poniedziałek, 08 lutego 2010
Biegać czy nie biegać w tym śniegu? Wczoraj na kursie zapytałem samego Gajdusa, czy to na pewno ma sens. Bo w piątek się nieźle schetałem na ścieżce rowerowej między Powsinem a Wilanowem. Zrobiłem dwie godziny w drodze do pracy - rano Moja Sportowa Żona poszła na zajęcia na Kabatach, ja się z nią przejechałem, bo to bliżej lasu, pobiegałem godzinę po ubitych śnieżnych ścieżkach i wydawało mi się, że to ciężkie i wolne bieganie (kilometr po jakieś 5:40, oddechowo pierwszy zakres). Aż przebiegłem za Powsin, tam zrobiłem z półtora kilometra w tempie 5:20, bo po odśnieżonym chodniku, a tam gdzie nie sięgnęły służby odśnieżające - tempo zleciało mi do 7-8 minut na kilometr. Końcówka przyzwoicie, małe BNP (bieg z narastającą prędkością) na ostatnich trzech kilometrach, do 4 mnut z hakiem.
Ale ból stopy (wrażenie jakbym miał w ciele kapsułkę umieszczoną przez Obcych w wierzchniej części stopy) po treningu tak się nasilił, że nie mogę już oszukiwać siebie i innych, że nic się nie dzieje. Próbowałem go rozbiegać w sobotę rano, ale znów po treningu noga zaprotestowała. Jakby mi chciała powiedzieć: nie lataj kretynie po tym śniegu.
Siła biegowa to hard core. Jeśli nie macie przekonania, nie róbcie. Żadnych skipów, nawet podbiegów możecie nie robić. Bo najważniejsze jest zdrowie, to taka myśl z sobotniego spotkania na kursie z Piotrem Haczkiem (1 razy 400 m). Takie rzeczy to ruletka, grasz w nią, jeśli zależy ci na dużej wygranej (życiówka, megażyciówka). Ale możesz przegrać.
Z tym że teraz, na tym śniegu, to nie da się nie robić siły. - Biegać? - zapytałem Gajdusa, kiedy na części teoretycznej w niedzielę usiedliśmy razem w ławce.
- A co? Nic masz nie robić? - Gajdus na to. Zalecił tylko, żeby znaleźć sobie pod koniec długiego śnieżnego treningu kawałek odśnieżonego chodnika, 100 m wystarczy. I zrobić tam kilka żywszych przebieżek. Spojrzał na mnie i dodał: - Ty zrób dziesięć.
Pytasz Pict, czy ma to sens. Moim zdaniem, a Gajdus albo Jabłoński (którego cytował Dziki pod tajemniczą ksywką Mistrza na O.) mnie w tym upewniają - bardzo duży. Liczy się tętno. Liczą się korzyści wynikające z treningu siły, bo przecież gramy w tę ruletkę na życiówki. To inwestycja we włókna szybkokurczliwe, która nam się zwróci po kilku treningach szybkości bezpośrednio przed startami. Też inwestycja w mechanizm spalania tłuszczu, jeśli robimy wystarczająco długie wybiegania. Quentino przeklina te treningi, ale jak pamiętam łamiąc czwórkę w maratonie (w debiucie!) trenował głównie z prędkościami szybszymi od startowej - zobaczysz wiosną, ile Ci da to wędzidło.
Gajdus zalecił mi na stopę Olfen w talbetkach, ale to jest tylko na receptę, a do lekarza się dziś nie dostałem. Pani w aptece poleciła mi Voltaren, to samo w mniejszej dawce plus smarowanie Olfenem. Dodatkowo po dzisiejszych podbiegach Słonika - z Kamilem i jeszcze jednym chłopasiem - obiecałem sobie dwa dni przerwy. Przyda się, bo w domu trwa wielkie sprzątanie, wczoraj wyczyściłem ławeczkę i zobaczymy co dalej. Z powodu remontu na chwilę tylko dorwałem komputer i nawet nie miałem czasu zliczyć, jaki jest wynik sondy - czy ławeczka ma zostać, czy zniknąć. W razie czego jest jeszcze możliwy stan zawieszenia, czyli wydzierżawienie Tomikowi.
A ten chłopaś, to Chłopaś Marcin. Sorry, pewnie masz dosyć żartów z nazwiska, ale nie mogłem sobie darować. Gadaliśmy we trzech o treningach na śniegu i w mrozie. I wiecie, co myślę: nie ma takiej pogody, która uniemożliwia wyjście na bieganie. I takiego śniegu też nie ma.
czwartek, 04 lutego 2010
Jakbym umiał sobie ustawić sondę, to bym Was poprosił o głosowanie, czy zostawić w domu ławeczkę. Ale ponieważ jestem z generacji mastersów, to poproszę Was o głosowanie imienne w komentarzach.
Przyszedłem dziś wcześniej do pracy, żeby pisać o Łuszczku, bo Bachledę już skończyłem. Zaraz niebiegający redaktor będzie to czytać. Ale półtorej godziny spędziłem na ściąganiu do laptopa kodeków, aktualizacji, programów alternatywnych, żeby odtworzyć film, który dostałem na pendrivie od sąsiada Grześka (niebiegający, rowerujący). Udało się! Dla młodszej generacji dojście do tego, żeby ściągnąć AllPlayera jest łatwe jak obiegnięcie stadionu, ale dla mnie było to jak bieg na orientację z pokonywaniem koryt wyschniętych rzek, niekończących się wydm i gajów fatamorgany.
Bieganie było jedno, wczoraj. Bo wtorek to dzień przerwy po poniedziałku, a dziś jest dzień przerwy po środzie. W środę w śnieżycy zmobilizowałem się na godzinne wolne bieganie. A po 35 minutach w Lesie Kabackim stwierdziłem, że las taki przyjazny, muza taka przyjemna (pozdrowiłem po drodze dwóch biegaczy, a trzeciego nie, bo mi wyskoczył zza pleców i popędził do przodu) - że lecę półtorej godziny. Inaczej półtoragodzinny trening zostałby mi na sobotę, a tak wisi nade mną tylko godzina.
Myślę, że to ważne jeśli się biega konkretnie: wyznaczyć sobie pewien reżim treningowy, u mnie w tej chwili to cztery treningi - pół godziny (podbiegów), cała, półtorej i dwie. I trzymać się planu, nie odpuszczać, ale też nie przekraczać nadmierną ambicją. Więcej nie zawsze znaczy lepiej. Gdybyśmy zaczęli biegać planem mistrzów (nawet z korektą prędkości do naszych możliwości), to wcale nie zostalibyśmy mistrzami, tylko pacjentami poradni.
Mam takie refleksje, bo mi się odezwało jesienne kolano. Poprosiłem rano w łóżku Moją Sportową Żonę, żeby mi pociągnęła nogę. To najskuteczniejsze odblokowanie tego urazu - leżę na łóżku, jedną nogę biorę do góry, a MSŻ na nią napiera przez kilkadziesiąt sekund.
Remont jest już na 35 kilometrze, widać metę. Zaczynamy się przymierzać do tego, jak będzie wyglądało mieszkanie po. Pamiętacie, jak Wam zdradzałem tajniki naszej sypialni - trzy półki-regały z książkami i telewizorem, duże łóżko drewniane Ikea, a za tym wszystkim stał atlas i z boku ławeczka lekko skośna (z możliwością ustawienia pełnego skosu) do brzuszków. Opisuję ją dokładnie, bo MSŻ rozpoczęła wczoraj kampanię precz z ławeczką. Że zamiast niej postawimy sobie fotel, na który będziemy odkładać ubrania. To mi się średnio komponuje, bo zamiast atlasu będą stały rowery przeniesione z drugiego pokoju, więc bardziej pasuje mi ławeczka.
No a przede wszystkim chodzi o merytorykę. Wczoraj robiłem rytualne brzuszki na podłodze, na razie nie zamierzam przechodzić z tym na ławeczkę, a MSŻ półżartem mówi, że i tak mi nie pozwoli. Ale nie chcę tracić takiej możliwości. No i na ławeczce można robić grzbiety, pewna równowaga jest w tułowiu konieczna. MSŻ na to, że grzebiety mogę sobie robić na łóżku i zaraz mi pokaże tysiąc pozycji na to. No prawda, ale nie po to człowiek kupuje ławeczkę, żeby ją wyrzucić i robić grzbiety na łóżku. I nie po to człowiek kupuje łóżko, żeby robić na nim grzbiety.
Jak widzicie jestem raczej za ławeczką. Ale też widzę drugą stronę medalu - że można się bez niej obyć. Podoba mi się trening siłowy bez siłowni. Bez tego stereotypowego pakowania na atlasach i trzaskania brzuszków na ławeczkach. Tylko na macie, z ekspanderami, z piłką lekarską. O tym, że chciałbym dostać taką piłkę na imieniny jeszcze MSŻ nie mówiłem.
To co z tą ławeczką? Zostawić czy się pozbyć?
poniedziałek, 01 lutego 2010
Nadbiegają od Strążyskiej, kilkoro podskakujących śmiesznie dzieciaków i wielki drwal na przedzie. Dołączam do nich, robimy dwie pętle po reglu dolnym. Robi się naprawdę gorąco i to wcale nie z powodu słońca nad Tatrami.
Spełniło się moje marzenie o spróbowaniu biegówek. Zawodowo z mistrzem świata Józefem Łuszczkiem. Łuszczek zdobył swój medal, kiedy byłem w czwartej klasie podstawówki. Wtedy to było prawie takie nazwisko jak Fibak, Szurkowski, albo Juha Mieto (pamiętacie, ileż rozkosznych kalamburów). Juha Mieto, bezpośredni rywal Łuszczka, fiński drwal.
Rozmowa przypominała niestety wywiad z drwalem. Najlepsze z tego, co na razie spisałem, to o szwedzkim królu, który na treningu narciarskim zajechał swoich trzech ochraniarzy (pisownia oryg.). Mistrz świata w trakcie wywiadu półleżał na fotelu przodem do telewizora, bokiem do mnie, kurzył fajki i popijał piwo z puszki oraz narzekał, że musi jeszcze do tych wywiadów dokładać, bo piłem kawę, którą zaproponowała mi jego żona. Mam teraz niezły dylemat, co z tym wszystkim zrobić.
A same biegówki... Przez półtorej godziny ćwiczeń nie mogłem pozbyć się poczucia, że fajnie by się biegało, gdyby nie dwie przeszkadzające deseczki przypięte do moich nóg. Fajnie poznać podstawy ruchu - kijek trochę do przodu, a potem zostaje mocno z tyłu, noga wyciąga się daleko z samego biodra, a nie tylko z kolana. Ale wytrenowanie go, żeby był efektywny to pewnie zadanie nie na półtorej godziny, tylko na półtorej zimy. Przecież Justyna Kowalczyk biega szybciej niż Paula Radclife, a ja osiągałem tempo interwałów 6:00 na kilometr, o połowę wolniej niż biegłbym na nogach.
Po bieganiu i wywiadzie stwierdziłem, że skoro już jestem w Zakopanem, to przelecę się dwie godziny w pierwszym zakresie po Tatrach. Zwłaszcza, że od kilkudziesięciu lat nie byłem w Dolinie Małej Łąki. Najpierw się pomyliłem, niechcący wbiegłem w Strążyską. A ponieważ wolę biec do przodu niż się cofać, to przebiegłem do Małej Łąki czarnym szlakiem ścieżką nad reglami, czyli momentami bardzo pod górę, cały czas bardzo ślisko, często na czterech łapach.
Znów treningowy sens tego biegu oceniam na umiarkowany, ale hiszpański rap (Def Con Dos, najlepsza kapela Europy) na białym śniegu, to niezapomniane przeżycie. Kiedy dziś na podbiegach w Lesie Kabackim włączyłem Def Con Dos, to stanęły mi przed oczami pionowe skały z Tatr. Zrobiłem cztery razy 400 metrów (dość wolno, tempo ok. 4:50 min. na kilometr) plus cztery razy 100 m trochę szybciej. Dla urozmaicenia stymulacji.
W niedzielę, zamykając poprzedni tydzień robiłem podbiegi na Krzywoniu w Rabce. Sześć razy po minucie pod górę plus mała przebieżka w stronę górnej hali.
Oprócz tego były trzy razy narty, z czego raz na Słowacji, na dwukilometrowym stoku w Rohaczach. Zmierzyłem GPS-em tempo ostatniego przejazdu, wyszło mi ok. 30 km/h, ale chyba GPS uśrednia narciarskie zawijasy do satelitarnej prostej.
Brzuszki przepisowo: w piątek, niedzielę oraz dziś już na nowy tydzień. Odważyłem się pokazać efekt Mojej Sportowej Żonie, najpierw mnie opieprzyła, że nie widzi efektu, ale za chwilę stwierdziła, że musi mi dołożyć coś nowego. Teraz moja sesja wygląda tak:
1. Brzuszki z nogami zgiętymi w kolanach i opartymi na podłodze - 20.
2. Nogi w krzesełko i 10 wyprostów każdej nogi.
3. Nogi pozostają w krzesełku i 10 brzuszków.
Oraz nowość: 4. Nogi podkurczone, ręce wzdłuż ciała i ciągniemy nogi na siebie robiąc kołyskę; to na wyższe partie mięśni brzucha; 10 razy. Potem odpoczynek i cztery ćwiczenia od nowa.
Rozciąganie też robię. A w ogóle to mamy w domu remont, więc dochodzi jeszcze dźwiganie małych ciężarów. Z powodu remontu nie ściągnąłem zdjęć z nart do komputera, jak się ogarniemy, to wrzucę.
Czy ktoś zna Def Con Dos? Ciekawe, co to w ogóle znaczy.
czwartek, 28 stycznia 2010
Wiecie skąd się wzięła nazwa kanarek? Od Wysp Kanaryjskich, nie odwrotnie. A nazwa Wyspy Kanaryjskie? Od hord dzikich psów, które się tam wałęsały.
Otóż w kwestii psów odkryłem zasadniczą różnicę kulturową między Polską a Starą Europą. Jak to jest, że biegniesz sobie na Gran Canarii, naprzeciwko idzie niemiecka emerytka z pieskiem albo niemiecki emeryt z pieskiem albo miejscowy piesek z właścicielem lub bez - i nie ujada. Nie rzuca się do twoich łydek, nie warczy, nie dostaje gulgotu z hodowanej latami wściekłości, nie podskakuje, nie chce się bawić. Nic, po prostu idzie swoją ścieżką, a ty biegniesz swoją.
Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale naprawdę psy ze strefy euro mają więcej luza.
Psy mijalem na promenadzie nad oceanem we wtorek, kiedy zrobiliśmy sobie z Markiem i Władkiem półtoragodzinne wybieganie. Dla Marka to było raczej roztruchtanie po starcie, dla Władka trochę zbyt mocny trening, a dla mnie akurat pierwszy zakres, początek pracy pod Kraków.
Ja zawsze radzę, żeby roztruchtanie zrobić dzień po maratonie. Ale w poniedziałek spotkałem się w Maspalomas z biegaczami ze Szczecina, efekt w środowej Gazecie W., a pewnie lada dzień będzie na PolskaBiega.pl. Najbardziej się cieszę, że opublikowali mi w papierze zdjęcie, piątka szczęśliwych ludzi w żółtych koszulkach. Wróciłem do hotelu, pisałem, wysyłałem, aż przyszedł wieczór. Zjedliśmy z Markiem i Władkiem wypasioną kolację. I stwierdziłem, że dla dotrzymania wiarygodności muszę potruchtać pół godziny. San Agustino odpłaciło mi piękną panoramą całego Maspalomas.
W środę rano pożegnałem się z palmami. Pobiegaliśmy godzinę z Markiem w pierwszozakresowym (dla mnie) tempie do rozmowy. Zainspirował mnie jeden środek treningowy Marka. Chcesz biec maraton w tempie 4:00? To na początku BPS-u pobiegnij odcinki 200-metrowe w tym tempie. Łatwe? To zrób 80 powtórzeń z minutowymi przerwami!
Za tydzień wydłuż te odcinki do 400 metrów, tylko zmniejsz liczbę powtórzeń do 40, a przerwy zostaw minutowe. A potem jeszcze bardziej, ale cały czas rób tyle powtórzeń, żebyś przebiegł w ten sposób kilkanaście kilometrów.
Dla mnie to bombowy pomysł. Nie wiem jeszcze jak to pogodzić z interwałami i z trzydziestkami Greifa, ale kusi mnie to.
Po bieganiu i śniadaniu wskoczyliśmy na chwilę do basenu pod palmą. A potem środowe brzuszki, wyczarterowany samolot, warszawski mróz, droga do Rabki - i 24 godziny później stałem z Moją Sportową Żoną na wyciągu na Maciejowej. Lubię takie kontrasty, to stymulujące.
Po nartach rozmawiałem z Andrzejem Bachledą (Ałusiem). Młodsi: google.
poniedziałek, 25 stycznia 2010
Już wiecie? Będzie kolejna opowieść o tym, jak nie należy biegać maratonu. Bo teraz jeszcze lepiej wiem, jak nie należy. W dniu, w którym Polska pokonała Hiszpanię w piłkę ręczną, ja poległem sromotnie na hiszpańskiej ziemi.
Kiedyś, w pierwszej fazie docierania się z Moją Sportową Żoną zauważyliśmy taką rzecz. Że jak mam pod jej nieobecność dopilnować iluś rzeczy – dać córce 1klasistce (wtedy przedszkolakowi) mandarynkę i syropek, posegregować rzeczy na półce, zgrać film z kamery, powycierać ślady po butach jak wrócimy z błota w przedpokoju i coś tam jeszcze – to właściwie nie ma sensu. Nie przeskakujcie do następnego akapitu, to naprawdę jest opowieść o bieganiu. Nie ma sensu, bo i tak się okaże, że nie wytarłem okruszków na stole albo nie wywiesiłem rzeczy po basenie i znów będziemy się kłócić o głupoty.
Dogadaliśmy się z tym jakoś, staram się zrobić, co mam do zrobienia, a jak o jednej rzeczy zapomnę, to MSŻ akceptuje, że przecież nic się nie stało. I właśnie o to chodzi, że ta reguła nie dotyczy maratonu. Bo na maratonie się stanie.
Dopilnowałem treningu, na ile w ostatnim tygodniu – kiedy dowiedziałem się o wycieczce maratońskiej na Kanary - możliwe jeszcze były rozsądne korekty. Dopilnowałem odżywiania, a przede wszystkim nawadniania przed biegiem. Wypoczynku. Odpowiedniego stroju, zresztą pogoda sprzyjała, chociaż dzień wcześniej pociłem się na treningu i miałem przygotowaną na start czapkę, to chmury zasnuły niebo i można było lecieć. Przygotowałem sobie ambitny choć realistyczny cel – przebiec maraton w 3:10.
Wszystkiego dopilnowałem, tylko zapomniałem włączyć GPS. Uruchomiłem go trzy minuty przed startem i już mi nie złapał satelity, dopiero na drugim kilometrze. Wtedy okazało się, że biegnę tempem na 2:50, kilometr w niecałe 4 minuty. A to było wolne, lekkie, luźne, spokojne tempo. Starczy przymiotników? Cudowne, miłe tempo. Pogłaskałem się tymi przymiotnikami po własnej dumie, a pogłaskana duma natychmiast zamienia się w pychę.
To był może ostatni moment, żeby odwrócić złą kartę. Zwolnić do tempa na 3:10 i dobiec z godnością w 3:14. Ale nie. Pycha mi podpowiedziała: jesteś taki dobry, taki mocny, zaskoczysz wszystkich, zadzwonisz z triumfem do MSŻ, żeby była z ciebie dumna, kiedy podasz jej czas 3:03, a może 3:01, a może 2:59. Zwolniłem do tempa na 3:00. Za mało. O 15 sekund na kilometrze za mało. Zapłaciłem za to strasznie.
Na 17 kilometrze, chwilę po tym, jak wyprzedził mnie zając na 3:00 spotkałem Bretta, Amerykanina z Teneryfy, skrzypka z kapeli w knajpie dla turystów. Przebiegliśmy równo do 34 kilometra w tempie na 3:10. Brett debiutował w maratonie, parę razy go zatrzymywałem: Don’t hurry. Ale na 34. kilometrze zaczęło się zejście. Tempo spadło mi do kilometra w 5 minut, za chwilę w 6. Kilometry wlokły mi się niemiłosiernie, z każdym kolejnym godziłem się na nowe bariery do złamania: 3:15, za chwilę już tylko 3:20, 3:25… Ostatnie dwa kilometry pokonałem w czasie 8 minut na kilometr. Biegiem. Najbardziej powolnym biegiem, jaki osiągnąłem w życiu, wolniej nawet niż na największej stromiźnie podczas wbiegania na Turbacz od strony Nowego Targu. Cierpiałem tu:

Dotarłem w 3:26. Gdybym postanowił biec, tak jak początkowo myślałem, na 3:30, przyspieszyłbym pod koniec, skończył pewnie w trochę lepszym czasie i o niebo lepszej formie.
Ze wstydem zadzwoniłem do MSŻ. Pogłaskała mnie przez telefon, była dumna, że walczyłem o ambitny cel. Ale nie mogę sobie darować, że zrobiłem to tak głupio.

Wycieczka na Kanary nie spadła mi z nieba, to sprawka Marka Jaroszewskiego (w niebieskiej koszulce z logo I.). Prawdziwy maratończyk, wicemistrz Polski w maratonie 2006, życiówka 2:14. Teraz pracuje dla Itaki oraz Brooksa – wymyślił ,żeby obie firmy zasponsorowały konkurs na maratonach polskich, Dziki też w nim startował, ale nie wygrał. Dziki zresztą od dawna biega w Brooksach, a ja o tym wspominam nie tylko dlatego, żeby ładnie podziękować sponsorowi, ale też dlatego, że się przekonałem do tej firmy. Dotąd traktowałem ją jak badziewie z supermarketu, ale teraz po opowieściach Marka i krótkim oglądzie obuwia na starcie zobaczyłem nowe oblicze – specjalistycznej firmy dla biegaczy. Nie masowej, jak Adidas, Nike czy Puma, ale dla wtajemniczonych jak New Balance, Asics, Mizuno. Dostałem na bieg fajne startówki Brooksa i będę w nich biegał z chęcią, wypierając złe wspomnienia.
Szczęście w losowaniu konkursowym miał Władek Przech z Wrocławia. Myślałem, że będzie strasznie cierpiał, bo wszystkie jego treningi w zimie, to… dwa starty na krótkich dystansach.
A Władek pobiegł z głową. Pierwszą połówkę w 2:10 drugą w 2:08. Wyszło 18 minut gorzej od życiówki, ale z uśmiechem na finiszu.
Marek z kolei walczył o pudło. I chociaż pobiegł szybciej niż myślał -2:30, a nie 2:35 – to do medalu zabrakło dwóch minut.
Jak ludzie to robią, że biegną szybciej niż myślą? Mi się też to czasem zdarza, ale to czasem jest za rzadko.
Marek pozwolił mi wczoraj skorzystać ze swojej wiedzy zawodniczej. Po pierwsze zrobił mi tak profesjonalny masaż sportowy, że wszystko mi zwiotczało (sorry za głupi żart, ale nie mogłem sobie darować ;-) Nogi mam rozluźnione, jakbym w niczym nie startował.
A przede wszystkim opowiedział mi o teście „Na ile jestem?”. Jeżeli masz możliwość kontrolowania zakwaszenia (z krwi), możesz wykonać Test Żołędzia. Nie mam swobodnego dostępu do netu, ale na pewno Ocobiegatu zaraz nam wyjaśni.
Ale ponieważ większość z nas nie ma domowego laboratorium, to jest inny test. Nazwałem go Testem Jaroszewskiego, Marek dał mi copyright do swojego nazwiska. Potrzebujesz tylko stoper z pulsometrem, stadion lub GPS i jeden trening na badanie.
Robisz tak. Musisz znać swoje tętno maksymalne. Wyznaczasz je albo trzema minutówkami na maksa (przerwa do minuty, a dla zaawansowanych do pół minuty), albo odczytujesz na finiszu biegu na 5 km lub 10 km.
Jeśli znasz HRmax, możesz przystąpić do Testu Jaroszewskiego. Powiedzmy, że twoje HRmax wynosi 180. Odejmujesz pięćdziesiąt – wychodzi 130.
Biegniesz 2 km pilnując na pulsometrze, żeby tętno wynosiło około 130. Zapisujesz tempo na kilometr i odpoczywasz 2 minuty w miejscu (rób wymachy, skłony, rozciąganie). Potem 2 km z tętnem 140, zapisujesz tempo i odpoczywasz znów 2 minuty. Kolejne trzy odcinki na tętnie 150, 160 i 170.
Twoje tempo na maraton jest między tempem z drugiego i trzeciego odcinka (w tym wypadku między tym bieganym na 140 i 150). Jeśli z odcinkiem czwartym i piątym miałeś kłopot, to tempo, które będziesz w stanie utrzymać na maratonie, będzie trochę wolniejsze, bliższe drugiemu odcinkowi. Jeśli miałeś zapas – będzie bliższe prędkości z trzeciego odcinka.
Spróbujcie (przed maratonem) i napiszcie, jak się sprawdza. Ja wypróbuję przed Krakowem. Może to prawda, że trzeba popełniać błędy, żeby się czegoś nauczyć. Może nie na darmo jęczałem na ulicach Las Palmas.
czwartek, 21 stycznia 2010
Kiedy człowiek ma tyle bieganiny, ile ja w ostatnich dniach, to wiecie, co musi zrobić? Pobiegać.
Wyjście na godzinę wolnego, pierwszozakresowego biegu w Lasku Bielańskim (po drodze do ojca) wymagało dziś dużo samozaparcia. Minus dziesięć, a rękawiczki mokre, bo byłem w myjni, żeby przygotować samochód na podróż do Rabki Zdrój.
Ale wiedziałem, że muszę pobiegać. Rano wstałem z bólem głowy, takim ewidentnie stresowym, ciśnieniowym. Wiecie, że się szykuję na wyjazd na Kanary? A jednocześnie właśnie zaczyna się nam w domu remont. Środę spędziłem z Moją Sportową Żoną i Andrzejem Remontem (tak go sobie zapisałem w komórce) w supermarkecie budowlanym z najniższymi cenami. A MSŻ i tak wytargłowała u kierownika 140 złotych rabatu. Prawdziwy talent.
Załadowaliśmy całą furgonetkę panelami, workami gładzi, farbami plus czterema skrzydłami drzwi wewnętrznych. Wnoszenie tego to półtoragodzinny trening siłowy non stop.
W domu ostatnie pakowanie wystroju do pudeł, żeby się nie zakurzył. Robię to od tygodnia przy okazji odcinając przeszłość. Wywaliłem dwa worki szpargałów, a zapewniam was, że nie jestem typem zbieracza. I dwa worki kaset.
To był bardzo symboliczny moment. Ale nie smutny, jak się obawiałem. Tylko krok do przodu. Kaset już prawie nie mam na czym słuchać, teraz najczęściej słucham empetrójki. Przy okazji remontu postanowiłem zlikwidować kolekcję, która zajmowała całą ścianę, prawie tysiąc sztuk. I tak sto unikalnych, własnych (np. nagrania zespołu Dziki John sprzed ćwierć wieku - kto odgadnie skład grupy? ;-) lub najlepszych zostawiłem w pudełku, będę sobie słuchał z walkmana, póki się nie zepsuje.
Pracę raczej pozoruję. Umówiłem się na dwa wywiady w przyszłym tygodniu i nawet nie mam czasu na porządny risercz o bohaterach (ale spokojnie, zrobię to wieczorem przed wyjazdem).
Biegania przestrzegam. PB czyli Polska Biega. Postanowiłem, że kanaryjski maraton potraktuję jak długie wybieganie i nie naruszam na razie cyklu przygotowań. We wtorek było wolne półtorej godziny na Fasolkach. W dość bajecznych okolicznościach - po ścieżce rowerowej nad Wisłą. Rzeką sunęła kra, od Pragi świeciły dziesiątki dźwigów na budowie Stadionu, wyżej sunęły samochody, słuchałem z emetrójki Offspringu i juz po 10 minutach było mi ciepło. Tętno około 150, tempo wyszło nawet niezłe, poniżej 5:30 na kilometr. Na koniec trzy rytualne przebieżki.
A dziś przebieżek zrobiłem sześć i to minutowych, to taki kompromis między przestrzeganiem planu, a podbiciem szybkości pod niedzielny start.
W środę ruszył PB-MSŻ - przygotowany przez MSŻ Program Brzuszków. Był postulat, żeby wkleić, czym mnie żona męczy, to proszę.
Kazała mi się wieczorem położyć na macie, była zupełnie nieczuła na sugestie, że moglibyśmy się położyć razem i z faszystowską bezwzlędnością zaczęła mnie ćwiczyć.
1. Odcinek lędźwiowy wciśnięty w matę, nogi rozstawione dość szeroko, ugięte w kolanach, ręce pod głową - i 30 takich brzuszków. Kiedy po 10 zapytała, czy daję radę, myślałem, że będzie z czułością i delikatnie. Ale kiedy po 20 powiedziałem, że już nie daję rady, kazała zrobić jeszcze 10.
2. Od razu następne ćwiczenie. Nogi do góry, ugięte w kolanach (krzesełko). Wyprost jednej nogi niemal do podłogi, ale drugą utrzymujemy w górze (ugiętą) bez opuszczania. Potem pierwsza wraca do krzesełka, a druga robi wyprost. 10 takich cyklów.
3. I od razu ostatnie. 10 brzuszków z nogami w górze, w krzesełku. MSŻ kazała zrobić 20, ale nie dałem na razie rady.
Dwie minuty odpoczynku na plecach i jeszcze raz to samo.
To moja praca domowa na Kanary. Mam to robić co drugi dzień, czyli w piątek, a potem w niedzielę. MSŻ zapowiedziała, że kiedy już będę dawał radę nie umierać przy tej porcji, dołoży mi bardziej.
Lubię ją taką.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
W sobotę pierwszy raz w życiu usłyszałem słowo ”potwór” wypowiedziane z takim zachwytem, z jakim ja patrzę na Moją Sportową Żonę. Ale po kolei, bo dużo się działo.
W piątek było ostatnie bieganie poprzedniego tygodnia, dwie godziny, czternaście stopni mrozu, dojeżdżamy z Danielem Źrebakiem do Puszczy K. Droga miejscami udeptana (wtedy biegliśmy po 5:20 na kilometr), miejscami do przecierania (6:20). Zimno było tylko przez pierwsze dziesięć minut. Puszcza piękna jak rodzinne strony MSŻ.
Uznaliśmy, że na tym śniegu nie ma pod koniec szans na trzy rytualne przebieżki (na technikę, jeśli ktoś nie pamięta), więc zrobiliśmy trzykilometrowe przyspieszenie. Na koniec doszliśmy do tempa ok. 4:45 na kilometr w śniegu pomiędzy kopnym a grząskim.
Pamiętacie z lekcji polskiego, że Finowie mają kilkadziesiąt określeń na rodzaj śniegu? Biegaczom też by się trochę przydało.
Dopiero po biegu zrobiło się ciężko. Ogień w płucach, powoli stygnące podkoszulki. Stwierdziliśmy, że na Rzeźniku pewnie nie będzie ciężej.
W sobotę rano usiadłem w ławce. Zaczął się wreszcie ten wymarzony lekkoatletyczny kurs trenerski. Najpierw Paweł Januszewski (najmłodsi: google) kazał nam się przedstawiać. Instruktor z klubu X prowadzi sekcję i ma juniora, który nabiegał tyle i tyle, albo rzucił, albo skoczył, zdobył medal mistrzostw. Szacun. Wielokrotna mistrzyni Polski w rzucie oszczepem, obecna trenerka juniorskiej kadry dyskobolek. Szacun. Aż tu nagle odzywa się w ławce szczupły młody człowiek:
- Nazywam się Grzegorz Gajdus, prowadzę zawodników w wojskowym klubie Grunwald, miałem dwóch olimpijczyków w Pekinie, sam startowałem na igrzyskach w Barcelonie, jestem aktualnym rekordzistą Polski w maratonie.
Trzeba to było widzieć. Wszyscy biegacze, którzy są na kursie z każdą frazą coraz bardziej podnosili się na krzesłach z niedowierzania, że to rzeczywiście Gajdus, ten Gajdus. A facet mówił to normalnie, bez puszenia się. Ale czad. Zachowałem się małostkowo i zaraz wysłałem esemesy, że siedzę w ławce za Gajdusem.
Potem ćwiczyliśmy z trenerem pchnięcie kulą. Nie sądzę, żeby mi się to kiedykolwiek przydało, ale było mi przyjemnie poczuć istotę tego ruchu. Poczuć, co mogę zrobić ze swoim ciałem.
Tutaj my, sekcja biegowa, nie byliśmy przodownikami. Trener po zademonstrowaniu każdego ćwiczenia prosił trochę większe od nas dziewczyny, chłopaków. Pchali z gracją. Potem my biegacze próbowaliśmy zrobić to samo i nie wyglądać przy tym jak wiatrak.
Pomyślałem sobie wtedy, jak fajna jest lekkoatletyka, jak każdy może się odnaleźć w jej królestwie. Ktoś, kogo na ulicy wytykano by palcem, że puszysty, tutaj jest mistrzem albo mistrzynią. Ktoś, kogo by wytykano jako chudzielca będzie miał swój dzień, kiedy będą skoki (wzwyż) albo biegi. To najbardziej demokratyczna dyscyplina sportowa świata.
I jeszcze jedno: znów poczułem zapach tartanu. Na hali czuję się tak dobrze, jak w lesie.
W części teoretycznej trener pokazywał nam, o co chodzi. Jak w późnych latach 50. przyczepiał na tablicy czarnobiałe kinogramy, złożone z kilku-kilkunastu zdjęć pokazujących kolejne fazy ruchu. Mnie najbardziej urzekł zachwyt nad zawodnikami: - Wspaniali sportowcy, brytany, potwory.
Sam trener zresztą wygląda jak karykatura buldoga. Nieduże ręce, nogi, potężny w sobie. W ruchach gracja młociarza.
A my, biegacze? Wolelibyśmy widzieć siebie jak husky, jak wilczury, ale pewnie plasujemy się gdzieś między chartem a ratlerkiem.
Rano powtórzyłem z MSŻ fajne ćwiczenia na brzuch. Bo przemówiła do mnie stara prawda, którą bardzo przekonująco powtórzył trener od kuli: jak zawodnik przestaje się rozwijać, ma rok, dwa, trzy lata stagnację, to daj mu nowy bodziec. Czuję, że rezerwy są u mnie w słabych mięśniach brzucha (i grzbietu). Że kiedy je jednak wzmocnię, to będzie zupełnie inny napęd. A cała aktywność z brzucha pochodzi.
MSŻ obiecała mi przygotować plan treningowy na brzuch. Mam robić brzuszki w poniedziałki, środy, piątki i niedziele.
W poniedziałek rano zrobiliśmy z Kamilem podbiegi Słonika w Lesie Kabackim. Pięć pasywnych, trochę z lenistwa, trochę, żeby łagodniej wejść w sezon, trochę, bo i tak w tym śniegu się można nieźle zamęczyć. Wychodziło tempo poniżej 5:00, lepiej niż na Agrykoli tydzień temu mimo dużo gorszego podłoża (śnieg wyślizgany oraz pył śnieżny na lodowym podłożu, miejscami śnieg ubity o konsystencji błota). Ostatni podbieg w tempie 4:10 (ja)/3:52 (Kamil) na kilometr. Zziajaliśmy się jak psy, jak brytany.
PS. A w niedzielę biegnę maraton. Sam jestem zdziwiony, dowiedziałem się o tym cztery godziny temu. Zgadniecie, gdzie? :-)
czwartek, 14 stycznia 2010
Pokłóciłem się z Moją Sportową Żoną. Myślicie, że o domniemaną szminkę na kołnierzyku albo chociażby o skarpetki rzucone na środku pokoju? Nie, nie chodzę w koszulach, skarpetek nie rzucam. Pokłóciliśmy się o rozciąganie.
Miałem z tego powodu doła na wtorkowych podbiegach w czasie Fasolek. Ale jak teraz to piszę, to myślę, że błogosławione małżeństwa, które kłócą się o rozciąganie. A żebyście widzieli z jaką pasją. Jak Włoszka z Hiszpanem.
Fasolki zrobiły się całkiem sportowe, dwie mamy zamiast półtorej godziny siedzieć w fotelach, kiedy córki śpiewają i tańczą, zapisały się od zeszłego tygodnia na fitness nieopodal na Torwarze. A ja pobiegłem na podbiegi. Pamiętacie? Agrykola ma równe pół kilometra długości, więc można się bawić w liczby. Sześć podbiegów plus wolne zbiegi. Na najszybszym podbiegu uzyskałem czas 2:30, co jest śmieszne, jeśli wziąć pod uwagę, że kiedyś złamałem dwójkę i to sporo. Ale po pierwsze jednak było trochę ślisko, a po drugie guru Skarżyński mówi na razie o krosach pasywnych (nie aktywnych), więc stwierdziłem, że potraktuję pierwsze w tym roku podbiegi w Warszawie luźno.
Zresztą doła miałem, bo jak się pokłócimy z MSŻ, to mi zaraz siada na hormony i cały ustrój mi się warzy. Poszło o to, że MSŻ ma zrobić sesję pokazującą prawidłowe rozciąganie - do broszurki sportowo-zdrowotnej, którą przygotowuje Gazeta, a do której ja piszę część sportową. Wymyśliłem sobie, żeby przy okazji MSŻ zrobiła skrócony stretching dla biegaczy, sfotografuje się to i wstawi na PolskaBiega.pl, komuś się pewnie przyda.
Najpierw pokłóciliśmy się o "przepychanie drzewa" czyli rozciąganie achillesów. MSŻ za chińskiego boga (chiński to się chyba pisze z małej litery?) nie chciała niczego pchać, bo to samo można osiągnąć odpowiednio stając i napinając. Ok, ale biegacze przepychają drzewa.
Potem poszło o kładzenie nogi na koszu na śmieci i rozciąganie ścięgien podkolanowych. MSŻ pokazała mi, jak mam zgięte przy tym plecy i że lepiej to zrobić skłonem, w którym się przyciąga nie tyle ręce do ziemi, co brzuch do uda. I znów - ona na pewno ma rację, ale biegacze kładą nogę na koszu na śmieci.
Następnego dnia już było blisko porozumienia, ale wszystko runęło przez przekręcanie stopy o 90 stopni przy rozciąganiu dwugłowego. Nie należy przekręcać.
Myślę, że naprawdę musimy kochać sport, skoro możemy tak się w niego zaangażować. I siebie nawzajem, bo wiem, że się dogadamy. I kiedy zejdzie śnieg, przygotujemy krótki instruktaż rozciągania dla tych, co przebudzą się na wiosnę.
Trzeci trening zrobiłem w środę, trochę mimowolnie. Bo we wtorek odebrałem samochód z warsztatu, a w środę musiałem go odwieźć do małej poprawki reklamacyjnej. To nie jest blog motoryzacyjny, więc mniejsza o to, ale nie kupujcie raczej Peugeotów, przynajmniej jeśli nie zamierzacie ich pieścić, tylko nimi jeździć. Zostawiłem samochód na godzinę i pobiegłem w słońce i mróz. Bo taka była w środę pogoda - słońce i mróz. Tempa kilometrów w okolicy 6:00, ale po śniegu często grząskim.
Zostało mi w tym tygodniu jeszcze dwugodzinne bieganie - jutro bardzo rano. Więc dobrej nocy. I słońca w rodzinie nawet, kiedy dopadnie Was mróz.
Właśnie MSŻ powiedziała do mnie "piesku". To w naszym domu oznaka ocieplenia :-)
poniedziałek, 11 stycznia 2010
Nareszcie. Moja Sportowa Żona od czterech lat nie mogła uwierzyć, że w Warszawie może leżeć śnieg. A teraz leży go więcej niż w Rabce, wiemy, bo dzwoniliśmy.
Dawno mi się tak cudnie nie biegało. Po kolei. W piątek dwie godziny po Lesie Kabackim, druga godzina z Danielem źrebakiem. Daniel czuł respekt przed wskazaniami rtęci i stwierdził, że nie chce przebywać na powietrzu więcej niż godzinę, zacząłem więc godzinę wcześniej. A potem las był tak przyjazny, temperatura tak komfortowa, że sam namawiał mnie, żeby nie kończyć przy ostatniej stacji metra, tylko podbiec do mojego domu. Razem wyszło mi 23 km w 2:18. Na końcu zrobiliśmy trzy minutowe tym razem przebieżki po chodniku, tempo najlepszej udało się wyżyłować do 3:37 na kilometr.
I tu się kończą ładne liczby, bo w sobotę miasto zamieniło się w Podhale. Na półgodzinnych podbiegach zdołałem dobiec tylko do górki pół kilometra od domu (przez zaspy) zrobić sześć półminutowych podbiegów (w kopnym śniegu), wytłumaczyć sobie, że bieganie jest tak trudne, że nie zrobię dwunastu, pokręcić się chwilę po osiedlu i do domu. Zmieniłem skarpetki na suche i poszliśmy z MSŻ i córką 1klasistką na sanki na Kopę Cwila.
Trochę tylko żal, że w Rabce byłaby tam z nami Sabina z Oliwią, Iza z Józiem, Karolina z Ewą no i oczywiście Agata z Magdą. A w półtoramilionowym mieście jesteśmy zatomizowani i możemy sobie tylko decydować, kto z nas jedzie na jabłku, a kto na sankach.
W niedzielę biegania nie było, ale był rodzinny ping pong w dobrym tego słowa znaczeniu. Córka maturzystka zarezerwowała stół i poodbijaliśmy godzinę piłeczkę. Urwała mi dwa sety, a od jakichś dwóch lat nie daję jej już żadnej taryfy ulgowej w ping pongu.
Na koniec tygodnia dokonuję zawsze bilansu - czy treningi zostały zrealizowane. To coś takiego jak plan lekcji, jak raport służbowy, jak rachunek sumienia. Element porządkujący życie. Czy przebiegłeś, to co miałeś przebiec. Tak, wszystko, tak jak chciałem. Brzuszki/grzbiety zdjąłem sobie z rozkładu jazdy obowiązkowej (no nie mogę się zmusić), trochę pobawiłem się gumami do rozciągania - żeby wzmocnić czworoboczny i się nie garbić (co wymaga jeszcze rozciągania piersiowego). Więcej grzechów nie pamiętam.
W nowy tydzień wbiegłem półtoragodzinnym treningiem po nieodśnieżonym Ursynowie i zasypanym Lesie Kabackim. Drzewa z zaśnieżonymi gałęziami, jak z rycin profesora Zina wyglądają pięknie w każdym regionie. Na dole kreska konaru w kolorze węgla, na górze domalowane z nieba przez profesora czapy białej kredy. Wszystko się skrzy, jak wymuskane piórkiem.
Przez te półtorej godziny udało mi się przebiec... 13,6 km. Na niektórych kilometrach nie zdołałem zejść poniżej 7 minut. Piszę o tym bez trwogi, raczej z pewną fascynacją, w jak trudnych warunkach teraz się trenuje. Jak górnik dołowy. Wierzę w te treningi. Zarówno na poziomie ideologii, że czym ciężej teraz, tym szybciej na wiosnę. Jak i na poziomie konkretu - to bardzo siłowe bieganie, ta siła przerodzi się w moc na startach, tylko potrzeba przed głównym startem wiosny trochę szybszych treningów. Miejmy nadzieję, że do tego czasu odśnieżą chodniki.
Zresztą dziś jak kończyłem bieganie, już trochę poodśnieżali. Zrobiłem obowiązkowe trzy przyspieszenia, udało mi się na tej brei zejść do 4:15 na najszybszym. Ale nie o liczby chodzi, tylko o technikę. Przypomnieć organizmowi do czego trenujemy - jak ma wyglądać rytm kroków, mocne odbicie, zamach ramion. Jak człowiek będzie biegał bez ciężkiego dresu na sobie i grzęzawiska pod stopami. Lekko jak piórko.
czwartek, 07 stycznia 2010
Sportowa środa... ale najpierw opowiem Wam o Garminie, bo czegoś takiego się nie spodziewałem. Garmin 405, który był ze mną na Rysach, na Kaliskiej Setce, na ślubie w Zakopanem, na pięciu maratonach, na tysiącach kilometrów treningów na jesieni mi się zdefektował. Pasek pękł przy teleskopie, a że pasek jest jak z NASA, to kroił się potężny problem. Jako świadomy praw i obowiązków konsument poszedłem do sklepu z reklamacją.
We wtorek pojechałem po odbiór sprzętu. Oczekiwałem problemów i postanowiłem z premedytacją wykorzystać ten blog do rozliczeń. Że jak mi nie będą chcieli naprawić sprzętu, to zrobię im taki czarny pi-ar, że nawet prezes Kaczyński nikogo nie przekona, że czarne jest czarne.
Wchodzę do sklepu, pan idzie na zaplecze, czyta z karteczki: "Naprawa niemożliwa...", mi się już w kieszeni otwiera nóż, a pan kończy: "... wymiana sprzętu na nowy". Słuchajcie, mam od wtorku pachnącego jeszcze Ameryką nowiutkiego Garmina 405. Taki sam, pasuje do niego moja ładowarka, pasek od tętna. Cudo. I słowo, które sobie dałem, postanowiłem spełnić - że napiszę na blogu, jak załatwili tę sprawę.
Zabrałem go na bieganie następnego dnia. Sportowa środa, chociaż bynajmniej nie piłkarska. Piłka na szczęście zapadła w zimowy sen, widzę tylko czasem na gazeta.pl dramatyczne tytuły o tym, że Real stracił punkty, a Barcelona nie wykorzystała szansy na dogonienie Realu. Obchodzi mnie to dokładnie tyle, co wybory władz w ciechanowskiej Samoobronie. Moja sportowa środa zaczęła się w Lesie Kabackim. Spotkaliśmy się we trzech - z Dzikim i Kamilem na godzinkę z hakiem w pierwszym zakresie.
Dziki biegał w tempie 5:40 na kilometr chyba po raz pierwszy od kiedy prezydentem USA jest Barack Obama. Po 10 kilometrach przyspieszyliśmy trochę do 5:20. A na koniec zamiast rytualnych trzech półminutowych przyspieszeń - na technikę biegu, pamiętacie - zrobiliśmy zabawę na dochodzenie. Takie fajne przedszkolne ćwiczenie, które pamiętam z kursu instruktorskiego. Biegniemy i najpierw jeden jest zającem - w pewnym momencie (bez ostrzeżenia) rusza mocno do przodu i na dystansie 12 podwójnych kroków (wiecie, że ja w bieganiu operuję systemem szóstkowym) ma się nie dać dogonić. A dwaj pozostali ruszają i gonią. Potem znów truchtamy i kolejny zając rusza na 12 kroków. Każdy z nas uciekał dwa razy, wyników nie pamiętam, ale pamiętam, że fan był duży.
Tętno mnie zdziwiło, bo ja miałem cały czas ponad 150. Czyli byłem absolutnie w górnej części pierwszego zakresu. A Dziki ledwo w pierwszy zakres wchodził - miał 130 z hakiem. Zwracam na to uwagę, bo po spotkaniu z instruktorami z pewnej dużej sieci fitness klubów na G. (do tych sportowych tekstów do gazety) zastanawiam się nad głębokim sensem zdrowej rekreacji. Chodzi o to, żeby jak najdłużej utrzymywać tętno 130-150 i mieć z tego fan. Obojętne, czy się ćwiczy na sali, na bieżni, na rowerze, w basenie czy po zaśnieżonym lesie.
Sportową środę zakończyłem na basenie. Córka 1klasistka miała zajęcia, a zostało nam z grudnia niewykorzystane wejście, więc postanowiłem popływać przez 25 minut. Słuchajcie, ale jestem dętka. Musiałem odpoczywać chwilę po każdym basenie, a kiedy połączyłem 13. i 14., nie dałem rady dopłynąć do końca, musiałem stanąć w połowie. Zrobiłem piętnaście, co jest chyba rekordem świata w dziedzinie rehabilitacji.
Woda to nie moje środowisko. Upewniłem się dzisiaj, kiedy służbowo byłem pierwszy i ostatni raz w życiu na aqua aerobicu. Przez 45 minut walczyłem o zachowanie równowagi, kiwało mną na boki, jak pijanym okrętem, i tajemnicza siła podczas wykonywania podwodnych marszy, nożyc, wymachów nóg albo rą pchała mnie do przodu. Instruktorka mówiła, że trzeba napiąć mięśnie brzucha, ale ja w środowisku wodnym zamieniam się chyba w meduzę. Dawno nie czułem się tak nieporadny.
To nie było ani przyjemne, ani męczące. Jeżeli mi się podniosło tętno, to tylko ze stresu. Nigdy więcej. W rekreacji musi być fan na 130.
|
|
|
<
|
Luty 2010 |
>
|
|
| Pn |
Wt |
Śr |
Cz |
Pt |
So |
N |
|
1
|
2
|
3
|
4
|
5
|
6
|
7
|
|
8
|
9
|
10
|
11
|
12
|
13
|
14
|
|
15
|
16
|
17
|
18
|
19
|
20
|
21
|
|
22
|
23
|
24
|
25
|
26
|
27
|
28
|
Zakładki:
O mnie
Polecam:
Wkrótce tu biegnę:
|