Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 18 maja 2015

Nie będzie Mazur, nie składa nam się. Usiedliśmy i policzyliśmy: dwa razy po pięć godzin w samochodzie (bo niestety z Małym Yodą tyle się jedzie na Mazury, trzeba zatrzymać się na zupkę, deserek, przewijanie), cztery godziny biegania (podzielone między mnie i Moją Sportową Żonę, która miała pobiec dychę), dzień odpoczynku, masa kasy, jeszcze więcej spinki. A w dodatku córka 6klasistka ma wtedy turniej taneczny w Piasecznie, nie chciałaby go stracić. I jeszcze mamy nadzieję być wtedy dość zaabsorbowani z jeszcze innych powodów. No nie, Maraton Mazury w tym roku nie.

Strasznie mi się jednak chciało pobiec na wiosnę krosowy maraton. Przeszukałem okoliczne lasy. W Chotomowskich nic. W Kampinosie łosie. Maraton nad Świdrem padł, ledwo powstał. Jest nad Pilicą! Ale kurczę, akurat dzień wcześniej mamy wesele znajomych, MSŻ jest druhną. Oczywiście moglibyśmy zachować czystość, wrócić do domu o 23. i pobiec. Ale nie po to jest wesele, żeby post zwyciężał z karnawałem.

W końcu jest rozwiązanie. Maraton pobiegnę tydzień przed obozem w Rabce - pod koniec lipca jest pierwszy Maraton Podhalański z Nowego Targu do Zakopanego. Właśnie się zawahałem, czy na pewno biec, bo trasa jest asfaltowa, ale MSŻ z kuchni powiedziała, że to moje tereny, więc żebym biegł. No skoro dostałem od żony pół Podhala, to biegnę.

A kros będzie za dwa tygodnie w Kampinosie - Bieg Truskawki. Zapisy wprawdzie zamknięte, ale dziękujemy uprzejmie organizatorom za możliwość startu. Obejrzałem mapę. To jeszcze bardziej moje strony niż Podhale, mój matecznik, moje bieganie z Dzikim w liceum. Zapisywaliśmy trasy w zeszycie z napisem "Puszcza to wielki las" na niebieskiej okładce. Pamiętacie te niebieskie okładki?

Teraz wypada pod to potrenować. Wczoraj fajny trening w MSŻ - godzina powoli z Małym Yodą w wózku, a potem samemu pół godziny z końcówką 4 km w tempie startowym. Dziś podbiegi z wieloskokami i przebieżkami. Czuję, że wbrew regułom przez ten kalendarz startowy, w którym wiosna zakończy się na tydzień przed obozem, nie zrobię letniego roztrenowania.

Obóz w Rabce - 2-8 sierpnia. Jeszcze nie zamykamy zapisów, ale powoli, jak w teatrze, zapowiadamy ostatni dzwonek. Tutaj filmik, jak było rok temu. Szczegóły: www.KancelariaSportowa.pl. Zgłoszenia: bieganie@KancelariaSportowa.pl.

Nie pojadę do Wrocławia na dzikie bieganie. Ale mam wielki szacun dla pJacha. Więc dziś na koniec ogłoszenie o Ultra Maćka. Wiecie, to nie jest bieg z wózkiem przez godzinę albo półtorej, tylko przez dziesiątki lat. Paweł napisał:

"Robimy ULTRA MAĆKA - bedzie to sztafetowy bieg 48 godzinny. Startujemy w piątek 29 maja i biegamy do "Biegu dla Maćka" czyli do niedzieli. Ponieważ jest to sztafeta, to biegniemy "ile damy radę", a mogą nam towarzyszyć mieszkańcy Wrocławia. Godzina startu - 10.00

Biegamy po to, aby zebrać kasę na zakup wózka od Hoytów ( kto nie słyszał: https://www.youtube.com/watch?v=Adubrj3yya8 ).

Będzie to pierwszy taki wózek w naszej części świata. Jego koszt wraz ze sprowadzeniem go do Polski, to kwota 4000 USD (dla naszej Fundacji). Wózek będzie wypożyczany, tak by wiele niepełnosprawnych osób mogło z niego skorzystać podczas imprez biegowych.

Nie biegamy po płaskim - pętla biegu zahacza o Górkę PaFaWagu. Tych kilometrów w pionie też się pewnie sporo uzbiera, więc będą z nami znani himalaiści i wspinacze. Uścisk ręki zdobywcy Everestu - bezcenne ;-). Wbiec na Górkę wraz z Olą Niwińską - również. Zorganizujemy prelekcje, może filmy...

Pod tym najwyższym "szczytem" miasta zostanie rozbita prawdziwa himalajska baza - BASE CAMP. Miejsce rejestracji, odpoczynku i wszystkich planowanych (i jeszcze niezaplanowanych) wydarzeń okołobiegowych".

W sobotę byliśmy u ojca.prl, to mój bieg syna z ojcem, już blisko 15 lat. Znalazłem tam stare zdjęcie wydrukowane na ksero, bo chyba wtedy nie było możliwości archiwizacji elektronicznej. Jakieś 17-18 lat temu rozmawialiśmy z Leszkiem Balcerowiczem o bieganiu, a potem przebiegliśmy się po Kępie Potockiej.

W końcu polityka, to temat miesiąca. Zacząłem nawet pisać coś na ten temat, ale... Biegajmy razem.

20:04, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 11 maja 2015

Największy sukces sportowy Kancelarii, najlepszy rodzinny dzień w roku i największa porażka Bronisława Komorowskiego w historii. To był dzień.

Jedziemy tam no może nie, żeby wygrać, ale żeby zawalczyć o podium. Mamy potencjał na 2:30, w pierwszej, sobotnie turze najlepsza drużyna pobiegła 2:30 z hakiem, zobaczymy, jesteśmy w grze. Ekiden jest jeden, tury są trzy, zespołów 750. My wystawiamy dwa - Kancelaria Sportowa Staszewscy Podopieczni oraz Kancelaria Sportowa Staszewscy Trenerzy.

Ze składu podopiecznych wypadł Staszewski, Maciek Trójkołamacz, Andrzej Ultramaratończyk - nowa świeża krew to podopieczni trochę wolniejsi. Zeszłorocznego 2:48 wiadomo, że nie zrobią, wyznaczamy optymistyczny cel na złamanie 3:00, ale w głowie mam przygotowane pochwały za czas poniżej 3:10. Rusza Adam, biegną też Agnieszka, Henryk, Przemek, Szczepan i Paweł. Pada deszcz, stoimy na zakręcie przed metą i kibicujemy przez cały czas. Mały Yoda w wózku też.

W sztafecie trenerów biegną trenerzy Kancelarii. Prawdziwi, zatrudnieni na umowy cywilno-prawne. Liczyliśmy wcześniej nasze szanse, myśleliśmy, ile moglibyśmy zyskać, gdyby Moją Sportową Żonę zastąpił znajomy średniodystansowiec, a mnie znajomy tego znajomego. Dobre 7-8 minut. Ale to już byłoby startowanie pod szyldem, to byłaby promocja marki, to nie byłaby radosna zabawa w sport, którą uprawiamy wszyscy, jak tu piszemy i czytamy. Więc biegniemy autentycznym trenerskim składem.

Zaczyna Maciek, nasz trener od prawie 4 lat, dziś prowadzi Polsat i Liberty. Robi 7 km w tempie 3:33! Tak jak miało być. Dzięki niemu Kancelaria od początku naszej serii prowadzi.

Tak Maciek wygląda na ostro i na nieostro.

Drugi biegnie Kamil, trener RBS i Smyka. Kamil był drugi w ubiegłorocznym Biegu Konstytucji, ale tu już przed startem uprzedza, że to będzie pierwszy bieg po dwutygodniowej przerwie po kontuzji łydki. Wychodzi 36:16, słabiej niż liczyliśmy. Ale ciągle prowadzimy.

Dalej Marek, trener firmy informatycznej o tak trudnej nazwie, że jeszcze się jej nie nauczyliśmy (bodaj Proservice). Jako jedyny śmiga w tempie poniżej 3:30, ale też mówi, że nie trenował ostatnio przez coś. Potem Moja Sportowa Żona; jako jedyna bije rekord życiowy - 23:16 na piątkę. Ale spadamy na drugie miejsce, Jarek trener m.in. Euro AGD i Societe nie nadrabia do prowadzącej ekipy CzasNaBieganie.pl i kiedy staję w boksie do ostatniej zmiany i widzę biegnącego u nich na ostatniej zmianie guru Skarżyńskiego, to tylko podchodzę i gratuluję mu zwycięstwa. Moja satysfakcja jest tylko taka, że biegnę zaledwie 11 sekund wolniej od guru.

Po dwóch seriach jesteśmy na trzecim miejscu. Ale kiedy dojeżdżamy po południu (po obiedzie we włoskiej knajpce na Żoliborzu i odwiedzinach u ojca.prl) na miejsce, okazuje się, że Entre wymiata tak, że zmiata nas z podium z hukiem. Wyprzedzają nas jeszcze dwie ekipy i spadamy na szóste miejsce.

To jest najlepsze, najbardziej wywalczone, przynoszące mi największą dumę szóste miejsce w moim życiu.

Maciek, Jarek, StaszewskiBiega, MSŻ, Marek i Kamil. Zaklinamy jeszcze na palcach trójkę jak trzecie miejsce, a będzie szóstka. Jak bieg na szóstkę - a to też znaczące.

Na deser zostają jeszcze emocje z finiszu sztafety Podopiecznych.

Całą ekipą (poza Adamem, który pojechał wg jednej wersji po psa, a wg drugiej po dziecko) Podopieczni wybiegli do zakrętu po Pawła i zafiniszowali razem. Tyle zdołałem sfotografować, bo przyznam, że o tej godzinie jeszcze się ich nie spodziewałem.

Złamali trzy godziny! Złamali barierę o 12 sekund! Zaraz przypomniało mi się, jak na Orlenie łamałem to o 6 sekund, ta dzika radość z wygranej walki. I aż mnie wzruszenie złapało za aparat mowy.

Od lewej: Heniek, MSŻ w zastępstwie Adama, Paweł-finiszer, Agnieszka-obozowiczka, Przemek i Szczepan.

Spędziliśmy na bieganiu i kibicowaniu prawie cały dzień. Daliśmy radę zrobić to z Małym Yodą w wózku, chociaż to przecież nie ułatwia życia ani biegaczowi, ani kibicowi. MSŻ jeździła ze mną na biegi dziesiątki razy, ale tym razem było szczególnie. Bo oboje biegliśmy, bo kibicowaliśmy też dziesiątce naszych bliźnich w bieganiu, bo emocji było więcej niż w garncu. Przeżywaliśmy i chwile triumfu (Kancelaria na czele), i porażki (spadamy w klasyfikacji), i zawodu (że jednak nie dało to podium), i radości (że to jest nasze, zasłużone, najlepsze z możliwych szóste miejsce), i dumy (że Podopieczni złamali trójkę, zrealizowali plan maksimum po prawdziwej walce). Niedziela pełna dobrych chwil i nawet TVN24 nie był mi w stanie tego zepsuć o 21.01.

Tak wygląda MSŻ Na Medal:

18:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 04 maja 2015

Dla ludzkości, to niezauważalne. Dla człowieka, to przejście w inny wymiar - wymiar Ludzi, Którzy Chodzą. Mały Yoda mając 1 rok, 1 miesiąc i 1 tydzień zrobił pierwszy krok. W Krutyni na Mazurach.

Te pierwsze kroki były już oczywiście wcześniej. Nawet po trzy, po cztery. Ale jeśli mam zapamiętać moment, w którym Mały Yoda zaczął chodzić, to będzie to majówkowa sobota w Krutyni. Jeszcze dopijałem kawę w restauracji (tej ze strzechą na dachu, polecam), a córka 6klasistka wyszła na z Małym Yodą pobaraszkować na trawniku - i tam Mały Yoda zdecydował się, że będzie chodził kontrolując ruch. Wcześniej przebiegał półtora metra i padał na ziemię.

Nad stawem w Mrągowie przy pensjonacie (z sidingiem na elewacji, może być), gdzie mieszkaliśmy zrobiłem zdjęcia pierwszych kroków. Koncentrujmy się kochać dzieci, żeby jak najmniej nam uciekło.

Mało jest dla mnie tak ważnych rzeczy, jak wyjeżdżanie z rodziną. Nawet, kiedy kasy starczało w życiu tylko na spanie pod namiotem nad jeziorem Nidzkim albo kiedy w schronisku na Markowych Szczawinach zamawiało się na obiad zupę i koniec, to to jeżdżenie było dla mnie strasznie ważne. Kiedy nie mieszkałem już z Jankiem i Córką Studentką (Wieczną Studentką ;-), to było Ruciane, była Nova Lesna, było Zakopane, a potem Gorce, Zawoja, Piwniczna, Gawrych Ruda...

Piszę o tym tyle, bo w pracy dziś było o urlopach i zaczęły się tradycyjne firmowe zapasy. Fakt, właśnie wróciłem z Mazur, ale moje serce tam zostało i czeka aż po nie wrócę. Może jeszcze przed wakacjami na mój Maraton Mazury. Wybiera się ktoś?

Córka 6klasistka nad Jeziorem Czarnym w Mrągowie. Jestem z niej bardzo dumny, bo dzień przed wyjazdem poszła złożyć papiery do gimnazjum, sama oczywiście, bo uważamy z Moją Sportową Żoną, że dzieci powinny jak najbardziej chodzić same, a nie być prowadzane za rękę do osiągnięcia pełnoletności. I na korytarzu usłyszała komentarz woźnej "Wreszcie dziecko samo przyszło", co upewnia mnie, że to nie jest standard, tylko powód do dumy właśnie.

Bieganie? Po maratonie przede wszystkim odpoczynek. Czym więcej mam lat, tym bardziej doceniam ten element treningu. Na Mazurach półtora treningu: siła biegowa (serie: marsz wykroczny, skip B w marszu, skip A) na spacerze z Małym Yodą prowadzonym w wózku przez Córkę 6klasistkę. I jedno BNP w pięknych okolicznościach.

Na Mazurach trenowałem teraz najbardziej bycie ojcem. Bo MSŻ trenowała - zupełnie osobno, razem z Biegaczką Siostrą Sabiną - serwisy na obozie tenisowym. Najpierw Sabina w białej koszulce Kancelarii z obozu w Rabce:

A na koniec MSŻ w czarnej bluzie jeszcze z epoki adidasa. Piłeczka wysoko podrzucona, wyleciała poza kadr:

 

18:46, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Właśnie napisałem długą jak maraton relację z niedzielnego Orlenu. I sześć sekund przed publikacją, komputer mi ją zjadł. Gdyby Bóg istniał, to w ten sposób chciałby uratować Was przed zanudzeniem podczas czytania.

To będzie historia o trzech muszkieterach, którzy chcieli złamać trójkę: Kubie, Maćku i Staszewskim. Zacznę od siebie.

Skopałem ten maraton. Sądząc po półmaratonie, po tempie interwałów, po tempie pierwszego zakresu, powinienem pobiec spokojnie 2:57. I pobiegłbym, gdybym tę formę ugruntował większą liczbą naprawdę długich wybiegań i to robionych w tempie easy, a nie lazy.

Skopałem go najpiękniej jak można - fundując sobie walkę zakończoną w dodatku sześciosekundowym happy endem. Teatr sensacji, teatr jednego aktora i teatr jednego widza w jednym. Nie umiem tego pokazać tak, jak to przeżyłem, choćbym użył we wpisie tyle słów, ile maraton ma jardów.

Cały bieg jest tutaj: na Garmin Connekcie. Dla mnie to też ciekawe, bo przebiegłem zgodnie z nową, lekko spontaniczną strategią - mniej patrzeć na zegarek. Do 30 kilometra naprawdę nie częściej niż co 5 km. Biec na tyle, ile można, wiedząc co mnie czeka.

Na ostatnich 10 km już patrzyłem, już liczyłem. Wiedziałem, że muszę robić kilometry nie wolniej niż po 4:20, żeby złamać. Nie zawsze się udawało.

Ta historia jest dla mnie sinusoidą energetycznych dołków, bananów, żeli, kubków wody, dobrych słów i dobrych mobilizacji. Historia jak o zjawach i dobrych duchach, które pojawiały się w moim biegu dokładając do mojego złamania trójki małe cegiełki.

Na początku biegnę przed Kubą (naszym Pictem) i Maćkiem (pierwszym trójkołamaczem w historii Kancelarii), Kuba przechodzi mnie na podbiegu, Maciek później, na zbiegu. Będę ich wypatrywał i czym bardziej nie będę ich widział, tym bardziej się będę cieszył.

Spotykam Krzyśka zwanego Walczakiem, wyprzedzam go, będę próbował się z nim zabrać na 40. kilometrze, ale będzie za szybki. Może podrywając się z nim do boju zyskałem jedną, dwie, trzy sekundy.

Spotykam Andrzeja, ojca z klasy córki 6klasistki, mojego stałego rywala; pójdzie szybciej, dogonię go na 39. kilometrze, będę podrywał, że uciekająca nam grupa na złamanie trójki ma 1,5 minuty nadróbki, więc nie wszystko stracone, ale Andrzej utrzyma się za mną tylko 150, powie, że szkoda zdrowia, po czym pojawi się kilometr przed metą i pociągniemy razem mocno, żeby pokonać już nie jeden drugiego, tylko trójgłowego smoka.

Spotykam Tomka zwanego Lisem, który w piątek odgrażał się, że będzie rozdawał wodę koło półmetka w Powsinie. I rzeczywiście to robi, po raz pierwszy widzę go nie jak zarządza i dowodzi, tylko zachrzania wydając kubki. Fajne to.

Pod domem stoi Moja Sportowa Żona z Małym Yodą w wózku. Przynieśli banana, którego bierze od niej Przemek, z którym ostatnio ścigamy się na parkrunach. Przemek dołącza na kilka kilometrów, a że banan zadziałał energetycznie świetnie - daje mi na pukcie drugiego. Przebiegnę z nim chyba z siedem kilometrów i dam sobie kopa.

Jeszcze muszę wspomnieć Jarka o nazwisku jak popularne warzywo i niezły kiedyś maratończyk. Niegdyś podopieczny z firmy, którą trenowałem w pionierskich czasach Kancelarii. Doszedł w końcu do złamania trójki, kiedy dogania mnie w kryzysie (zjadam właśnie żel i jęczę), każe popić wodą (trzyma butelkę w ręku), a przede wszystkim podrywa, oddaje całą energię, którą kiedyś włożyłem w podrywanie go do walki na interwałach czy podbiegach.

Dobiegam w 2:59:54. Szczęście na szóstkę. Na sześć sekund.

Za metą potrójna euforia. Kuba i Maciek czekają już na mnie na mecie. Maciek z życiówką, a jeszcze dwa miesiące temu wydawało się, że nie odbuduje życiówkowej formy, bo jak człowiek ma małe dziecko, to priorytety się zmieniają. Kuba z trzema sekundami niedosytu, ale jednak z wielkim bananem, że tak mu się przyjemnie biegło i widzi realnie 2:55 w Berlinie.

Kiedy spojrzałem na nas tam na żwirowisku pod Stadionem Narodowym, zobaczyłem trzech muszkieterów w złocistych opończach.

A z bliska wyglądaliśmy tak:

 

19:27, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Kiedy w niedzielę o 11.00 stanąłem koło niej na starcie Biegu Stonogi w Milanówku na dystansie 10 km, poczułem się szczęśliwy jak w komedii romantycznej. Opowiem Wam o MSŻ, Mojej Sportowej Żonie.

Poznaliśmy się dzięki przypadkowi i zapomnianemu już komunikatorowi gadu-gadu, kto nie zna historii, to opowiadamy ją zawsze podczas obozowej mega-imprezy w Siwym Dymie albo Hulaj Duszy. Przyjechałem do Rabki i oniemiałem, że jest na świecie dziewczyna zakręcona na punkcie sportu co najmniej w tym samym stopniu, co ja. Że zmęczenie prowadzi do przyjemności, a trening jest naturalnym nawykiem. Każdy trening - poza biegowym.

W okresie zwanym dziś randkowaniem wybraliśmy się wprawdzie raz na bieganie nad Poniczanką, ale to incydent. Kiedy MSŻ zrozumiała, że nie musi dla mnie być biegaczką na siłę, zrzuciła biegową koszulkę. Chodziła regularnie na fitness, na narty, w przeszłości sportowej miała treningi judo i szkołę przetrwania. Najchętniej sporty głośne i grupowe. A biegania raczej unikała.

Gdy zamieszkaliśmy w mieście Legii i Polonii MSŻ została instruktorką fitness, sporo jeździliśmy razem na rolkach, zapisaliśmy się na badmintona. Kiedy wracałem z treningu wypytywała mnie, gdzie byłem i jakie miałem międzyczasy, aż byłem zdziwiony, że to może kogoś interesować. Wbiła mi do mięśni, że rozciąganie - ale prawdziwe, rzetelne rozciąganie - jest bardzo ważne zwłaszcza dla biegaczy i sam zacząłem to głosić w Gazecie Wyborczej, Polska Biega, a potem wobec podopiecznych Kancelarii Sportowej Staszewscy.

Ale żeby samemu wyjść na bieganie - nigdy w życiu. To miało być moje, a MSŻ stwierdziła, że tak nudnego sportu uprawiać nie będzie.

Aż wreszcie - trwało to blisko dekadę - uznała, że nie musi podkreślać swojej niezależności awersją do biegania. Tym bardziej, że żyliśmy bieganiem już razem dzięki Kancelarii. I kiedy już po urodzeniu Małego Yody chciała wyjść się poruszać, to - po cichutku, niemalże w tajemnicy - założyła znów biegową koszulkę.

I w tej koszulce stanęła w niedzielę na starcie biegu na 10 km.

Najpierw rozgrzewka. No nie mogła sobie darować tej małej kontestacji. Zamiast lekkoatletycznego truchtu z wymachami ramion, wprowadzeniem cwału bocznego i przeplatanki - fitnessowy heel back w sali. Ok, każdemu jego pajacowanie (chociaż MSŻ przekonywała mnie, że to najlepiej realizuje podstawowe cele rozgrzewki).

Potem start. Emocji tyle, że foty nie ma.

Idziemy na złamanie 50 minut. A nawet po ostatnich treningach, po tempie interwałów, myślimy o złamaniu 49 minut. Ale wiem, że to MSŻ może osiągnąć dłuższym finiszem. Jest z tej mniejszości biegowej, która potrafi zrobić negative split.

Jak MSŻ wygląda na drugim-trzecim kilometrze? Fota była, ale nieładna, więc na blogu nie będzie. Ale tak wygląda dwa-trzy kilometry przed końcem:

Musicie mi na słowo uwierzyć, że można by z tego zrobić zagadkę "znajdź dziesięć różnic". Albo chociaż jedną. Zaimponowała mi MSŻ, że w debiucie pobiegła z taką rozwagą. Siły rozłożone idealnie, tempo cały czas równe, zero spontanu biegających panien, tylko sportowa rasa. Zakochałem się w MSŻ jeszcze bardziej.

Po przyspieszeniu na finiszu wyszło netto 48:29. I jeszcze fota z zającem. Tak wygląda u nas od niedzieli Szczęście_Rodzinne 10.4

Ja swoją chwilę chwały miałem w sobotę. Całkiem niespodziewanie. Zrobiłem trening pod niedzielny Maraton Płocki rozgrywany na ulicach Warszawy - najpierw 10 km po 5:00 prosto na start ursynowskiego parkrunu, tam jakieś 30 sekund przerwy i zawody na 5 km. Efekt? Czas tylko kilka sekund gorszy niż tydzień wcześniej, ale tym razem zamiast czwartego miejsca - drugie! Moje wymarzone podium.

Siła, szybkość i wytrzymałość, trzy cechy motoryczne składające się na bieganie złożyły mi się wreszcie w spójną całość. W sobotę bezproblemowe utrzymywanie pierwszego zakresu po 5:00 i jeszcze udany akcent po wszystkim. Ostatnie interwały w czwartek wreszcie w oczekiwanych tempach - 3:35-3:40.

Interwały robiłem w Ossowie razem z Patrycją Bereznowską wicemistrzynią Europy w biegu 24-godzinnym. Niektóre blogerki napisałyby w tym miejscu "świeżo upieczoną", ale ja wolę napisać, że tytuł zdobyła tydzień temu, a oprócz niej medale zdobywali Paweł Szynal, Agata Matejczuk i Ola Niwińska. Ze wszystkimi rozmawiałem i napisałem z tego tekst do Newsweeka. Okazał się zbyt biegowy - i będzie tylko w internecie. Mają wstawić we wtorek - jak się pojawi na Newsweek.pl, to podlinkuję.

Na koniec konkurs. Pamiętacie może, jak przed Biegiem Bielan (na Chomiczówce) można było obstawiać wynik Staszewskiego - i kto był najbliżej wygrał plan treningowy na dwa miesiące. Zwyciężył wtedy Kawonan, zrealizował ten plan w marcu i kwietniu (razem z zarysowanym przez Kancelarię zimowym preludium) - i teraz biegnie w Orlenie.

Kawonan zgłosił się z życiówkami w półmaratonie 1:44 i maratonie 3:37. Półmaraton pobiegł w 1:39:11. Jaki będzie wynik Kawonana w maratonie?

Obstawiać należy co do sekundy. Liczy się czas netto. Nie można obstawiać wyniku identycznego, jak podany przez kogoś wcześniej. Osoba, która będzie miała najmniejszą różnicę między swoim typem, a czasem netto Kawonana - wygrywa dwumiesięczny plan treningowy z Kancelarii.

Ostateczny termin typowania: sobota, godz. 23:59. Czas start!

22:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kiedy na starcie zobaczyłem Andrzeja (ojciec z klasy córki 6klasistki), pomyślałem, że mam jedno miejsce w plecy. Bo chociaż na półmaratonie pokonałem Andrzeja o dobrą minutę, to mam to poczucie, że to tak jak wygrać z Dzikim w ping ponga. Niby zwycięstwo, ale bukmacherzy i tak wypłacają premię za wygraną przeciwnika.

Ale wtedy Andrzej powiedział, że biegnie treningowo, bo właśnie skończył 10-kilometrowy trening. Że też ja na to nie wpadłem. Zebrać się w sobotę rano na godzinne bieganie, dotrzeć prosto na parkrun (właśnie legendarna Mel przysłała mi maila, jak to się prawidłowo pisze) i zakończyć mocnym akcentem. Zrobię to chyba za tydzień.

Znów poczułem, że może nie wszystko stracone. Że może drugie podejście do podium skończy się wdrapaniem.

Ruszyliśmy, najpierw razem z Przemkiem nieodkrytym celebrytą, ale to było dla mnie za wolno, przeskoczyłem do przodu. Na czele wyrwał późniejszy zwycięzca, startował w innej lidze. A za nim po kilometrze uformowała się grupa walcząca o drugie miejsce.

Fot. Alicja Kowalska z Halo Ursynów

Od lewej: Staszewski (na mecie ostatecznie czwarty), Przemek (piąty), Andrzej (drugi) i zadowolony chłopak w zielonej koszulce, stanie na podium, a ja nie. Czwarte miejsce, podobno najgorsze. Najlepsze, na jakie było mnie w sobotę stać.

Po biegu złapałem parę godzin luzu, towar-skarb w tym tygodniu. Pojechaliśmy z Moją Sportową Żoną, małym Yodą i córką 6klasistką na wyprawę rowerową na nasze ukochane Kabaty. Fajne miejsce...

Niedzielę zacząłem o ósmej debiutując w roli "wykładowcy akademickiego". Żaby stąd, że prowadziłem czterogodzinne warsztaty z biegania dla studentów kierunku trener personalny na WSEwS. Nic wielkiego, ale dla mnie ważne, bo to mój pierwszy raz ze studentami. I studentkami.

Wcześniej wyszła z tego niezła wtopa, bo MSŻ miała zadebiutować w tym dniu na 10 km w Biegu Raszyńskim, a ja miałem zadebiutować w roli zająca na złamanie 50 minut. I nie skojarzyłem, że mam w tym dniu zajęcia ze studentami i studentkami. Na szczęście organizatorzy Biegu Raszyńskiego byli tak mili, że zgodzili się na przekazanie pakietów dwójce naszych podopiecznych (niezły start). A kwestię debiutu też da się rozwiązać.

W części praktycznej na WSEwS zrobiłem z dwoma grupami trochę podbiegów, ćwiczeń siły biegowej, interwałów. A potem trening z Kamilem Jedynkowym, dwie godziny po Lesie Bielańskim z eksplorowaniem nowej, księżycowej ścieżki za Spójnią.

Wieczorem byłem padnięty. Położyłem się na podłodze pod pretekstem zabawy z małym Yodą i zaliczyłem pół godziny drzemki.

Dziś - chociaż rytualnie tydzień zaczyna się od podbiegów - zero biegania. Powstrzymałem w sobie tę chęć, żeby sobie dołożyć kolejny trening, lepiej wytrenować się na maraton, bo przecież sam tłumaczyłem studentom, jak istotna jest regeneracja, że wtedy się forma buduje.

Więc teraz się buduje.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 06 kwietnia 2015

5 dni świąt 9 godzin i 25 minut biegania. Miało być w słońcu i w wiośnie, było w śniegach do pół łydki.

Dziś minimum słów, raczej liczby i obrazy. Bo zaraz ruszamy do Warszawy, a to z przystankami, których Mały Yoda stanowczo się już domaga około 7 godzin.

Fotoreportaż z kurczakiem był już na Facebooku, ale nie każdy przecież ma konto, a jak ma, to niekoniecznie zna fanpejdż Kancelarii. Biegaliśmy z Moją Sportową Żoną po nowo odkrytych ścieżkach na Krzywoniu - w tym roku podbiegi na obozie będą w nowym miejscu i nowej formule.

To lubię chyba najbardziej. Odkryć nowej ścieżki w miejscu, które wydawało się znane na wylot. Wróciłem tam dziś, na koniec treningu wyszło słońce i osiągnąłem rekordowe tempo kilometra - 4:15. Reszta to bieganie po 8:00, 10:00, kilkanaście zero. Takie pomieszanie wytrzymałości, siły i wycieczki. Wierzę, że tak jak pewien rosyjski zapaśnik z Syberii trenował dźwigając po schodach lodówkę - tak samo można wytrenować się na maraton orlenowski takim dzikim bieganiem.

Bajeczne było też bieganie na Luboń. Kiedyś zrobiłem ten trening nieprzygotowany i zbieg zajął mi więcej niż podbieg. Teraz w ciężkich śniegach pobiegłem z dużą mocą. Czuję siłę w sobie.

A rodzinna bajka to wspólny trening na Stare Wierchy także z MSŻ i Sabiną. Nie trzeba już pisać, że biegaczką, bo to już widać.

 

Chciałbym zostać z tymi obrazami i z tymi emocjami. A teraz w drogę i rano do Mordoru na Domaniewskiej. Tam pracuję i o tym właśnie - o Mordorze - będę pisał. Jeśli ktoś (niekoniecznie z Domaniewskiej) ma coś do powiedzenia w temacie "Mówimy Mordor, bo..." - reporter bardzo prosi o pilny (dziś-jutro) kontakt: wojciech.staszewski@newsweeek.pl

14:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 30 marca 2015

Widzę go, a nie widziałem go dobre pół godziny. Widzę coraz wyraźniej, coraz bliżej. Widzę, że biegnie niewyraźnie, że mogę go gonić. Przed podbiegiem się zbliżam, a po podbiegu wyprzedzam. Zamieniamy dwa słowa, widzę go kątem oka. Potem nie widzę, nie słyszę. Ale czuję, że się czai.

Jednocześnie nie mogę nic zrobić. Macie takie sny, że biegniecie i nie możecie? Tak się czuję na bruku Placu Krasińskich. Jakbym biegł w wodzie po kolana, w piachu po kostki. Wiem, że jemu też jest ciężko. Przestaje się liczyć technika biegu (chociaż wiem, że rozluźnienie ramion i pilnowanie ich pracy pomoże i jakoś tam staram się przynajmniej ruszać rękoma). Zostaje walka.

Ta walka to zaszczyt. Podopieczny Bartek odjechał mi z dwa-trzy lata temu, mogłem go oglądać w pierwszych 10 proc. dystansu, a potem albo na nawrotce, albo sprawdzić w wynikach, jak mu poszło. A teraz walczymy.

Moja Sportowa Żona na 20. kilometrze ujęła to tak:

wwa

Podopieczny Bartek czai się z tyłu jak myśliwiec w czarnej czapeczce. Ja widząc MSŻ z Małym Yodą i małym aparatem przebiłem się do przodu grupy, żeby dobrze wyjść na zdjęciu.

Podopiecznego widziałem już raz na skręcie z al. Niepodległości w lewo (zabijcie mnie, nie pamiętam, w jaką ulicę skręcaliśmy), chyba nawet wyprzedziłem go na chwilę. Ale potem organizm kazał mi zwolnić. A w tym biegu organizm decydował.

Myślałem całą sobotę, jak pobiec. Szybciej niż mogę i próbować przetrwać, ale wiadomo, że się nie da i stracę mnóstwo sekund. Wolniej niż mogę i próbować przyspieszyć, ale zwykle potem się nie udaje i wychodzi, co wychodzi. W końcu postanowiłem zrobić eksperyment w granicach rozsądku: nie będzie rządził Garmin. Zrezygnowałem z pulsometru, którego się ostatnio na startach mocno słuchałem, żeby zwalniać gdyby tętno przekroczyło 175, a przyspieszać, jeśli spada poniżej 170. Z zegarka nie byłem w stanie całkiem zrezygnować, ale umówiłem się ze sobą, że sprawdzam czas tylko na piątkach. Tak jak dawniej, kiedy GPS-y występowały jedynie w literaturze sience fiction, a żadnemu organizatorowi nie przychodziło do głowy oznaczanie wszystkich kilometrów.

Zaczyna się nieźle. Pierwszą piątkę robię w 19:17, a jest przecież pod wiatr. To tylko 3 sekundy wolniej niż mój spieprzony start na 5 km tydzień wcześniej. Przy okazji witam na blogu Dziecię Stanu Wojennego - gz81 - i wyjaśniam: to oczywiście racja, że z wyniku 19:14 nie da się pobiec półmaratonu poniżej 1:24. Ale ten nieudany start na piątkę to był właśnie ten "bieg na straty", który zalecam też wszystkim Podopiecznym. Pierwszy start sezonu, w którym człowiek dopiero przypomina sobie, ile kosztuje radość na mecie, jakiej koncentracji i jakiego naprawdę wysiłku to wymaga. Kolejny Park Run będzie około docelowego 18:30.

Druga piątka, ta, na której ścieramy się lekko z Podopiecznym Bartkiem - w 19:38. Trochę zwolniłem, ale jak sobie przypominam moje najlepsze połówki, to zawsze na drugiej piątce zwalniałem, a potem ruszała husaria. Tym razem nie do końca się to udaje, wychodzi 19:41. Husaria porwała za to Podopiecznego, nie widzę go nawet na zbiegu na Trasę Łazienkowską, jasną, długą, prostą. Mierzę się trochę z facetem w żółtej koszulce, trochę z drugim w niebieskiej, trochę wyprzedzam. Odłączenie się od obsesyjnego kontrolowania co chwilę wszystkich parametrów Garmina sprawdza się świetnie.

Do trzech czwartych dystansu. Bo kiedy pod koniec organizm nie jest w stanie już do w pełni racjonalnych decyzji. Odpuszczam mimowolnie, widzę, że wyprzedzają mnie biegacze, Wojtek S. z Entre, kiedyś kolega z liceum, potem kolega z biegania, z 10 lat z nim nie wygrałem. Zawsze miał świetny, długi, profesorski finisz. To też zaszczyt, że mogę z nim walczyć.

Przed sobą widzę Krzyśka R., jego pokonałem ostatni raz z osiem lat temu, potem też się na zawodach nie widzieliśmy z powodu różnicy klas. A teraz mam go na wyciągnięcie rezerw glikogenu.

I widzę Bartka, Podopiecznego Bartka. Gonię, ale wynik z piątki i tak wychodzi żenujący: 21:03. Tu przespałem swoją szansę na euforię na mecie. Tu trzeba było patrzeć na zegarek i wysyłać z mózgu sygnał do mięśni: do roboty!

Zamierzam podobnie pobiec maraton. Żadnego pulsometra, sprawdzanie tempa na piątkach - ale do 25, najwyżej 30 kilometra. Potem będę się lepiej pilnował, co wyprawiam. I zamierzam, zapowiadam to od razu, pobiec maraton poniżej 2:58, a cel marzeń to będzie złamanie 2:55. To również nie wychodzi z takiej połówki jak niedzielna (wg LiczydloBiegowe.pl, bo w Danielsa/McMillana/Skarżyńskiego w tej kwestii nie wierzę), ale dołożę sobie jeszcze w górach grubą warstwę wytrzymałości.

Na Krakowskim jeszcze jestem przed Podopiecznym, ale kiedy skręcamy na Plac Teatralny, Podopieczny pokazuje, kto tu jest M-40, a kto M-30. Dobiega 8 sekund przede mną, a różnica czasów netto wyniesie 5 sekund na korzyść Bartka.

Dziękuję Ci mój (niegdyś) młody padawanie, że mogłem z Tobą walczyć. Byłeś w niedzielę lepszy.

Ja byłem lepszy od siebie samego sprzed roku. O minimalne, trudne do zauważenia z kosmicznej perspektywy 2 sekundy. Ale dla mnie ważne, bo przy Małym Yodzie trudniej o czas na trening, moje długie wybiegania z wózkiem to Monty Python, więc trening musi być coraz bardziej efektywny, żeby wygryźć kosmosowi te 2 sekundy.

Rok temu pobiegłem 1:23:32, teraz 1:23:30. Tutaj link do Garmin Connecta. Ale i tak najważniejsze jest to, czego nie ma w liczbach. Sensem tego biegu nie był czas, wielki wynik, ani słaby wynik, ani nic wyrażalnego Liczbą. Nie zwycięstwo, nie porażka. Nie miejsce, chociaż w kategorii dziennikarzy byłem tym razem drugi (pokonując drugiego w Wiązownie Arka R., a Bartosz O. tym razem nie był dziennikarzem). Sensem była Walka.

19:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 23 marca 2015

Jakie jest najgorsze miejsce na świecie? Wcale nie czwarte. Najgorsze miejsce na świecie jest to, które jest sto lat świetlnych od swoich oczekiwań.

W tygodniu pobiegałem, co piszę, żeby potem Oco nie komentował, że mam wyniki za darmo. Ale już nie pamiętam co, kiedy, jak. Za to weekend zapamiętam mocno i długo, co najmniej do następnego weekendu.

Moja Sportowa Żona pojechała w sobotę rano wykładać o wzmacnianiu i stretchingu, co jest dla mnie powodem wielkiej dumy, więc piszę. To swoją drogą ciekawe, dlaczego od przedszkola gani się (młodych) ludzi: "Nie chwal się!". Przecież suma po historiach jest dla świata dużo lepsza, jeśli historie są pozytywne. Więc się ostentacyjnie chwalę MSŻ.

Bo sobą nie mogę.

Pojechałem na pierwszy ursynowski Park Run z wielkim entuzjazmem. Nie mamy z nimi żadnej umowy barterowej, więc przekornie podlinkuję Park Run jeszcze raz, tym razem fanpejdż na Fejsie. Czekałem na te zawody, bo Ursynów, to mój hajmat, bo ten cykl jest kapitalny i chciałem go mieć pod nosem, a nie po drugiej stronie Wisły lub po drugiej stronie miasta. A także ze wstydliwych trochę pobudek (wstyd to przeciwieństwo chwalenia, uważam, że bardzo oczyszczające jest mówić na głos o tym, co wstydliwe) - chciałem być na podium.

Fot.: ParkRun

W naszym amatorskim bieganiu to zawsze jest kwestia przypadku. To nie jest, jak na olimpiadzie, gdzie wiesz, które masz miejsce w rankingu i jaki czas jest ci potrzebny do pokonania rywali. W Polsce jest pewnie kilka tysięcy osób (a jeśli doliczyć szkoły mistrzostwa sportowego, to może nawet więcej), które biegają piątkę szybciej ode mnie. Jaki musi być przypadek, żeby na ten bieg przyszły nie więcej niż dwie.

Przyszły cztery. Dobiegłem piąty, co nie jest złym miejscem, ale o dwa oczka poniżej oczekiwań. Najgorsze, że pretensje mogę mieć tym razem nie do tych tysięcy szybszych biegaczy, ale przede wszystkim do siebie. Pobiegłem w straszliwym czasie, 19:14, chociaż pogoda była idealna. 15 sekund gorzej niż w styczniu na Chomiczówce. Nie po to człowiek trenuje miesiącami, żeby się cofać. Gdybym pobiegł 18:30 - a w tyle powinienem przebiegać piątkę w sezonie startowym, przecież rok temu zrobiłem wiceżyciówkę, bodaj 18:07 - byłoby trzecie miejsce.

Od południa analizuję, co schrzaniłem. Na pewno start ten spełnił swoją rolę przetarcia startowego. Tych zawodów, na których człowiek sobie uzmysławia, jak bardzo trzeba docisnąć na trasie, żeby być zadowolonym za metą. Nad resztą myślę i myślę.

Kupiliśmy Małemu Yodzie siedzonko rowerowe i w sobotę, w ostatnim ciepłym dniu tej wiosny (do tej chwili) wybraliśmy się razem z MSŻ na wyprawę rowerową. Rower jest przyjemny w odróżnieniu od przegranych zawodów na 5 km.

Fot. MSŻ

W sobotę wieczorem Mały Yoda dostał trzydniówki, nocne jeżdżenie po nurofen do apteki, stres, bo już wiem, że straszne choroby nie przydarzają się tylko "innym", ale każdemu się mogą przydarzyć, Tobie, mnie, każdemu, a te lęki doganiają człowieka bardziej w nocy, kiedy świat jest nieprzyjazny i kiedy przypominają ci się te wszystkie nocne dyżury, na które jeździłeś w życiu z dziećmi, szpitale i ogólny bezsens życia, który trzeba sobie ratować np. rywalizacją na 5 km.

Jeszcze tam stanę na podium. Jeszcze powalczę. Będzie trudniej, bo w tę sobotę było też Grand Prix w Kabatach, trochę mocnych rywali wybrało tamten bieg. Ale kto powiedział, że zawsze musi być łatwo. Zawsze musi być cel.

Najbliższy cel: pobiec w Półmaratonie Warszawskim szybciej niż w zeszłym roku - było 1:23:32. W Wiązownie coś źle spojrzałem na zeszłoroczny wynik i okazuje się, że się nie udało, do wyniku sprzed roku zabrakło parunastu sekund. A teraz?

17:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 16 marca 2015

W dzisiejszym odcinku bloga, autor stara się spełniać wyobrażone oczekiwania swoich realnych oraz hipotetycznych odbiorców. Stąd odcinek jest podzielony na fragmenty dedykowane różnym osobom bądź grupom osób.

Dla biegającej gimbazy:

Heja, hejka. Słoneczko przygrzało wiosną, to trzeba zrobić mega wypas trening biegowy. https://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t39.1997-6/p64x64/851586_126361877548609_1351776047_n.pnghttps://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t39.1997-6/p64x64/851575_126361970881933_2050936102_n.pnghttps://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t39.1997-6/p64x64/851575_126362190881911_254357215_n.pngNo dawaj, nie wymiękaj. Jedziesz, jedziesz!! Dyszka w Kabatach bez spiny i na pełnym luzie :-P Że nawet koszulka sucha ;-))) Machniesz pętelkę po lesie i jesteś zwycięzcą :-))))). Dziewczyny, która chce pośmigać ze mną, ślijcie fotki w komciach ;P

A przed treningiem focimy. I bryka zostaje, a my jedziemy!:-)!!!

Dla biegających panien:

Chcąc zmierzyć się w stolicy z królewskim dystansem maratonu, a wcześniej z książęcym dystansem półmaratonu wiedziałem, że nie mogę dziś odpuścić treningu biegowego. Nastawiłem budzik niemalże o brzasku, kiedy pierwsze promienie wiosennego słońca przeciskały się przez cienką szparę między roletą a futryną. Jednakże musiałem wykonać wiele czynności służbowych związanych z zamówieniem koszulek dla sprinterów Kancelarii Sportowej Staszewscy, toteż nie udało mi się rozpocząć treningu o wyznaczonej godzinie i zmuszony byłem udać się na kolegium redakcyjne, gdzie mój temat nie przeszedł, a dostałem inny.

Toteż na bieganie mogłem znaleźć chwilę czasu dopiero w tzw. późniejszym terminie czy też upraszczając w godzinach popołudniowych. Ach, jaka wspaniała to była decyzja. Słońce ogrzało bowiem temperaturę, przez co bieganie wśród zeszłorocznego listowia ścielącego się między leśnymi ścieżkami przywodziło na myśl prawdziwie ciepłe, wiosenne dni, jakie właśnie się mam nadzieję rozpoczęły. Przyjemnie było tak chłonąć niezwykle mocną i wspaniałą przyrodę Lasu Kabackiego.

To dobrze, że w końcu jest wiosna, kobiety i mężczyźni z chęcią wracają do aktywności fizycznej. Ale po latach biegania wiem też, że w dążeniu do celów ważna jest praca i systematyczność. Toteż, choć pogoda pod koniec tygodnia nie zachęcała do sportowych wyczynów, zmobilizowałem się do treningu interwałowego (interval) oraz jednego długiego wybiegu (long run).

Dla tych, co znają MSŻ:

W piątek zrobiłem pół godziny z haczykiem powoli, dobiegłem w tym czasie do lasu, a Moja Sportowa Żona dojechała tam samochodem. Mieliśmy zaplanowany sprawdzian na 10 km, po dobrze wymierzonej kiedyś przez atestatora żółtej trasie. Nawiasem mówiąc czuję, że oznaczenia kilometrowe zostaną tam wkrótce poprawione.

MSŻ, która biegać zaczęła dopiero od wakacji osiąga progresy jak wykres nieustannej hossy na giełdzie. W sprawdzianie na samym początku (świeżo po ciąży, jeszcze z dodatkowymi kilogramami i bez żadnego treningu) dostała dzikie zadanie - utrzymać tempo 6:00 przez 5 km i poprzeczka okazała się zbyt wysoko zawieszona. W piątek chciała przebiec 10 km poniżej 50 min.

Zaczynamy, kilometry w 5:02-5:03. Ale już na piątce mamy 4 sekundy nadróbki (poniżej 25 minut). Kolejny kilometr szybszy, a kolejny dramatyczny - MSŻ postanowiła zdjąć kurtkę biegową, kiedy już to prawie zrobiła, okazało się, że lewy rękaw nie zejdzie, bo jest na nim przypięty zegarek. Wyszła szarpanina i zrobiło się z 5 sekund opóźnienia.

Ale na ostatnim kilometrze byłem spokojny, bo MSŻ wprawdzie kompletnie nie miała już siły, ale postanowiła mi chyba udowodnić, że biega się jednak głową i przyspieszyła do 4:40. Skończyliśmy w 49:43 i nie mogę wyjść z dumy aż do teraz.

Dla tych, co znają Kancelarię:

Koszulki już zamówione, jest duża szansa, że będziemy je mieli na wtorkowym treningu przed Półmaratonem W. Dzięki dla pana z Crafta za utrzymanie po krótkich negocjacjach dobrej promocyjnej ceny dla nas na koszulki. Obiecałem, że napiszę o Crafcie, a robię to bez obciachu, bo koszulka jest miła w dotyku, jak satynowe majtki.

Mam teraz w duszy wizję społeczności sportowej. Ludzi, którzy się znają z treningów, z obozów, z rozgrzewek. Którzy się będą mogli na zawodach rozpoznać choćby po tych koszulkach. Ludzi, którzy się lubią (jak myślę sobie o wartościach, to chyba życzliwość jest dla mnie barrrrrdzo ważna). I lubią Staszewskich za to, że Staszewscy są tacy, jacy są. Staszewski np. określiłby dziś siebie jako osobę życzliwie złośliwą.

Dla tych, co nie znają Kancelarii:

Przyjedźcie na obóz do Rabki. Będziecie wracać, nie tylko myślą. Tutaj filmik sprzed roku, a tutaj dłuższy film.

Jeśli chcesz dołączyć do nas tylko internetowo albo stacjonarnie w Warszawie - informacje znajdziesz tutaj. Wymyśliłem niedawno opcję, w której balans między byciem w społeczności, a treningiem jest mocno przesunięty w stronę społecznościową - więcej tutaj - ale jeszcze nikt się nie zapisał. Kto pierwszy, ten lepszy.

Dla pewnej naszej konkurencji obozowej:

Hej, fajnie, że poprawiliście swoją stronę internetową (to słowo "Podopieczni" i jeszcze parę fraz, to od nas, prawda?), bo była gorsza niż wasz poziom sportowy. Widziałem na Agrykoli, jak fajnie prowadzicie treningi. Agrykola to w ogóle fajne miejsce jest. Takie rekreacyjne serce Warszawy. Lewa komora na stadionie, prawa nad kanałkiem. Jutro robimy tam sprawdzian dla Podopiecznych na 5 km.

A Wam życzymy udanego obozu i prosimy o takie samo życzenie :-)

Dla Stena:

Porada biegowa za free. Skup się w zimie na sile biegowej - dużo podbiegów. A jeśli myślisz o górach, to bliżej wiosny dodawaj zbiegi: podbiegi ze zbiegami albo same zbiegi z podchodzeniem. Na zbiegu bądź odważny, nie hamuj. Z myślą o takim treningu i o startach górskich popraw propriocepcję. Tutaj trochę efektownych obrazków, a tutaj rzetelny opis, jak to biegacze powinni robić naprawdę.

Dla Podopiecznego Bartka:

Porada treningowa za free. Speriodyzuj swój trening. Zimą nie forsuj tempa, słuchaj się ogranicznika tempa z tabel Danielsa. Zbuduj przyzwoitą bazę wytrzymałości i siły. Kiedy wiosną przekształcisz to w szybkość i wytrzymałość szybkościową zadziwisz nie tylko siebie, ale i Beztlena.

I na startach nie dyskutuj ze sobą - zejść czy też nie zejść. Jak masz naradę z szefem w pracy, to nie zastanawiasz się w którym momencie odsuniesz krzesło i pójdziesz do domu, tylko siedzisz do końca. I tyle, biega się od startu do mety.

Dla Beztlena:

Jest takie przysłowie: "Uderzysz w Bartka, Beztlen się odezwie". Wprawdzie nie mam poczucia, żeby w Bartka uderzył, ale dobrze - nie tylko dla mnie, ale też dla całego Podbloga - jest uczyć się od kwalifikowanego sportowca. Dla mnie przyjemnością jest jeszcze przemyśleć to, co piszesz i twórczo się nie zgodzić, wyrobić sobie własne zdanie.

Dziś na przykład w Lesie zrobiłem bieg zmienny - 1 km w 5:00/2 km w 4:00, szybkie odcinki były trzy, a wolne cztery. Nie wyobrażam sobie, żebym dał radę to zrobić po 4:00/4:15, a też czuję, że byłoby wtedy bez tlenu.

Dla animatorów ruchu w internecie:

Biegałem dziś wreszcie w dwóch warstwach - tylko koszulka i kurteczka (plus słuchawki z audiobookiem na uszach). A Wy w czym dziś biegaliście? I czego słuchacie na bieganiu?

Dla tych, co mnie lubią:

Dobrze mi ten trening dziś wyszedł. Od dobrych paru lat mam z zimowym treningiem, jak z reymontowskim cyklem pór roku. Kiedy w lutym już wszyscy mają dość śniegu, a tu w marcu jeszcze zmrozi i zawieje, to trudno oprzeć się wrażeniu, że wiosna nigdy nie przyjdzie.

W treningu też całą zimę jest kiepsko, ciężko, wolno, za wolno, dużo za wolno. Ale z uporem upośledzonego wielbłąda jadę przez trening swoją ścieżką, robiąc różne wycieczki treningowe w bok, ale trzymając się ustalonego kierunku. Kiedy już pod koniec lutego zaczynam myśleć, że chyba dogoniła mnie starość i będzie mnie trzymała na ręcznym na każdych zawodach - przybiega wiosna. Tempo interwałowe zmienia się w progowe, progowe stanie się startowym, a starty, czuję to już przez kurtkę, dadzą mi w sezonie znów dużo radości (choć nie tylko, Bartek, ale liczę się z tym, to tzw. koszty uzyskania euforii).

Jeszcze nie spadnę powyżej trzech godzin, chociaż mam już 47 wiosen. Bo obciachową na maksa fotkę z dzióbkiem (jak wyczytałem u Make Life Harder: predator wśród min) umiem sobie na koniec treningu zrobić.

19:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam