Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 27 lipca 2015

Na 17. kilometrze czeka Moja Sportowa Żona z Biegaczką Sabiną i Małym Yodą. To doskonale, bo skoro jest Mały Yoda, to na pewno mają ze sobą pampersy, chusteczki i kremik do pupy. A ja właśnie kremiku potrzebuję jak nie wiem co, bo obcierają mi się sutki o koszulkę. Nie miałem tego problemu na ostatnich 30 maratonach, więc nie smaruję, ani nie oklejam, a tu właśnie by się przydało.

MSŻ podbiega ze mną, chociaż tempo dla niej interwałowe, około 4:30 chyba. Dostaję kremik, wodę, colę, kilka razy przez kolejne 10 km, póki Mały Yoda wytrzyma. Przeprowadzają mnie razem przez tę cienką granicę, która odróżnia bieg po pagórkowatym terenie od masakry.

Bo początek od Nowego Targu do Ludźmierza był wręcz płaski, potem lekki podbieg do Maruszyny, tempo spadło do 5:10-5:30, ale za chwilę zbieg do Szaflar. Staram się pierwszą połowę trasy przebiec w tempie na 3:15, bo kalkuluję, że jeśli drugą, tę górską z hard-core'owymi podbiegami pobiegnę na...

No i nie pobiegłem. Bo zaczęły się schody. Podbiegi pod Ząb, miejscowość Kamila Stocha, potem gwałtowny zbieg na złamanie karku, gdzie przeklinasz każdy metr spadku, bo zaraz trzeba go będzie odrobić wbiegając na Gubałówkę od tyłu. Przed biegiem za minimum przyzwoitości uznałem 3:45 i kiedy na Gubałówce wiedziałem już, że nic z tego, jedyne o co mogłem zawalczyć, to powrót do pierwszej czterdziestki. Ostatnie kilometry, te z górki, po jakieś 4:05-4:30 (piszę z pamięci - dokładny zapis z Garmina jest tutaj) trochę podbudowały mi nastrój, ale prawda po raz kolejny wyskoczyła z lasu i głośno krzyczała: Wojtek, nie masz predyspozycji do biegów górskich.

Maszerując na Gubałówkę myślałem, ileż mnie to bieganie ciągle uczy i że wciąż nie mogę się tego nauczyć. Czas treningowy niedokonany, biegologia zorientowana na proces. Uczy mnie, kim jestem, kim nie jestem. Jestem półmaratończykiem. Nie dlatego, że moje treningi są teraz o połowę za słabe, tylko dlatego, że na tym dystansie mam najlepszą życiówkę, ostatni sukces - niezły wynik na zeszłorocznym Półmaratonie Kampinoskim - i na półmaratonie najlepiej się czuję. Jak pstrąg w Dunajcu. Wystarczająco szybki, żeby grzać na tym dystansie i wystarczająco wytrzymały, żeby dopłynąć aż do Wisły.

Pod górę wysiadam. Nawet idąc po schodach sapię bardziej niż nietrenujący znajomi. Nawet podbiegając na bardziej płaskich odcinkach maratonu czułem fizyczne zakwaszenie. Nie żaden potreningowy ból mięśni, tylko wzrost zakwaszenia w trójgłowym łydki. Fala ciepła, za którą idzie beton. Umiem zbiegać, wiadomo, że biegi górskie wygrywa się na zbiegach, ja też na ostatnich pięciu kilometrach wyprzedziłem siedem osób, bo było z górki. Ale żeby wygrywać cokolwiek (ze sobą) w biegach górskich trzeba umieć pod górkę podbiec, a nie maszerować.

To wszystko wiem. Ale wiedza to jedno, a serce to drugie. Będę musiał znaleźć sobie inne radości w takich startach - może traktować je jak wybiegania przygotowujące do walki w półmaratonach. Po prawej Babia, w oddali Pilsko, za plecami Turbacz, a przed nami Tatry - czyż może być piękniejszy trening. Bez żadnych celów wynikowych. Bo jak ktoś kończy w 3:49, godzinę gorzej od życiówki, to po co mu cele?

Na mecie fota ze znaczącą miną i druga z kapitalnym konferansjerem, który cały czas jechał gwarą (Zebyście mi ino lewom stronom biegli, dobre?) i tworzył naprawdę świetny klimat. Do tego piękny medal, na zdjęciu mi się nie zmieścił, ale na pewno Rob zaraz go wstawi w powiększeniu.

A w sobotę piknie witomy w Rabce naszych obozowiczów. Obóz to takie trzecie święta w moim roku - obok Bożego Narodzenia i Wielkanocy.

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 20 lipca 2015

Jest takie miejsce, którego nie ma. Ściślej: tak bardzo nic tam nie ma, że jakby nawet tego miejsca nie było. Tylko bieganie, kajaki i... no właśnie, i co? Szukam słowa, mieści się gdzieś między banalnym zachwytem, metafizycznym poczuciem zanurzenia w przestrzeni poza czasem i permanentnymi problemami z zasięgiem. Czyli mówiąc krótko: Suwalszczyzna.

Dojeżdżamy w poniedziałek w nocy. Zawsze staram się zachować w pamięci ten moment, kiedy się dojeżdża na wakacje, wszystko jest jeszcze przed tobą, dopiero się zaczyna. Dookoła już ciemno, Mały Yoda mocno śpi, z szosy głównej zjeżdżamy na boczne drogi, w końcu drogowskaz kieruje nas na taką, którą miejscowi nazywają piaskówką i po półtora kilometra lądujemy w Rosochatym Rogu.

Wtorek rano. Śniadania można wykupić u sąsiada w mini-gospodzie, jest szwedzki stół plus jedna potrawa na ciepło. Szwedzki stół zupełnie inny niż kojarzy się z hotelami nad morzami - swojska szynka, kiełbasa - Mały Yoda uwielbia, a my go uczymy, że to białko. Dla wegetarian tylko biały ser, pomidor, ogórek i miód.

Jedziemy do spożywczego - w ciemno do Wigier. Ale tam sklepu nie ma, najbliższy w Ryżówce albo Maćkowej Rudzie. Pokażcie mi miejsce w Polsce, gdzie do najbliższego spożywczaka jest 10 minut samochodem. Wpadamy w zachwyt, że jesteśmy tak daleko od cywilizacji.

A potem bieganie. Przez cały nasz pobyt zdarzyły się dwie ulewy. Druga, mała, złapała mnie na ostatnim odcinku kajakowania. Pierwsza, wielka, zmoczyła nas, kiedy razem z Moją Sportową Żoną robiliśmy godzinę. Pobłądziłem trochę w Puszczy Augustowskiej między Mikołajewem, Czerwonym Krzyżem i Maćkową Rudą, i w stresie, żeby MSŻ się nie zorientowała, że przekroczymy założony czas treningu, gnałem jak nigdy z wózkiem. MSŻ ma tak, że jak ma być godzina, to dla niej trening kończy się po godzinie i przechodzi do marszu. W szkole miała ksywkę zegarynka chyba nie tylko dlatego, że jej ojciec jest zegarmistrzem.

Zrobiłem sobie mały obóz - trening codziennie, raz wybieganie, raz akcent - żeby szarpnąć formę do góry przed górskim maratonem z Nowego Targu do Zakopanego. To już w tę niedzielę. Ostatnie bieganie przyniosło w końcu przełom, oderwałem się od wolnego tempa około 6:00 na jakieś 5:15. Ale i tak urealniłem się przed Maratonem Podhalańskim, bo raz złapaliśmy późnym wieczorem zasięg i popatrzyłem dokładniej na liczby.

Dla mnie maraton ma 42 km, ale bardziej doświadczeni ode mnie górale wiedzą, że taki maraton ma jeszcze jedną ważniejszą liczbę: sumę podbiegów. W Podhalańskim będzie 900. Chyba sporo. Zacząłem grzebać po innych biegach - Visegrad Marathon w Rytrze, który tak mnie załatwił parę lat temu, miał różnicę między startem, a najwyższym punktem 200 m. A pierwszy, 36-kilometrowy odcinek Biegu Siedmiu Dolin w Krynicy - 600 m. Nie znalazłem porównywalnych danych czyli sumy podbiegów, ale myślę, że Maraton Podhalański trzeba będzie porównać raczej do Krynicy niż Rytra.

W Krynicy (nawiasem mówiąc biegnę tam też w tym roku, ponownie jeden etap Biegu Siedmiu Dolin, tym razem chyba będą to 34 km) dwa lata temu miałem bodaj 3:33. Fakt, było po górach, a w Podhalańskim będzie asfalt. Ale myślę, że realistyczny cel, to złamanie 3:30. Bieg poniżej 3:15 nazwałbym sferą marzeń i niech mnie góralski PanBucek strzeże, żebym sobie tymi marzeniami nie zepsuł startu. A minimum zadowolenia przenosimy na 3:45, no może 3:40, bo jednak forma wraca.

Kto rozpozna, z których zakątków te zdjęcia? Dziki i Oco, nie wyrywajcie się za bardzo z odpowiedzią.



 

 

23:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 13 lipca 2015

Kto to jest Staszewski? Ten, który jest mężem MSŻ, czasem z nią biega i opisuje jej starty.

W sobotę chciałem zrobić przed parkrunem 2 godziny. Już kładąc się wieczorem zszedłem do 1:45, po wstaniu do 1:30, a zanim nakarmiłem Małego Yodę kaszką i siebie węglowodanami, musiałem się urealnić do 1:15. Trochę po lesie, potem przebiegłem pod miejscem, które za kilka-kilkanaście tygodni będę nazywał swoim domem i zrobiłem ostatnie 6 km w tempie startowym na Maraton Podhalański. Wyszło tak :-/ Czyli trzeba by się urealnić na maratonie, górskim w końcu, bliżej 3:30 niż 3:15. Obym umiał się powstrzymać na starcie i nie powtórzył w mniejszym rozmiarze Katastrofy Krynickiej.

Biegałem w Brooksach, tych terenowych, Gritach. Teraz już leżą zapakowane w torbie biegowej i nie mogą się doczekać biegania (już jutro) na Suwalszczyźnie (Rosochaty Róg - jest ktoś w pobliżu?). Brooks pewnie chciałby przeczytać parę dobrych zdań o swoim produkcie. A ja Wam zdradzę swoją przebiegłość - dlatego zwróciłem się do Brooksa w sprawie butów, bo pamiętałem czar pierwszych Pure'ów. W nowych, które mam - Connectach - trochę przeszkadza mi oddzielenie palucha w stopie, marszczy się przez to trochę cholewka. Oprócz tego jest rewelacja - tyle kontaktu, ile trzeba, tyle szybkości, tyle dynamiki. No i przewygodna góra buta, człowiek czuje się, jakby włożył w nogę w coś bardzo miękkiego, miłego i ciepłego.

A Grity, przetestowane też na dwugodzinnym półmaratonie treningowym w Lesie Kabackim są świetne. Nie ma kompleksu podeszwa-cholewka, a drapieżne ząbki pod podeszwą działają jak małe turboodrzutowe turbinki.

Pławię się w tych zachwytach już trzeci akapit. Ale naprawdę strasznie przyjemnie jest pisać dobrze o butach, co do których masz pełne przekonanie.

Moja Sportowa Żona, która w parkrunie startowała też w Brooksach Connectach nie może się ich nachwalić. Nie są to wprawdzie buty startowe, ale w jej odczuciu są na tyle najlepsze, że wygrywają ze startowymi. Zrobiła życiówkę - 23:01. Czyli trzeba szybko urwać dwie sekundy. Ale że z poprzedniej urwała prawie minutę, to pewnie znów się skończy na większym cięciu.

MSŻ zajęła w debiucie w parkrunie - a właściwie to jej pierwsza piątka na oficjalnych zawodach - medalowe, trzecie miejsce. Nie było może na starcie tysiąca kobiet, ale podium, choćby wirtualne, to zawsze podium. Dwie pierwsze zawodniczki poza zasięgiem - szybsze o prawie jedną i prawie dwie minuty. Ale przez dwa kółka MSŻ biegła na czwartej pozycji wśród kobiet. Jak zobaczyłem, że na drugim okrążeniu zmniejszyła dystans o więcej niż połowę, wiedziałem, że będzie dobrze. Przybiegła z kilkudziesięciosekundową przewagą.

Dobrze, że jest w naszej rodzinie ktoś kto robi życiówki. A jak MSŻ kiedyś przestanie, a córka 6klasistka nie zacznie biegać, to Mały Yoda będzie musiał wziąć sprawy w swoje rączki.

Kończę i odjazd.

15:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 06 lipca 2015

 

Sobota, 7 rano, esemes od Kamila H z bliskiej ojcu.prl Bydgoszczy, że biega właśnie po Lesie Kabackim. Czyli wygląda na to, że wpadliśmy na podobny pomysł. Najpierw długie wybieganie, potem akcent na parkrunie. To mogłoby być zresztą niezłe hasło reklamowe, Mel, jeśli to czytasz i Ci się podoba, to bierz: "Najpierw długie wybieganie/Potem akcent na parkrunie".

Więc wybiegam, dzwonię do Kamila, spotykamy się przy szlabanie. Można rymować dalej: wpierw spotkanie, przy szlabanie... itd. I pobiegliśmy w pierwszym zakresie znajomości.

Kamila znam od trzech lat, przyjechał na II obóz do Rabki (to nie marketing, nie mamy już wolnych miejsc, sorry) i został czymś pomiędzy duszą a człowiekiem orkiestrą występującym w objazdowym teatrzyku jako mistrz cienkiej riposty. Podobnie rok później i jeszcze w kolejnym roku, chociaż był wtedy już raczej gościem z zewnątrz.

Jest w tym wielkim, ponad 180-centymetrowym facecie jakieś morze optymizmu. Właściwie można się śmiać z każdego zdania, które wypowiada, chociaż ma kluski w gębie i co drugiego zdania nie idzie zrozumieć zwłaszcza na 15 kilometrze. Ale ryzyko, że to niezrozumiałe zdanie nie było zabawne jest niewielkie.

Tak wyglądaliśmy na moim 10, a Kamila 23 kilometrze:

W tle dwóch biegaczy. Byłem w szoku bo w okolicy 8 rano w sobotę spotkaliśmy w Lesie Kabackim z dwa razy więcej biegaczy niż na parkrunie - na bank minęliśmy przez godzinę z 50 osób. Lubię to.

Potem ja na parkrunie dałem ciała, mogę się tłumaczyć 16-kilometrowym podkładem, upałem, hemoglobiną i dopiero tygodniem solidnego treningu. Ale niezłamanie 20 minut na 5 km to jednak mały wstyd. I jednocześnie wielka nauka o sile treningu, bo podobnym tempem zamierzam na jesieni przebiec maraton.

Moja Sportowa Żona, która przyszła mi pokibicować z Małym Yodą zrobiła mi fajne foty na finiszu. Postarałem się trochę o technikę, przyznam:

A Kamil? Szkoda że państwo tego nie widzieli, jak mawiali komentatorzy w czasach, kiedy każdy nie miał kamery w smartfonie. Nie zdążyłem mu zrobić zdjęcia na finiszu parkrunu, ale jak zobaczyłem, jak jedzie jak czołg z plecakiem wypełnionym piciem, jak finiszuje, chociaż ma już w nogach w sumie 30 km, żeby przegonić biegnącą przed nim zawodniczkę. Fajter, Kamil Fajter.

Druga nietypowa figura biegowa zdarzyła nam się w niedzielę. Z wiekiem zaczynam coraz bardziej doceniać regenerację i skoro postanowiłem, że będzie regeneracja po sobotnim treningowym półmaratonie w 1:57, to była. I jak MSŻ zapytała, czy wyjdę z nią na jej trening - 45 minut powoli (skrócone po negocjacjach) - to powiedziałem, że tak, ale nie z Małym Yodą w wózku, tylko z Małym Yodą na rowerze (ściślej: w siedzonku).

Znów będzie szkoda, że państwo tego nie widzieli, bo nie zrobiłem MSŻ żadnego zdjęcia. Ale nie każda fantastyczna chwila musi być na zdjęciu, te zapisałem sobie w pamięci i w stawach kolanowych.

Małemu Yodzie zresztą rower tak się spodobał, że dziś rano wyciągnął kask rowerowy i zażądał, żeby mu go założyć na głowę. A kiedy po kwadransie takiego paradowania uznał, że nie pojmujemy aluzji, wziął mój but sportowy, w którym byłem wczoraj na rowerze i przyniósł mi do biurka. Obiecałem mu więc, że po pracy wyjdziemy na rower.

I zaraz idziemy.

Te buty to fajne Nike Free, które sobie kupiłem z emocji. Ale postanowiłem je używać do wszelkich sportów poza bieganiem, czuję się w nich na treningach za bardzo "rozklapciany". Biegam w Brooksach i będę chciał o tym ciut więcej napisać za tydzień, bo już i odcinek za długi, i dzień się kończy.

18:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 29 czerwca 2015

Mam pomysł, co zrobić z bieganiem. Wprowadzić minima przyzwoitości i selekcyjne limity czasu na punktach. Moja dusza liberała burzy się na to, ale burzy się też na biegowy lans.

Wracam z krainy mimowolnego roztrenowania, było już parę normalnych treningów w tygodniu, sporo siły biegowej, bo czasu brakuje. A w niedzielę nawet dwugodzinne wybieganie niemal pod Konstancin rozpoczęte o 7.40, czym się chwalę, bo o tej godzinie nawet w dzień powszedni byłoby mi się trudno zebrać. Ale jedną z wartości biegania - takiego Biegania przez duże B - jest to, żeby było trudno i żeby to pokonać.

Myślicie, że chciało mi się dziś na treningu siły biegowej robić cztery serie po 40 podskoków obunóż zwanych też żabkami? Oczywiście, że mi się nie chciało. A czym bardziej mi się nie chciało, tym bardziej mi się chciało to pokonać. I co? I jestem zwycięzcą.

W sobotę byłem na Park Runie, ale w charakterze ojca. Podrzuciłem córkę 6klasistkę na wolontariat, a sam pograłem w piłkę z Małym Yodą i uczyliśmy się wchodzić po schodkach na zjeżdżalnię. I co? I Mały Yoda jest zwycięzcą. Biegł Przemek, z którym nieraz i niejedno, więc zrobiłem mu fotę na pierwszym kółku.

To jest właśnie Bieganie. Przemka i osoby biegnące za nim w wężyku możemy nazwać biegaczami, bo jestem pewien, że większą przyjemność sprawia im bieg niż fota. Niż zrobienie sobie foty na starcie, wrzucenie jej na fejsa, zrzucenie za chwilę kolejnej foty z mety, z treningu zrzutu z endomondo i założenie na siebie najbardziej kolorowych ciuchów biegowych świata. Bo wtedy to już nie bieganie, tylko biegowy lans.

Cienka jest ta granica. Ja też wrzucam foty biegowe na fejsa, zdarza mi się wrzucić gdzieś trening z Garmina (choć rzadko) i lubię biegać w fajnych ciuchach w modnym kolorze. Wy, którzy to czytacie pewnie też. Ale koń jaki jest każdy widzi: ktoś biega, a ktoś się lansuje bieganiem. Komuś sprawia przyjemność bieganie, a jeśli ktoś mu przybije piątkę za dobry bieg, to dobrze. A komuś sprawia przyjemność rozradowana fota, rozbawiony tłum i świat pomalowany na żółto i na niebiesko (młodsi: to stara piosenka, nie aluzja do tęczy).

Super, niech się cieszą. Ale czuję, że nie biegniemy w tej samej drużynie. Nie uprawiamy tej samej dyscypliny. Nie po drodze nam ze sobą.

O to walczyliśmy, żeby Polska się ruszyła. Cieszymy się, że tyle ludzi chce przebiec 5 km, chociaż pewnie dla wielu to najdłuższy dystans, jaki w życiu pokonali (ale nie przebiegli, bo od połowy musieli przejść na marszobieg). I docierają do mety w 40 minut, ale na fotce z mety czasu nie wydać. Więc jesteś zwycięzcą, jesteś diamentem, jesteś pozerem.

Tak ewoluuje społeczeństwo, tak rozwija się sport amatorski, tak będzie. Organizatorom będzie zależało na coraz większej liczbie biegaczy, to oczywiste, więc może na każdym biegu będziemy dobiegali do mety radośnie pomalowani jak na Color Run. Dziś w świecie liczy się uśmiech i uroda, a nie wysiłek.

Ale w idealnym świecie, który czasem mi się rysuje w głowie, wyobrażam sobie to tak. W połowie XX wieku będzie w Warszawie 50 Color Runów, w których nikt nie będzie nawet mierzył czasu, a nagrody będą przyznawane za najbardziej energetyczny uśmiech na mecie (z fotofiniszu). Oprócz tego będzie 10 biegów - od 5 km po maraton, jeden wystarczy - w których biegacze przed startem będą musieli się legitymować czymś w rodzaju minimum olimpijskiego. Np. chcesz wystartować w maratonie, to musisz mieć złamane 2:00 na połówce. Albo minimum przyzwoitości. Zadeklaruj, że zmieścisz się na 10 km w 1 godzinie, a w półmaratonie poniżej 2:30.

W moim wyobrażonym świecie na prawdziwych biegach limity, które dziś mają znaczenie wyłącznie drogowo-komunikacyjne, miałyby znaczenie selekcyjne dla biegaczy. 5 km - 30 min. (na zachętę), 10 km - 1 h, 21 km - 2:30, a maraton: 4:30.

Znów wiem, że się wystawiam, bo ukończyłem Bieg Siedmiu Dolin w Krynicy tylko 20 minut poniżej limitu i to tylko dlatego, że limit został wobec poprzedniego roku podwyższony. Rok wcześniej zdjęliby mnie z trasy w Wierchomli.

I może tak właśnie powinno być. Może w Wierchomli powinien stanąć sędzia (Sten, bierzesz tę fuchę?) i powiedzieć mi: - Staszewski, za słabo się przygotowałeś, żeby dostąpić zaszczytu ukończenia tego biegu; potrenuj mocniej i wróć za rok.

Sorry, taki mam klimat. Zacząłem się szykować do Maratonu Podhalańskiego. Mają niezłe hasło a propos odcinka: Biegaj na wysokim poziomie. Chcę pobiec poniżej 3:15. Wtedy będę zwycięzcą. Minimum przyzwoitości to 3:30.

Po maratonie zostajemy już na Podhalu, a tydzień później zaczynamy obóz w Rabce. Mamy trzy ostatnie miejsca, kilkoro niezdecydowanych i silną determinację, żeby sprawę zamknąć tak czy inaczej w tym tygodniu.

Szczegóły są tu: www.KancelariaSportowa.pl

A filmik z obozu ukrywa się pod tym zdjęciem, na którym grupa biegaczy rusza spod naszego pensjonatu w stronę Maciejowej.

18:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (33) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

Przez cały tydzień ani razu nie pobiegałem. Bo nie znalazłem czasu. To nie znaczy, że czas zniknął - ja go nie znalazłem. Moja bardzo wielka wina.

Wyspowiadam się po kolei. W poniedziałek nie pobiegałem, bo Mały Yoda stracił chyba połowę midichlorianów i trafił do szpitala. Pisałem tydzień temu, szpital jak z Leśnej Góry (polecam: jak na pediatrię, to tylko na Madalińskiego) kroplówka i sen. Moja Sportowa Żona została z Małym Yodą, a ja dyżurowałem tylko po 1-2 godziny w poniedziałek i wtorek. I tych godzin na trening zabrakło.

We wtorek mieliśmy trening z Podopiecznymi, ale po pierwsze niemal bez biegania, a po drugie były piłki lekarskie. Jak liczba uczestników jest nieparzysta, to mam większy fun, bo wtedy rzucam piłką do pary. Była parzysta, więc tylko pokazywałem, patrzyłem i ciskałem piłką pod swoje nogi, żeby jakkolwiek poćwiczyć.

W środę niemal o świcie wsiadłem w samochód i pojechałem do Mławy na reportaż. Tekst w dzisiejszym Newsweeku - moim zdaniem kandydatura do podium w specyficznej kategorii "Najlepszy tekst na najnudniejszy temat". Nie obrażając Mławy, w której zachwycił mnie zwłaszcza burmistrz, były kolarz (Jurand Ciechanów, Legia Warszawa). Wróciłem po zmroku i znów czasu na bieganie nie znalazłem. Za to Moja Sportowa Żona z Małym Yodą wrócili ze szpitala w dobrym zdrowiu.

W czwartek rano miałem badanie medycyny pracy. Niezła fikcja. Dostałem skierowanie do okulisty, żeby ten orzekł, czy mogę pracować 6 godzin przed komputerem. A jak nie to co? "No, panie redaktorze, niestety, oczy się panu psują, nie może pan być dziennikarzem, wyślemy maila do pana Lisa, żeby pana zwolnił". Tak?

Absurd do kwadratu. Rozumiem, gdybym był pilotem Sokoła Millenium albo pełnił służbę jako Sokole Oko na frachtowcu. Ale przy pracy dziennikarskiej?

Potem przegrałem z Dzikim w ping ponga i zabrałem się za pisanie tekstu z Mławy. Wyszliśmy jeszcze z MSŻ na sałatkę, bo czuła, że brzuch ją boli z głodu i chciała zjeść coś lekkiego.

W nocy MSŻ jęczała lekko i zaczęliśmy podejrzewać, że przyniosła ze szpitala jakiegoś wirusa.

W piątek pisałem, pisałem, pisałem, wysłałem tekst, pojechałem do Newsweeka, po czym po telefonie MSŻ wracałem na sygnale do domu. Zastałem ją zwijającą się z bólu na podłodze, a Małego Yodę wyciągającego z szuflady płyty DVD. Pamiętajcie, żeby zawsze mieć taką szufladę na podorędziu, żeby dziecko miało się czym zająć w razie czego.

W sobotę rano wirus odpuścił i zdecydowaliśmy się, że jedziemy do Kazimierza Dolnego na doroczny zjazd reporterów do Małgosi Sz. Małgosia dała mi drugie szlify w zawodzie, to chyba za jej czasów w reportażu złamałem trójkę w maratonie. Zabrałem ze sobą buty do biegania, żeby chociaż w niedzielę pobiegać po słynnych wąwozach wokół Kazimierza.

I dopiero wtedy wirus pokazał pazury. Pazury, kły i dodatkowo miotacze laserowe zintegrowane z kończynami górnymi. Tak trzepnął w MSŻ, że cały wieczór przeleżała, a ja przesiedziałem go przy niej. Wirus jak zwykle odpuścił rano, chyba już na dobre. Ale zamiast biegania był spacer do Małgosi (mieszkaliśmy pół kilometra dalej) na reporterskie śniadanie.

Przez cały tydzień nie znalazłem chwili na bieganie. Jedyny sportowy akcent, to pierwszy w życiu córki 6klasistki wolontariat - na biegu parkrun. Poszedłem z nią, żeby wiedziała jak trafić, ale nie pobiegałem, bo start po tygodniu przerwy, to zbrodnia na wyczerpanym organizmie.

Macie pewnie takie tygodnie. Podopieczni miewają, choć na szczęście rzadko. "Nie miałem czasu na bieganie, taki byłem zabiegany".

Myślałem o tym pół niedzieli. Jeszcze kombinując, czy nie wyjść wieczorem na trening, ale kiedy zważyłem wyjście z MSŻ i Małym Yodą na plac zabaw i własną zabawę, to bieganie przegrało.

Myślałem, gdzie znaleźć czas. Bo może jest go mało, ale jest, trzeba tylko poszukać.

Znalazł się rano. Chyba na dziś komfort długiego - na ile Mały Yoda pozwoli - spania rano mi się nie należy. Trzeba będzie wrócić do budzika na 7.00, jak w czasach, kiedy robiło się śniadania córce 2klasistce i odwoziło ją do szkoły. Tak, żeby o 8. z małymi minutami wyjść na trening. Bez tego na jesieni będę dużo nad kreską.

Wyszedłem dziś - po nakarmieniu Małego Yody i wszystkich porannych czynnościach do mnie przypisanych - o 8:26. Czasu przed kolegium starczyło tylko na 45 minut treningu, ale to było w sam raz - po tygodniu z kawałkiem doliczając pierwszego wirusa sprzed tygodnia - mimowolnego roztrenowania. Pobiegałem powoli pod ursynowską skarpą i przez te paręnaście minut byłem tylko z Ziarnem Prawdy Miłoszewskiego, z drzewami jak dżungla i z rytmem kroków w nienajgorszym ostatecznie średnim tempie 5:40. Poza czasem.

18:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 15 czerwca 2015

Nie lubię poniedziałków, w których wylizuję się z choroby, w macierzystym klubie mam niedobrą rozmowę z trenerem, a pod wieczór odwożę syna do szpitala opędzając się od złych skojarzeń. I zero czasu na bieganie, bo dopiero wróciłem ze szpitala i padam jak rzęsisty deszcz.

Teraz wszystko jest na Facebooku. A tam oldskulowe "Nie lubię poniedziałków" się nie broni. Dlatego w tytule poniedziałki z przyciskiem, którego nie ma. Zresztą wielki sukces Facebooka polega na mnożeniu pozytywnych emocji. Lubię - naciskam. Nie lubię - idę tam, gdzie lubię.

Posrała się ta wiosna na koniec. Konkretnie zrobił to Mały Yoda w nocy z czwartku na piątek rozpoczynając festiwal biegunki. Równolegle z nim zachorowała MSŻ, a kiedy w piątek na wieczór córka 6klasistka dołożyła swój wariant problemów żołądkowych, było jasne, że jeszcze tylko ja czekam na wyrok od rotawirusa.

W sobotę mieliśmy zamknąć sezon wiosenny startem w Biegu Ursynowa. Jak się ma pod oknem najszybszą piątkę w Polsce, to trudno nie wystartować. Prognozy porażki były jasne jak słońce, ale liczyłem przynajmniej na zaskakująco mocny bieg. Zamiast tego w nocy zerwały mnie na nogi zaskakująco mocne wymioty i zamiast biegać dałem radę tylko dowlec się do balkonu i strzelić kilka fotek. Są na Fejsie, bo teraz wszystko jest na Fejsie. I ten blog też będzie, od dziś każdy odcinek - nadal co poniedziałek - będę wrzucał też na Kancelarię.

Moja Sportowa Żona też nie pobiegła, chociaż przy jej progresie nawet w tych warunkach była szansa na życiówkę. Jako nieco podleczona poprowadziła tylko rozgrzewkę, którą zrobiliśmy dla naszych podopiecznych. W nowych butach.

Najbardziej szanujemy dwie firmy butowe. Nike, która nas nie lubi i Brooks, która jak się okazało odwzajemnia nasze uczucia. Dostaliśmy od Brooksa do tzw. testowania po parze Pure Connect - o takie poprosiłem, bo pamiętałem jeszcze moje pierwsze, zielone Connecty i czułą wygodę serii Pure. Do tego na mega fajną zniżkę kupiłem Pure Drift, żeby zobaczyć, jak ten pomysł sprawdzi się w terenie.

Przetestujemy - napiszemy. MSŻ zrobiła na razie jeden 45-minutowy trening w Connectach i wróciła zachwycona, że wygodne jak pantofelek. Ale to było jeszcze w fajnym i spokojnym poprzednim tygodniu. Ten zaczął się gorzej.

Rano rozważałem bieganie, ale okazało się, że Mały Yoda leci coraz bardziej przez ręce. W sobotę był już po chorobie, ale zaczął słabnąć w oczach. W niedzielę już nie chciał stawać, tylko wołał na rączki. A dziś zjadł małe śniadanie, po czym zaczął zasypiać przy stole.

Ja wiem, że odwodnienie wskutek biegunki, to nie glejak. Ale byłem pół dnia na gorącej linii z MSŻ, czy jedziemy już do lekarza, czy nie. A jak w końcu pojechaliśmy, to wyszliśmy ze skierowaniem do szpitala. Przesiedziałem z Małym Yodą wieczór, przy zakładaniu wenflonu przekonałem się, że jest prawdziwym Jedi - tyleż małym, co mądrym i spokojnym. A na noc w szpitalu została MSŻ.

Jeszcze środek dnia. Zapowiadana wcześniej rozmowa z kierownictwem Bayernu Monachium, indywidualna. Będzie więcej roboty. Oprócz gry na skrzydle (co w piłce w miarę umiem robić, bo tam się dużo biega) kiedy atakujemy, trzeba będzie się wracać do obrony.

To jest taki dzień kiedy chciałoby się to wszystko wybiegać. Wielki szacun dla tych, którzy potrafią się zmobilizować do treningu po dwudziestej drugiej. Ja się mogę zmobilizować najwyżej do napisania bloga.

Pora oddać krew. I zacząć się odbudowywać do walki. Wiosna Lecha, jesień nasza.

No i zapomniałbym o synu na koniec. Mój przyjaciel Dziki, co by nie wymyślił, chwyta mnie za pulsometr. Czerwcowe, świętojańskie BPPW nazwał imieniem Janka Staszewskiego nie tylko dlatego, że Janek dwa lata temu robił na tym biegu zdjęcia. Więc chociaż jak psu nie chce mi się biegać po prawdziwej Warszawie po dwudziestej drugiej, to stawiam się na stacji metra Stare Bielany. Ktoś będzie?

22:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Ciało ludzkie. Sprawne, mniej sprawne, grube lub lubieżne. I Boże Ciało, narodowe święto rekreacji, działki i grilla. Lub Biegającej Polski, która jest gdzie indziej. Gdzie indziej niż ja.

Dostałem w 1991 r. taką niebieską książeczkę "Poradnik dla dziennikarzy z Europy wschodniej". Pamiętam do dziś rozdział o lidach. Mogą być informacyjne (kto, co, gdzie, kiedy), proste albo zakręcone, jak grupa Laokoona. Czyli jak ten dzisiejszy.

To mniej sprawne ciało to moje. Nawet nie z tego powodu, że na Bieg Ursynowa za tydzień czekam jak na ścięcie, a nie jak na wyzwanie. Pójdę z głową pod topór na start i dobiegnę ze zwieszoną głową, powoli do mety. Sorry, taką mamy formę.

Mniej sprawne, bo sobie załatwiłem umiejętnie niezłą kontuzję, jak mi dziś wyjaśnił osteopata Wojciech Imroth - polecony przez naszego Michała Chwastowskiego, który przyjeżdża z magicznymi warsztatami na obóz w Rabce i w tym roku też będzie. Dwa miesiące temu założyłem opaskę z telefonem na ramię, a że zjeżdżała mi po bicepsie, ścisnąłem z całej siły (jaką miałem w drugim bicepsie). Podczas biegania pobudziłem krążenie i przykleiłem powięź do tylnego aktonu mięśnia naramiennego. To by się jeszcze jakoś wyleczyło, ale bodaj dwa dni później jechaliśmy do Rabki na Wielkanoc i kilkadziesiąt razy szybkim ruchem głowy (i szyi) w prawo sprawdzałem, co z Małym Yodą na tylnym siedzeniu. Naciągnąłem przez to co się dało i od dwóch miesięcy boli. Lewe ramię mogę unieść do przodu, ale odwiedzenie przekracza granice bólu.

Osteopaci palcami dokonują cudów. Po 10 minutach odpowiednich uciśnięć było lepiej, teraz ma dwa dni poboleć, bo receptory pobudzone, a od czwartku ma być lepiej.

W czwartek było Boże Ciało. Napisałem na Facebooku, że to święto działki i hipokryzji, coś w tym stylu. Uważam, że zaklinaniem rzeczywistości jest udawanie, że cała Polska świętuje wtedy boże (przymiotnik) ciało. Świętuje rekreację, którą zresztą każdy inaczej rozumie. Dla mnie i dla Mojej Sportowej Żony to były rano interwały (w wariancie "on goni ją"), a przed wieczorem wycieczka rowerowa z Małym Yodą. Miałem poczucie, że dla naszych sąsiadów (których rano widziałem pod blokiem z rowerami albo zapakowanych w samochody za miasto) tak samo. Ale nazajutrz na Facebooku sąsiad sprostował, że poszedł do kościoła na 19, a żona na 20. Umówmy się, że tak i tak próbka sondażowa jest zbyt mała i zostańmy przy swoich intuicjach. Ja będę uważał, że Polska zajmuje się własnym ciałem, a Johnson (który też się odezwał pod tamtym wpisem) może uważać, że się Polska w ten sposób modli.

Ponieważ bohaterowie wpisów, jak widać, czytają o sobie, to mam nadzieję, że przeczyta to też gruba biegaczka w czerwonej koszulce, którą spotkałem wbiegającą do Lasu Kabackiego od ul. Alternatywy w niedzielę rano. Pozdrowiłem ją serdecznym czuwaj, ale chciałem w tym geście zawrzeć dużo więcej: podziwiam Cię, że mimo, że jesteś gruba (specjalnie piszę bez znieczulenia), wzięłaś się za wysiłek i widziałem w twojej twarzy tyle zadowolenia, że wierzę, że dasz radę dobiec do swoich celów. Zmienić się w kobietę o zdrowym, sprawnym i ładnym ciele. Kibicuję Tobie i wszystkim grubym dziewczynom i chłopakom, którzy biorą swoje ciało w swoje ręce.

Dla nas punktem głównym weekendu byłby maraton nad Pilicą (MSŻ pobiegłaby dziesiątkę), ale nie był, bo w sobotę byliśmy na weselu Dominiki i Marcina. Sprawcą jest "Ojciec.prl", bo Dominika w Gazecie (pracowałem kiedyś w takim miejscu) zajmowała się promocją książki, była na promocji i kiedy szliśmy to oblewać z najbliższymi postanowiła się dołączyć, żeby poznać MSŻ nie tylko z literatury. A teraz oblewaliśmy jej wesele, na którym MSŻ była świadkową. A ja się lubieżnie wytańczyłem.

Fota z wesela za dnia. Zawsze uważałem, a w drugiej książce będę chciał to pokazać, że cielesność wybucha po zmroku.

Myślałem, żeby pisać krótsze odcinki, ale chyba za dużo we mnie buzuje. Ale już się zbliżam do końca. Coś się skończyło - poczułem to w weekend wchodząc na PolskaBiega.pl i czując się tam już maksymalnie obco. Śladu swojego bloga - który kiedyś był jedynym zmieniającym się elementem na stronie - nie znalazłem. Nawet na liście 100 polskobiegowych blogów, którą otwiera NaDystansie, a zamyka Biegająca Sikoreczka.

Może nie ma się co dziwić, ja też nie zauważyłem, kiedy był majowy weekend Polska Biega. Coś się skończyło, pora na rozwód. Wzniosłem się na informatyczne wyżyny i wywaliłem znaczek ze strusiami z jedynki bloga. Oprócz gazet, które czytam i biegów, które lubię, została tylko Kancelaria.

Zamykamy obozową listę. Kto chętny do zobaczenia się z nami w Rabce w pierwszym tygodniu sierpnia szczegóły znajdzie TUTAJ. Filmik z zeszłego roku TUTAJ, a na naszym kanale na YouTube także inne filmik z ostatnich dwóch lat. A zgłaszać się lub pytać może tu: bieganie@KancelariaSportowa.pl

19:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 01 czerwca 2015

- Rozwiedź się ze mną, nie jestem Ciebie godny - poprosiłem Moją Sportową Żonę za metą Biegu Truskawki. Ta cholerna puszcza pokazała w jakiej jestem czarnej dziurze z formą. Tak źle nie było od pięciu lat.

Pięć lat temu zdarzyło mi się nie złamać 40 minut na 10 km. To był bieg sylwestrowy w Krakowie, środek zimy, końcówka roztrenowania. Ale teraz? W mojej sportowej puszczy?

Bieg Truskawki wchodzi na stałe do naszego kalendarza biegowego. Pięknie jak na Mazurach - puszcza to jednak dwa levele wyżej niż mój sympatyczny przecież Las Kabacki. Sympatycznie jak w czasach oldskulowego biegania - bo kto to widział dziś na mecie ciasto truskawkowe. Wszystko na poziomie poza moją formą (acha, no i wyniki mogłyby się już pojawić, bo od półtora dnia bezskutecznie klikam tutaj i trochę jest jak w czasach oldkulowych, kiedy wydruk z wynikami wrześniowego maratonu można było dostać na styczniowej Chomiczówce).

Startuję, sześcioosobowa grupka liderów oddala się nieśpiesznie. Być w szóstce to był mój cel i on mi właśnie odjeżdża. Trudno, przyjechali szybsi. Biegnę na 7-8 pozycji, za chwilę na 8-9, do czwartego kilometra jest nieźle. Jestem dziesiąty, ale dwójkę przede mną mam na celowniku, żeby ich skontrować w drugiej części biegu. Na agrafce w połowie tracę do nich ze sto metrów, a kolejny zawodnik jest 100 metrów za mną.

Kto to jest optymista? Ten, kto wierzy, że tamtych dwóch można dogonić, a że dogonienie przez zawodnika z tyłu nie wchodzi w grę. Szklanka jest do połowy pełna, jedne 100 metrów jest mniejsze od drugich 100 metrów.

Kto to jest realista? Facet, który na ósmym kilometrze orientuje się, że tamta dwójka zniknęła już na polanie powstałej po tornadzie. A facet ukazuje się na zakręcie jakieś 15-20 metrów za nim. Czyli za mną.

"Samo się nie wygra" - pomyślałem, tak jak mówimy sobie z Dzikim na ping pongu, kiedy ktoś prowadzi np. 10:7. Nawiasem mówiąc w maju udało mi się przegrać seta z prowadzenia 10:3, a gra się do 11. Mistrzostwo świata. Wbiegając na pomosty prowadzące przez bagno na dziewiątym kilometrze myślałem ciągle, że samo się nie wygra, myślałem o ustępującym prezydencie i jeszcze o tym, że skoro ucieka mi wszystko - i dobry bieg, i dobry czas (chociaż jeszcze nie wiedziałem, jak będzie zły), i dobre miejsce, to przynajmniej muszę obronić pierwszą dziesiątkę.

Uciekłem sprzed gilotyny. Dobiegłem do mety na 10. miejscu, ale z czasem 40:24. Dno, truskawkowe dno.

MSŻ zrobiła mi niezłe foty. Trochę poprawiłem technikę na jej widok, wreszcie nie ma psa Pluto i człowieka z garbem na plecach:

MSŻ też miała biec, ale rano wymówiła się rzekomą niedyspozycją poimprezową. Przyznała się dopiero na miejscu, że starty ją spinają i to była wymówka, i że bieg wygląda na starcie i mecie tak fajnie, że chciałaby też przeżyć go na trasie. Może za rok, może ja do tego czasu znów zacznę biegać. A nie człapać, truchtać, dyszeć i dmuchać, z brzucha buchać, wlec się, dawać ciała, kompromitować siebie i własną rodzinę.

Samo się nie wygra. Samo się nie wytrenuje. Trzeba zachrzaniać. Przed Biegiem Ursynowa zamierzam się złoić.

Najcenniejsze, co oprócz tej nauki przywieźliśmy z Truskawia, to sesja Małego Yody. Klimat tego zdjęcia strasznie kojarzy mi się z tą fotografią z Mazur na kajakach, którą zrobił mi Janek. Trzy lata temu.

18:20, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 25 maja 2015

Weekend stał pod znakiem dyscypliny uzupełniającej. Zrobiliśmy na rowerach tradycyjną Wiosenną Wyprawę Wujów.

Za tydzień Truskawka, ciekaw jestem tego biegu. Ale też słodki owoc, który ma w nazwie, nie nastraja mnie do wielkiego wysiłku treningowego. Staram się podtrzymywać formę i popodtrzymuję ją sobie aż Mały Yoda ciut podrośnie i zacznie korzystać z placówek opieki nad dziećmi.

Bo jakieś priorytety są. Nie można wszystkiego pieprznąć i zająć się treningiem, no chyba że się samo rozpieprzyło i trzeba się treningiem ratować. Ale kiedy Mały Yoda jest mały, a Moja Sportowa Żona jest taka moja, a ja taki jej - to nie przygotuję się na maksa. Mogę się przygotować na 2:59, mogę się przygotować na walkę o fajną Truskawkę, ale teraz wszystko jest z ogranicznikiem prędkości.

Jak zatrybi, to się przyspieszy. Będziemy - o ile nie będzie przykrej niespodzianki, a wielu z nas w weekend przekonało się, że przykre niespodzianki się czasem zdarzają - niebawem mieszkać dwa razy bliżej Lasu Kabackiego niż dziś, już mnie kusi nowa perspektywa treningowa. W niedzielę pobiegaliśmy godzinę z MSŻ (na początku biegłem z wózkiem, a potem wózek oddałem i pobiegłem dookoła mocniejszą końcówkę, ale ta moc słabo wyszła ok. 4:25 min./km) - i podbiegliśmy też pod nasze przyszłe gniazdko. To też jest teraz jakiś priorytet, a nie mocny trening.

A sobota była rowerowa. Już trzeci raz udało się na zebrać w kilku dorosłych facetów, odmeldować się w domach, rodzinach bądź pustych ścianach i pojechać prawie na cały dzień na Wiosenną Wyprawę Wujów - w skrócie WWW. Tym razem ruszyliśmy z Kabat najpierw przez tak obiegany Las Kabacki, dalej przez Lasy Chojnowskie na zamek w Czersku i po zwiedzeniu jeszcze jednostki wojskowej w Górze Kalwarii kapitalnym Nadwiślańskim Szlakiem Rowerowym do Konstancina na wypasiony obiad, a stamtąd do Warszawy. Razem 68 km, a Dziki z Wojtkiem (z Ojciec.prl) dokręcili nawet do 74, bo chodziło o poprawienie rekordu Wojtka z pierwszej wyprawy - 70 km.

W tym miejscu najbanalniej na świecie chciałbym podziękować Mojej Sportowej Żonie, że wzięła na barki na cały dzień dwójkę dzieci po to, żebym mógł sobie - jak dziecko - pojeździć z kumplami na rowerze.

A wyglądało to tak:

22:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115
| < Sierpień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam