Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 14 kwietnia 2014

To było chyba ogólnoświatowe święto biegania. Londyn, gdzie biegli Mo Farah i Beatusia, Wiedeń - Tomik i Ziggy - do tego Warszawa i Łódź z masowym udziałem blogowiczów i korespondencyjnym pojedynkiem Jarzyńskiej, Lewandowskiej i Kowalskiej oraz Szosta, Chabowskiego, Giżyńskiego, Shegumo.

Emocji miałem przy tym chyba więcej niż gdybym sam biegł - wtedy człowiek myśli głównie o sobie. A tu stałem na 15. kilometrze w Warszawie i żyłem energią bijącą od ośmiu tysięcy ludzi. Zobaczyłem w końcu Henryka Szosta w akcji, biegł w drugiej grupie niecałą minutę za prowadzącą dziewięcioosobową grupą czarnoskórych. A ponieważ dobiegł trzeci - to znaczy, że pobiegł bardzo rozsądnie.

sz

Popatrzcie jeszcze na pracę ramion. To co zawsze powtarzam podopiecznym: dźgaj łokciem do tyłu.

Kiedy przebiegli znajomi i podopieczni pobiegłem na górę - patrzeć w telewizji na Londyn, a w internecie na znajomych i podopiecznych. No i trafiłem też na Facebooku na nerwy mojego kolegi z poprzedniej redakcji Wojtka Orlińskiego - że przez maraton nie mógł wyjechać gdzieś samochodem albo coś w tym stylu. Zdort w pigułce, jakby byli z jednej partii.

Nie uważam członków partii Orliński/Zdort za ludzi o "niezbyt subtelnej umysłowości" - ale za pozbawionych elementarnej kultury fizycznej. Taką postawę określiłbym jako fizyczny prymitywizm.

Już tłumaczę. Uważamy, że człowiek kulturalny czyta książki, chodzi do kina, do teatru. Interesuje się sprawami publicznymi i świadomie głosuje w wyborach. Temu wizerunkowi przeciwstawiamy drecha, karka, kibola, osiedlowego oprycha. Gdyby ktoś napisał na Facebooku, że otwierają mu kino i księgarnię pod domem zamiast monopolowego i Biedronki - uznalibyśmy go za prostaka i chama, i być może wykreślilibyśmy z grona znajomych. A jeśli ktoś wobec manifestacji zdrowego stylu życia wypisuje idiotyzmy, to co?

Współczesny człowiek jest istotą holistyczną. Dba o swój rozwój intelektualny, emocjonalny, fizyczny. Każdemu to się udaje w różnym stopniu (ja np. chciałbym być trochę mądrzejszy i bardziej oczytany), ale za człowieka kulturalnego uznajemy kogoś, kto daje radę na tych trzech frontach. Nie daje rady na intelektualnym i emocjonalnym - powiemy cham i prostak. A jak nie daje rady na fizycznym, to co?

Już XX wiek przyniósł nam wiedzę, że do zdrowia konieczny jest ruch. Jego brak obciąża serce ryzykiem zawału, kręgosłup ryzykiem ciągłych bólów, zwiększa szanse na cukrzyce, tarczyce, miażdżyce, lordozy i skoliozy. Sorry, jeśli ktoś wtacza swoje ciężkie ciało na trzecie piętro dysząc jak lokomotywa, to dla mnie jest to taki sam brak kultury jak pójście do teatru w łachmanach lub ze śpiewem "Polska Biało-Czerwoni" na ustach.

Oczywiście rozumiem, że są ludzie, którzy mają z otyłością i sprawnością ogólną pod górkę. Choroby metaboliczne, genetyczne obciążenia. Doceniam ich wysiłek, żeby utrzymywać swoje ciało w jakiejś tam sprawności podobnie jak doceniamy osoby niepełnosprawne umysłowo za to co osiągną w szkołach specjalnych. Albo tych, którzy urodzili się w patologicznych środowiskach, a jednak zdobyli wykształcenie, porządną pracę, osiągnęli pozycję życiową. Nie każdy musi być profesorem uniwersytetu, nie każdy musi być maratończykiem. Ale tak jak wymagamy od każdego elementarnej kultury w sensie intelektualnym, wymagajmy też w sensie fizycznym.

Orliński dostał na Facebooku dużo wsparcia od swoich znajomych. Każdy ma takich znajomych, także na fejsie, jakich ma, to jasne. Ale kabaretowo wręcz zabrzmiał wpis od koleżanki z byłej redakcji, że przez maraton nie mogła dojechać gdzieś tam po swoją ulubioną babeczkę. Może jej to wyjdzie na zdrowie? A przynajmniej nie pójdzie w kilogramy.

Jasne jest dla mnie, że nikogo z partii Orlińskiego/Zdorta nie przekonam do fizycznej kultury. To trzeba poczuć. Póki ktoś myśli po himilsbachowsku ( "Jeszcze się okażęe że jednak nie będę im pasował do tego filmu i zostanę z tym angielskim jak chuj"), nie poczuje swojego braku kultury (fizycznej). Proponuję jednak refleksję intelektualną nad inną kwestią: po co jest miasto?

Miasto na pewno nie jest tylko po to, żeby przez nie przejeżdżać z punktu A do punktu B. Miasto jest po to, żeby w nim żyć. A to oznacza także wyjście na ulice i demonstrowanie swoich wartości.

W piątek Moja Sportowa Żona jadąc z dzieckiem do lekarza (to zresztą ulubiony argument przeciwników biegów ulicznych) miała problem z dojazdem do przychodni ze względu na procesję drogi krzyżowej, jedną z trzynastu, jakie odbyły się tego dnia w Warszawie. Nie przyszłoby mi do głowy, żeby wypisywać na Kościół, że mógłby się modlić w kościele, a nie na ulicy itp. Również, kiedy przyjeżdżają związkowcy z hut albo stoczni, choć nie podzielam ich protestów, godzę się z tym, że chcą je głośno przeprowadzić, w związku z czym mieszkańcy będą mieli utrudnione poruszanie w centrum. A kiedy na Starówce trwa festiwal teatrów ulicznych, nie wypisuję na fejsie, że w związku z tym nie mogę dotrzeć do mojej ulubionej restauracji przy rynku (gdybym taką miał) zjeść kotleta.

Gdybym tak napisał powiedzielibyście: ale cham. I mielibyście rację, świadczyłoby to bowiem o moim braku kultury. Wasze wpisy świadczą o waszym braku kultury fizycznej.

Nowy tydzień zacząłem od podbiegów połączonych ze zbiegami. Dobry trening, bo krótki i energetyczny, a mam w tym tygodniu bardzo dużo pracy intelektualnej.

09:09, wojciech.staszewski
Link Komentarze (79) »
poniedziałek, 07 kwietnia 2014

Gdzie się podziało bieganie? Bieganie jest gdzie indziej.

W poniedziałek leczyłem się z pępkowego, a kiedy już się podleczyłem i wirtualny alkomat powiedział, że mogę jechać do Mojej Sportowej Żony i Małego Yody, wsiadłem pomóc jak się da. We wtorek dentysta, potem do szpitala, potem do domu spać. W środę do szpitala i przywiozłem ich do domu. Pierwsza noc, pewnie, że wstajemy, ale budzimy się wyspani. MSŻ chodzi z trudem, a ja z katarem, zbieram się w czwartek na bieganie, ale wcześniej patrzę sobie głęboko w oczy: "Wojtek, co napisałbyś każdemu z podopiecznych Kancelarii, gdyby ci powiedział, że jest podchorowany i nie wie, czy wyjść na trening. Napisałbyś mu, żeby się wyleczył".

Więc do czwartku nie było biegania. Była za to radość z najnowszej życiówki, która ma już półtora tygodnia.

yodayoda

W weekend mnóstwo maratonów. Podopieczni startowali, znajomi, Kenenisa Bekele. Na spacerze z Małym Yodą wypatrywałem relacji na podblogu, ale Państwo byli uprzejmi przenieść się z emocjami na stronę. Inną stronę. Nie było biegania, w każdym razie tutaj nie było.

Wieczorem spotkaliśmy się z Chłopasiem zrobić sobie wspólne zdjęcie, bo strona poświęcona startupom pisała o chłopasiowym RunGuru. Zdjęcie mamy we dwóch, bo Tomek S., trzecia twarz RunGuru, biegł zdaje się w Paryżu. W każdym razie był gdzie indziej.

Znalazłem bieganie w piątek w południe. Podziębienie nie przechodziło, chociaż nie dawało typowych objawów. Doszedł ból głowy i podniesione powyżej normy ciśnienie. I wtedy MSŻ - każdemu życzę takiej żony - mówi: idź pobiegać. Pogadaliśmy chwilę, że rzeczywiście, kiedy odkładam bieganie, zwykle doganiają mnie choroby i samopoczucia.

Więc założyłem ciuchy biegowe i poleciałem do lasu. Plan: 45 min. powoli, standardowy trening po chorobie. Las się zielenił z radości, z mojej radości. Zostawiłem w nim całą psychosomatykę, a po południu poszliśmy na pierwszy spacer. Podrzuciliśmy MSŻ do kosmetyczki, żeby sobie zrobiła paznokcie, bo taki rytuał chyba jest potrzebny kobiecie po porodzie, by poczuła się kobietą w pełni. Zostawiliśmy jej samochód i wróciliśmy z Małym Yodą wózkiem w tempie 20:00 na kilometr.

Nigdzie mi się nie spieszy. Z Jaśkiem, z Córką Studentką kiedy byli mali było inaczej - nie mogłem się doczekać, kiedy zaczną raczkować, chodzić, mówić, chodzić po górach, kiedy dorosną. Córkę 5klasistkę dostałem od życia z impetem i też fascynuję się jej dorastaniem. A teraz mam inaczej: z Małym Yodą chciałbym te chwile rozciągnąć, zatrzymać, przeżyć jak najgłębiej.

Bieganie prowadzi gdzie indziej. Nie do najbliższych zawodów docelowych, tylko do nowego, dobrego dnia.

Otworzyłem tak niedzielę, interwałami połączonymi z pół godziną wolnego biegu. Otworzyłem tak nowy tydzień - szybki trening w tempie półmaratońskim, szybko do Newsweeka i szybko do domu. Idziemy zaraz z Małym Yodą do lekarza na rutynowe badanie.

17:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (276) »
poniedziałek, 31 marca 2014

Ultramaraton zaczął się w czwartek wieczorem. Moja Sportowa Żona stwierdziła, że ma jakieś inne skurcze, na razie lekkie i nieregularne, ze trzy były w ciągu godziny. Dzwoń do położnej! Zaraz, jeszcze nie.

Minęły jakieś dwa kilometry przyjmując tempo 4:00 min. na kilometr za bazowe i okazało się nagle, że skurcze są już wyraźne i mniej więcej co kilometr-półtora. Dzwoń do położnej! Dobrze zaraz zadzwonię.

Kilometr. Dzwoniłaś? Nie, jeszcze nie.

W końcu MSŻ zadzwoniła, pojechaliśmy piratując kilka skrzyżowań ze skurczami równo co 750 m, przyjęli nas na izbie przyjęć, zaprowadzili na salę porodową, dojechała nasza położna, pani Beata i wzięła sprawy w swoje ręce. Jak anioł, jak kołcz. Po pierwsze przygasiła światło, żeby, jak to ujęła, było intymniej - i niech tak zostanie.

O 2:45 urodził się Mały Yoda. MSŻ ustanowiła przy tym chyba trudny do pobicia rekord - II faza porodu czyli parcie trwała u niej równo 5 minut.

yoda

Myśleliśmy wcześniej i to, wierzcie mi, serio, czy na drugie imię nie dać mu w urzędzie Yoda. W końcu zabrakło nam odwagi, oba imiona będą z kalendarza. Ale na blogu, jeśli pozwolicie będzie Mały Yoda. Robi czasem takie minki, a w ręczniczku z czubkiem wygląda jak maskotka z Gwiezdnych Wojen w wersji dla przedszkolaków.

yoda 2

W pasiastej czapeczce wygląda jak mały Wojtuś. Jeśli ktoś chodził ze mną do przedszkola, zauważy podobieństwo.

Mógłbym tak opowiadać ze sto kilometrów. Więc już chyba dość, wystarczy 21.

Chciałem w końcu dobrze pobiec. Już nie na życiówkę, bo moja ostatnia życiówka jest na tych dwóch zdjęciach, ale na dobry wynik. Zacznę zapisywać życiówki w kategoriach wiekowych. W M45 w półmaratonie mam 1:23:19. Teraz miało być złamane 1:24, a czas marzeń - 1:22. Wyszło dobrze: 1:23:27, jest zadowolenie po wszystkich problemach z hemoglobiną i formą. Prawie trzy minuty lepiej niż w Wiązownie. Wygrana z moim rywalem sezonu, Andrzejem z naszej klasy od Córki 5klasistki - teraz Andrzej prowadzi już tylko 3:2. Przegoniłem o 9 sekund czas Podopiecznego z Wiązowny, sam Podopieczny był nie do złapania. Pościgałem się z moim rywalem ze starych lat, Wojtkiem S. z mojego LO, który przeważnie był o kilka długości przede mną - a teraz tylko o 4 sekundy. Dużo fajnych, dających satysfakcję liczb.

Dziękuję Wam Cichociemni lub nierozpoznani z powodu prędkości - za kibicowanie przy trasie i gratulacje porodowe. Dziękuję cichociemnej rowerzystce, która krzyczała "brawo Staszewscy", a pół roku temu robiła to samo na maratonie (ujawnisz się?). 

Wieczorem po biegu przyszli wujowie Małego Yody na tradycyjne pępkowe. Tak się złożyło, że tylko dwóch nie było biegaczami (ale za to obaj jeżdżą sporo na rowerze). Impreza się chyba udała, bo dzisiaj była scena jak z "Kac Vegas". Robię w szpitalu kolejne zdjęcia Małego Yody, patrzę do galerii, a tam fota, której nie mogę sobie przypomnieć.

yoda 3

Wszystkich wujów nie ma, dwóch już wcześniej poszło do domu spać. Dobranoc.

21:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (91) »
poniedziałek, 24 marca 2014

Piątek, dzień jak z bajki. Pierwszy dzień wiosny, symbol nowego życia, zaplanowałem sobie urodziny Syna 2.0. Wstaję po czwartej rano, bo trzeba odwieźć Córkę 2.12 na wyjazd na turniej tańca. Odwożę i o 5.10 jestem w Lesie Kabackim.

Czy może być coś bardziej metaforycznego niż wschód słońca w między drzewami w takim dniu? Półtorej godziny w pierwszym zakresie, na środku polany koło Powsina samotna sarna. Na uszach radio z komentarzami o Krymie, myślę o Synu 2.0, w jakim świecie przyjdzie mu żyć, bezpiecznym, zimnowojennym czy najgorszym z możliwych. Koło ścieżki zdrowia nieopodal trzy sarny. Dwie udaje mi się upolować:

s

Ajfona mam cały czas pod ręką, bo w każdej chwili Moja Sportowa Żona może mnie zawezwać - jesteśmy już dwa dni po terminie. Biegnę w las z Synem 2.0 w głowie. Jaś nie doczekał. Z nim też biegnę w głowie, nawet go wołam parę razy, bo las o tej godzinie pusty, więc można.

Syn 2.0 ma oczywiście imię, dostał je już w sierpniu, kiedy nie było wiadomo, czy nie jest dziewczynką (wariant żeński też był oczywiście). Ale zostawię mu taką pulę prywatności - i nie będę imienia ogłaszał na blogu. Jaś też był tu Synem Fotografem, dopóki nie stał się głównym bohaterem wrześniowych i październikowych odcinków, kiedy umierał. Umierał tak wspaniale, mądrze, godnie. Piszę o tym tak wyraźnie, bo nigdy tego Jasiowi wyraźnie nie powiedziałem.

Dobiegam w tym metafizycznym nastroju między śmiercią (to już pół roku), a nowym życiem (to może tylko kilka godzin) do samochodu jeszcze przed siódmą mijając pierwszych biegaczy rozpoczynających trening w lesie. Jadę do domu, a tam żadnej akcji porodowej, za to MSŻ w stanie chodzenia po ścianie. Leży i nawet nie kwiczy, bo nie może wydobyć głosu, ma potworną infekcję migdałków. Akcja zaczęła się w czwartek, ale byliśmy u lekarza dostaliśmy lekarstwa. I nie pomogły w ogóle. Czasem tak jest, że lekarstwa nie pomagają.

Południe, Syn 2.0 się nie wybiera na świat. Ale może to i lepiej, bo MSŻ wygląda jak po 15-godzinnym wybieganiu, gdyby zaczęły jej się skurcze, chyba skończyłoby się cesarką. Udaje nam się zapisać (mamy fajny niusłikowy pakiet medyczny) do laryngologa, jedziemy, nowe lekarstwa, nowa nadzieja. Po południu MSŻ odżywa. Siadam do komputera, robię trochę promocji chłopasiowego RunGuru na Facebooku. Wieczór i nic, żadnych skurczy. Mój syn nie będzie miał urodzin w pierwszy dzień wiosny, bo o rok ciąży przenosić się nie da.

W sobotę biegnę na 10 km w Kabatach, oczywiście z telefonem, żeby w razie czego rzucić się na skróty do samochodu i ruszyć na sygnale. Ale sygnału oczywiście nie ma. Po wtorkowym treningu odzyskałem trochę wiarę w swoje możliwości. W sobotę misterna konstrukcja nadziei i niedopowiedzeń runęła. Pierwszy raz chyba od lat 90. ubiegłego wieku nie zmieściłem się w Kabatach w pięćdziesiątce. Nieudany eksperyment treningowy to jedno, ale takie dno świadczy też chyba o ciągle nieodbudowanej hemoglobinie. Próbuję jeszcze zjadać wszystko, co żelazne w okolicy, ale wątpię, czy do niedzielnego półmaratonu uda mi się odbudować formę. W mięśniach sądzę, że coś jest, w sercu i w płucach też, tylko brakuje transportu dla rozpałki - i nie ma ognia.

O ile pobiegnę w niedzielę, bo nie wiadomo, czy Syn 2.0 nie zrobi sobie akurat urodzin. Do wielu rzeczy,  właściwie wszystkich które są opisane w tym odcinku, można się przygotować. Ale nie można ich zaplanować, bo nie wszystko od nas zależy.

Robię teraz ratunkowy plan trzech długich wybiegań. Dzisiaj widziałem na skraju lasu bażanta, ale nie wyciągnąłem telefonu, bo mi zależało na rytmie biegu.

21:37, wojciech.staszewski
Link Komentarze (108) »
poniedziałek, 17 marca 2014

W sobotę zdążyliśmy przed deszczem. Podjechaliśmy do Lasu Kabackiego od strony Powsina i znów biegałem jak pies. Moja Sportowa Żona szła, bo jak się w ciąży nie rusza, to kicha. Kicha, kompletna kicha przez cały dzień. A ja biegłem kilkaset metrów do przodu, potem wracałem do niej i krzyczałem, w którą stronę na najbliższym skrzyżowaniu.

Potrenowaliśmy tak godzinę, MSŻ wróciła do samochodu, a Piotrek, który nie jest Dzikim, ale też biega i też znamy się od II klasy liceum przysłał esemesa, że wychodzi na bieganie po lesie. Spotkaliśmy się jeszcze przed deszczem, a potem biegliśmy przez te nawałnice, jakbyśmy znów byli w II liceum, a nie przed pięćdziesiątką. Jak w Tytusie - tam było "Puścimy się pędem i dogonimy nasz rok", a tu puszczamy się pędem i biegamy poza czasem. Czasem.

Dwie godziny z kawałkiem, z końcówką w tempie startowym. Próba nadgonienia wytrzymałości, ale słabo widzę moją startową wiosnę. Chyba to efekt eksperymentu treningowego, ćwiczenia wytrzymałości, siły i szybkości tygodniowymi blokami. Eksperyment ma to do siebie, że po to się go robi, żeby sprawdzić wynik. Więc się udał, bo wynik jest jasny - słaba forma.

1+1 Co nie znaczy, że nie spróbuję powalczyć w Półmaratonie Warszawskim - pobiec szybciej niż Podopieczny Bartek w Wiązownie, to mój cel sportowy. Ale myślami jestem teraz bardziej na innym finiszu. MSŻ też. Jak widać.

Jesteśmy chyba na ostatniej prostej. Umówiłem się z synem na urodziny w najbliższy piątek. Zobaczymy, czy jest grzeczny i posłuszny ;-)

Nie mogę się już doczekać finiszu. Nie przeżywałem tego jeszcze, ćwierć wieku temu porody z mężem nie wchodziły w rachubę. Teraz nie wyobrażam sobie, że miałoby mnie przy tym nie być.

Dalej też wszystko będzie inaczej niż było przy Jaśku i Córce 1.23. Jeszcze nie wiem jak, ale wiem, że świat jest inny, ja jestem inny. Tylko niewyspanie będzie pewnie takie samo.

Rodziło się długo, z tysiącznymi poprawkami, po cichu. Ale teraz Chłopaś dał zielone światło, żeby trąbić. Więc przedstawiam oficjalnie nasze wspólne (z Chłopasiem) dziecko: RunGuru.

Opowiem Wam o Chłopasiu. Poznaliśmy się przy okazji dziennikarskiej sztafety Polska Biega, ale słabo, bo Chłopaś biegł na Kraków, a ja na Białystok. Bliżej przy wyjeździe na maraton w Jerozolimie. A jeszcze bliżej na kilku wybieganiach, kilku imprezach i kilkudziesięciu treningach tenisa kończonych często męską kawą.

Chłopaś, to gość, który daje radę. Tak mógłby sobie napisać na wizytówce. Swoją aktywność wrzuca w wiele biznesów, coraz bardziej odbiegających od dziennikarstwa. Ostatni pomysł, to testowanie samochodów - Chłopaś Prowadzi, nie tylko mercedesa, naprawdę fajne. Jest przy tym moim wzorcem hipsterstwa i bieżących trendów w popkulturze, dzięki niemu wiedziałem, żeby sobie zamówić po Ping Pongu kawę flat white (tylko że do naszej pingpongowej knajpki ten trend jeszcze nie dotarł).

Jednym z pomysłów wyprzedzających epokę był na pewno RunGuru - wirtualny trener. Włożyłem w tego trenera wiele serca i kawałek głowy. Wchodzisz, logujesz się, odpowiadasz na pytania, co chcesz osiągnąć w bieganiu, jak możesz trenować, po czym dostajesz plan treningowy - ale nie z automatu, tylko z algorytmu. Czyli dopasowany przez automat do Ciebie, twojego poziomu, możliwości i celów.

Właśnie się okazało, że RunGuru będzie trenował team mercedesa. Mercedes to zresztą imię dla dziecka, tyle że żeńskie.

21:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (109) »
poniedziałek, 10 marca 2014

Kiedy przyjechałem dziewięć lat temu do Rabki Zdrój z Moją Sportową Żoną - chociaż nie wiedziałem jeszcze, że będzie moją, a tym bardziej żoną  - wybraliśmy się zaraz na drugi dzień na Luboń, a na trzeci przez dzikie śniegi na Stare Wierchy. Jeszcze nim przyszła wiosna byliśmy na bieganiu, na łyżwach, a czasem miałem wolny wieczór, bo MSŻ szła na fitness.

Nie mogłem w to uwierzyć, że istnieją dziewczyny bardziej zakręcone na punkcie sportu niż ja. Wiem, że takie istnieją też w Warszawie, bo to miasto półtoramilionowe, ale nie dane mi było przynajmniej wtedy spotkać tu żadnej przedstawicielki tego gatunku. Za to w górach...

MSŻ mogła być oczywiście absolutnym odstępstwem, bo przecież Rabka to nie obozowisko sportowe, tylko miasteczko z dyskoteką (wówczas jeszcze działającą), salonami kosmetycznymi i knajpkami Pod Kasztanami, Siwy Dym. Nie znacie? To przyjedźcie na obóz, zawsze tam wpadamy.

Ale okazało się, że tam tak jest. Dziewczyny, które do szkoły miały pod górkę - i to dosłownie, bo Liceum nr 2 w Rabce wygląda jak schronisko na grzbiecie Grzebienia - częściej mają ochotę się ruszyć niż średnia ogólnopolska. Zacząłem poznawać przyjaciółki MSŻ. Karolinę, co kocha konie, studiowała je i teraz pracuje w stadninie. I Agatę, do której MSŻ chodziła na ten tajemniczy fitness.

Agaty nie zauważyłem mimo burzy włosów i ogólnego fit, bo byłem tak zapatrzony w MSŻ. Wiedziałem tylko, że wynajmuje salkę w Przyrodoleczniczym i prowadzi zajęcia, na które przychodzą miejscowe dziewczyny. A jak ma wolne, to jeździ sobie po górach na rowerze albo słucha w niszowych knajpkach muzyki reggae w wykonaniu nieznanych zespołów z kolesiami wyciętymi z filmu "Sprzedawcy".

Z dwa-trzy lata później spędziliśmy razem najzimniejsze wakacje w życiu - z Agatą i jej rodziną w Jastarni przy średniej temperaturze plus siedem. Potem Agata weszła na trudną ścieżkę rozstania i musiała tych godzin fitnessu prowadzić więcej, także w okolicznych metropoliach - Mszanie Dolnej, Rabie Wyżnej, Rokicinach. Poszła w ślady MSŻ, zrobiła kurs instruktora narciarstwa, co nie jest trudne, jeśli się urodziło z nartami na bosych stópkach - i w zimie dawała lekcje.

Myślicie, że jak człowiek pracuje w sporcie, to ma go dość? Gdzie tam, Agata jest na każdym naszym obozie w Rabce, raz pobiegnie w górach, raz poskacze na płotkach.

1

To zdjęcie z obozu 2012. Gdzieś wtedy Agacie zaczęło chodzić po głowie, żeby przeskoczyć kolejny płotek. Zamiast salki w Przyrodoleczniczym - własny klub fitness. Z atmosferą, kanapami, na których można usiąść, mniejszą salką do treningów personalnych. Zmieniały się wymarzone lokalizacje, warianty architektoniczne i kosztowe. Myślałem już, że Agata tak gada, bo jak każdy człowiek potrzebuje marzeń.

Ale tej zimy zaczęło się naprawdę.

2

To jest ta sama osoba, co na zdjęciu wyżej. To się nazywa wziąć sprawy we własne ręce.

Odwiedziliśmy ją z MSŻ przed wyjazdem, ubrani z warszawska.

3

I zostawiliśmy z taczką pełną naszych dobrych życzeń. I pojechaliśmy. I przyznam, że nawet ja nie wyobrażałem sobie, że nim z gór zejdzie ostatni śnieg, wyrośnie coś takiego.

4

Jak klikniecie w obrazek, traficie na stronę klubu Fitness Rabka. Są tam też zestawienia zdjęć - jak było (magazyn, ruina, wystawa betoniarek) i jak jest. Jest grafik zajęć: oprócz fitnessowego standardu znalazłem tam TRX, czyli ćwiczenia na systemach podwieszanych. Otwarcie klubu było w ostatni weekend, była przy tam zdaje się taka impreza, że słuchy doszły nawet do Warszawy. I dobrze. Myślę, że z perspektywy mieszkańców powiatu nowotarskiego to bardziej doniosłe wydarzenie niż otwarcie Stadionu Narodowego w odległej Warszawie.

Będziemy w tym klubie ćwiczyć na obozie biegowym w Rabce, bo zawsze mamy jeden trening wzmacniający na sali. Jest jeszcze parę miejsc.

Żeby nie zostawić Was z widokiem Agaty w stroju murarskim zdjęcie z wypadu na Oravice z ostatnich wakacji. Agata (z lewej) marzy o tym, o czym jej się jeszcze nie marzy.

5

A teraz mi powiedzcie, że nie da się złamać 4 godzin w maratonie. Albo 3:30, jeśli ktoś ma większe możliwości w genach.

22:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 03 marca 2014

Co tu dużo gadać. Dałem ciała w Wiązownie. Słaby bieg, w którym nie powinienem wystartować. Jedno co dobre, to że w słabej formie między jedną chorobą, a drugą jestem w stanie zrobić nienajgorszy czas.

Ale nie po to są kijowe biegi, żeby szukać pocieszenia w detalach. Znaleźć kogoś ze znajomych w klasyfikacji, komu nie poszło jeszcze bardziej.

Kijowe biegi są po to, żeby wyciągać z nich wnioski. Pierwszy wniosek - trzeba non stop się troszczyć o żelazo. Pełen dumy w grudniu, kiedy w punkcie krwiodawstwa byłem mocno w normie, odpuściłem skupienie w tej sprawie. Odstawiłem czarną herbatę od posiłków, ale zamiast pić zieloną albo sprite'a tak jak do jesieni, przestawiłem się na colę. Przecież to kofeina, czyli też uniemożliwia przyswajanie żelaza tak jak kawa. I wyszło mi przy okazji innych badań 12,9, przy normie od 14.

Poświęciłem temu żelazu już cały akapit, bo trzeba o tym myśleć. Jaki sens ma katowanie się na podbiegach czy interwałach, żeby poprawić swój czas o 5 minut, skoro te same 5 minut można stracić przez zbyt niską hemoglobinę i zbyt wolne dostarczanie tlenu do komórek?

Dwa - nie startować z chorobą. Na szczęście przeziębienie w niedziele miałem na tyle malutkie, że nie zmieniło się po biegu w wielki w ognisko zapalne. Ale niedzielne popołudnie przeleżałem pod kołdrą, a dziś chodzę schorowany i na proszkach.

Trzy - biegowo nie jest źle, a teraz, jak wyzdrowieję, dodaję już sporo szybkości. Na Półmaraton Warszawski będę gotów do dobrego startu. Może powalczę z Andrzejem z naszej klasy, który tym razem wyprzedził mnie na dziesiątym kilometrze. W tym roku 2:1 dla Andrzeja. A może nawet powalczę z Podopiecznym Bartkiem, którego odpuściłem na trzecim i dobrze, bo inaczej bym chyba kończył marszem.

O ile Synek 2.0 nie uzna, że akurat dzień półmaratonu jest najlepszym dniem na przyjście na świat. Więc może tak być, że klęska pod Wiązowną będzie moją jedyną istotną bitwą tej wiosny.

Szykując koszulkę na bieg trafiłem na zestaw, o którym myślałem przez pół nocy: żółta bluza z rękawami, na którą można założyć niebieską koszulkę. I stałem tak z pięć minut: założyć czy nie założyć. Człowiek chciałby poprzeć Ukraińców sercem, ale czy to nie błazenada? Czy start w ukraińskich barwach na biegu w bezpiecznej Polsce nie jest jakąś hipokryzją, pustym gestem - kiedy w Kijowie trwa mobilizacja. Nie wiem. Ale nie chciałem poczuć się, jak dupek dumny z wizerunku sportowego - postanowiłem, że startuję w zwykłym dresie, ale napiszę o tym na blogu. Bo teraz wszyscy mamy Ukrainę w głowie nie tylko podczas biegania.

Do Wiązowny pojechała ze mną Moja Sportowa Żona, która lepiej się czuje jak się trochę porusza. Odebraliśmy pakiet i poszliśmy na pomidorówkę z makaronem do lokalnej knajpki. A tam Podopieczny Bartek i Maciek Trójkołamacz. MSŻ wytypowała kolejność na mecie: Maciek, Podopieczny i ja.

Maciek odpuścił, nie znalazł w sobie mobilizacji - tak napisał. Chociaż siły zostało mu mnóstwo, kończył jak burza, na dwóch ostatnich kilometrach nadrobił do mnie 40 sekund i złamał spokojnie półtorej godziny. Był tam, gdzie powinien być Dziki.

Podopieczny szedł jak burza cały czas. Ale też coś potem wyznał - że trzy razy chciał zejść. Biega się głową, zwycięża się też głową, Podopieczny zwyciężył.

Na finiszu wyglądał tak:

1

Ja tak:

2

A tak Jang jako wolontariusz niewidomego biegacza. Szacun dla was obu:

3

Andrzeja, mojego głównego dziś rywala próbowałem gonić od nawrotu. Ale ciągle był z pół minuty przede mną. Aż spotkałem 5 kilometrów przed metą Marcina, znajomego z Ergo-Treningów - truchtał kontuzjowany do mety. Postanowił się do mnie dołączyć, bo jego trucht i mój mocny bieg mają podobne tempo. A kiedy powiedziałem mu, że gonię tego w czerwonej koszulce, Marcin stwierdził tylko: - Dawaj! Żebyś coś zapamiętał z tego biegu.

I zaczęliśmy Andrzeja dochodzić. Już miałem go na jakieś 50 metrów, kiedy odległość przestała się zmniejszać. Zwiększyłem obroty i doszedłem na jakieś 45. A potem było wiadomo, że już nic się nie uda, ale to nie jest najważniejsze. Bo w całym tym kijowym biegu mam rzecz, która mi sprawiła przyjemność - walkę.

Z Marcinem powalczyłem jeszcze na finiszu, wbiegliśmy równo, fotokomórka mnie pierwszego zarejestrowała. Nie zawsze trzeba wygrać, ale walka sprawia przyjemność.

Chciałbym, żeby świat znów wyglądał tak, żeby takie słowa jak walka albo zwycięstwo odnosiły się do sportu, a nie do kryzysów militarnych w sąsiednich krajach. Trzymam kciuki za ludzi z Kijowa i za rozsądek wszystkich, którzy mają na Ukrainie swoje interesy i wizje.

I idę pochorować - taki blog bez happy endu.

PS. Żeby było jeszcze smutniej - tu jest link do tekstu "Człowieku jesteś naprawiony". To tekst o Tomku, biegaczu z wielką pasją, który umarł (na zawał?) na treningu.

PS II. A żeby nie było tak całkiem smutno, to robię do Newsweeka eksperyment - trzy dni bez wirtualnego świata. Jeśli chcecie się podzielić ze mną opowieściami o takich sytuacjach, refleksjami na temat wirtualnego uzależnienia w waszym życiu - to... No właśnie. O maile nie poproszę, bo nie odbieram. Esemesów też. Telefonu stacjonarnego nie posiadam, ale możecie mi zostawić wiadomość w sekretariacie redakcji "Newsweeka", jak dotrę, to oddzwonię.

Dziki - PP w Kahunie o zwykłej porze. Bez odbioru.

23:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (41) »
poniedziałek, 24 lutego 2014

Najbardziej przemawia mi do wyobraźni ten obrazek: Zbigniew Brodka, strażak z Łowicza w podróży poślubnej z żoną na Wyspie Kanaryjskiej o trudnej nazwie na F. ćwiczy na plaży krok łyżwowy. Przeskakuje z lewej nogi na prawą, robi to na tyle długo, że w piasku robią się dwa potężne doły. Jego żona (dziennikarze używają tu jeszcze zwrotu "świeżo upieczona") trochę się tego wstydzi, nawet teraz na wspomnienie tamtych treningów powie Reporterowi Spraw Codziennych "O matko!".

Opowieść jak to jest być żoną złotego strażaka z Łowicza w dzisiejszym Newsweeku. A facet to, jak to mawia mój ojciec.prl, kiedy ma jaśniejszy umysł i wyraźniejszą wymowę "prawdziwy człowiek". Szacun, panie Bródka.

W sobotę oglądaliśmy starty sztafet z Biegaczką Sabiną, rodzoną siostrą Mojej Sportowej Żony, która przyjechała do nas na "zimę w mieście". Tak się to nazywało w PRL. Biegamy razem po Lesie Kabackim - np. w czwartek miałem nieplanowany trening regeneracyjny ciut poniżej pierwszego zakresu, Biegaczka Sabina zrobiła sobie godzinę wybiegania, a MSŻ do której nawracaliśmy co kilometr - długie wychodzenie z kijami nordyckimi. To jakaś atawistyczna potrzeba bycia w ruchu chyba.

W sobotę zwłaszcza po tym, jak męska sztafeta nadrobiła potężną stratę do Kanadyjczyków, a potem jeszcze potężniej im dołożyła, poczuliśmy błysk ostrza pod stopami. I w niedzielę wybraliśmy się na łyżwy. W tym roku Mikołaj przyniósł mi wreszcie własne hokejówki, ale ponieważ MSŻ w ciąży jeździć nie może, bo rozsądek trzeba zachować, to myślałem, że przeleżą sezon.

Wyglądaliśmy tak. Biegaczka Sabina w pożyczonych od MSŻ figurówkach i bluzie, bo zrzuciła już cały nadmiar i figurę ma na tyle podobną do siostry, że mogą się wymieniać bluzami. Córka 5-klasistka świeżo po powrocie z tygodniowego obozu tanecznego. I ja, jak zwykle sztywny jak C3-PO, co na łyżwach daje efekt karykaturalny.

1

2

4

3

Fot. MSŻ

Na lodzie wydawało mi się, że przyjmuję pozycję Bródki. Na zdjęciach widać robota na płozach. Dwa razy zrobiłem okrążenie toru na czas. Bródce zależnie od dystansu wychodziło coś w okolicy 30 sekund, u mnie szybszy przejazd to 1:19. Fakt, że w slalomie między ludźmi, bo strasznie dużo Polaków poczuło błysk ostrza i fakt, że nie na sto procent. Bo jakoś tam potrafię jeździć na łyżwach, ale w zatrzymywaniu się na łyżwach jestem dużo słabszy.

Nie liczyłem wszystkich okrążeń, ale z szacunków wynika, że zrobiliśmy po kilkanaście kilometrów. Czyli można to uznać za długie wyjechanie na łyżwach.

Dziś z Biegaczką Sabiną zaczęliśmy dzień od biegania po Kabatach. Metodą "na psa". Czyli biegłem jak pies do przodu, kilometr albo półtora, a potem wracałem z informacją, co Biegaczka ma zrobić na najbliższym skrzyżowaniu. W ten sposób Biegaczka zrobiła pierwsze w życiu 12,5 kilometrowe wybieganie, a ja nietypowy jak na siebie trening. Po 14 kilometrach w pierwszym zakresie rozpocząłem właściwą część treningu - 4 km w tempie run i 4 razy 2 min. w interwałowym. Zrzutu do Garmina nie będę linkował, bo tempa za wolne. A w niedzielę Wiązowna i jak byście to zobaczyli, to nie uwierzylibyście, że przebiegnę 21 km w szybszym tempie niż teraz utrzymuję na 4 km. A pobiegnę.

Fajny miałem trening w piątek. Nazywam go: na odkręcenie. Po serii męczących treningów robię spokojne półtorej godziny, ale kompletnie bez walki. Staram się tylko utrzymywać tętno w pierwszym zakresie, ale też nie walczę o górną strefę. A tempo powoli, ale konsekwentnie rośnie - od kilometra po sześć minut z hakiem, po kilometr poniżej pięciu.

Jak to możliwe? Tym różni się trenowanie od biegania. W praktyce przerabiamy to na Obozie Biegowym w Rabce. Do końca lutego cena promocyjna. Do zobaczenia: www.KancelariaSportowa.pl.

19:06, wojciech.staszewski
Link Komentarze (53) »
poniedziałek, 17 lutego 2014

Noriaki Kasai, co za klasa. Jedno, że tyle lat pod kaskiem, a taka mistrzowska forma. Pytałem nawet o to doktora Śmigielskiego, z którym rozmawiałem do dzisiejszego Newsweeka - ale się nie zmieściło na stronie. Był wybór: albo o Kasaim, albo o 92-letnim tenisiście.

Pytałem doktora Śmigielskiego - złoty medalista wśród ortopedów sportowych kraju - jakim cudem tacy zawodnicy jak Bjoerndalen i Kasai mogą walczyć o medale. Czterdzieści lat minęło, jak jeden dzień, a Kasajemu nawet jak 700 dni, bo ma już 42 lata. Doktor Śmigielski powiedział krótko: są lepiej serwisowani.

Pamiętajcie o Kasaim, kiedy przychodzi Wam ochota do szaleńczych treningów, do nadganiania przerw kontuzyjnych i doganiania własnych ambicji. Jeśli bieganie na poziomie ma nam sprawiać przyjemność długo, co najmniej tyle, ile trwa kariera Japończyka, to trzeba się rozciągać po każdym treningu, wysypiać, dobrze odżywiać (węglowodany, białka, tłuszcze, witaminy).

Raz zdobyłem srebrny medal, jak Kasai - II miejsce w kategorii M40 na Maratonie Warszawskim. Teraz biega więcej ludzi, o takie sukcesy trudniej. Ale chciałbym zdobyć taki sam medal 20 lat później, w M60.

Przed wiosennymi półmaratonami - Wiązowna i, jeśli syn 2.0 pozwoli, Warszawa - robię eksperyment treningowy. Przez ostatnie trzy tygodnie trenowałem tak: siła, szybkość, wytrzymałość. Ale nie tak jak zwykle, mieszając treningi kształtujące te cechy motoryczne - tylko tygodniowymi blokami. Zrobiłem cztery czy pięć treningów siły biegowej o różnym charakterze. Potem cztery czy pięć szybkościowych. A w tym tygodniu cztery wytrzymałościowe plus jeden z elementami krosu, ale trwał tyle, że także kształtował wytrzymałość.

Zobaczymy w Wiązownie, co to da. Ten tydzień już łączy te cechy. Dziś było krótko: 4 podbiegi połączone z szybkim zbiegiem (a potem minuta odpoczynku), a potem 4 razy wstęp do interwałów czyli 2-minutowe odcinki też na minutowych przerwach.

Druga rzecz, która mnie zachwyciła u Kasajego, to radość z medalu. Chyba Japończycy są rzeczywiście tak fajni, jak wynika z książek Murakamiego. Zauważyliście, jak potwornie kontrastowało to z fochem Holendra, który przegrał z Bródką? Sport to jest rywalizacja o medale, życiówki, o pokonanie przeciwników. Ale na mecie najlepsze co można zrobić, to ucieszyć się z tego, co się osiągnęło.

Trenuję to od lat na ping pongu, regularnie raz w tygodniu (od września jest nieprzerwana seria) przegrywam z Dzikim i próbuję przeżyć porażkę, a potem ucieszyć się z gry. W ostatnią środę już witałem się z gąską, prowadziłem 3:0 w setach, a skończyło się jak zwykle 4:3 dla Niemców. Ale miałem w sobie więcej radości z dobrej gry (jakie wymiany mieliśmy, jakie obrony, jakie smecze) niż pianki w cafe latte, którą pijemy po meczu.

Historyjka doktora Śmigielskiego o 92-latku, którą dałem do druku kosztem kawałka o serwisowaniu sportowców jest taka. Rzecz dzieje się w Szwajcarii. Przychodzi 92-latek do lekarza i mówi, że gra co tydzień w tenisa, tylko ostatnio go boli kolano. Lekarz wysyła go na badania, a młody wówczas Śmigielski, który u tego lekarza pobiera praktyki dziwi się - że w tym wieku facet chce grać w tenisa zamiast cieszyć się, że może chodzić. Na to szwajcarski lekarz mu tłumaczy: - A kim ty jesteś, panem Bogiem, żeby mówić mu, co ma robić? Ten człowiek gra w tenisa, to mu daje radość, może jedyną radość w życiu. Więc jeśli mu potrafisz pomóc, to mu pomóż, a nie mów mu jak ma żyć.

Mądra historyjka. Śmigielski mówi, że dużo się przez to nauczył o roli lekarza. A ja przez ten wywiad dużo się nauczyłem o sporcie. Jak wrzucą na Newseek.pl, to podlinkuję.

Dwa zdjęcia na koniec. Moja Sportowa Żona pod koniec ósmego miesiąca z nordyckimi kijami na spacerze w Łazienkach. I lokalna fauna.

1

2

20:58, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
poniedziałek, 10 lutego 2014

Nie daliśmy rady z Justyną dobrze pobiec w sobotę. No cóż, nie każdy zawsze ma Dzień Stocha.

Niewiele brakowało, a nie zobaczyłbym, jak Stoch skacze w przeszłość - bo przypominało to te nokautujące skoki Małysza, kiedy po Grand Prix w Kabatach lecieliśmy do telewizora, kiedy świeżo przeprowadziłem się na mój wymarzony Ursynów, kiedy nie znałem jeszcze Mojej Sportowej Żony, a Jaś był zbuntowanym nastolatkiem. Przeżyłem tamte emocje w kilka sekund, kiedy zobaczyłem Stocha szybującego daleko za grubą niebieską kreskę. Byliśmy z MSŻ na mieście i w odruchu desperacji postanowiłem sprawdzić, czy nie da się oglądać Soczi w telefonie. Da się. Czyli stacje telewizyjne wykonały właśnie skok w przyszłość.

Justynę nagraliśmy na dekoderze, bo kiedy ona startowała w Soczi, to ja startowałem na Kabatach.

1

Fot. www.Biegi.waw.pl

Zacząłem z ambicją. Na trzecim kilometrze czekała MSŻ, która poszła na trening kibica z kijami nordyckimi. Jak zobaczyłem, że celuje we mnie ajfonem postarałem się o tak prawidłową technikę biegu, że wyszło aż nieco karykaturalnie. Ale jestem zadowolony, noga pracuje w stawie biodrowym (widzisz marsz?) nawet na śniegu.

2

Fot. MSŻ

Ale w jednej trzeciej zaczęło się okazywać, że ambicja mnie przerosła. Zaczęli po mnie przebiegać rywale, cały pociąg ludzi. W połowie okazało się, że Andrzeja, ojca z klasy córki 5klasistki, z którym ścigaliśmy się na Chomiczówce (i Andrzej wygrał), ambicja również podpuściła na pierwszych kilometrach. Wyprzedziłem go w koło 6. kilometra i ucieczka przed Andrzejem była dla mnie największą siłą napędową na ostatnich kilometrach. A wygranie z nim jedynym sukcesem.

38 miejsce, czas 42:16, dobre dwie minuty za rywalami ze starych czasów, z którymi zwykle się ścigam. To efekt eksperymentu treningowego, który prowadzę na sobie po Chomiczówce. Bo wiecie, że w treningu biegowym ćwiczy się osobno siłę, szybkość i wytrzymałość? Zwykle przeplata się te treningi w ciągu tygodnia (zależnie od momentu makrocyklu zmieniając ich wagę). A gdyby tak trenować w blokach? Blok wytrzymałości, chociaż dwudniowy. Rok temu sprawdziłem na sobie, dało świetny efekt, dlatego daję to teraz często podopiecznym Kancelarii.

A może pójść w tym jeszcze dalej? Dwa tygodnie temu skupiłem się niemal wyłącznie na sile biegowej, zrobiłem pięć razy podbiegi albo kros. Poprzedni tydzień to była szybkość, różne interwały, a na koniec bieg ciągły na zawodach. Nic dziwnego, że poszło słabo, bo nie miałem prawa mieć dobrej formy.

Swój Dzień Stocha chcę przyszykować na Wiązownę. A jeszcze bardziej na półmaraton w Warszawie - ale ten start zależy od syna 2.0.

Sport jest jak ruchome piaski. Justyna też przygotowała swój dzień, pewnie na najbliższy czwartek, na bieg na 10 km klasykiem. Jeśli wygra to na jednej nodze, to powinna też dostać równolegle medal paraolimpiady. Będę o stopie Justyny - i ogólnie o sporcie, medycynie i psychologi - rozmawiał we wtorek do "Newsweeka" z bardzo znanym lekarzem.

Cieszę się z igrzysk, telewizor zmienił mi się teraz w lekko szemrzącą fototapetę, kiedy to piszę, na ekranie jeżdżą szybko łyżwiarze. I kompletnie nie rozumiem wypowiedzi pani rzecznik MKOl w sprawie reprymendy dla norweskich biegaczek, które chciały przed kamerami opłakać śmierć brata jednej z nich. Jeśli ktoś nie czytał, to w skrócie pani rzecznik chodziło o to, że igrzyska są świętem radości, a nie miejscem na żałobę.

Gówno prawda. Radość i śmierć są bliżej siebie niż myślimy na co dzień. Pamiętam ze studiów polonistycznych, jak doskonale rozumieli to ludzie w średniowieczu. A jak strasznie gubimy to teraz. Widzieliście tu na blogu, choć wyszło to trochę niechcący, jak umierał Jaś. Czytaliście, jak wtedy biegałem z Jasiem na ramieniu. Widzieliście zdjęcia (a może to był na Fejsbuku), jak po jego śmierci się śmieję z Dzikim po ping pongu. Ktoś mi to zresztą wypunktował.

Drogi MKOl-u, nigdy nie będę na igrzyskach, chyba że zdarzyłoby się coś, że kwalifikowałbym się na paraolimpiadę. Ale chcę ci powiedzieć, że w każdej mojej radości sportowej i innej jest pamięć o Jaśku. Że na najbliższych półmaratonach będę myślał i o przeszłości z Jaśkiem i o przyszłości z Synem 2.0. Sport budzi we mnie mnóstwo emocji, podobnie pewnie mają profesjonalni sportowcy. I uważam, drogi MKOl-u, że nie powinieneś się w to wtrącać.

Tak wyglądaliśmy na mecie biegu w Kabatach - z MSŻ i ukrytym na razie Synem 2.0:

3

Fot. Pan przy trasie

 

 

 

 

 

17:15, wojciech.staszewski
Link Komentarze (64) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam