Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kiedy na starcie zobaczyłem Andrzeja (ojciec z klasy córki 6klasistki), pomyślałem, że mam jedno miejsce w plecy. Bo chociaż na półmaratonie pokonałem Andrzeja o dobrą minutę, to mam to poczucie, że to tak jak wygrać z Dzikim w ping ponga. Niby zwycięstwo, ale bukmacherzy i tak wypłacają premię za wygraną przeciwnika.

Ale wtedy Andrzej powiedział, że biegnie treningowo, bo właśnie skończył 10-kilometrowy trening. Że też ja na to nie wpadłem. Zebrać się w sobotę rano na godzinne bieganie, dotrzeć prosto na parkrun (właśnie legendarna Mel przysłała mi maila, jak to się prawidłowo pisze) i zakończyć mocnym akcentem. Zrobię to chyba za tydzień.

Znów poczułem, że może nie wszystko stracone. Że może drugie podejście do podium skończy się wdrapaniem.

Ruszyliśmy, najpierw razem z Przemkiem nieodkrytym celebrytą, ale to było dla mnie za wolno, przeskoczyłem do przodu. Na czele wyrwał późniejszy zwycięzca, startował w innej lidze. A za nim po kilometrze uformowała się grupa walcząca o drugie miejsce.

Fot. Alicja Kowalska z Halo Ursynów

Od lewej: Staszewski (na mecie ostatecznie czwarty), Przemek (piąty), Andrzej (drugi) i zadowolony chłopak w zielonej koszulce, stanie na podium, a ja nie. Czwarte miejsce, podobno najgorsze. Najlepsze, na jakie było mnie w sobotę stać.

Po biegu złapałem parę godzin luzu, towar-skarb w tym tygodniu. Pojechaliśmy z Moją Sportową Żoną, małym Yodą i córką 6klasistką na wyprawę rowerową na nasze ukochane Kabaty. Fajne miejsce...

Niedzielę zacząłem o ósmej debiutując w roli "wykładowcy akademickiego". Żaby stąd, że prowadziłem czterogodzinne warsztaty z biegania dla studentów kierunku trener personalny na WSEwS. Nic wielkiego, ale dla mnie ważne, bo to mój pierwszy raz ze studentami. I studentkami.

Wcześniej wyszła z tego niezła wtopa, bo MSŻ miała zadebiutować w tym dniu na 10 km w Biegu Raszyńskim, a ja miałem zadebiutować w roli zająca na złamanie 50 minut. I nie skojarzyłem, że mam w tym dniu zajęcia ze studentami i studentkami. Na szczęście organizatorzy Biegu Raszyńskiego byli tak mili, że zgodzili się na przekazanie pakietów dwójce naszych podopiecznych (niezły start). A kwestię debiutu też da się rozwiązać.

W części praktycznej na WSEwS zrobiłem z dwoma grupami trochę podbiegów, ćwiczeń siły biegowej, interwałów. A potem trening z Kamilem Jedynkowym, dwie godziny po Lesie Bielańskim z eksplorowaniem nowej, księżycowej ścieżki za Spójnią.

Wieczorem byłem padnięty. Położyłem się na podłodze pod pretekstem zabawy z małym Yodą i zaliczyłem pół godziny drzemki.

Dziś - chociaż rytualnie tydzień zaczyna się od podbiegów - zero biegania. Powstrzymałem w sobie tę chęć, żeby sobie dołożyć kolejny trening, lepiej wytrenować się na maraton, bo przecież sam tłumaczyłem studentom, jak istotna jest regeneracja, że wtedy się forma buduje.

Więc teraz się buduje.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

5 dni świąt 9 godzin i 25 minut biegania. Miało być w słońcu i w wiośnie, było w śniegach do pół łydki.

Dziś minimum słów, raczej liczby i obrazy. Bo zaraz ruszamy do Warszawy, a to z przystankami, których Mały Yoda stanowczo się już domaga około 7 godzin.

Fotoreportaż z kurczakiem był już na Facebooku, ale nie każdy przecież ma konto, a jak ma, to niekoniecznie zna fanpejdż Kancelarii. Biegaliśmy z Moją Sportową Żoną po nowo odkrytych ścieżkach na Krzywoniu - w tym roku podbiegi na obozie będą w nowym miejscu i nowej formule.

To lubię chyba najbardziej. Odkryć nowej ścieżki w miejscu, które wydawało się znane na wylot. Wróciłem tam dziś, na koniec treningu wyszło słońce i osiągnąłem rekordowe tempo kilometra - 4:15. Reszta to bieganie po 8:00, 10:00, kilkanaście zero. Takie pomieszanie wytrzymałości, siły i wycieczki. Wierzę, że tak jak pewien rosyjski zapaśnik z Syberii trenował dźwigając po schodach lodówkę - tak samo można wytrenować się na maraton orlenowski takim dzikim bieganiem.

Bajeczne było też bieganie na Luboń. Kiedyś zrobiłem ten trening nieprzygotowany i zbieg zajął mi więcej niż podbieg. Teraz w ciężkich śniegach pobiegłem z dużą mocą. Czuję siłę w sobie.

A rodzinna bajka to wspólny trening na Stare Wierchy także z MSŻ i Sabiną. Nie trzeba już pisać, że biegaczką, bo to już widać.

 

Chciałbym zostać z tymi obrazami i z tymi emocjami. A teraz w drogę i rano do Mordoru na Domaniewskiej. Tam pracuję i o tym właśnie - o Mordorze - będę pisał. Jeśli ktoś (niekoniecznie z Domaniewskiej) ma coś do powiedzenia w temacie "Mówimy Mordor, bo..." - reporter bardzo prosi o pilny (dziś-jutro) kontakt: wojciech.staszewski@newsweeek.pl

14:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 30 marca 2015

Widzę go, a nie widziałem go dobre pół godziny. Widzę coraz wyraźniej, coraz bliżej. Widzę, że biegnie niewyraźnie, że mogę go gonić. Przed podbiegiem się zbliżam, a po podbiegu wyprzedzam. Zamieniamy dwa słowa, widzę go kątem oka. Potem nie widzę, nie słyszę. Ale czuję, że się czai.

Jednocześnie nie mogę nic zrobić. Macie takie sny, że biegniecie i nie możecie? Tak się czuję na bruku Placu Krasińskich. Jakbym biegł w wodzie po kolana, w piachu po kostki. Wiem, że jemu też jest ciężko. Przestaje się liczyć technika biegu (chociaż wiem, że rozluźnienie ramion i pilnowanie ich pracy pomoże i jakoś tam staram się przynajmniej ruszać rękoma). Zostaje walka.

Ta walka to zaszczyt. Podopieczny Bartek odjechał mi z dwa-trzy lata temu, mogłem go oglądać w pierwszych 10 proc. dystansu, a potem albo na nawrotce, albo sprawdzić w wynikach, jak mu poszło. A teraz walczymy.

Moja Sportowa Żona na 20. kilometrze ujęła to tak:

wwa

Podopieczny Bartek czai się z tyłu jak myśliwiec w czarnej czapeczce. Ja widząc MSŻ z Małym Yodą i małym aparatem przebiłem się do przodu grupy, żeby dobrze wyjść na zdjęciu.

Podopiecznego widziałem już raz na skręcie z al. Niepodległości w lewo (zabijcie mnie, nie pamiętam, w jaką ulicę skręcaliśmy), chyba nawet wyprzedziłem go na chwilę. Ale potem organizm kazał mi zwolnić. A w tym biegu organizm decydował.

Myślałem całą sobotę, jak pobiec. Szybciej niż mogę i próbować przetrwać, ale wiadomo, że się nie da i stracę mnóstwo sekund. Wolniej niż mogę i próbować przyspieszyć, ale zwykle potem się nie udaje i wychodzi, co wychodzi. W końcu postanowiłem zrobić eksperyment w granicach rozsądku: nie będzie rządził Garmin. Zrezygnowałem z pulsometru, którego się ostatnio na startach mocno słuchałem, żeby zwalniać gdyby tętno przekroczyło 175, a przyspieszać, jeśli spada poniżej 170. Z zegarka nie byłem w stanie całkiem zrezygnować, ale umówiłem się ze sobą, że sprawdzam czas tylko na piątkach. Tak jak dawniej, kiedy GPS-y występowały jedynie w literaturze sience fiction, a żadnemu organizatorowi nie przychodziło do głowy oznaczanie wszystkich kilometrów.

Zaczyna się nieźle. Pierwszą piątkę robię w 19:17, a jest przecież pod wiatr. To tylko 3 sekundy wolniej niż mój spieprzony start na 5 km tydzień wcześniej. Przy okazji witam na blogu Dziecię Stanu Wojennego - gz81 - i wyjaśniam: to oczywiście racja, że z wyniku 19:14 nie da się pobiec półmaratonu poniżej 1:24. Ale ten nieudany start na piątkę to był właśnie ten "bieg na straty", który zalecam też wszystkim Podopiecznym. Pierwszy start sezonu, w którym człowiek dopiero przypomina sobie, ile kosztuje radość na mecie, jakiej koncentracji i jakiego naprawdę wysiłku to wymaga. Kolejny Park Run będzie około docelowego 18:30.

Druga piątka, ta, na której ścieramy się lekko z Podopiecznym Bartkiem - w 19:38. Trochę zwolniłem, ale jak sobie przypominam moje najlepsze połówki, to zawsze na drugiej piątce zwalniałem, a potem ruszała husaria. Tym razem nie do końca się to udaje, wychodzi 19:41. Husaria porwała za to Podopiecznego, nie widzę go nawet na zbiegu na Trasę Łazienkowską, jasną, długą, prostą. Mierzę się trochę z facetem w żółtej koszulce, trochę z drugim w niebieskiej, trochę wyprzedzam. Odłączenie się od obsesyjnego kontrolowania co chwilę wszystkich parametrów Garmina sprawdza się świetnie.

Do trzech czwartych dystansu. Bo kiedy pod koniec organizm nie jest w stanie już do w pełni racjonalnych decyzji. Odpuszczam mimowolnie, widzę, że wyprzedzają mnie biegacze, Wojtek S. z Entre, kiedyś kolega z liceum, potem kolega z biegania, z 10 lat z nim nie wygrałem. Zawsze miał świetny, długi, profesorski finisz. To też zaszczyt, że mogę z nim walczyć.

Przed sobą widzę Krzyśka R., jego pokonałem ostatni raz z osiem lat temu, potem też się na zawodach nie widzieliśmy z powodu różnicy klas. A teraz mam go na wyciągnięcie rezerw glikogenu.

I widzę Bartka, Podopiecznego Bartka. Gonię, ale wynik z piątki i tak wychodzi żenujący: 21:03. Tu przespałem swoją szansę na euforię na mecie. Tu trzeba było patrzeć na zegarek i wysyłać z mózgu sygnał do mięśni: do roboty!

Zamierzam podobnie pobiec maraton. Żadnego pulsometra, sprawdzanie tempa na piątkach - ale do 25, najwyżej 30 kilometra. Potem będę się lepiej pilnował, co wyprawiam. I zamierzam, zapowiadam to od razu, pobiec maraton poniżej 2:58, a cel marzeń to będzie złamanie 2:55. To również nie wychodzi z takiej połówki jak niedzielna (wg LiczydloBiegowe.pl, bo w Danielsa/McMillana/Skarżyńskiego w tej kwestii nie wierzę), ale dołożę sobie jeszcze w górach grubą warstwę wytrzymałości.

Na Krakowskim jeszcze jestem przed Podopiecznym, ale kiedy skręcamy na Plac Teatralny, Podopieczny pokazuje, kto tu jest M-40, a kto M-30. Dobiega 8 sekund przede mną, a różnica czasów netto wyniesie 5 sekund na korzyść Bartka.

Dziękuję Ci mój (niegdyś) młody padawanie, że mogłem z Tobą walczyć. Byłeś w niedzielę lepszy.

Ja byłem lepszy od siebie samego sprzed roku. O minimalne, trudne do zauważenia z kosmicznej perspektywy 2 sekundy. Ale dla mnie ważne, bo przy Małym Yodzie trudniej o czas na trening, moje długie wybiegania z wózkiem to Monty Python, więc trening musi być coraz bardziej efektywny, żeby wygryźć kosmosowi te 2 sekundy.

Rok temu pobiegłem 1:23:32, teraz 1:23:30. Tutaj link do Garmin Connecta. Ale i tak najważniejsze jest to, czego nie ma w liczbach. Sensem tego biegu nie był czas, wielki wynik, ani słaby wynik, ani nic wyrażalnego Liczbą. Nie zwycięstwo, nie porażka. Nie miejsce, chociaż w kategorii dziennikarzy byłem tym razem drugi (pokonując drugiego w Wiązownie Arka R., a Bartosz O. tym razem nie był dziennikarzem). Sensem była Walka.

19:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 23 marca 2015

Jakie jest najgorsze miejsce na świecie? Wcale nie czwarte. Najgorsze miejsce na świecie jest to, które jest sto lat świetlnych od swoich oczekiwań.

W tygodniu pobiegałem, co piszę, żeby potem Oco nie komentował, że mam wyniki za darmo. Ale już nie pamiętam co, kiedy, jak. Za to weekend zapamiętam mocno i długo, co najmniej do następnego weekendu.

Moja Sportowa Żona pojechała w sobotę rano wykładać o wzmacnianiu i stretchingu, co jest dla mnie powodem wielkiej dumy, więc piszę. To swoją drogą ciekawe, dlaczego od przedszkola gani się (młodych) ludzi: "Nie chwal się!". Przecież suma po historiach jest dla świata dużo lepsza, jeśli historie są pozytywne. Więc się ostentacyjnie chwalę MSŻ.

Bo sobą nie mogę.

Pojechałem na pierwszy ursynowski Park Run z wielkim entuzjazmem. Nie mamy z nimi żadnej umowy barterowej, więc przekornie podlinkuję Park Run jeszcze raz, tym razem fanpejdż na Fejsie. Czekałem na te zawody, bo Ursynów, to mój hajmat, bo ten cykl jest kapitalny i chciałem go mieć pod nosem, a nie po drugiej stronie Wisły lub po drugiej stronie miasta. A także ze wstydliwych trochę pobudek (wstyd to przeciwieństwo chwalenia, uważam, że bardzo oczyszczające jest mówić na głos o tym, co wstydliwe) - chciałem być na podium.

Fot.: ParkRun

W naszym amatorskim bieganiu to zawsze jest kwestia przypadku. To nie jest, jak na olimpiadzie, gdzie wiesz, które masz miejsce w rankingu i jaki czas jest ci potrzebny do pokonania rywali. W Polsce jest pewnie kilka tysięcy osób (a jeśli doliczyć szkoły mistrzostwa sportowego, to może nawet więcej), które biegają piątkę szybciej ode mnie. Jaki musi być przypadek, żeby na ten bieg przyszły nie więcej niż dwie.

Przyszły cztery. Dobiegłem piąty, co nie jest złym miejscem, ale o dwa oczka poniżej oczekiwań. Najgorsze, że pretensje mogę mieć tym razem nie do tych tysięcy szybszych biegaczy, ale przede wszystkim do siebie. Pobiegłem w straszliwym czasie, 19:14, chociaż pogoda była idealna. 15 sekund gorzej niż w styczniu na Chomiczówce. Nie po to człowiek trenuje miesiącami, żeby się cofać. Gdybym pobiegł 18:30 - a w tyle powinienem przebiegać piątkę w sezonie startowym, przecież rok temu zrobiłem wiceżyciówkę, bodaj 18:07 - byłoby trzecie miejsce.

Od południa analizuję, co schrzaniłem. Na pewno start ten spełnił swoją rolę przetarcia startowego. Tych zawodów, na których człowiek sobie uzmysławia, jak bardzo trzeba docisnąć na trasie, żeby być zadowolonym za metą. Nad resztą myślę i myślę.

Kupiliśmy Małemu Yodzie siedzonko rowerowe i w sobotę, w ostatnim ciepłym dniu tej wiosny (do tej chwili) wybraliśmy się razem z MSŻ na wyprawę rowerową. Rower jest przyjemny w odróżnieniu od przegranych zawodów na 5 km.

Fot. MSŻ

W sobotę wieczorem Mały Yoda dostał trzydniówki, nocne jeżdżenie po nurofen do apteki, stres, bo już wiem, że straszne choroby nie przydarzają się tylko "innym", ale każdemu się mogą przydarzyć, Tobie, mnie, każdemu, a te lęki doganiają człowieka bardziej w nocy, kiedy świat jest nieprzyjazny i kiedy przypominają ci się te wszystkie nocne dyżury, na które jeździłeś w życiu z dziećmi, szpitale i ogólny bezsens życia, który trzeba sobie ratować np. rywalizacją na 5 km.

Jeszcze tam stanę na podium. Jeszcze powalczę. Będzie trudniej, bo w tę sobotę było też Grand Prix w Kabatach, trochę mocnych rywali wybrało tamten bieg. Ale kto powiedział, że zawsze musi być łatwo. Zawsze musi być cel.

Najbliższy cel: pobiec w Półmaratonie Warszawskim szybciej niż w zeszłym roku - było 1:23:32. W Wiązownie coś źle spojrzałem na zeszłoroczny wynik i okazuje się, że się nie udało, do wyniku sprzed roku zabrakło parunastu sekund. A teraz?

17:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 16 marca 2015

W dzisiejszym odcinku bloga, autor stara się spełniać wyobrażone oczekiwania swoich realnych oraz hipotetycznych odbiorców. Stąd odcinek jest podzielony na fragmenty dedykowane różnym osobom bądź grupom osób.

Dla biegającej gimbazy:

Heja, hejka. Słoneczko przygrzało wiosną, to trzeba zrobić mega wypas trening biegowy. https://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t39.1997-6/p64x64/851586_126361877548609_1351776047_n.pnghttps://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t39.1997-6/p64x64/851575_126361970881933_2050936102_n.pnghttps://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t39.1997-6/p64x64/851575_126362190881911_254357215_n.pngNo dawaj, nie wymiękaj. Jedziesz, jedziesz!! Dyszka w Kabatach bez spiny i na pełnym luzie :-P Że nawet koszulka sucha ;-))) Machniesz pętelkę po lesie i jesteś zwycięzcą :-))))). Dziewczyny, która chce pośmigać ze mną, ślijcie fotki w komciach ;P

A przed treningiem focimy. I bryka zostaje, a my jedziemy!:-)!!!

Dla biegających panien:

Chcąc zmierzyć się w stolicy z królewskim dystansem maratonu, a wcześniej z książęcym dystansem półmaratonu wiedziałem, że nie mogę dziś odpuścić treningu biegowego. Nastawiłem budzik niemalże o brzasku, kiedy pierwsze promienie wiosennego słońca przeciskały się przez cienką szparę między roletą a futryną. Jednakże musiałem wykonać wiele czynności służbowych związanych z zamówieniem koszulek dla sprinterów Kancelarii Sportowej Staszewscy, toteż nie udało mi się rozpocząć treningu o wyznaczonej godzinie i zmuszony byłem udać się na kolegium redakcyjne, gdzie mój temat nie przeszedł, a dostałem inny.

Toteż na bieganie mogłem znaleźć chwilę czasu dopiero w tzw. późniejszym terminie czy też upraszczając w godzinach popołudniowych. Ach, jaka wspaniała to była decyzja. Słońce ogrzało bowiem temperaturę, przez co bieganie wśród zeszłorocznego listowia ścielącego się między leśnymi ścieżkami przywodziło na myśl prawdziwie ciepłe, wiosenne dni, jakie właśnie się mam nadzieję rozpoczęły. Przyjemnie było tak chłonąć niezwykle mocną i wspaniałą przyrodę Lasu Kabackiego.

To dobrze, że w końcu jest wiosna, kobiety i mężczyźni z chęcią wracają do aktywności fizycznej. Ale po latach biegania wiem też, że w dążeniu do celów ważna jest praca i systematyczność. Toteż, choć pogoda pod koniec tygodnia nie zachęcała do sportowych wyczynów, zmobilizowałem się do treningu interwałowego (interval) oraz jednego długiego wybiegu (long run).

Dla tych, co znają MSŻ:

W piątek zrobiłem pół godziny z haczykiem powoli, dobiegłem w tym czasie do lasu, a Moja Sportowa Żona dojechała tam samochodem. Mieliśmy zaplanowany sprawdzian na 10 km, po dobrze wymierzonej kiedyś przez atestatora żółtej trasie. Nawiasem mówiąc czuję, że oznaczenia kilometrowe zostaną tam wkrótce poprawione.

MSŻ, która biegać zaczęła dopiero od wakacji osiąga progresy jak wykres nieustannej hossy na giełdzie. W sprawdzianie na samym początku (świeżo po ciąży, jeszcze z dodatkowymi kilogramami i bez żadnego treningu) dostała dzikie zadanie - utrzymać tempo 6:00 przez 5 km i poprzeczka okazała się zbyt wysoko zawieszona. W piątek chciała przebiec 10 km poniżej 50 min.

Zaczynamy, kilometry w 5:02-5:03. Ale już na piątce mamy 4 sekundy nadróbki (poniżej 25 minut). Kolejny kilometr szybszy, a kolejny dramatyczny - MSŻ postanowiła zdjąć kurtkę biegową, kiedy już to prawie zrobiła, okazało się, że lewy rękaw nie zejdzie, bo jest na nim przypięty zegarek. Wyszła szarpanina i zrobiło się z 5 sekund opóźnienia.

Ale na ostatnim kilometrze byłem spokojny, bo MSŻ wprawdzie kompletnie nie miała już siły, ale postanowiła mi chyba udowodnić, że biega się jednak głową i przyspieszyła do 4:40. Skończyliśmy w 49:43 i nie mogę wyjść z dumy aż do teraz.

Dla tych, co znają Kancelarię:

Koszulki już zamówione, jest duża szansa, że będziemy je mieli na wtorkowym treningu przed Półmaratonem W. Dzięki dla pana z Crafta za utrzymanie po krótkich negocjacjach dobrej promocyjnej ceny dla nas na koszulki. Obiecałem, że napiszę o Crafcie, a robię to bez obciachu, bo koszulka jest miła w dotyku, jak satynowe majtki.

Mam teraz w duszy wizję społeczności sportowej. Ludzi, którzy się znają z treningów, z obozów, z rozgrzewek. Którzy się będą mogli na zawodach rozpoznać choćby po tych koszulkach. Ludzi, którzy się lubią (jak myślę sobie o wartościach, to chyba życzliwość jest dla mnie barrrrrdzo ważna). I lubią Staszewskich za to, że Staszewscy są tacy, jacy są. Staszewski np. określiłby dziś siebie jako osobę życzliwie złośliwą.

Dla tych, co nie znają Kancelarii:

Przyjedźcie na obóz do Rabki. Będziecie wracać, nie tylko myślą. Tutaj filmik sprzed roku, a tutaj dłuższy film.

Jeśli chcesz dołączyć do nas tylko internetowo albo stacjonarnie w Warszawie - informacje znajdziesz tutaj. Wymyśliłem niedawno opcję, w której balans między byciem w społeczności, a treningiem jest mocno przesunięty w stronę społecznościową - więcej tutaj - ale jeszcze nikt się nie zapisał. Kto pierwszy, ten lepszy.

Dla pewnej naszej konkurencji obozowej:

Hej, fajnie, że poprawiliście swoją stronę internetową (to słowo "Podopieczni" i jeszcze parę fraz, to od nas, prawda?), bo była gorsza niż wasz poziom sportowy. Widziałem na Agrykoli, jak fajnie prowadzicie treningi. Agrykola to w ogóle fajne miejsce jest. Takie rekreacyjne serce Warszawy. Lewa komora na stadionie, prawa nad kanałkiem. Jutro robimy tam sprawdzian dla Podopiecznych na 5 km.

A Wam życzymy udanego obozu i prosimy o takie samo życzenie :-)

Dla Stena:

Porada biegowa za free. Skup się w zimie na sile biegowej - dużo podbiegów. A jeśli myślisz o górach, to bliżej wiosny dodawaj zbiegi: podbiegi ze zbiegami albo same zbiegi z podchodzeniem. Na zbiegu bądź odważny, nie hamuj. Z myślą o takim treningu i o startach górskich popraw propriocepcję. Tutaj trochę efektownych obrazków, a tutaj rzetelny opis, jak to biegacze powinni robić naprawdę.

Dla Podopiecznego Bartka:

Porada treningowa za free. Speriodyzuj swój trening. Zimą nie forsuj tempa, słuchaj się ogranicznika tempa z tabel Danielsa. Zbuduj przyzwoitą bazę wytrzymałości i siły. Kiedy wiosną przekształcisz to w szybkość i wytrzymałość szybkościową zadziwisz nie tylko siebie, ale i Beztlena.

I na startach nie dyskutuj ze sobą - zejść czy też nie zejść. Jak masz naradę z szefem w pracy, to nie zastanawiasz się w którym momencie odsuniesz krzesło i pójdziesz do domu, tylko siedzisz do końca. I tyle, biega się od startu do mety.

Dla Beztlena:

Jest takie przysłowie: "Uderzysz w Bartka, Beztlen się odezwie". Wprawdzie nie mam poczucia, żeby w Bartka uderzył, ale dobrze - nie tylko dla mnie, ale też dla całego Podbloga - jest uczyć się od kwalifikowanego sportowca. Dla mnie przyjemnością jest jeszcze przemyśleć to, co piszesz i twórczo się nie zgodzić, wyrobić sobie własne zdanie.

Dziś na przykład w Lesie zrobiłem bieg zmienny - 1 km w 5:00/2 km w 4:00, szybkie odcinki były trzy, a wolne cztery. Nie wyobrażam sobie, żebym dał radę to zrobić po 4:00/4:15, a też czuję, że byłoby wtedy bez tlenu.

Dla animatorów ruchu w internecie:

Biegałem dziś wreszcie w dwóch warstwach - tylko koszulka i kurteczka (plus słuchawki z audiobookiem na uszach). A Wy w czym dziś biegaliście? I czego słuchacie na bieganiu?

Dla tych, co mnie lubią:

Dobrze mi ten trening dziś wyszedł. Od dobrych paru lat mam z zimowym treningiem, jak z reymontowskim cyklem pór roku. Kiedy w lutym już wszyscy mają dość śniegu, a tu w marcu jeszcze zmrozi i zawieje, to trudno oprzeć się wrażeniu, że wiosna nigdy nie przyjdzie.

W treningu też całą zimę jest kiepsko, ciężko, wolno, za wolno, dużo za wolno. Ale z uporem upośledzonego wielbłąda jadę przez trening swoją ścieżką, robiąc różne wycieczki treningowe w bok, ale trzymając się ustalonego kierunku. Kiedy już pod koniec lutego zaczynam myśleć, że chyba dogoniła mnie starość i będzie mnie trzymała na ręcznym na każdych zawodach - przybiega wiosna. Tempo interwałowe zmienia się w progowe, progowe stanie się startowym, a starty, czuję to już przez kurtkę, dadzą mi w sezonie znów dużo radości (choć nie tylko, Bartek, ale liczę się z tym, to tzw. koszty uzyskania euforii).

Jeszcze nie spadnę powyżej trzech godzin, chociaż mam już 47 wiosen. Bo obciachową na maksa fotkę z dzióbkiem (jak wyczytałem u Make Life Harder: predator wśród min) umiem sobie na koniec treningu zrobić.

19:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 09 marca 2015

8 marca - dzień kobiet w majtkach. Widzieliście je? Biegały, skakały i fruwały na Mistrzostwach Europy w LA w Pradze. Wszystkie w majtkach skrojonych w charakterystyczny trójkąt z wyjątkiem kilku w bokserkach.

A faceci nie. Faceci albo w spodenkach biegowych podobnych do tych, w jakich startujemy. Albo w obcisłych, w których widać wprawdzie nieobyczajnie fruwające penisy żyjące własnym życiem, ale jednak osłonięte materią, a nie wystawione na widok publiczny.

Przesadzam? To spójrzcie na zdjęcie bohaterek i bohaterów ze sztafety. Nie zdziwię się, jak kiedyś finiszującej biegaczce wysunie się bokiem warga sromowa.

Już szykowałem się, żeby napisać na Newsweek.pl komentarz o seksistowskim podejściu męskiego świata trenerów, działaczy i federacji. Ale zadzwoniłem do Jarka, trenera z Kancelarii i zarazem sędziego LA wysoko umieszczonego w krajowej hierarchii oraz byłego zawodnika. I co? I same tego chcą. Nikt dziewczyn nie zmusza, na poziomie reprezentacyjnym dostają po kilka kompletów do wyboru i wybierają strój wybiegowy zamiast biegowego.

Ciekawe, kiedy pierwsza zawodniczka wystartuje w stringach? A kiedy pierwszy zawodnik?

W sobotę i niedzielę biegałem. Jak to powiedział dziś Dziki: wreszcie biegałem. Nie żadne 30 min. interwałów tak jak w piątek, tylko solidne długie wybiegania. W sobotę 1:45 min. z Małym Yodą w wózku (druga połowa dodatkowo z Moją Sportową Żoną, z wózkiem tak się człapię, że MSŻ musi mnie popędzać). A w niedzielę 2 godziny z kawałkiem z Ursynowa na Bielany z szybszą końcówką, choć tej szybkości zabrakło, nawet do tempa maratońskiego było daleko, nie śniąc już o półmaratońskim. Ale cel główny to nadrobienie wytrzymałości, bo do półmaratonu w Wawie już tylko trzy tygodnie.

Liga mi to pewnie już zassie bez problemu. LigaBiegowa. Kapitalny pomysł znajomych ze Sportfolio (nasz podblogowy Tomik i nasi, już tylko z MSŻ, znajomi). Nie powiem, że działa bez zarzutu, bo właśnie zauważyłem, że mi usunęło zassany już tydzień temu wynik z Wiązowny, ale informatyka to mały płotek do przeskoczenia przy całym tym pomyśle. Rejestrujesz się i system będzie Ci sam ściągał pliki z wszystkich (zobaczymy czy na pewno) biegów, w jakich wystartujesz. Do tego jest trochę zabawy, przyznawanie punktów, rankingi i klasyfikacje. Nie rozgryzłem tego jeszcze (sorry, Smoku, wiem, że Cię zawiodłem), ale na nos najbardziej podoba mi się możliwość założenia drużyny i wspólnego punktowania. Czuję, że integrująca się ostatnio na potęgę społeczność Kancelarii niebawem będzie miała swoją drużynę.

Zaczęło się od majtek, a skończy na koszulkach. Dla spotęgowania integracji Kancelaria ogłosiła wśród Podopiecznych i Znajomych wiosenną Akcję Koszulki 2.0. Dostaliśmy od Crafta dobrą cenę i za 45 pln (nieco dokładając, żeby nie było, że jesteśmy pazerni) ubierzemy Podopiecznych i Znajomych w koszulki obrandowane logo Kancelarii oraz waszym imieniem/pseudonimem. Męskie i damskie. Po mailach w sprawie letnich bezrękawników możliwe, że dodamy jeszcze inne modele do wyboru, zależy od jutrzejszej rozmowy z Craftem. W każdym razie, jeśli chcesz się z nami spotęgować - pisz prędko na: bieganie@KancelariaSportowa.pl. Zamówienia zbieramy do czwartku 12 marca.

A na koniec jeszcze seksistowski akcent z ME. Wolisz być piękna i czwarta czy złotym cielcem?

Fot. ze sport.pl i wp.pl

23:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 02 marca 2015

Podium Mistrzostw Polski Dziennikarzy w Wiązownie. Wszyscy mężczyźni-medaliści i kobiety, których wystartowało jedna (Beauty, która się tu czasem pojawiała pod blogiem, kiedy pojawiało się tu więcej osób - poza piątką stałych komentatorów i studentami reklamującymi reklamy). Zwycięzca i zwyciężczyni dostali wypasione Garminy. A za trzecie miejsce wygrałem fajną siatkę z logo Garmina, dwie papierowe książki oraz... pobyt w hotelu Wiktoria w Wiązownie (kolacja, nocleg, śniadanie) :-)

Fot. Zosia Dąbrowa

To trzecie miejsce trzeba było wybiegać. Czas jak na tę fazę makrocyklu całkiem cieszący - 1:26:25, o 25 sekund lepiej niż w zeszłym roku. Bieganie połówki po 1:19 se ne vrati, ale w Warszawie chciałbym złamać 1:23.

Najbardziej rozbawia mnie wspomnienie długiego finiszu, na którym goniłem Szymona D., znanego stylistę biegowego. Powtarzałem sobie w głowie to, co mówię podopiecznym - swobodna praca ramion, łokieć biegacza do tyłu, praca nogi w stawie biodrowym, a nie tylko kolanowym. Czułem jak pięknie biegnę, jak maszyna do finiszowania. A w pewnym momencie widzę przy trasie idącego z medalem zawodnika z czołówki, jak pokazuje mi na migi (może Ukrainiec), żebym odkleił ręce od boków i zaczął nimi pracować.

Może nie biega się głową, ale czasem mamy w głowie nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia. Tak jak podopieczna Agnieszka, która na mijance wyglądała świetnie, świeżo, swobodnie, w dwóch trzecich trasy uznała, że jest beznadziejnie, najchętniej by zeszła albo wyrzuciła numer, kawałek przemaszerowała, ale stwierdziła, że jednak musi dobiec - i dobiegła zaledwie dwie minuty gorzej od życiówki. Co nam czasem w głowie galopuje?

Zadowolony jestem z tego biegu, bo wyprzedzałem pod koniec. Zacząłem ciut za mocno, koło 9 kilometra zacząłem tracić siłę i kolejne pozycje. I wtedy zjadłem odkrycie jesieni - rodzynki, miałem w torebce ze cztery garstki biegacza (garstka biegacza to taka mała garść, z której rodzynki nie wypadają w biegu) i znów zadziałało. W żołądku i we krwi, czy w głowie? Na półmetku byłem poza pierwszą setką, ale potem galopowałem, wyprzedziłem kilkanaście osób oddając pola dwóm-trzem. I dobiegłem do końca pięknie, jak maszyna do finiszowania - a przynajmniej tak mi się wydawało.

Zdjęć z finiszu nie mam. Ale to chyba dobrze, bo Moja Sportowa Żona, która stała 200 m przed metą z Małym Yodą, stwierdziła, że dawno nie byłem tak pogięty.

Miałem z tym startem sporo emocji, pierwszy sprawdzian w sezonie, bo piątka na Chomiczówce była happeningiem, ale sprawdzała niewiele. No i zapomniałem zostawić w biurze zawodów ulotek Kancelarii, końcówki naszej pierwszej transzy.

Zrobiliśmy właśnie dodruk, odebrałem dziś całkiem sporą paczkę z 5 tys. ulotek wydrukowanych przez fantastyczną drukarnię Chroma. Nie dali nam żadnego upustu, tylko dali nam dobry produkt - dobry, kredowy papier przyzwoitej grubości (150 g), druk dwustronny w cenie jednostronnego, a wszystko kosztowało nas sto złotych z hakiem. Dlaczego o tym piszę? Bo cenię sobie w życiu rzetelność, a nie poklepywanie po plecach, mruganie okiem i wyciąganie z kieszeni. Już wyjaśniam.

Kiedy tydzień temu szukałem drukarni, gościu z konkurencyjnej firmy przysłał mi taki mail: "Mamy atrakcyjny pakiet ulotek na papierze 115g błysk w cenie 223,58 zł netto / 275,00 zł brutto. Termin realizacji do 24 godzin. Drukujemy?".

U pana nie drukujemy.

Ulotkę zaprojektował jeszcze Jasiek. Teraz przy każdym drukowaniu muszę tłumaczyć, że to Z specjalnie nie mieści się w ramce, że to taki zamysł grafika. Tego mnie Jasiek uczył w fotografowaniu - jak już ustawisz sobie ładny, bezpieczny kadr, to zrób jeden, dwa, trzy kroki do przodu. Wejdź do akcji.

To się chyba da przełożyć na życie. I na bieganie, kiedy trzeba uruchomić głowę.

Ulotka wygląda tak:

A każdego, kto chce potrenować z Kancelarią - we wtorek w tym tygodniu zapraszamy razem z Centrum Biegowym ERGO o godz. 19 na trening. Zbiórka w sklepie przy JPII 61. Kancelaria - i ja, i MSŻ, i jeszcze trójka instruktorów z ERGO - pod pozorem zabawy wciągnie Was w trening :-)

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (57) »
poniedziałek, 23 lutego 2015

Słabo jest. Żremy się trochę, warczymy, wszyscy chorzy, a biegania jak na lekarstwo. I to wszystko wtedy, kiedy mam tyle sympatycznych rzeczy do ogłoszenia w najbliższej perspektywie czasowej.

We wtorek uparłem się, żeby czynnie uczestniczyć w treningu Kancelarii zamiast stać obok w kurtce i ze stoperem. W środę zaliczyłem zjazd w chorobę, a tu wywiad, ważna sprawa z córką studentką (nawiasem mówiąc córka studentka odgrzebała właśnie swoje ciuchy biegowe z liceum), choroba jeszcze głębsza. Gorzej poczuła się też Moja Sportowa Żona i córka 6klasistka. Przyszedł czarny czwartek.

Ale nieoczekiwanie w piątek rano byliśmy wszyscy w zasadzie zdrowi. MSŻ zastanawiała się, czy nie wyjść na bieganie, ja postanowiłem, że jeszcze dzień poczekam. Nudno? No to właśnie wtedy się zaczęło.

MSŻ dostała gorączki wieczorem, córka 6klasistka w sobotę rano. Wszystkie plany pobiegły się biegać. Latałem od jednej chorej do drugiej z herbatkami, kanapkami, lekarstwami, sklep apteka. Do tego Mały Yoda zastanawiał się, czy nie zachorować. Urwanie głowy, szpital w domu, chory kraj.

Żreć się zaczęliśmy wieczorem. Byłem taki dumny z siebie, gdyby zadzwonił prezydent Komorowski, że ma dla mnie order nad opiekę nad chorymi, to bym się nie zdziwił. Ale z łóżka wypełzła rozgorączkowana do 38 stopni MSŻ z listą żalów, jakim beznadziejnym jestem opiekunem, ile rzeczy zawalam, ile minut trzeba czekać na lekarstwo albo mandarynkę itd.

Przegadywaliśmy to wczoraj, dzisiaj. Ale sielanki nie ma. To tak jakby zobaczyć Henryka Sz., który w maratonie w Warszawie bije rekord Polski przybiegając na trzecim miejscu za dwoma Kenijczykami. Z jednej strony świetnie i fantastycznie, bo rekord, najszybszy Polak, przeniósł nas w kosmiczne okolice 2:06. A z drugiej strony ci Kenijczycy tak biegają w trakcie grypy, normalnie są o minutę-dwie szybsi, więc z czego tu się cieszyć. Nie ma jednej historii, jednej narracji (jak mówią na kolegium w Newsweeku).

O bieganiu przynajmniej jest jedna narracja - wróciłem do treningu po wymuszonej przerwie i nie poddaję się przed Wiązowną. W sobotę półtorej godziny z wózkiem biegowym, więc w tempie poniżej bariery wstydu. W niedzielę kończyłem jeszcze wolniej, ale istotą treningu było 10 odcinków interwałowych po 333 m, czyli jedno okrążenie stadionu przy Koncertowej, bo postawiłem przy bieżni Małego Yodę. Dziś wyszedłem na godzinę, kiedy do Małego Yody przyszła nieoceniona Ania - i jestem zadowolony, tempo ok. 5:10 przy tętnie ok. 145, a potem przyspieszenie do 4:10 na dwóch ostatnich kilometrach.

Teraz ogłoszenia.

Za tydzień - dokładnie we wtorek 3 marca - Kancelaria będzie prowadziła ErgoTrening numer 300. Może przybędziecie? Tutaj są szczegóły. Z opisu widzę, że ERGO załatwiło atrakcyjne nagrody do rozlosowania. Na mojej głowie merytoryczna część spotkania i będzie coś ostrego, czego jeszcze na żadnym treningu nie przerabialiśmy.

Za niecały tydzień - dokładnie w niedzielę 1 marca - mija termin promocyjnej opłaty za sierpniowy obóz biegowy Kancelarii w Rabce. Z tej okazji premiera - nie publikowany wcześniej filmik/zwiastun z zeszłorocznego obozu. Na naszym kanale na YouTube jest też pełna wersja, gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak mógłby spędzić pierwszy tydzień sierpnia.

No i dokładnie 1 marca Wiązowna. Jest wyraźny cel do złamania: 1:26:18, to mój wynik sprzed roku. Może pojedziemy tam razem z MSŻ, która pokrzyczy na mecie - jeśli do niedzieli narracja sklei nam się w jedną. Od piątku znów ćwiczę walentynkowym kettlem.

22:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

Mamadou, słuchaj aniołku, dam ci ten dzbanek miłości... Nie, nie powiedziała tak. Powiedziała, że lubię kolekcjonować sprzęt sportowy i dlatego na Walentynki daje mi kettlebell. Po polsku kettla, bo my wszystko spolszczamy.

Taki. Obrazek może brzydko wygląda, ale dobrze brzmi, jak się kliknie.

Ja?! Kolekcjonować?! No nie, zaraz odpaliłem w necie prosty łorkałt z kettlem. Znalazłem najprostsze ćwiczenie, którego kiedyś uczył mnie Krzysiek D., niezły ultras i chyba teraz mistrz w bieganiu wśród dziennikarzy, na połówkach wygrywa ze mną o dobre kilka minut. Machanie kettlem. Przypomniałem sobie technikę, żeby nie odchylać się do tyłu. Żeby nie wprawiać kettla w ruch rękoma, tylko miednicą, to pamiętałem.

Teraz robię codziennie taką setkę: 20 wymachów kettlem, 20 pompek, 20 kettli, 20 pompek, 20 kettli. Wiem, że to za mało, żeby wypracować coś więcej poza przyjemnością, ale przyjemność mam na stówę. I mam nadzieję, że uda mi się w końcu utrzymywać cały czas twardy rdzeń od miednicy aż po czaszkę.

Biegania było sporo. Najciekawszy trening sezonu, we wtorek z podopiecznymi Kancelarii zrobiliśmy 10 razy schody na Agrykoli. Między każdym powtórzeniem było ćwiczenie wzmacniające na różne mięśnie, chyba się w to naprawdę mocno zaangażowałem. Nogi przestały mnie boleć w piątek. Trening wszedł - jako powiedział podopieczny Michał, którego spotkałem w sobotę w Lesie Kabackim. Michał przeskoczył sam siebie, tak jak i podopieczna Alicja (mniejszość fińska pod blogiem). Ja byłem już po porannych interwałach (ciągle słabo) i stałem przy ze Studiem Ajfon w ręku.

Filmik wyszedł tak.

Chociaż nie jestem już mistrzem biegania wśród dziennikarzy, skusiłem się na Mistrzostwa Dziennikarzy w Półmaratonie, które ogłosiła Wiązowna. Szczególnie, że jedzie tam mój przyjaciel Kamil zwany kiedyś Tokowym, namawiał mnie w niedzielę na długim wybieganiu po Bielanach i Pradze. Zrobiliśmy półmaraton w 1:58. W Wiązownie chciałbym dobiec w 1:25, a minimum zadowolenia to 1:27:30.

Czuję wiosnę. W coraz częściej, mocniej i dłużej świecącym słońcu. W pojawiających się coraz mocniej w treningu akcentach szybkościowych. I z Moją Sportową Żoną nie tylko w Walentynki.

A żeby nie było zbyt słonecznie - biegacz zginął na Babiej Górze. Myślę o tym dużo. Ale nie wiem, co napisać. Na kolegium w Newsweeku temat nie przeszedł.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 09 lutego 2015

To się tak nazywało: Zima w mieście. Rano Teleferie, a potem cały dzień na nic-nie-robienie, bo co można robić w zimie, jak masz dziesięć albo dwanaście lat i nie mieszkasz w Rabce-Zdrój, tylko w Warszawie, nie jeździsz na nartach, bo nie i nie biegasz, bo jeszcze nie biegasz. Można wyjść na sanki i czasem się chyba nawet wychodziło. Co ja robiłem z tymi lawinami czasu, jak byłem mały? Wszystko przesiedziałem z książką w ręku.

Teraz miałem tydzień Zimy w mieście. Urlop, na którym postanowiłem mocno podciągnąć książkę. Dopisałem kawałek, może nie długie wybieganie, ale spokojny regeneracyjny trening. Staś poznał pewną biegaczkę, chociaż tak naprawdę to nie była biegaczka i Staś jej nie poznał. On biegał osiemsetki (Yasso, bo wierzył w magię liczb), ona sześćsetki, spotykali się między interwałami.

W piątek wyszliśmy na bieganie z Moją Sportową Żoną i Małym Yodą w wózku. MSŻ biegła z wózkiem, a ja biegałem trzyminutowe interwały, po szybkim odcinku nawracałem do niej. Średnie tempo interwałów 3:56, czyli już nie taka straszna żenada, ale żenada. Dałoby to półmaraton w 1:23 - i tak zamierzam go pobiec. Magia treningów?

Walka o tempo progowe w tym tygodniu to pasmo porażek. Ale korzystając z Zimy w mieście dwa razy wyszedłem na długie wybieganie bez wózka. I tu jest jakiś optymizm. Półtorej godziny zrobione ze średnią 5:16, trochę zawyżoną przez progową końcówkę, ale zaniżoną przez śnieg w lesie. A potem 2 godziny w tempie 5:36.

To był zresztą pierwszy od dawna warszawski trening z rozmachem - przez Ursynów (nie wiem dlaczego Garmin nazywa go Raszynem i nie wiem, jak to zmienić), przez Las Kabacki pod Konstancin, do torów, ale dalej nie, bo bym się nie wyrobił na obiad.

Zbieram to wszystko powoli. Buduję w sobie biegacza, jak jakąś postać literacką. I tak co roku, co sezon, co makrocykl. Jak Feniks ze śniegów.

Taka metafora mi wyszła, jak Quentino marnotrawny używał. Albo: "Break on three to the other side" (młodsi i głusi: Google). To z okładki pierwszego numeru Run Times'a, magazynu biegowego, którego redaktorem naczelnym jest nasz Quentino, a którego dwa numery właśnie przyszły do mnie pocztą. Nie będę się bawił w recenzenta, żeby wypominać, który tekst jest za długi, a który niedoredagowany. Nie będę się bawił w zafascynowanego czytelnika, bo od jakiegoś czasu nie czytam magazynów biegowych, nudzą mnie generalnie jak wybieganie w tempie 7:30, wolę do nich pisać niż je czytać. Chociaż okładkowy "Świat według Greifa" z wywiadem z samym guru przeczytam w wolnej chwili.

Za to powiem, że Run Times wygląda na prawdziwe czasopismo lub miesięcznik. Są teksty z treścią, zdjęcia z oddechem, reklamy z rozmachem i te quentinowe grepsy językowe, których brakuje pod blogiem. Pospłacałeś już długi Quentino? To wracaj, jak Feniks.

Wiosna też wróci.

23:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (27) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 113
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam