

 

 

 

No i jeszcze w międzyczasie był ping pong z Niemcami. Tym razem porażka 1:4.

Nawet nie pogadaliśmy chyba przy tym z Dzikim o nominacji dla Biegów Po Prawdziwej Warszawie, bo Dziki zadzwonił z tą nowiną bodaj we wtorek, kiedy byłem na spacerze w chuście z Misiem Świata. Jestem ostatnio fanem chusty, wczoraj byliśmy we dwóch w Kampinosie, bo MSŻ miała konwencję fitness na błoniach Stadionu Narodowego, a córka 5-klasistka - turniej tańca w Nowym Dworze.

Staszewski z chustą wygląda tak:

A Puszcza Kampinoska tak:

Warszawa jak wygląda, każdy widzi. Ale nie każdy wie, co jest co. Dlatego mam dużo serca do pomysłu Dzikiego i Rafała Przewodnika - Biegów Po Prawdziwej Warszawie. To jest pomysł z duszą.

I chciałoby się napisać, że zostało to docenione, bo BPPW dostały nominację w konkursie na wydarzenie biegowe roku zorganizowanym przez Festiwal Biegowy w Krynicy. Ale jak spojrzysz na listę, to jest tam bodaj 177 biegów, Choszczówka Dzikiego zresztą też. Uważam, że Festiwal Biegowy w Krynicy robi milion rzeczy fantastycznie, z ochotą się tam wybieram we wrześniu (na pełną setkę, że przypomnę). Ale tu czegoś nie przemyśleli.

Bo teraz ludzie z tych 177 propozycji mają wybrać najlepszą głosując esemesami. Każdy może wysłać jeden esemes. No i się robią schody, bo jak małe BPPW ma rywalizować np. z Maratonem Warszawskim z finiszem na stadionie. Wiem, że kilka osób, zwłaszcza tych bardziej na nie wobec mnie, zaraz napisze, że dla nich BPPW są dużo większym wydarzeniem od maratonu. Każdy ma prawo do swojego zdania, w demokracji szanujemy zdanie mniejszości, ale decyduje większość. Taka sytuacja.

Nie lubię też konkursów, które tak naprawdę nie dotyczą tego, jakie rzeczy są, tylko kto ma więcej znajomych na Facebooku i potrafi ich bardziej zmobilizować. Dałem się namówić MSŻ jak może pamiętacie na udział w konkursie na bloga roku, dziękuję Wam za wszystkie głosy, ale przepadliśmy gdzieś pod kreską.

Nie wiem, kto ma oceniać wartość biegów, zdarzeń albo dokonania dziennikarzy - bo Festiwal rozpisał też konkurs na Dziennikarza Biegowego Roku i jestem jednym z 47 nominowanych. Ale na pewno złym modelem jest, kiedy robią to znajomi z wirtualnego świata.

25 lat po odzyskaniu wolności władzę w Polsce przejął Facebook. My też naszą dokumentalną reklamówkę szybko wrzuciliśmy na Fejsa. Taka sytuacja.

22:17, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 02 czerwca 2014

W środę 4 czerwca ma być w telewizji (TVP 2) film, którego zapowiedź mnie zachwyciła: "Pocztówki z republiki absurdu". Jest rok 2014, w Polsce po fiasku Okrągłego Stołu trwa komunizm, telefony komórkowe są na kartki, a internet jest rosyjskojęzyczny i obejmuje kraje RWPG (młodsi: google). A co z bieganiem?

Spróbujmy sobie wyobrazić bieganie w PRL w roku 2014. Biega nas niewielu, bo to coraz większy obciach. Koszulki mamy bawełniane, chociaż trafiają się techniczne wytworzone przez prywatną inicjatywę, ale są drogie i trudno dostępne. Przed największym w kraju Maratonem Pokoju, wszyscy biegacze (200-300) smarują się Ben Gayem. Trybuna Ludu nawołuje do akcji Polskie Społeczeństwo Biega dla Zdrowia, ale wszyscy mają w dupie Trybunę Ludu, akcje i zdrowie. Szczyt marzeń to wizyta w jedynej w kraju restauracji McDonaldsa otwartej na Lotnisku Okęcie, ale ceny są tam horrendalne, więc mało kogo stać.

Obejrzę ten film 4 czerwca wieczorem, a rano wybieram się na bieganie. Nie sam, tylko z Robertem Korzeniowskim i Wolnością. Mamy pod tym blogiem czasem różne poglądy polityczne, wychodziło to czasem przed wyborami, ale moje znacie: 4 czerwca jest fantastyczne święto wolności, dzień szansy na sukces i to wykorzystanej. Pomysł Roberta Korzeniowskiego, żeby to uczcić biegiem na dystansie 25 km - po kilometrze na rok - jest świetny. Start o 6. rano na Polu Mokotowskim w rejonie parkingu przy Batorego. Upiorna godzina startu to zresztą cena wolności - to nie PRL, bezwzględnie trzeba być rano w pracy w korporacji.

Spotkamy się 4 czerwca? Podejdźcie, poznamy się po...

No właśnie. Chodzę z tą zagwozdką od trzech dni, od kiedy zdecydowałem się na start. Mogę założyć koszulkę Polska Biega. Robert przyłożył mocną cegiełkę do tej akcji, a akcja przyłożyła się do rozbiegania Polski. To logo, które z dumą poniosę na piersi, na plecach i wszędzie gdzie komuś przyszło je do głowy nadrukować. To ruch społeczny do kwadratu - bo naprawdę ruszył społeczeństwo. To moja duma, bo byłem od początku i nadal czuję się częścią tego ruchu.

Ale chciałbym też założyć koszulkę Kancelarii Sportowej Staszewscy. Powiecie: prywatna firma dla ambitnych biegaczy, biznes i reklama nie nadające się na święto. Ale to właśnie nie jest jedno z największych osiągnięć polskiej wolności? Gospodarka rynkowa, nie tylko w znaczeniu makroekonomicznym, ale też dosłownym - że każdy może coś zrobić własnymi rękami, jak dobry gospodarz, wystawić to na rynku, a ludzie wybiorą to, czego potrzebują. Ktoś potrzebuje naszej opieki trenerskiej - napisze maila, ktoś woli kino, kawiarnię lub spacer - skorzysta z innej oferty. Wolność działania i wolność wyboru.

Nie wiem. Pewnie skończy się na bluzie z jednym logo i koszulce z drugim, a czas ekspozycji będzie zależał od pogody. Więc jeśli w środę na Polu Mokotowskim zobaczycie faceta z którymś z tych napisów, a jesteście cichociemni bądź ten facet was nie pozna, chociaż powinien (z góry przepraszam) - to podejdźcie i przedstawcie się. Po biegowemu na 'ty' - tak jak zawsze pisaliśmy do biegaczy w Polska Biega i zwracamy się dzisiaj w Kancelarii.

To co? Kto zaczyna świętowanie 4 czerwca na Polu Mokotowskim?

21:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (65) »
poniedziałek, 26 maja 2014

Biegający Szef był trochę jak szaman, zaklinający rzeczywistość. Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się, na ogół, dostatniej, a on czytając z przyszłych wiatrów krzyczał, że Polska biega, biega, biega. I te trzy biega odkrzykiwały nam dzieciaki w Białychstokach, Bełchatowach i Ostrowiach.

To była prehistoria akcji Polska Biega. W ten weekend akcja miała swoją dziesiątą edycję. I nie wiem, czy dlatego, że w tym roku jestem już daleko poza Gazetą, czy może z zupełnie innych powodów jej nie zauważyłem. Piszę to z radością, bo o to walczyliśmy, o take Polske (młodsi: google).

Strusiowe logo Polska Biega miało wtedy moc wywoływania biegów. Panował wtedy powszechny głód zawodów, każde Grand Prix na Kabatach albo na Woli gromadziło regularnie połowę wszystkich warszawskich biegaczy, a było nas wtedy z 400. Z rekreacyjnego niebytu w tej jeden polskobiegowy weekend wyłaniały się setki biegów w całej Polsce.

A teraz? Tydzień wcześniej była dziesiątka w Gnieznie, Myśliborzu, Gdyni i Świeciu, trzynastka w Olecku, trójka w Rawiczu, piątka we Wrocławiu, Łodzi i Olsztynie... To tylko fragment kalendarza biegowego z MaratonyPolskie.pl.

Dziś weekend zawodów biegowych dla wszystkich praktycznie na nikim nie robi wrażenie. Stało się, teraz naprawdę Polska Biega. Tak jak biegacze na Agrykoli już się nie pozdrawiają machnięciem ręki, bo na stadionie potrafi tam trenować na raz kilkadziesiąt osób, tak Polacy przestają biegać od święta, bo robią to na co dzień.

Powiedział mi kiedyś, kiedy byłem początkującym dziennikarzem, któryś z wiceministrów edukacji przy okazji jakiegoś protestu studentów w sprawie podwyższenia stypendiów - że uwierzy, że w Polsce studentom jest dobrze, kiedy będą protestować w sprawie zakazu parkowania samochodów studenckich przed rektoratem. To się jeszcze nie dokonało. Ale podobnie można powiedzieć, że Polska Biega osiągnie sukces, kiedy nie będzie już świętem, tylko polską codziennością. To się chyba właśnie stało.

Ja w sobotę pobiegałem z samego rana, bo po dziesiątej wyjeżdżaliśmy na rodzinną wyprawę nad podwarszawski Świder (polecam). Wreszcie dobry trening. Półtorej godziny powoli w przyzwoitym tempie (5:16 średnia), ze spokojnym tętnem (średnie 145) i dobrym akcentem na koniec (2 km po 4:12).

Ale lata lecą. Spojrzałem z dumą na ten swój trening na Garminie, a tam wyświetla mi się trening naszego trenera z Kancelarii Maćka (z którym biegaliśmy blisko siebie jeszcze dwa lata temu, zdarzało mi się z nim walczyć, a nawet wygrywać). Maciek pobiegał godzinę "easy" - w tempie 4:18.

Polska biega, biega, biega, nadbiegają nowe pokolenia. Witajcie na ścieżkach :-)

20:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 19 maja 2014

Czy może być coś bardziej nudnego od "walki z trzema schodami"? Tak. Walka z siedmioma schodami. I właśnie zamierzam ją rozpocząć.

Ten tydzień bez biegowej historii. Trzy treningi z podopiecznymi - bardziej na triceps niż jakikolwiek inny mięsień. W sobotę półtorej godziny po Lesie Kabackim w tempie żenującym, ale jechałem na bardzo niskooktanowym paliwie chyba, nie było jak depnąć.

Lada tydzień zacznie się bieganie z wózkiem, ale jeszcze nie mamy wózka biegowego. Za to moje emocje angażują spacery z Małym Yodą. Oprócz tych a la Paulo Coelho mam emocje tępej wściekłości, gwałtownych choler i mruczanych pod nosem bluzgów. Na budowniczych schodów.

Prawie każdy podjazd dla wózków ma poprowadzone środkiem schody lub inne szykany. Obliczono to pewnie w latach 60. XX wieku, kiedy obowiązywał jeden rozstaw kół w wózku. Teraz wózków jest jak psów, duże kółka, małe, podwójne, trójkołowe i to nie tylko dla biegaczy. Przeważnie są mniejsze od PRL-owskiej normy, więc nie ma szans wziąć schodków między koła.

Obserwuję ludzi wjeżdżających z wózkiem przechylonym na bok na dwóch kółkach. Wnoszących wózki pod pachą na podjazdach. Przedzierających się bokiem po trawniku.

Podjazd pod naszym domem - tu zamiast schodków są fantazyjne szykany - pokonujemy sposobem u kogoś podpatrzonym: pod górę idzie się tyłem ciągnąc wózek na szerszych tylnych kółkach. Na pokonanie szykan (każda wystaje kilka centymetrów) przodem nie ma szans:

a

Ja wiem, że to jest drobiazg w porównaniu z ludzkimi niedolami. Ale ten drobiazg kosztuje miasto, spółdzielnie mieszkaniowe i innych zleceniodawców pewnie ciężkie pieniądze. Ktoś zamawia projekt, ktoś go rysuje, kosztorysuje, ktoś płaci, bo to kosztuje, ktoś wykonuje. I cały ten trud jakby na złość człowiekowi z wózkiem.

Zdarza się, choćby pod naszym sklepem osiedlowym, że ktoś zbuduje podjazd gładki jak ta lala. Można wjechać wózkiem i zjechać i nie martwić się pokonywaniem przeszkód. Można? Można.

To dlaczego wszyscy (prawie) architekci uwzięli się na te przeszkadzające schodki w tej czy innej formie? To tak, jakby ustawiać na autostradzie betonowe kloce, żeby zmusić kierowców do slalomu. Albo panu prezesowi spółdzielni Na Skraju ustawić po drodze do gabinetu siedem małych, krasnoludkowych ostrokołów, żeby je sobie mógł omijać.

Uff. Trochę złości wybiegałem już rano, był przed pracą mocny trening na stadionie koło kortów, na które rano odwiozłem córkę 5-klasistkę.

Z biegowych spraw jeszcze podziękowanie z zeszłego tygodnia, które mi wybiegło z głowy przy relacji z Ekidenu. Dziękuję Cetrum Biegowemu ERGO za wsparcie reprezentacyjnej sztafety Kancelarii znaczącym rabatem na koszulki biegowe.

2

I ostatnie biegowe - zostały już tylko ostatnie miejsca na IV Obóz Biegowy w Rabce na początku sierpnia. Do zobaczenia.

22:15, wojciech.staszewski
Link Komentarze (52) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam