Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 08 lutego 2016

Staszek ma trzydzieści parę lat, to jest najlepszy wiek w życiu człowieka. Jeszcze młody, a już mocny. Już we własnych kontekstach, ale jeszcze nie "zamarznięty" w nich (używając frazeologii z "Lodu" Dukaja). Już zdefiniowany, ale jeszcze nie do końca. I zazwyczaj najbardziej sprawny w życiu.

Ja teraz biegam szybciej od Staszka, jestem trójkołamaczem i wynik 38:45 na 10 km odbieram jako porażkę. A Staszek marzył o złamaniu 3:20 w maratonie - latami, bezskutecznie - i złamaniu 40 minut na dychę. Pisałem teraz o Staszku, więc wiem.

Na urlopie domowym udało mi się nieźle szarpnąć do przodu "Zbójeckie lata". To będzie kontynuacja Ojca.prl, o trzydziestoparoletnim Staszku. Czym dalej w historię, tym więcej zmyślenia, ale prawdziwego jak w Poetyce Arystotelesa. Więc Staszek biega, chodzi nawet na swoiste SBBP - Sobotnie Bielańskie Bieganie Poranne - które w książce nazywa się SBB i akurat tu nie ma żadnej zbieżności między postaciami z realu i z fikcji.

Jak ja wtedy absurdalnie biegałem. Trochę tak, jak się pisze o Kenijczykach - każdy trening to gonitwa, a ciężarówka zabiera po drodze tych, co nie dają rady. Dobrze, że nie miałem na treningu ciężarówki, bo pewnie ciągle by mnie musiała zabierać i nie wystawiłbym siebie na żadnych zawodach.

Nie ma tego na żadnych Garmin Connectach, bośmy Garminów wtedy nie mieli. Ale pamiętam, że z Dzikim staraliśmy się w Puszczy walczyć zawsze o tempo 5:00 (wg drogowskazów, na których między dwoma punktami było np. 4,8 km - czyli powinno wyjść w 24 min.). Pamiętam, jak z Wojtkiem S., lepszym ode mnie (ale ciut, więc mogliśmy rozmawiać o podobnych tempach treningowych) rozmawialiśmy o tempie (może on już miał Garmina, a może wyznaczał to na wymierzonych w lesie kilometrach, znaliśmy takie) i on opowiadał, że robi taki trening BNP (bieg z narastającą prędkością) i że zaczyna bardzo wolno, po 5:00.

A wtedy to było tempo szybsze od mojego maratońskiego.

Łapią mnie takie nostalgie za tym, co się nie wróci. Byliśmy z Moją Sportową Żoną na "Zjawie". Przydługi film, niezredagowany, niepodobieństwo superbohaterstwa już po półtorej godzinie zaczyna żenować (a to chyba połowa filmu). Ale jednak zapadł we mnie, bo to ten świat pionierstwa, XIX-wiecznego Dzikiego Zachodu. Gdyby dziś skóry jeleni były tak cenne, międzynarodowa korporacja wykupiłaby połać, zainwestowała w budowę mega fermy, wszystko maksymalnie zekonomizowała i podliczała zyski w Excelu. A nie wyprawiała się z kilkoma strzelbami na tereny zajęte przez wojownicze plemię Indian.

Dobrze żyć w wygodnym świecie XXI wieku. Dobrze trenować wg rozsądnie ułożonych środków treningowych. Siebie i Podopiecznych. Ale kiedy siadam do książki i odświeżam tamte lata, co minęły (a tak naprawdę, to odświeżałem je od kilku tygodni, żeby móc przez nie płynąć po otwarciu pliku z książką), to nie jestem pewien, czy nie żal czegoś. Tej spontanu w bieganiu, bez planu, bez periodyzacji, bez siły biegowej. Podbiegi pokazał mi kiedyś Dziki, pobiegliśmy na Marchewkę przy stadionie Hutnika. Nie wiedziałem nawet po co to, stwierdziłem, że nie umiem biegać pod górę, więc nie będę tego robił.

Coś za coś. Teraz bym wiedział, że skoro nie umiem, to właśnie to jest powód, żeby robić. Przybyło mi mądrości - treningowej i nie tylko. Straciłem jakiś spontan - treningowy. I nie tylko.

Może coś o bieganiu na koniec? 76 km, taki przebieg już w drugim tygodniu z rzędu. Trzecie miejsce na mojej tygodniowej tabeli znajomych w Garmin Connect. Złamałem się trochę, wprowadziłem śladowe wprawdzie, ale jednak, szybsze odcinki, bo mnie żenuje bieganie długich wybiegań blisko 6:00. Jest szybciej, ale już wystarczy jeszcze pociągnę trochę na ręcznym.

W sobotę będzie sprawdzian - zaczynają się biegi w Kabatach. Teraz już moich Kabatach i to byłby wystarczający powód, żeby się na tym cyklu skoncentrować. Ale zrobię to raczej przez nostalgię, Staszek startował tam prawie w każdym biegu, ta rozmowa z Wojtkiem S. była właśnie na mecie w Kabatach. Spróbuję w sobotę w tym lesie poczuć się trochę, jak w tamtym.

Na górnym zdjęciu - BZPR - bieg z przykurczonymi rękami. Na dolnym - rozmawiam przez telefon z MSŻ, właśnie ją poznałem, chwalę się wynikiem. Oba zdjęcia zrobił Entre - człowiek, który wprowadzał tutaj Garminy.

17:58, wojciech.staszewski
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 lutego 2016

Lubię ten moment, kiedy staję przy drewnianym stole na tarasie Villi Gorczańskiej w Rabce Zdroju i patrzę na dwudziestkę biegaczy, którzy przyjechali na Podhale. I każdy jest jak tabula rasa - niewypełniony schemat treningowy na tydzień.

No przesadzam, bo zwykle połowa biegaczek i biegaczy, którzy przyjeżdżają do nas na obóz, to nasi już znajomi. Byli rok temu, a nierzadko dwa razy z rzędu, są naszymi Podopiecznymi na co dzień, spotykamy się też na treningach. Społeczność, lubię to słowo. Spotykająca się czasem na pasta przed biegami, na after po biegach i na co dzień na Facebooku.

 A jednak jest to jakieś sportowe święto. Kiedy staję przy tym stole i witam wszystkich, to czuję się, jakbyśmy razem zaczynali lot w jakiejś kapsule czasu, statku Sokół Millenium albo pirackim okręcie. To będzie nasz tydzień. Pobiegniemy wszędzie. Przetrenujemy wszystko. A na koniec rozciągniemy, żeby starczyło do kolejnych wakacji, kolejnego biegania w Rabce czy po górach, czy gdziekolwiek na łonie.

Obóz jest jak biegacz - też ma dwie nogi, na których stoi. Druga to Moja Sportowa Żona, początkowo tylko rozciągała, wzmacniała i organizowała, a od zeszłego roku biegamy razem, razem prowadzimy treningi. I jest cieplej.

 

Mam w pracy tydzień urlopu, mieliśmy jechać do Rabki na narty, ale w związku z nagłym wystąpieniem ABS (absolutny brak śniegu), zrezygnowaliśmy z wyjazdu. Pierwszy dzień urlopu miałem spędzić na pisaniu książki, a spędziłem na pisaniu kilku jeszcze planów treningowych dla Podopiecznych (skończył się miesiąc treningowy), na wstawieniu na stronę Kancelarii informacji o sierpniowym obozie w Rabce, na zakupach przed wieczornym męskim spotkaniem (przez co po raz pierwszy nowy odcinek nie ukazał się w poniedziałek). No i na treningu. Mam teraz 17 minut biegiem do podbiegu Słonika. Za blisko, żeby podjeżdżać samochodem (co pewnie zajęłoby z 7 minut, więc kompletny bezsens). Robi mi to jednak dodatkowe pół godziny biegu - pożądaną obudowę siły biegowej. Zawsze byłem zwolennikiem maksymalnej ekonomizacji treningu, w tygodniu robiłem zawsze dwa krótkie, półgodzinne tylko akcenty. Ale teraz walczę o kilometry, to będzie nowy bodziec.

Odkryłem na Garmin Connect tygodniową tabelę wyników - wszystkich moich znajomych. Był moment w niedzielę koło południa, kiedy byłem pierwszy. To efekt piątkowej trzydziestki, podczas której zwiedzałem południowe okolice Warszawy - od Kabat przez Konstancin po Mordor. Ale wyprzedził mnie na koniec dnia Podopieczny Mariusz z Kielc, a pierwszy był trener Maciek z Kancelarii. Dawno jednak nie przebiegłem ponad 80 km w tygodniu. Więcej robię chyba tylko na obozie w Rabce.

Galeria z zeszłorocznego obozu. Informacja wisi od wczoraj, a już jedno miejsce jest zajęte :-)

Do zobaczenia :-)

 



10:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Hej, hej, jak nazywa się twój Bóg? Na imię ma Zgiełk, Przypadek czy Przepaść? Znacie to? To moja młodość dogoniła mnie właśnie, w epoce, kiedy coś się kończy, mija, przechodzi do przeszłości, bo świat biegnie do przodu. Biegnij Forrest.

Skończyły mi się wszystkie książki w empetrójce i puściłem sobie na bieganiu muzykę, pierwszy raz od niepamiętnych treningów w Rabce chyba zeszłej zimy. W innej Polsce w każdym razie.

Wrzuciłem Pidżamę Porno i znów miałem trzydziestkę z hakiem. Znów mogłem szykować się na dychę w 37 minut przynajmniej na trasie w Kabatach, a nie mieliśmy wtedy jeszcze Garminów, żeby wiedzieć, że trasa jest o 160 metrów krótsza. Biegałem jak rakieta krótkiego zasięgu - na dychę szybki, ale łamanie trójki w maratonie było daleko za moim zasięgiem.

To była moja druga młodość. Zdawałem sobie z tego sprawę, ale dopiero tamte riffy podpaliły we mnie tamte emocje. Po to chyba ludziom muzyka. Byłem wtedy już po życiowej rewolucji, w trakcie ewolucji po której stałem się tym Staszewskim, jakiego znacie z bloga, z biegania albo z tego, co pisze. Tamtego zna chyba tutaj tylko Dziki. Czasy, kiedy w samochodzie jadąc na bieganie do Puszczy K. puszczaliśmy głośno Pidżamę P. A potem biegaliśmy półtorej godziny o kobietach, naszych i nie naszych.

"Jak ja nienawidzę Twojej generacji/ Zwykła nienawiść dymi wam z dyni/ Młodzi policjanci, młodzi kibice/ Kretyni kontra kretyni". Grabaż prorok? Nie było wtedy jeszcze hejtu internetowego, a na PiS (był wtedy już PiS czy jeszcze AWS?) głosowały mohery, nie dzieciaki. Generacja dorosła i wybrała nam Sejm, który zamyka tamtą Polskę element po elemencie.

Właśnie na ekranie z widzami pożegnał się Tomasz L. Nie żebym był nałogowym widzem, ale widzę, jak moja Polska, europejska, ta w której żyłem każdą nową kasetą (tak!) Grabaża - znika, jak w tym opowiadaniu Lema o maszynie, która usuwała wszystko na m (dzięki Johnson za erratę i wzmiankę o niezapomnianych murkwiach). Coś się kończy. I nigdy nie będzie już dychy w 37 minut na luzie.

Droga do życiówki w maratonie wymaga teraz u mnie mocnego przyduszenia i mocnego odbicia. Trening siłowy poprawiam siłowym jak nałogowiec. Obudowuję spokojnym biegiem, czego nie robiłem z braku czasu. Teraz wiem, że nie mam dużo czasu, bo przyjdzie pięćdziesiątka i wycofa mnie z czołówki bez odwołania. Więc muszę dołożyć więcej mądrości, żeby zwyciężyć.

Fajny trening w sobotę rano, kiedy Małego Yodę zostawiamy z córką gimnazjalistką i biegniemy w zaśnieżony Las K. z Moją Sportową Żoną na godzinę easy. Potem MSŻ wraca, a ja dokładam jeszcze pół godziny i spotykam - już drugi raz - ze trzydzieści psów husky w uprzężach, część właścicieli na rowerach, bajeczny sabat. A potem akcent na koniec.

Ta zima, ta plucha, to się jakoś w literaturze nazywa, związek sympatyczny bodaj - że przyroda oddaje nastrój życia. Ciemna noc stanu wojennego bez czołgów, bo to wojna plemienna. Ciemnogród górą. Tak to widzę, wiem, że pół Polski widzi to inaczej, koń jest dla każdego inny, ale to moja marchew w butonierce.

Noc ogranicza nam tu pole do uciekania. Biegnij Forrest.

Odcinek bez zdjęcia, bo przy tych psach nie miałem aparatu telefonicznego. Podgłaśniamy i puszczamy Pidżamę P.:

https://www.youtube.com/watch?v=io0LgE7fQ6k&list=RDio0LgE7fQ6k

https://www.youtube.com/watch?v=LBedISPe3S8&list=RDLBedISPe3S8

Te dwie piosenki obszernie tu cytowałem.

A tę lubię chyba najbardziej: https://www.youtube.com/watch?v=WQvGlsO0t7U

Było, minęło, opiszę w drugiej książce.

23:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wstajemy i jest bajka. Dość ciepło, jak na zimowy styczeń, nie ma wiatru, co w Dniu Chomiczówki może zadziwiać. Nie padało, więc pewnie trasa będzie odśnieżona - widziałem poprzedniego dnia zdjęcie Pani Dyrektor Biegu na Facebooku, jak jechała w pługu śnieżnym. Nie mam też już żadnych oznak choroby poza oblepionym czymś gardłem. Zapamiętuję tydzień pod znakiem czosnku jako alibi na wszelki wypadek.

Wypadek dogania mnie w połowie trasy. Po dziewiątym kilometrze miałem jeszcze kilka sekund nadróbki nad planem 59:59, ale na dziesiątym zatrzymała mnie niemoc. Przebiegłem go w 4:23 i pożegnałem się z gąską, chociaż strata była tylko 15 sekund. Ale wiedziałem, że nie mam mocy, żeby nadrabiać, tylko niemoc, żeby tracić.

Wtedy za plecami usłyszałem "cześć". Ex-Podopieczny Bartek. Spotkaliśmy się na starcie, mówił, że robi tylko trening na 1:05, chyba że go podkusi. Wiedziałem, że go podkusi na pewno, jak zobaczy moje plecy, ale spodziewałem się go zobaczyć, jak mnie wyprzedza pół kilometra przed metą i szykowałem się, że wtedy jednak powalczymy.

Jednak nie powalczyliśmy. Bartek powiedział, że będzie trzymał tempo i żeby się z nim zabrać. Stąd jeden jeszcze ładny kilometr. Ładny, choć 4 sekundy powyżej pierwotnego planu. Bieganie to czasem apteka, lubię to, kiedy liczby są w grze. Przekalkulowałem je i stwierdziłem, że nie mam motywacji. Wypruwać z siebie, żeby i tak skończyć na tarczy? A Bartek i tak poza zasięgiem, czułem, bo szedł jak maszyna. Jeszcze zachęcał, ale zostałem sam. Sam pośród półtora tysiąca biegaczy. Sam z myślami, które początkowo biegły stadami, a uporządkowały się dopiero za metą.

Dobiegłem w 1:02:01, bo dopiero na ostatniej prostej zorientowałem się, że nie idę na 1:02:15, tylko mam szansę na złamanie 1:02. A zawsze warto złamać, jeśli to możliwe. Co zresztą dla mnie okazało się niemożliwe.

A potem spotkaliśmy się z grupką Podopiecznych w pobliskim Bakłażanie. I wtedy ułożyła się cała historia. Opowieść o konsekwentnej periodyzacji. Teraz robimy - i ja, i Podopieczni - tyle siły i wytrzymałości, że nie damy rady biegać szybko na zawodach. Nie ma z czego. Bo nie ma beztlenu.

W zasadzie wszyscy pobiegli 2-3 minuty poniżej oczekiwań, tego co wynikałoby z wyników na jesieni. Z wyjątkiem Agnieszki, która jest w innej fazie przygotowań - za sześć tygodni startuje w maratonie. A że Agnieszka najlepiej czuje się w warunkach chłodniczych, to ten start będzie głównym startem wiosny, a raczej przedwiośnia. I na ten start szykujemy formę. I Agnieszka zrobiła życiówkę. Zmartwiona zresztą strasznie, bo do złamania 1:08 zabrakło jej trzech sekund.

W tym roku będzie dużo o sekundach na blogu. Mnie w niedzielę zabrakło 122 sekund do zadowolenia. Jeszcze będzie przepięknie, jak śpiewa się na demonstracjach KOD-u.

[Foto: Pierwsze zdjęcie, faceta który ładnie biegnie i trudno go ostro uchwycić w locie - Dziki. Drugie zdjęcie - świetny serwis ze starych czasów biegania Maratonczyk.pl]

20:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (22) »
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Pierwszy raz trafiliśmy tam z Dzikim jeszcze w XX wieku. Nie pamiętam, kto się o tym biegu dowiedział, ale pamiętam, że na stoliku po starcie można było dostać numery miesięcznika "Jogging" wydawanego chałupniczą metodą przez współtwórcę Maratonu Pokoju (w Warszawie) Zbigniewa Zarębę i wyniki ostatniego Maratonu Warszawskiego wydrukowane w postaci broszury.

Bywa, że pytają mnie Podopieczni, dlaczego Bieg Chomiczówki jest biegiem kultowym. Właśnie dlatego. Że był wtedy, kiedy po ulicach jeździły maluchy i polonezy, a trenujący po osiedlu biegacze byli zjawiskiem równie rzadkim jak dinozaury. My jesteśmy dinozaury z tamtej epoki.

Pamiętam biegi w brei, biegi w mrozie. Wczoraj siedząc u ojca.prl pytałem, czy on pamięta, jak przyszli mi tam kiedyś kibicować z Jankiem. I Janek - pamiętał to, opowiadał mi dwa i pół roku temu - strasznie zmarzł, więc poszli z dziadkiem na herbatę do Leclerka. Ojciec.prl powiedział, że pamięta i to powiedział tak wyraźnie, jak już dawno mu się nie zdarzyło.

To kultowy bieg, bo to bieg pamięci. Bieg z poprzedniej epoki. Z jury, z kredy, z triasu. Kiedy żaden japiszon nie biegał, bo pojęcie nie istniało w socjologii. Kiedy mój ojciec był tak sprawny, żeby przyjść na bieg z moim synem. Kiedy oglądałem plecy Dzikiego.

Za pierwszym razem - dokładnie to był rok 1998 - pobiegłem 1:08:44 i przegrałem z Dzikim o 33 s. Anka była na mecie i mówiła, że po drugim kółku miałem sporą stratę, ale potem prawie go dogoniłem. Za drugim razem pobiegłem szybciej niż Dziki w poprzednim roku, ale Dziki poszedł w dzikie bieganie i przestał startować. Najszybciej pobiegłem w 2004 - 57:54. Miałem wtedy kompletnego doła, trenowałem jak oszalały, wyłem w życiu jak ranny tygrys, a rok później poznałem Moją Sportową Żonę. Wtedy, w 2005, pobiegłem "tylko" 59:00, bo byłem po mocnym biegu na 5 km (start jest godzinę wcześniej), zrobiłem tylko taki trening.

W 2006 pobiegłem słabo - 1:01:02. Ale mam fajne zdjęcie z finiszu. Dołączyła z grupy kibiców Dorosła Córka, wtedy na styku gimnazjum i liceum, trenująca lekkoatletykę w AZS AWF Warszawa.

Kiedy zaczęła się Kancelaria odkryłem treningowy aspekt tego biegu. To prognoza tempa na wiosenny półmaraton. Przy dobrze speriodyzowanym treningu wiosną da się nawet pobiec 21 km szybciej niż te 15.

Strasznie głupi dystans - 15 km. I w tym jest też urok Chomiczówki. Nigdy nie biegłem innej piętnastki, tylko tu (chyba jest jeszcze w Trzemesznie).

Rok temu wyszło 1:00:04. Jakoś mi ten bieg wypadł z głowy. Naprawdę nie zdołałem urwać pięciu sekund i wrócić do strefy poniżej godziny? Nie pamiętam. Pamiętam, że siedzieliśmy w knajpce nieopodal i Podopieczny Szczepan pokazał mi aplikację, dzięki której można zrzucić bieg z Garmina do sieci za pomocą ajfona.

Wypadałoby złamać godzinę, jeśli mam się wzbić w tym roku ponad wyżyny. Mimo zamulenia siłą i wytrzymałością. Trzeba w tym zamuleniu postarać się wytupać te 59 minut, jeśli myślę jeszcze o 2:49 w maratonie. Bo są starty po szczęście w słońcu (oby za chmurami) i są takie, w których wykuwa się formę w lodzie i na mrozie.

Będzie pewnie zimno. Zobaczmy się więc pod dachem. Będziemy z MSŻ, Dzikiego namówię jutro na ping pongu. Czekamy na spotkanie w Bakłażanie - ul. Conrada 15, jakieś 200 m od startu/mety. Zaczynamy się zbierać od 12.30. Kto się spotka?

17:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 04 stycznia 2016

Szedłem od rana do nocy, a noc zapadała późno. Nie tak jak teraz, w Sylwestra, kiedy trzeba szybko robić poranne wybieganie, bo zaraz po południu robi się ciemno. Bo to był środek lata 1987 albo 1988. Minąłem Mogielicę, najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego, ale tak się spieszyłem, że nie zanotowałem jej w sercu, tylko w komputerze - 1170 m npm. Komputerów oczywiście wtedy jeszcze nie było w przeciętnych domach, a zwłaszcza u studenckiej rodziny z małym dzieckiem.

Małym dzieckiem był Jaś. A ja zobaczyłem na mapie, że z Mogielicy schodzę na górę, która nazywa się Jasień. Na Jaśka mówiliśmy wtedy czasem Janeś, prawie tak samo. Więc myślałem sobie tamtego wieczora, czy mama Jasia go kąpie, czy już kładzie, jak minął mu dzień, jak zasypia.

Biegłem z tymi wspomnieniami na Mogielicę teraz, w Sylwestra 2015, taki sobie wymyśliłem czelendż. Bywają głupsze, córka gimnazjalistka mówiła, że na jutubie jest czelendż, żeby rozgnieść banana w spritcie i wypić; podobno się wymiotuje. Trasa na Mogielicę fantastyczna - nowa, nieznana. Bo po trzydziestu latach pamięć komputera by może coś odtworzyła, ale moja nie.

Nie wiem, czy wtedy był taki widok z polany pod Mogielicą. Teraz był.

 

Zjechałem z gór i jest dobrze. Po pierwsze dobra wiadomość: po napisaniu do Pani Dyrektor Biegu Chomiczówki dostałem pakiet z puli dla dziennikarzy/blogerów. Hurra. Będzie za dwa tygodnie weryfikacja moich planów bezczelnego sięgnięcia po życiówkę, która mi się już nie należy. Na razie udało mi się przez kilometr utrzymać tempo progowe - na koniec półtoragodzinnego treningu.

Mój plan treningowy, to więcej zapieprzać - tak jak mówi się brutalnie komuś, kto chce zgubić wagę: mniej żreć. Sobotnia struktura to jedyna rzecz, którą mam w miarę na sztywno ustaloną - 1,5 h powoli (pierwsza godzina z Moją Sportową Żoną, a potem jest jak z bicza) plus odcinek w tempie progowym; zacząłem od 1 km i co tydzień będę dodawał po kilometrze, pewnie do 6 km. Reszta to oczywistości - siła, siła, więcej kilometrów i jak najdłużej na uwięzi, bez włączania szybkości. To cały plan, Sten. A, i jeszcze plan na piątki: kończyć tekst do Newsweeka w czwartek wieczorem albo piątek całkiem rano. A potem robić długie wybieganie w drodze do pracy. Naprawdę długie. W pracy mam ciuchy, będę wymieniał, da się wszystko skleić z pracą. I z życiem rodzinnym.

Znów jest wieczór i znów trzeba kłaść syna spać. Kończę.

18:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Śnił mi się dzisiaj Janek, syn fotograf. W tym śnie miał sześć lat, było wiadomo, że umiera, przytulałem go, bo bał się śmierci. Naprawdę w ogóle się jej nie bał, to ja się bałem dwa lata temu.

Ten sen to dobry początek do postanowienia noworocznego, o którym już tu pisałem mimochodem, a teraz chciałbym huknąć z armaty. Chcę w 2016 roku zrobić życiówkę w maratonie. Z dedykacją (nie mam lepszego słowa, może "in memoriam" albo "w imię Janka" byłoby lepsze) dla Janka.

Poprzeczka wisi blisko nieba: 2:49:51. Wysoko.

Sześć dni po diagnozie Janka biegłem maraton. Byłem wtedy przygotowany na złamanie 2:55, przez stres ostatniego tygodnia i mocno ograniczony trening zdołałem pobiec 2:56. Wynik dobry, ale nie taki, żeby sobie go człowiek chciał wpisać na koszulkę. A Maraton Warszawski miał wtedy kapitalną koszulkę - czarną z białymi ósemkami, jak ze stopera; wystarczy na czarno zamazać odpowiednie białe kreski, żeby mieć wynik na koszulce. Naprawdę świetny projekt.

Kiedy przychodziłem do Janka w tych ostatnich trzech tygodniach opowiedziałem mu o tej koszulce. Jaś się zainteresował, miałem ją akurat w plecaku, wyciągnąłem, że mu pokażę. Ale koszulka była zafoliowana, Janek zaczął mnie powstrzymywać, że może nie warto dla niego niszczyć opakowania, że może mi się kiedyś przyda. Synku, ja bym Ci niebo otworzył, a nie tylko koszulkę. Rozerwałem, obejrzeliśmy koszulkę razem, Janek uznał, że zajebisty pomysł graficzny. I zostało mi dużo więcej niż nierozerwana folia - została tamta chwila.

Wróciło to do mnie przed przeprowadzką. Pakowałem koszulki biegowe do pudła, robiłem selekcję. Tej, wiadomo, nie wyrzucę. Ale co z nią zrobić? Trzeba nabiegać wynik, z którego będę dumny - i wpisać go na koszulkę. Nie wiem, czy życiówka jest jeszcze możliwa, ale chcę ją zrobić. Chcę trenować tak, żeby o nią zawalczyć.

W 2015 roku przebiegłem maraton równo o 10 minut wolniej od życiówki. Jeszcze utrzymałem się poniżej trójki, ale nie chcę balansować na tej linie. Chcę trenować lepiej, solidniej, Mały Yoda już podrósł, można przeorganizować życie tak, żeby starczyło czasu na mocniejszy trening. Można wstać wcześniej i pobiegać rano. Można uzgodnić z Moją Sportową Żoną dni, w które nie będzie mnie rano i nie ubiorę Małego Yody do śniadanka, nie zjemy razem i nie umyję mu ząbków. Można biegać do pracy albo z pracy, przy odpowiedniej logistyce ubrań na zmianę, przejazdów metrem, może to się obywać bez dużych kosztów czasowych i wizerunkowych.

Nie można biegać na swoim poziomie, jeśli zmniejszy się i tak niedużą u mnie objętość (standardowo 60-70 km tygodniowo) do poziomu debiutanta. A tak zrobiłem w zeszłym roku. Zwłaszcza, że to tu mam największą rezerwę, tu mogę szukać bodźca do rozwoju.

Moje postanowienie, to biegać - znów - dobrze. Wrócić na swój poziom. Moje cele: Chomiczówka (mam nadzieję, że dostanę jednak numer) poniżej godziny (15 km), półmaraton na wiosnę ok. 1:22, o ile uda się to pogodzić terminowo, a maraton poniżej 2:55, to co miałem zrobić dwa lata temu. To będzie półmetek, będzie się z czego odbić. I na jesieni atak na życiówkę. Którą sobie wpiszę na tamtą koszulkę.

Teraz, w Rabce, robię obóz. Właściwie to sam mi się zrobił, bo szkoda mi odpuszczać w tę grudniową wiosnę, biegam codziennie, sporo z MSŻ i z Sabiną-maratonką, a samemu jeszcze bardziej sporo - rekord to 27-kilometrowa wycieczka górska z Przełęczy Knurowskiej na Lubań.

Wszystko jest na zdjęciach. Podbieg na Maciejową i widok z nartostrady (kiedyś w Polsce padał śnieg i zimą jeżdżono na nartach, młodsi: Google):

Wieża widokowa na Luboniu i facet, który do niej dobiegł w 1:52 i dokładnie tyle czasu wracał na Przełęcz Knurowską. Czas łączny 3:44, a cały trening tutaj:

Na głowie mam zwiniętą kominiarkę narciarską, bo nie wziąłem czapeczki biegowej, a przed bieganiem byliśmy rodzinnie na nartach w Kluszkowcach. Bo Rabka to nie tylko bieganie, ale też narty, rodzina, święta i górskie wycieczki. Wyciągnąłem Małego Yodę - dosłownie, wózkiem - na Maciejową.

I skoro odcinek zaczął się o dzieciach, to niech też się dziećmi skończy:

Dobrego Nowego Roku. Życzę Wam tego, czym starałem się Was tu zainspirować. Biegania, treningów i żeby kochać dzieci. Mały Yoda zjada sernik.

 

16:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

Na zdjęciu jest to, co mi się dobrego zdarzyło w tym roku. Dobra zmiana. To, co spotkało nas najgorszego, transmitują w telewizji.

Kończy się rok, pora wydać numer świąteczny, świąteczny odcinek bloga. Następny będzie już noworoczny, z nową perspektywą z Rabki Zdroju. A teraz zamykam rok zanim zamknę drzwi na klucz i ruszymy w góry. Te góry. Te co na zdjęciu, no prawie te, bo na zdjęciu jest Babia Góra, a na Babią teraz nie dotrę, najwyżej na Mogielicę.

Na tym zdjęciu jest dużo dobrych rzeczy. Moja Sportowa Żona, którą tu akurat obejmuję, ale na której równie często się opieram. Jak mnie przytłoczy w pracy albo gdzieś indziej, to pomaga mi wszystko odgruzować w sobie. I stać mocno na nogach na tych kamieniach jak na zdjęciu. Tym zdjęciu.

Zdjęcie jest z obozu biegowego w Rabce, to była już piąta edycja, MSŻ pierwszy raz na obozie biegała. Trenuje. Wczoraj byliśmy razem na treningu (szczegóły po kliknięciu w obrazek). Mały Yoda został na godzinę z córką gimnazjalistką, a my pokręciliśmy Easy po Lesie Kabackim, MSŻ wróciła do domu, a ja dokręciłem drugą godzinę, bo szykuję się na dobry sezon. Najbliższy sezon.

Nie wiem dlaczego Garmin uważa teraz, że mieszkam w Piasecznie, a mieszkam na Kabatach i to też była dobra, bardzo dobra zmiana. Jak biegałem po Imielinie, to Garmin uważał, że to Raszyn. Ciekawe, czy jakbym biegał pod Trybunałem Konstytucyjnym, to by uważał, że to Przemyśl.

To zła zmiana. Ta w polityce. Można dyskutować z tą partią czy inną, czy podatek liniowy jest lepszy czy gorszy, czy transfer socjalny 500 zł do rodzin wychowujących dzieci ma sens albo jaki powinien być wiek emerytalny. To są normalne różnice programowe między partiami politycznymi. Kiedy władzę w demokratycznej Polsce przejmowały nowe ekipy, taki spór był naturalny.

Teraz władzę przejęła ekipa z innej galaktyki. Nie chodzi o to, żeby zmienić elementy polityki państwa, tylko, żeby zmienić państwo. Z demokracji na demokrację ludową. I wyprowadzić nas z Europy do mentalnej Azji albo od razu do Królestwa Bożego.

Marsz, marsz, nie samym bieganiem człowiek żyje:

Życzę nam wszystkim, żebyśmy za rok mogli bardziej cieszyć się ze zmian w Polsce. Im wszystkim życzę, żeby zeszli ze ścieżki niszczenia państwa na ścieżkę jego poprawiania. Bo nam życzę też, żebyśmy zobaczyli, co spieprzyliśmy. Dlaczego daliśmy władzy się zdemoralizować, oderwać od zwykłych ludzi i zgodziliśmy się na sytuację, że choć Polska rośne w siłę, są ludzie, którym nie żyje się dostatniej (młodsi: google).

Jeszcze dwie propozycje prezentowe. Wydawnictwo Galaktyka podesłało mi niedawno dwie książki, które mogę z czystym sumieniem polecić - nie za kasę, żeby była jasność - biegaczom, dla których fizjologia, technika i trening liczą się już bardziej niż motywacja i wiatr we włosach w opisach ultramaratończyków ultratrenujących do ultrabiegów. Obie napisał Kelly Starret. "Bądź sprawny jak lampart" jest piękniejsza, ale graniczy już ze studiami licencjackimi z fizjologii. "Gotowy do biegu" - skromniejsza, ale rewelacyjnie zmieniająca myślenie o sprawności biegacza. Nie samym bieganiem biegacz żyje.

To hasło lansuję też na treningach KS Staszewscy. Więc ostatnia podpowiedź prezentowa to nasz bon: na treningi, na plany noworoczne dla biegaczy, na uczestnictwo w społeczności, która się tworzy wokół treningów wspólnych, obozów biegowych albo takich spontanów, jak ostatni Bieg Wolności wymyślony przez Dzieci Turbacza (młodsi: Facebook). Niestety już nie wokół bloga, czego żałuję. Ale może uciekliście stąd masowo, bo się Wam znudziłem, jak Platforma Obywatelska.

Szczegóły po kliknięciu w bon. Zostańcie z bonem.

Nie, jednak zostańcie z życzeniami. Żebyśmy przy świątecznym stole potrafili mówić ludzkim głosem. To jest pierwszy warunek do lepszego roku 2016.

18:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 14 grudnia 2015

Jeszcze przed zdjęciem robimy demokratyczną na radę. Czy zabieramy flagi na trasę i zmieniamy się co 5 minut, czy jednak zostawimy je w samochodzie, bo specjalnie przejechaliśmy te 600 m samochodem. Aklamacja decyduje: flagi po fotce zostają.

Zdjęcie mało wyraźne, bo raz, że deszcz, dwa, że smoleńska mgła nad Polską, a trzy, że nie przestawiłem ajfona na zdjęcia - i przechodząca miła pani zamiast zdjęć zrobiła nam dwa dwusekundowe filmiki. Filmik kręciłem dzień wcześniej pod Sejmem: "Kto nie skacze ten z kaczorem". Kto ma mnie w znajomych na Facebooku, może zobaczyć, a kto nie ma, zapraszam.

Ruszyliśmy w niedzielę rano na godzinną przebieżkę nazwaną Biegiem Wolności. Gdyby Wolność była gigantyczną kobietą wielkości amerykańskiej statui i mieszkającą na Placu Defilad, to nasze bieganie w żaden sposób by jej nie pomogło. Ale wolność jest w ludziach, w relacjach między nimi, a dopiero na kolejnym stopniu w relacjach między ludźmi, a władzą. Poszerzyliśmy sobie pole wolności. Zwłaszcza w sobotę na wielotysięcznym marszu (nie mam lupy w oku, żeby przesądzić, czy było 15 czy 50 tys. - ale na pewno było dużo więcej niż oni się spodziewali i niż my się spodziewaliśmy). Zobaczyliśmy się, nie garstka oszołomów, ale solidny najgorszy sort.

Biegaliśmy wolno.

Moja Sportowa Żona skończyła po jednej pętli w Lesie, a ja miałem wynegocjowane już wcześniej, że dokręcam do dwóch godzin. Trochę przyspieszyłem, ale i tak wyszło wolno. Bieg wolności.

Wszystko mi się teraz z polityką kojarzy, makrocykl treningowy też. Zima wasza, wiosna nasza - napisałem już tu kiedyś, ale teraz myślę o tym inaczej. Nie chodzi chyba o to, żeby zakasować PiS, co latami wmawiała nam PO, w co gorąco wierzyłem. Chodzi o to, żebyśmy kiedyś wszyscy - poza nieuleczalnymi oszołomami - poczuli się, jak w wolnym kraju. Jak to zrobić - nie mam pojęcia. Po Smoleńsku może to być zresztą potwornie trudne. Ale od czegoś trzeba zacząć. Chyba od tego, żeby na zacietrzewienie i wyzwiska o gorszym sorcie uśmiechniętą demonstracją odpowiedzieć.

Zaczynam od kompletnej rozsypki. Pewnie w wyścigu na 10 km miałbym dziś około 41-42 minut, około 3 minut wolniej niż w Biegu Niepodległości. Albo inaczej: zamierzam w takim tempie pobiec wiosenny maraton, a jesienny szybciej. Zaczynam od spokojnego budowania wytrzymałości. A raczej podstawy pod wytrzymałość. Do tego siła, dużo siły. Dziś przed kolegium w Newsweeku były podbiegi na Górce Latawcowej. Ona nie jest może przesadnie wygodna do biegania, zaledwie 45-sekundowa, minutowy podbieg się tu już nie zmieści. Ale kończenie podbiegu z widokiem na zielony las z jednej i domki z klocków Guliwera z drugiej strony - ma swój urok. Zwłaszcza, jeśli potem jadę na kolegium i dostaję temat: jak polityka skłóca rodziny.

Przed świętami jak znalazł. Problem mamy tylko ze znalezieniem takich rodzin. Żona z mężem, mąż z byłą żoną, dzieci i rodzice, dziadkowie, u których spotkamy się na świętach ze szwagrem itp. Do jakiego stopnia można się różnić, żeby dobrze żyć ze sobą w jednym domu.

Jeśli ktoś chce się podzielić - dziś, we wtorek, ewentualnie w środę swoim doświadczeniem - proszę o mail do reportera, oddzwonię: wojciech.staszewski@newsweek.pl.

16:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 grudnia 2015

Zbiórka o ósmej rano. Nie ja za tym stoję. Ale ja w tym biegnę. A wymyśliły to i organizują Dzieci Turbacza. Fejsbukowa społeczność naszych obozowiczów. Bieg Wolności na 13 grudnia.

Żeby wejść, należy kliknąć w obrazek

Utopią okazało się myślenie, że zjedziemy się wszyscy w jednym miejscu i pobiegniemy naraz. Chociaż Nadzieja ze Szczecina, która pierwsza rzuciła hasło (Nadzieja to imię, ale trudno nie zauważyć, że brzmi znacząco) była gotowa przejechać pół Polski. Ostatecznie formuła jest taka (o ile dobrze rozumiem to, co wymyślił dyrektor Rafał), że każdy biega u siebie, najlepiej w towarzystwie, a potem wszystko się przez Endomondo zliczy. Można wystartować między 8 a 20., ale są punkty zborne - o 8.00 w Warszawie na Kabatach (stacja metro) i na Młocinach (szlaban przy McDonaldsie), ma być punkt w Szczecinie, Łodzi... A cel jest taki, żeby razem był więcej niż granice Polski nazwane w przezabawnym memie granicami absurdu. Czyli 3511 km.

Naprawdę chyba cel jest inny: zrobić coś, kiedy nic nie można zrobić. Komuna może wszystko. Dygresja: tutaj na piśmie to oczywiście figura metaforyczno-retoryczna, ale w rozmowie z Moją Sportową Żoną całkiem spontanicznie powiedziałem, że komuna chce przejąć media. Komuna, wrogowie Polski. Mieliśmy u władzy cyników, mieliśmy ich dosyć, to teraz mamy komunę - wrogów wolności.

Więc chociaż pobiegniemy. Żeby nie stać w miejscu. Kto stoi, daje się rozwalić komunie.

Kto chce pobiec z nami - ze Staszewskim, z MSŻ, z naszymi znajomymi i nieznajomymi - zapraszamy do grupy Kabackiej. 13 grudnia o 8.00 rano przy stacji metra Kabaty od strony lasu.

Od soboty miałem zacząć treningi. Ale nie wytrzymałem i na regularny trening poszedłem już w czwartek. A w sobotę było już 1,5 h w tolerowalnym jak na dziś tempie 5:38. Wyszedłem z domu dokładnie o 8.00, co oznacza dla mnie pewną mobilizację. Mobilizacja to też dobre słowo na dziś, jak nadzieja.

Zawalczę w rozpoczynającym się sezonie o życiówkę maratońską. Serio. Z nadzieją. Chociaż wiem, że nie zawsze da się wygrać ale sensem jest walka. Walka, nadzieja, mobilizacja. Nie chcemy komuny forever.

17:50, wojciech.staszewski
Link Komentarze (35) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 117
| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam