Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 23 marca 2015

Jakie jest najgorsze miejsce na świecie? Wcale nie czwarte. Najgorsze miejsce na świecie jest to, które jest sto lat świetlnych od swoich oczekiwań.

W tygodniu pobiegałem, co piszę, żeby potem Oco nie komentował, że mam wyniki za darmo. Ale już nie pamiętam co, kiedy, jak. Za to weekend zapamiętam mocno i długo, co najmniej do następnego weekendu.

Moja Sportowa Żona pojechała w sobotę rano wykładać o wzmacnianiu i stretchingu, co jest dla mnie powodem wielkiej dumy, więc piszę. To swoją drogą ciekawe, dlaczego od przedszkola gani się (młodych) ludzi: "Nie chwal się!". Przecież suma po historiach jest dla świata dużo lepsza, jeśli historie są pozytywne. Więc się ostentacyjnie chwalę MSŻ.

Bo sobą nie mogę.

Pojechałem na pierwszy ursynowski Park Run z wielkim entuzjazmem. Nie mamy z nimi żadnej umowy barterowej, więc przekornie podlinkuję Park Run jeszcze raz, tym razem fanpejdż na Fejsie. Czekałem na te zawody, bo Ursynów, to mój hajmat, bo ten cykl jest kapitalny i chciałem go mieć pod nosem, a nie po drugiej stronie Wisły lub po drugiej stronie miasta. A także ze wstydliwych trochę pobudek (wstyd to przeciwieństwo chwalenia, uważam, że bardzo oczyszczające jest mówić na głos o tym, co wstydliwe) - chciałem być na podium.

Fot.: ParkRun

W naszym amatorskim bieganiu to zawsze jest kwestia przypadku. To nie jest, jak na olimpiadzie, gdzie wiesz, które masz miejsce w rankingu i jaki czas jest ci potrzebny do pokonania rywali. W Polsce jest pewnie kilka tysięcy osób (a jeśli doliczyć szkoły mistrzostwa sportowego, to może nawet więcej), które biegają piątkę szybciej ode mnie. Jaki musi być przypadek, żeby na ten bieg przyszły nie więcej niż dwie.

Przyszły cztery. Dobiegłem piąty, co nie jest złym miejscem, ale o dwa oczka poniżej oczekiwań. Najgorsze, że pretensje mogę mieć tym razem nie do tych tysięcy szybszych biegaczy, ale przede wszystkim do siebie. Pobiegłem w straszliwym czasie, 19:14, chociaż pogoda była idealna. 15 sekund gorzej niż w styczniu na Chomiczówce. Nie po to człowiek trenuje miesiącami, żeby się cofać. Gdybym pobiegł 18:30 - a w tyle powinienem przebiegać piątkę w sezonie startowym, przecież rok temu zrobiłem wiceżyciówkę, bodaj 18:07 - byłoby trzecie miejsce.

Od południa analizuję, co schrzaniłem. Na pewno start ten spełnił swoją rolę przetarcia startowego. Tych zawodów, na których człowiek sobie uzmysławia, jak bardzo trzeba docisnąć na trasie, żeby być zadowolonym za metą. Nad resztą myślę i myślę.

Kupiliśmy Małemu Yodzie siedzonko rowerowe i w sobotę, w ostatnim ciepłym dniu tej wiosny (do tej chwili) wybraliśmy się razem z MSŻ na wyprawę rowerową. Rower jest przyjemny w odróżnieniu od przegranych zawodów na 5 km.

Fot. MSŻ

W sobotę wieczorem Mały Yoda dostał trzydniówki, nocne jeżdżenie po nurofen do apteki, stres, bo już wiem, że straszne choroby nie przydarzają się tylko "innym", ale każdemu się mogą przydarzyć, Tobie, mnie, każdemu, a te lęki doganiają człowieka bardziej w nocy, kiedy świat jest nieprzyjazny i kiedy przypominają ci się te wszystkie nocne dyżury, na które jeździłeś w życiu z dziećmi, szpitale i ogólny bezsens życia, który trzeba sobie ratować np. rywalizacją na 5 km.

Jeszcze tam stanę na podium. Jeszcze powalczę. Będzie trudniej, bo w tę sobotę było też Grand Prix w Kabatach, trochę mocnych rywali wybrało tamten bieg. Ale kto powiedział, że zawsze musi być łatwo. Zawsze musi być cel.

Najbliższy cel: pobiec w Półmaratonie Warszawskim szybciej niż w zeszłym roku - było 1:23:32. W Wiązownie coś źle spojrzałem na zeszłoroczny wynik i okazuje się, że się nie udało, do wyniku sprzed roku zabrakło parunastu sekund. A teraz?

17:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 16 marca 2015

W dzisiejszym odcinku bloga, autor stara się spełniać wyobrażone oczekiwania swoich realnych oraz hipotetycznych odbiorców. Stąd odcinek jest podzielony na fragmenty dedykowane różnym osobom bądź grupom osób.

Dla biegającej gimbazy:

Heja, hejka. Słoneczko przygrzało wiosną, to trzeba zrobić mega wypas trening biegowy. https://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t39.1997-6/p64x64/851586_126361877548609_1351776047_n.pnghttps://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xap1/t39.1997-6/p64x64/851575_126361970881933_2050936102_n.pnghttps://fbcdn-dragon-a.akamaihd.net/hphotos-ak-xpa1/t39.1997-6/p64x64/851575_126362190881911_254357215_n.pngNo dawaj, nie wymiękaj. Jedziesz, jedziesz!! Dyszka w Kabatach bez spiny i na pełnym luzie :-P Że nawet koszulka sucha ;-))) Machniesz pętelkę po lesie i jesteś zwycięzcą :-))))). Dziewczyny, która chce pośmigać ze mną, ślijcie fotki w komciach ;P

A przed treningiem focimy. I bryka zostaje, a my jedziemy!:-)!!!

Dla biegających panien:

Chcąc zmierzyć się w stolicy z królewskim dystansem maratonu, a wcześniej z książęcym dystansem półmaratonu wiedziałem, że nie mogę dziś odpuścić treningu biegowego. Nastawiłem budzik niemalże o brzasku, kiedy pierwsze promienie wiosennego słońca przeciskały się przez cienką szparę między roletą a futryną. Jednakże musiałem wykonać wiele czynności służbowych związanych z zamówieniem koszulek dla sprinterów Kancelarii Sportowej Staszewscy, toteż nie udało mi się rozpocząć treningu o wyznaczonej godzinie i zmuszony byłem udać się na kolegium redakcyjne, gdzie mój temat nie przeszedł, a dostałem inny.

Toteż na bieganie mogłem znaleźć chwilę czasu dopiero w tzw. późniejszym terminie czy też upraszczając w godzinach popołudniowych. Ach, jaka wspaniała to była decyzja. Słońce ogrzało bowiem temperaturę, przez co bieganie wśród zeszłorocznego listowia ścielącego się między leśnymi ścieżkami przywodziło na myśl prawdziwie ciepłe, wiosenne dni, jakie właśnie się mam nadzieję rozpoczęły. Przyjemnie było tak chłonąć niezwykle mocną i wspaniałą przyrodę Lasu Kabackiego.

To dobrze, że w końcu jest wiosna, kobiety i mężczyźni z chęcią wracają do aktywności fizycznej. Ale po latach biegania wiem też, że w dążeniu do celów ważna jest praca i systematyczność. Toteż, choć pogoda pod koniec tygodnia nie zachęcała do sportowych wyczynów, zmobilizowałem się do treningu interwałowego (interval) oraz jednego długiego wybiegu (long run).

Dla tych, co znają MSŻ:

W piątek zrobiłem pół godziny z haczykiem powoli, dobiegłem w tym czasie do lasu, a Moja Sportowa Żona dojechała tam samochodem. Mieliśmy zaplanowany sprawdzian na 10 km, po dobrze wymierzonej kiedyś przez atestatora żółtej trasie. Nawiasem mówiąc czuję, że oznaczenia kilometrowe zostaną tam wkrótce poprawione.

MSŻ, która biegać zaczęła dopiero od wakacji osiąga progresy jak wykres nieustannej hossy na giełdzie. W sprawdzianie na samym początku (świeżo po ciąży, jeszcze z dodatkowymi kilogramami i bez żadnego treningu) dostała dzikie zadanie - utrzymać tempo 6:00 przez 5 km i poprzeczka okazała się zbyt wysoko zawieszona. W piątek chciała przebiec 10 km poniżej 50 min.

Zaczynamy, kilometry w 5:02-5:03. Ale już na piątce mamy 4 sekundy nadróbki (poniżej 25 minut). Kolejny kilometr szybszy, a kolejny dramatyczny - MSŻ postanowiła zdjąć kurtkę biegową, kiedy już to prawie zrobiła, okazało się, że lewy rękaw nie zejdzie, bo jest na nim przypięty zegarek. Wyszła szarpanina i zrobiło się z 5 sekund opóźnienia.

Ale na ostatnim kilometrze byłem spokojny, bo MSŻ wprawdzie kompletnie nie miała już siły, ale postanowiła mi chyba udowodnić, że biega się jednak głową i przyspieszyła do 4:40. Skończyliśmy w 49:43 i nie mogę wyjść z dumy aż do teraz.

Dla tych, co znają Kancelarię:

Koszulki już zamówione, jest duża szansa, że będziemy je mieli na wtorkowym treningu przed Półmaratonem W. Dzięki dla pana z Crafta za utrzymanie po krótkich negocjacjach dobrej promocyjnej ceny dla nas na koszulki. Obiecałem, że napiszę o Crafcie, a robię to bez obciachu, bo koszulka jest miła w dotyku, jak satynowe majtki.

Mam teraz w duszy wizję społeczności sportowej. Ludzi, którzy się znają z treningów, z obozów, z rozgrzewek. Którzy się będą mogli na zawodach rozpoznać choćby po tych koszulkach. Ludzi, którzy się lubią (jak myślę sobie o wartościach, to chyba życzliwość jest dla mnie barrrrrdzo ważna). I lubią Staszewskich za to, że Staszewscy są tacy, jacy są. Staszewski np. określiłby dziś siebie jako osobę życzliwie złośliwą.

Dla tych, co nie znają Kancelarii:

Przyjedźcie na obóz do Rabki. Będziecie wracać, nie tylko myślą. Tutaj filmik sprzed roku, a tutaj dłuższy film.

Jeśli chcesz dołączyć do nas tylko internetowo albo stacjonarnie w Warszawie - informacje znajdziesz tutaj. Wymyśliłem niedawno opcję, w której balans między byciem w społeczności, a treningiem jest mocno przesunięty w stronę społecznościową - więcej tutaj - ale jeszcze nikt się nie zapisał. Kto pierwszy, ten lepszy.

Dla pewnej naszej konkurencji obozowej:

Hej, fajnie, że poprawiliście swoją stronę internetową (to słowo "Podopieczni" i jeszcze parę fraz, to od nas, prawda?), bo była gorsza niż wasz poziom sportowy. Widziałem na Agrykoli, jak fajnie prowadzicie treningi. Agrykola to w ogóle fajne miejsce jest. Takie rekreacyjne serce Warszawy. Lewa komora na stadionie, prawa nad kanałkiem. Jutro robimy tam sprawdzian dla Podopiecznych na 5 km.

A Wam życzymy udanego obozu i prosimy o takie samo życzenie :-)

Dla Stena:

Porada biegowa za free. Skup się w zimie na sile biegowej - dużo podbiegów. A jeśli myślisz o górach, to bliżej wiosny dodawaj zbiegi: podbiegi ze zbiegami albo same zbiegi z podchodzeniem. Na zbiegu bądź odważny, nie hamuj. Z myślą o takim treningu i o startach górskich popraw propriocepcję. Tutaj trochę efektownych obrazków, a tutaj rzetelny opis, jak to biegacze powinni robić naprawdę.

Dla Podopiecznego Bartka:

Porada treningowa za free. Speriodyzuj swój trening. Zimą nie forsuj tempa, słuchaj się ogranicznika tempa z tabel Danielsa. Zbuduj przyzwoitą bazę wytrzymałości i siły. Kiedy wiosną przekształcisz to w szybkość i wytrzymałość szybkościową zadziwisz nie tylko siebie, ale i Beztlena.

I na startach nie dyskutuj ze sobą - zejść czy też nie zejść. Jak masz naradę z szefem w pracy, to nie zastanawiasz się w którym momencie odsuniesz krzesło i pójdziesz do domu, tylko siedzisz do końca. I tyle, biega się od startu do mety.

Dla Beztlena:

Jest takie przysłowie: "Uderzysz w Bartka, Beztlen się odezwie". Wprawdzie nie mam poczucia, żeby w Bartka uderzył, ale dobrze - nie tylko dla mnie, ale też dla całego Podbloga - jest uczyć się od kwalifikowanego sportowca. Dla mnie przyjemnością jest jeszcze przemyśleć to, co piszesz i twórczo się nie zgodzić, wyrobić sobie własne zdanie.

Dziś na przykład w Lesie zrobiłem bieg zmienny - 1 km w 5:00/2 km w 4:00, szybkie odcinki były trzy, a wolne cztery. Nie wyobrażam sobie, żebym dał radę to zrobić po 4:00/4:15, a też czuję, że byłoby wtedy bez tlenu.

Dla animatorów ruchu w internecie:

Biegałem dziś wreszcie w dwóch warstwach - tylko koszulka i kurteczka (plus słuchawki z audiobookiem na uszach). A Wy w czym dziś biegaliście? I czego słuchacie na bieganiu?

Dla tych, co mnie lubią:

Dobrze mi ten trening dziś wyszedł. Od dobrych paru lat mam z zimowym treningiem, jak z reymontowskim cyklem pór roku. Kiedy w lutym już wszyscy mają dość śniegu, a tu w marcu jeszcze zmrozi i zawieje, to trudno oprzeć się wrażeniu, że wiosna nigdy nie przyjdzie.

W treningu też całą zimę jest kiepsko, ciężko, wolno, za wolno, dużo za wolno. Ale z uporem upośledzonego wielbłąda jadę przez trening swoją ścieżką, robiąc różne wycieczki treningowe w bok, ale trzymając się ustalonego kierunku. Kiedy już pod koniec lutego zaczynam myśleć, że chyba dogoniła mnie starość i będzie mnie trzymała na ręcznym na każdych zawodach - przybiega wiosna. Tempo interwałowe zmienia się w progowe, progowe stanie się startowym, a starty, czuję to już przez kurtkę, dadzą mi w sezonie znów dużo radości (choć nie tylko, Bartek, ale liczę się z tym, to tzw. koszty uzyskania euforii).

Jeszcze nie spadnę powyżej trzech godzin, chociaż mam już 47 wiosen. Bo obciachową na maksa fotkę z dzióbkiem (jak wyczytałem u Make Life Harder: predator wśród min) umiem sobie na koniec treningu zrobić.

19:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
poniedziałek, 09 marca 2015

8 marca - dzień kobiet w majtkach. Widzieliście je? Biegały, skakały i fruwały na Mistrzostwach Europy w LA w Pradze. Wszystkie w majtkach skrojonych w charakterystyczny trójkąt z wyjątkiem kilku w bokserkach.

A faceci nie. Faceci albo w spodenkach biegowych podobnych do tych, w jakich startujemy. Albo w obcisłych, w których widać wprawdzie nieobyczajnie fruwające penisy żyjące własnym życiem, ale jednak osłonięte materią, a nie wystawione na widok publiczny.

Przesadzam? To spójrzcie na zdjęcie bohaterek i bohaterów ze sztafety. Nie zdziwię się, jak kiedyś finiszującej biegaczce wysunie się bokiem warga sromowa.

Już szykowałem się, żeby napisać na Newsweek.pl komentarz o seksistowskim podejściu męskiego świata trenerów, działaczy i federacji. Ale zadzwoniłem do Jarka, trenera z Kancelarii i zarazem sędziego LA wysoko umieszczonego w krajowej hierarchii oraz byłego zawodnika. I co? I same tego chcą. Nikt dziewczyn nie zmusza, na poziomie reprezentacyjnym dostają po kilka kompletów do wyboru i wybierają strój wybiegowy zamiast biegowego.

Ciekawe, kiedy pierwsza zawodniczka wystartuje w stringach? A kiedy pierwszy zawodnik?

W sobotę i niedzielę biegałem. Jak to powiedział dziś Dziki: wreszcie biegałem. Nie żadne 30 min. interwałów tak jak w piątek, tylko solidne długie wybiegania. W sobotę 1:45 min. z Małym Yodą w wózku (druga połowa dodatkowo z Moją Sportową Żoną, z wózkiem tak się człapię, że MSŻ musi mnie popędzać). A w niedzielę 2 godziny z kawałkiem z Ursynowa na Bielany z szybszą końcówką, choć tej szybkości zabrakło, nawet do tempa maratońskiego było daleko, nie śniąc już o półmaratońskim. Ale cel główny to nadrobienie wytrzymałości, bo do półmaratonu w Wawie już tylko trzy tygodnie.

Liga mi to pewnie już zassie bez problemu. LigaBiegowa. Kapitalny pomysł znajomych ze Sportfolio (nasz podblogowy Tomik i nasi, już tylko z MSŻ, znajomi). Nie powiem, że działa bez zarzutu, bo właśnie zauważyłem, że mi usunęło zassany już tydzień temu wynik z Wiązowny, ale informatyka to mały płotek do przeskoczenia przy całym tym pomyśle. Rejestrujesz się i system będzie Ci sam ściągał pliki z wszystkich (zobaczymy czy na pewno) biegów, w jakich wystartujesz. Do tego jest trochę zabawy, przyznawanie punktów, rankingi i klasyfikacje. Nie rozgryzłem tego jeszcze (sorry, Smoku, wiem, że Cię zawiodłem), ale na nos najbardziej podoba mi się możliwość założenia drużyny i wspólnego punktowania. Czuję, że integrująca się ostatnio na potęgę społeczność Kancelarii niebawem będzie miała swoją drużynę.

Zaczęło się od majtek, a skończy na koszulkach. Dla spotęgowania integracji Kancelaria ogłosiła wśród Podopiecznych i Znajomych wiosenną Akcję Koszulki 2.0. Dostaliśmy od Crafta dobrą cenę i za 45 pln (nieco dokładając, żeby nie było, że jesteśmy pazerni) ubierzemy Podopiecznych i Znajomych w koszulki obrandowane logo Kancelarii oraz waszym imieniem/pseudonimem. Męskie i damskie. Po mailach w sprawie letnich bezrękawników możliwe, że dodamy jeszcze inne modele do wyboru, zależy od jutrzejszej rozmowy z Craftem. W każdym razie, jeśli chcesz się z nami spotęgować - pisz prędko na: bieganie@KancelariaSportowa.pl. Zamówienia zbieramy do czwartku 12 marca.

A na koniec jeszcze seksistowski akcent z ME. Wolisz być piękna i czwarta czy złotym cielcem?

Fot. ze sport.pl i wp.pl

23:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 02 marca 2015

Podium Mistrzostw Polski Dziennikarzy w Wiązownie. Wszyscy mężczyźni-medaliści i kobiety, których wystartowało jedna (Beauty, która się tu czasem pojawiała pod blogiem, kiedy pojawiało się tu więcej osób - poza piątką stałych komentatorów i studentami reklamującymi reklamy). Zwycięzca i zwyciężczyni dostali wypasione Garminy. A za trzecie miejsce wygrałem fajną siatkę z logo Garmina, dwie papierowe książki oraz... pobyt w hotelu Wiktoria w Wiązownie (kolacja, nocleg, śniadanie) :-)

Fot. Zosia Dąbrowa

To trzecie miejsce trzeba było wybiegać. Czas jak na tę fazę makrocyklu całkiem cieszący - 1:26:25, o 25 sekund lepiej niż w zeszłym roku. Bieganie połówki po 1:19 se ne vrati, ale w Warszawie chciałbym złamać 1:23.

Najbardziej rozbawia mnie wspomnienie długiego finiszu, na którym goniłem Szymona D., znanego stylistę biegowego. Powtarzałem sobie w głowie to, co mówię podopiecznym - swobodna praca ramion, łokieć biegacza do tyłu, praca nogi w stawie biodrowym, a nie tylko kolanowym. Czułem jak pięknie biegnę, jak maszyna do finiszowania. A w pewnym momencie widzę przy trasie idącego z medalem zawodnika z czołówki, jak pokazuje mi na migi (może Ukrainiec), żebym odkleił ręce od boków i zaczął nimi pracować.

Może nie biega się głową, ale czasem mamy w głowie nieprzystające do rzeczywistości wyobrażenia. Tak jak podopieczna Agnieszka, która na mijance wyglądała świetnie, świeżo, swobodnie, w dwóch trzecich trasy uznała, że jest beznadziejnie, najchętniej by zeszła albo wyrzuciła numer, kawałek przemaszerowała, ale stwierdziła, że jednak musi dobiec - i dobiegła zaledwie dwie minuty gorzej od życiówki. Co nam czasem w głowie galopuje?

Zadowolony jestem z tego biegu, bo wyprzedzałem pod koniec. Zacząłem ciut za mocno, koło 9 kilometra zacząłem tracić siłę i kolejne pozycje. I wtedy zjadłem odkrycie jesieni - rodzynki, miałem w torebce ze cztery garstki biegacza (garstka biegacza to taka mała garść, z której rodzynki nie wypadają w biegu) i znów zadziałało. W żołądku i we krwi, czy w głowie? Na półmetku byłem poza pierwszą setką, ale potem galopowałem, wyprzedziłem kilkanaście osób oddając pola dwóm-trzem. I dobiegłem do końca pięknie, jak maszyna do finiszowania - a przynajmniej tak mi się wydawało.

Zdjęć z finiszu nie mam. Ale to chyba dobrze, bo Moja Sportowa Żona, która stała 200 m przed metą z Małym Yodą, stwierdziła, że dawno nie byłem tak pogięty.

Miałem z tym startem sporo emocji, pierwszy sprawdzian w sezonie, bo piątka na Chomiczówce była happeningiem, ale sprawdzała niewiele. No i zapomniałem zostawić w biurze zawodów ulotek Kancelarii, końcówki naszej pierwszej transzy.

Zrobiliśmy właśnie dodruk, odebrałem dziś całkiem sporą paczkę z 5 tys. ulotek wydrukowanych przez fantastyczną drukarnię Chroma. Nie dali nam żadnego upustu, tylko dali nam dobry produkt - dobry, kredowy papier przyzwoitej grubości (150 g), druk dwustronny w cenie jednostronnego, a wszystko kosztowało nas sto złotych z hakiem. Dlaczego o tym piszę? Bo cenię sobie w życiu rzetelność, a nie poklepywanie po plecach, mruganie okiem i wyciąganie z kieszeni. Już wyjaśniam.

Kiedy tydzień temu szukałem drukarni, gościu z konkurencyjnej firmy przysłał mi taki mail: "Mamy atrakcyjny pakiet ulotek na papierze 115g błysk w cenie 223,58 zł netto / 275,00 zł brutto. Termin realizacji do 24 godzin. Drukujemy?".

U pana nie drukujemy.

Ulotkę zaprojektował jeszcze Jasiek. Teraz przy każdym drukowaniu muszę tłumaczyć, że to Z specjalnie nie mieści się w ramce, że to taki zamysł grafika. Tego mnie Jasiek uczył w fotografowaniu - jak już ustawisz sobie ładny, bezpieczny kadr, to zrób jeden, dwa, trzy kroki do przodu. Wejdź do akcji.

To się chyba da przełożyć na życie. I na bieganie, kiedy trzeba uruchomić głowę.

Ulotka wygląda tak:

A każdego, kto chce potrenować z Kancelarią - we wtorek w tym tygodniu zapraszamy razem z Centrum Biegowym ERGO o godz. 19 na trening. Zbiórka w sklepie przy JPII 61. Kancelaria - i ja, i MSŻ, i jeszcze trójka instruktorów z ERGO - pod pozorem zabawy wciągnie Was w trening :-)

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (57) »
poniedziałek, 23 lutego 2015

Słabo jest. Żremy się trochę, warczymy, wszyscy chorzy, a biegania jak na lekarstwo. I to wszystko wtedy, kiedy mam tyle sympatycznych rzeczy do ogłoszenia w najbliższej perspektywie czasowej.

We wtorek uparłem się, żeby czynnie uczestniczyć w treningu Kancelarii zamiast stać obok w kurtce i ze stoperem. W środę zaliczyłem zjazd w chorobę, a tu wywiad, ważna sprawa z córką studentką (nawiasem mówiąc córka studentka odgrzebała właśnie swoje ciuchy biegowe z liceum), choroba jeszcze głębsza. Gorzej poczuła się też Moja Sportowa Żona i córka 6klasistka. Przyszedł czarny czwartek.

Ale nieoczekiwanie w piątek rano byliśmy wszyscy w zasadzie zdrowi. MSŻ zastanawiała się, czy nie wyjść na bieganie, ja postanowiłem, że jeszcze dzień poczekam. Nudno? No to właśnie wtedy się zaczęło.

MSŻ dostała gorączki wieczorem, córka 6klasistka w sobotę rano. Wszystkie plany pobiegły się biegać. Latałem od jednej chorej do drugiej z herbatkami, kanapkami, lekarstwami, sklep apteka. Do tego Mały Yoda zastanawiał się, czy nie zachorować. Urwanie głowy, szpital w domu, chory kraj.

Żreć się zaczęliśmy wieczorem. Byłem taki dumny z siebie, gdyby zadzwonił prezydent Komorowski, że ma dla mnie order nad opiekę nad chorymi, to bym się nie zdziwił. Ale z łóżka wypełzła rozgorączkowana do 38 stopni MSŻ z listą żalów, jakim beznadziejnym jestem opiekunem, ile rzeczy zawalam, ile minut trzeba czekać na lekarstwo albo mandarynkę itd.

Przegadywaliśmy to wczoraj, dzisiaj. Ale sielanki nie ma. To tak jakby zobaczyć Henryka Sz., który w maratonie w Warszawie bije rekord Polski przybiegając na trzecim miejscu za dwoma Kenijczykami. Z jednej strony świetnie i fantastycznie, bo rekord, najszybszy Polak, przeniósł nas w kosmiczne okolice 2:06. A z drugiej strony ci Kenijczycy tak biegają w trakcie grypy, normalnie są o minutę-dwie szybsi, więc z czego tu się cieszyć. Nie ma jednej historii, jednej narracji (jak mówią na kolegium w Newsweeku).

O bieganiu przynajmniej jest jedna narracja - wróciłem do treningu po wymuszonej przerwie i nie poddaję się przed Wiązowną. W sobotę półtorej godziny z wózkiem biegowym, więc w tempie poniżej bariery wstydu. W niedzielę kończyłem jeszcze wolniej, ale istotą treningu było 10 odcinków interwałowych po 333 m, czyli jedno okrążenie stadionu przy Koncertowej, bo postawiłem przy bieżni Małego Yodę. Dziś wyszedłem na godzinę, kiedy do Małego Yody przyszła nieoceniona Ania - i jestem zadowolony, tempo ok. 5:10 przy tętnie ok. 145, a potem przyspieszenie do 4:10 na dwóch ostatnich kilometrach.

Teraz ogłoszenia.

Za tydzień - dokładnie we wtorek 3 marca - Kancelaria będzie prowadziła ErgoTrening numer 300. Może przybędziecie? Tutaj są szczegóły. Z opisu widzę, że ERGO załatwiło atrakcyjne nagrody do rozlosowania. Na mojej głowie merytoryczna część spotkania i będzie coś ostrego, czego jeszcze na żadnym treningu nie przerabialiśmy.

Za niecały tydzień - dokładnie w niedzielę 1 marca - mija termin promocyjnej opłaty za sierpniowy obóz biegowy Kancelarii w Rabce. Z tej okazji premiera - nie publikowany wcześniej filmik/zwiastun z zeszłorocznego obozu. Na naszym kanale na YouTube jest też pełna wersja, gdyby ktoś chciał zobaczyć, jak mógłby spędzić pierwszy tydzień sierpnia.

No i dokładnie 1 marca Wiązowna. Jest wyraźny cel do złamania: 1:26:18, to mój wynik sprzed roku. Może pojedziemy tam razem z MSŻ, która pokrzyczy na mecie - jeśli do niedzieli narracja sklei nam się w jedną. Od piątku znów ćwiczę walentynkowym kettlem.

22:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (20) »
poniedziałek, 16 lutego 2015

Mamadou, słuchaj aniołku, dam ci ten dzbanek miłości... Nie, nie powiedziała tak. Powiedziała, że lubię kolekcjonować sprzęt sportowy i dlatego na Walentynki daje mi kettlebell. Po polsku kettla, bo my wszystko spolszczamy.

Taki. Obrazek może brzydko wygląda, ale dobrze brzmi, jak się kliknie.

Ja?! Kolekcjonować?! No nie, zaraz odpaliłem w necie prosty łorkałt z kettlem. Znalazłem najprostsze ćwiczenie, którego kiedyś uczył mnie Krzysiek D., niezły ultras i chyba teraz mistrz w bieganiu wśród dziennikarzy, na połówkach wygrywa ze mną o dobre kilka minut. Machanie kettlem. Przypomniałem sobie technikę, żeby nie odchylać się do tyłu. Żeby nie wprawiać kettla w ruch rękoma, tylko miednicą, to pamiętałem.

Teraz robię codziennie taką setkę: 20 wymachów kettlem, 20 pompek, 20 kettli, 20 pompek, 20 kettli. Wiem, że to za mało, żeby wypracować coś więcej poza przyjemnością, ale przyjemność mam na stówę. I mam nadzieję, że uda mi się w końcu utrzymywać cały czas twardy rdzeń od miednicy aż po czaszkę.

Biegania było sporo. Najciekawszy trening sezonu, we wtorek z podopiecznymi Kancelarii zrobiliśmy 10 razy schody na Agrykoli. Między każdym powtórzeniem było ćwiczenie wzmacniające na różne mięśnie, chyba się w to naprawdę mocno zaangażowałem. Nogi przestały mnie boleć w piątek. Trening wszedł - jako powiedział podopieczny Michał, którego spotkałem w sobotę w Lesie Kabackim. Michał przeskoczył sam siebie, tak jak i podopieczna Alicja (mniejszość fińska pod blogiem). Ja byłem już po porannych interwałach (ciągle słabo) i stałem przy ze Studiem Ajfon w ręku.

Filmik wyszedł tak.

Chociaż nie jestem już mistrzem biegania wśród dziennikarzy, skusiłem się na Mistrzostwa Dziennikarzy w Półmaratonie, które ogłosiła Wiązowna. Szczególnie, że jedzie tam mój przyjaciel Kamil zwany kiedyś Tokowym, namawiał mnie w niedzielę na długim wybieganiu po Bielanach i Pradze. Zrobiliśmy półmaraton w 1:58. W Wiązownie chciałbym dobiec w 1:25, a minimum zadowolenia to 1:27:30.

Czuję wiosnę. W coraz częściej, mocniej i dłużej świecącym słońcu. W pojawiających się coraz mocniej w treningu akcentach szybkościowych. I z Moją Sportową Żoną nie tylko w Walentynki.

A żeby nie było zbyt słonecznie - biegacz zginął na Babiej Górze. Myślę o tym dużo. Ale nie wiem, co napisać. Na kolegium w Newsweeku temat nie przeszedł.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 09 lutego 2015

To się tak nazywało: Zima w mieście. Rano Teleferie, a potem cały dzień na nic-nie-robienie, bo co można robić w zimie, jak masz dziesięć albo dwanaście lat i nie mieszkasz w Rabce-Zdrój, tylko w Warszawie, nie jeździsz na nartach, bo nie i nie biegasz, bo jeszcze nie biegasz. Można wyjść na sanki i czasem się chyba nawet wychodziło. Co ja robiłem z tymi lawinami czasu, jak byłem mały? Wszystko przesiedziałem z książką w ręku.

Teraz miałem tydzień Zimy w mieście. Urlop, na którym postanowiłem mocno podciągnąć książkę. Dopisałem kawałek, może nie długie wybieganie, ale spokojny regeneracyjny trening. Staś poznał pewną biegaczkę, chociaż tak naprawdę to nie była biegaczka i Staś jej nie poznał. On biegał osiemsetki (Yasso, bo wierzył w magię liczb), ona sześćsetki, spotykali się między interwałami.

W piątek wyszliśmy na bieganie z Moją Sportową Żoną i Małym Yodą w wózku. MSŻ biegła z wózkiem, a ja biegałem trzyminutowe interwały, po szybkim odcinku nawracałem do niej. Średnie tempo interwałów 3:56, czyli już nie taka straszna żenada, ale żenada. Dałoby to półmaraton w 1:23 - i tak zamierzam go pobiec. Magia treningów?

Walka o tempo progowe w tym tygodniu to pasmo porażek. Ale korzystając z Zimy w mieście dwa razy wyszedłem na długie wybieganie bez wózka. I tu jest jakiś optymizm. Półtorej godziny zrobione ze średnią 5:16, trochę zawyżoną przez progową końcówkę, ale zaniżoną przez śnieg w lesie. A potem 2 godziny w tempie 5:36.

To był zresztą pierwszy od dawna warszawski trening z rozmachem - przez Ursynów (nie wiem dlaczego Garmin nazywa go Raszynem i nie wiem, jak to zmienić), przez Las Kabacki pod Konstancin, do torów, ale dalej nie, bo bym się nie wyrobił na obiad.

Zbieram to wszystko powoli. Buduję w sobie biegacza, jak jakąś postać literacką. I tak co roku, co sezon, co makrocykl. Jak Feniks ze śniegów.

Taka metafora mi wyszła, jak Quentino marnotrawny używał. Albo: "Break on three to the other side" (młodsi i głusi: Google). To z okładki pierwszego numeru Run Times'a, magazynu biegowego, którego redaktorem naczelnym jest nasz Quentino, a którego dwa numery właśnie przyszły do mnie pocztą. Nie będę się bawił w recenzenta, żeby wypominać, który tekst jest za długi, a który niedoredagowany. Nie będę się bawił w zafascynowanego czytelnika, bo od jakiegoś czasu nie czytam magazynów biegowych, nudzą mnie generalnie jak wybieganie w tempie 7:30, wolę do nich pisać niż je czytać. Chociaż okładkowy "Świat według Greifa" z wywiadem z samym guru przeczytam w wolnej chwili.

Za to powiem, że Run Times wygląda na prawdziwe czasopismo lub miesięcznik. Są teksty z treścią, zdjęcia z oddechem, reklamy z rozmachem i te quentinowe grepsy językowe, których brakuje pod blogiem. Pospłacałeś już długi Quentino? To wracaj, jak Feniks.

Wiosna też wróci.

23:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 02 lutego 2015

Znacie taki gatunek biegacza, który znużony bieganiem po szosie, walką o sekundy urwane z rekordu życiowego na atestowanych trasach i całym tym wyścigiem sznurów w pewnym momencie mówi zmienia środowisko naturalne na bardziej naturalne, leśne, często górskie... No przecież, że znacie, są takie frakcje na podblogu, dyskusje się przetaczały jak burze. A ja od innej strony.

Czym bardziej zbliżał się wyjazd na Chopok tym bardziej byłem podekscytowany. Podobno to w sensie narciarskim niezła imitacja Alp niecałe 100 km od granicy. - Ale sobie pokrawędziujemy - żartowały Moja Sportowa Żona z Biegaczką Sabiną/Ulubioną Szwagierką (moją).

Na przekleństwo krawędziowania już się tu kiedyś chyba skarżyłem. Bo moja naturalna wiatrakowatość utrudnia mi osiągnięcie na nartach techniki, która ze ślizgania się na tyłach pozwoliłaby mi na przejście do prawdziwego krawędziowania. W tym sezonie podobno jest już całkiem nieźle, zwłaszcza, że dostałem dobre, twarde narty po MSŻ (która kupiła sobie już takie dobre, że wszystko same robią poza wiecie czym). Ale zawsze zostaje to ale. I sam sobie odbierając przyjemność z jazdy analizuję przy każdym skręcie czy wystarczająco ładnie zakrawędziowałem.

No i pojechaliśmy na ten Chopok, a tam bajka. Można wjechać jedną kolejką i zjechać dwunastką (taki numer trasy) albo jedynką, a jak się pojedzie sąsiednią, to jedenastką albo piątką, chyba, że czternastką do niższej kolejki, a stamtąd znów jedenastką do bazy. Piszę te numerki z pamięci, bo zawiesiłem sobie na nich to niesamowite uczucie wolności na stoku. Na dwunastce (bajecznej nawiasem mówiąc, urozmaiconej, zaskakująco pofałdowanej) przy pierwszym zjeździe nawet nieźle krawędziowałem, ale w czym dziwniejsze rejony jechaliśmy, tym mniej to krawędziowanie się liczyło.

Po godzinie wjechaliśmy na szczyt Chopoka, trzeba było na górnej stacji kolejki wsiąść w gondolę na samą górę. A tam wicher (nie wiatr), mleko (nie mgła) i zlodowacenie (nie powietrze). Spróbowaliśmy zjechać na drugą stronę, ale po 2-3 minutach stwierdziliśmy, że nie wiemy, gdzie jesteśmy i dokąd jedziemy, więc trzeba podchodzić na górę, póki mamy orientację, gdzie jest góra.

Wyglądaliśmy potem tak:

Ale to nic. To był dopiero początek szczęścia. Zjechaliśmy na południową stronę gondolą do połowy góry, pod chmury i odkrywaliśmy kolejną pajęczynę tras. Wśród nich niezwykły gatunek nartostrad, których wcześniej nie znałem - leśne drogi, jakimi w lecie może zjechać wóz ciągnący drewno albo wbiec biegacz na treningu. Tu nie ma już żadnej techniki, żadnych krawędzi, spadek jest łagodny, trzeba uważać, żeby nie podjechać zbyt blisko krawędzi tam, gdzie droga trawestuje zbocze.

No i ta długość. Nie mówcie mi, że długość nie ma znaczenia. Najzwyklejszą trasą zjeżdża się dwa razy dłużej niż z wielkiej góry w Jurgowie. A pod koniec dnia zrobiłem sobie dobrze. Wjechałem już sam na szczyt i zjechałem na sam dół, chociaż byłem najsłabszym narciarzem w grupie. Ale może dlatego bez obciachu, bez przymusu krawędziowania znalazłem przyjemność z ratowania się na oblodzonej nartostradzie. Albo i nie ratowania, kiedy wywaliłem się na zbyt trudnym zakręcie, jedna narta mi się wypięła i zaczęła zjeżdżać po lodowcu, to ja za nią na tyłku, a kiedy po jakichś 150 metrach się zatrzymała, to ja się nie mogłem zatrzymać... Zjazd z tej surowej krainy, gdzie tylko ptacy i wariaci się zapuszczają w takich warunkach w niższe partie, gdzie ciżba ludzka rozjeżdża leśne przecinki tak, że też nie ma już mowy o żadnym krawędziowaniu... Wszystkie wywrotki zaliczone trzeciego dnia w puchu po południowej stronie, kiedy pogoda się trochę poprawiła.

Odkryłem przygodę na nartach. Ciągle jestem szosonem, ciągle myślę o sekundach do ugrania na atestowanych trasach, ale rozumiem bardziej tera Tarahumara. Bo powiedziałem sobie to przejeżdżając w skurczu izometrycznym prawej strony poprowadzoną nad ostrym urwiskiem trasą 5a: dla mnie teraz stoki wokół Rabki choćby przygotowane jak wyprasowane spodnie sztruksowe, będą miały wdzięk interwałów na stadionie. A to co kocham w nartach, to dzicze, głusze i przyrody.

Biegać biegam.

A kto kocha góry, to mam dobre ogłoszenie: Kancelaria Sportowa Staszewscy z radością oznajmia, że właśnie ogłosiła szczegóły V Obozu Biegowego w Rabce-Zdroju. Gdyby ktoś chciał wiedzieć, na jaką górę pobiegniemy, na której nigdy nie byliśmy, znajdzie informację TUTAJ.

23:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (34) »
poniedziałek, 26 stycznia 2015

Zbiegliśmy dziś z Moją Sportową Żoną ze Starych Wierchów do górnej Rdzawki i zajrzeliśmy do baru na zupę. MSŻ wzięła kwaśnicę z wkładką, ja żur z jajkiem i kiełbasą. Nagle zdałem sobie sprawę, że byliśmy tu jeden jedyny raz równe 10 lat temu (z tolerancją do dwóch tygodni) na kociołku gulaszowym. Było to przy moim drugim albo trzecim przyjeździe do Rabki (nie licząc tych z ojcem.prl, samemu albo z córką studentką).

MSŻ, wtedy jeszcze nie Ż, lubiła wtedy chyba wszystkie sporty poza bieganiem. A mnie by się nie zamarzyło nawet, żeby razem gnać przed śniegi. Robiłem poranny trening, potem praca na odległość, obiad w moje ulubionej restauracji Pod Wierchami, a po południu MSŻ, mój sportowy żar.

Ciekawie nam się biegnie przez te lata. Ja dowiedziałem się na fitnessie, że nie mam mięśni brzucha i przez te lata coś tam zbudowałem oraz, że mięśnie, które mam są pospinane jak postronki i trochę je rozciągnąłem, w dobre dni sięgam palcami do ziemi. MSŻ powiedziałaby do podłogi, bo do niedawna sport kojarzył jej się głównie z salą do fitnessu.

MSŻ po romansie z badmintonem, tenisem zaczęła biegać. Z pewną taką nieśmiałością, ale z zacięciem. Bo nikt się tak nie zaweźmie, jak się MSŻ zaweźmie, kiedy się zaweźmie. W sobotę miała sprawdzian z Garminem na piątkę, miała złamać 25 minut, a złamała 24 - o 1 sekundę, jak ja swój cel na Chomiczówce, u nas to rodzinne. 23:59 po pół roku treningów to brzmi dumnie, przynajmniej dla mnie.

A teraz po przyjeździe do Rabki pierwsza rzecz, o jakiej pomyśleliśmy to wspólny trening. Potrzeba nam było tego przedzierania się przez śniegi jak przez Alaskę z książek Londona (kto czytał "Bellew zawierucha"?). Ostatnio mieliśmy w życiu gwałtowne, miejskie interwały i potrzebowaliśmy pohasać w śniegu jak dzicy. Na Starych Wierchach dzicz kompletna, załoga schroniska chyba wczoraj zapiła, bo w środku nikogo, tylko drzwi otwarte, można się schronić na chwilę i ruszać z powrotem.

O moim bieganiu szkoda gadać. Jak można interwały (przed ping pongiem) biegać w tempie maratońskim, chociaż chce się w interwałowym? Będę się do wiosny wykopywał.

Na Garminie wyglądało to tak.

A w realu tak:

PS.

A tymczasem w Warszawie. Nasz partner Centrum Rehabilitacji Sportowej organizuje w najbliższą sobotę szkolenie, na które byśmy się chętnie sami wybrali, gdyby nie to, że akurat wtedy będziemy krawędziować po sztruksie.

 

21:50, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 19 stycznia 2015

Dziś jest w modzie odżegnywać się od neoliberalizmu, bić się w piersi opięte techniczną koszulką, że moja wina, zapomnieliśmy o słabszych, powinniśmy trzecią drogą... Zostawiam to mędrcom, ale w sporcie zasada rywalizacji ma się świetnie. Nic nie jest w stanie wydobyć z człowieka tyle jakości, co dobra rywalizacja.

To będzie opowieść w trzech aktach. Akt pierwszy w ostatni wtorek. Trening Kancelarii Sportowej Staszewscy razem z Moją Sportową Żoną, bo tak się jej przestawił życiowy grafik, że teraz z zasady będzie na wszystkich treningach. Po sile dynamicznej z piłkami lekarskimi zrobiliśmy tempo progowe, 2 razy 2 km. Nie zanudzając zasadami powiem, że kiedy skończyłem drugi odcinek, obejrzałem się i zobaczyłem tuż za mną walczące ze sobą na finiszu jak cztery lwice  Agnieszkę, Karolinę, Alicję i MSŻ, to zdębiałem. Startowaliśmy z handicapami czasowymi niwelującymi różnice sportowe, ale ten finisz pokazał, ile daje rywalizacja. Daje kopa.

Akt drugi na ping pongu. Jeśli nie wiecie, o czym mówię, możecie polubić jeden z najbardziej elitarnych fanpejdży w internecie (49 polubień). Gramy z Dzikim co tydzień, z zasady ja dostaję baty. W piątek miałem dobry dzień w życiu, przegrałem dwa sety, a potem zacząłem patrzeć Dzikiemu w oczy. Rywalizować w końcu z nim, a nie z moimi błędami technicznymi. I ku zaskoczeniu wszystkich obecnych, wygrałem mecz.

Wiecie, co robi Dziki po każdej piłce? Wrzeszczy jak opętany. Jeśli jest punkt dla mnie ryczy jak ranny łoś. Jeśli dla niego - ryczy jak tygrys. Emocje, sport to emocje. Źle kiedy one paraliżują na starcie, dobrze, kiedy można je przekształcić w energię kinetyczną.

Akt trzeci w niedzielę na Chomiczówce. Interwały, które zrobiłem w środę nie dawały podstaw do myślenia o złamaniu 20 minut. Walka o tempo 4:00 na trzyminutowych odcinkach przeważnie zakończona porażką. Dopiero na dwóch ostatnich zdołałem urwać 1-2 sekundy. Fakt, że nie było regeneracji po wtorkowym treningu, ale...

Ale w to, że w niedzielę pobiegnę piątkę ze średnim tempem 3:49, trudno było uwierzyć. Przerabiam to właściwie przed każdym startem, ale ciągle mnie ta rywalizacyjna bonifikata zadziwia.

Zaczynam z piątego szeregu, bliżej się nie zdołałem przepchać. Startujemy, przede mną galopuje tabun małych dzieci, przez niektóre można by przeskoczyć. Slalomuję, stąd tempo momentowe 2:47. Kilometr zamykam w 3:35, potem jest gorzej, ale i tak na każdym kilometrze lepiej niż na interwałach. Mogłem pewnie urwać jeszcze ze dwie sekundy, ale na przedostatniej prostej uznałem, że i tak nie złamię 19 minut, więc obojętne czy będzie 19:09 czy 19:11. A tu niespodzianka.

Przyzwoity wynik na początek sezonu. Maraton pobiegłbym dziś w 3:10, a uwzględniając brak długich wybiegań - w 3:20-3:30. A wiosną powalczymy o złamanie trzech godzin. Może trafię w 2:58:59? Zrobimy pewnie konkurs przed Orlenem.

ch

A to rytualny moment po zawodach, kiedy emocje podchodzą mi do gardła. Fot. Maratonczyk.pl

PS. Zapomniałbym o rywalizacji typerów pod blogiem. Dziękuję bardzo za wasz masowy udział. Zwycięzcą, który trafił dokładnie w 18:59 został Jaskrawy Pomarańczowy. Ale to nie koniec historii, śledźcie komentarze ;-)

 

 

22:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 113
| < Marzec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam