Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 24 listopada 2014

Przygoda zaczyna się dla mnie w środę koło południa. Stoję na poboczu, mży i nagle z piskiem opon w lekkim poślizgu hamuje koło mnie stary zaporożec. Kierowca otwiera drzwi i nerwowymi ruchami każe wsiadać.

Ale po kolei. W środę koło południa docieramy do Kovla, pierwszej dużej miejscowości po stronie ukraińskiej. Zastęp biały po nocnej szychcie siedzi w busie i czeka na szychtę wieczorną. Przed busem jedzie milicja na sygnale, a przed milicją biegną Mirek i Milan z żółtą pałeczką.

1Po lewej stronie szosy widać kilkudziesięcioosobową grupkę powitalną. Ukraińskie flagi, dzieci z wyszywankami, baby z chlebem i solą. Przyjmowałem już przy poprzedniej wiosce taki chleb jako zastępowy białych, bo naszego kapitana (d. Biegający Szef) czyli Piotra nie było w busie, jechał z panią konsul w jej samochodzie.

Zarządzam, żeby wyjść i dołączyć do biegnących z pałeczką, ale że charyzmę mam niewielką i w dodatku mówię niewyraźnie, sytuacja rozwija się spontanicznie nieco inaczej. Biegacze dobiegają do grupki powitalnej, a ja gonię Mirka i Milana. Dołączył do nich jeszcze miejscowy biegacz, Serhij, wtedy jeszcze nie znam jego imienia.

Dobiegamy do skrzyżowania - prosto obwodnicą na Kijów, w lewo do centrum. Milicja każe biec prosto, taki mają prikaz. Serhij się wścieka, bo w centrum czeka burmistrz z chlebem i solą. Biegniemy prosto, Serhij gdzieś znika, potem się okaże, że telefonował do burmistrza. Ja czuję, że mam coś konkretnego do zrobienia, biegiem do samochodu pani konsul i kpt. Pacewicza, mówię jak jest, pani konsul dzwoni do burmistrza, on jest akurat w Łucku, może witać ma nas wiceburmistrz, ale nie wiadomo do końca. Podobno jest jeszcze koło mostku droga w lewo do centrum, może tam skręcimy.

Wyskakuję z samochodu wracam biegiem do Mirka i Milana, przekazuję wieści. Biegnę jeszcze z kilometr i postanawiam wracać do busa. Staję na poboczu, czekam. O rany, a jeśli bus pojechał przez centrum i zostanę tu sam w środku Ukrainy? Zastanawiam się, czy nie gonić szpicy sztafety i wtedy hamuje przy mnie (wężykiem, wężykiem) zaporożec, w środku Serhij każe wsiadać. Dzwonił gdzieś, rozmawiał z władzą i trzeba teraz powiedzieć milicji, że ma skręcić w lewo. Ale nie mamy jak dojechać do milicjantów, bo odgradza nas TIR, wyskakuję i doganiam radiowóz. Milicjant też już z kimś rozmawia, w końcu odkłada słuchawkę i pokazuje jaka jest decyzja: jechać prosto.

Doskakuję jeszcze do Mirka i Milana, biegną już trochę wolniej, bo to nie jest radosne bieganie w deszczu, tylko żmudne przedzieranie się przez wilgotny chłód. Przekazuję, co jest, czekam na busa, wskakuję, tam już są oba zastępy (nie wiadomo zresztą jak się mieszczą z wszystkim bagażami), opowiadam, że czuję się jak w książce Stasiuka, to gadanie-howorenie z milicją, z Serhijem, ten zaporożec. Serhija też zaraz zgarniamy na chwilę do busa i Marta z Newsweeka, która ma ukraiński w małym palcu, a Ukrainę w wielkim sercu wypytuje Serhija o Ukrainę i zaporożca. Ma 24 lata i chociaż jest strasznym rupieciem, to Serhij nie zamierza go wymieniać, tylko zrobi mu remont i będzie jak nowy. Niezła metafora do tekstu, który na razie spoczywa w katalogach redaktorów Newsweeka.

Długa historia? Tak, nawet przydługa. Ale po trzech dobach z hakiem, w których przebiega się całym teamem 780 km zmienia się perspektywa, co długie, co krótkie.

Większość zmian to bieg w ciemności. Wysiadasz z busa, odbierasz pałeczkę od poprzedniej osoby i biegniesz przed eskortującą nas cały czas milicją (a w Polsce policją). W Polsce droga prowadziła przez wsie, były jakieś domy, jakieś życie. Na Ukrainie - droga prosta jakby ją Stalin narysował od linijki i praktycznie żadnych miejscowości po drodze. Pola, pola, las, a przeważnie ciemność, która i tak nie pozwala tego odróżnić. Między polami szaleje wiatr i zaśnieżony deszcz, który towarzyszy nam przez połowę drogi pada bardziej poziomo.

Teraz ważne. Na tytułowe zawołanie "Sława Ukrainie" odpowiada się "Gierojom sława!". Dostałem już na FB i na maila parę gratulacji. Chciałbym to bardzo sprostować: nie byliśmy żadnymi bohaterami. Biegaliśmy po 10 km, statystycznie raz na dobę. To jak lekki trening.

Trudniejszy był brak regeneracji. Po pierwszej nocnej zmianie (od 2 w nocy do 8 rano) mieliśmy 6 godzin integracyjnego gniecenia się w busie i kolejną, wieczorną zmianę, na której z różnych względów (opowieść na pięć akapitów, więc zrezygnuję) musiałem przebiec 14 km. Przez cały dzień do jedzenia były plastrowany ser (odkrycie roku: Ramzes), chrupkie pieczywo, batony, banany, jabłka itp. Sen? U mnie: godzina w nocy, podczas pierwszej szychty i pół godziny w dzień, kiedy jechaliśmy z żółtymi. Więc na mojej 14-kilometrowej szychcie dostałem ściany. A w tym biegowym matriksie (ciemność z boku, reflektory milicji z tyłu i droga jak sznurek) człowiek głupieje, więc dopiero pytanie z okna wyprzedzającego mnie busa, przypomniało mi, że mam w kieszeni batona energetycznego i snickersa jeszcze z Polski. Zjadłem i przyspieszyłem pod koniec. Zrobię zrzuty z Garmina, chociaż tempa się wstydzę. A trzeci odcinek, najszybszy, się nie zapisał, bo Garmin padł.

Po drugiej szychcie mały busik odwiózł nas do hotelu. O 23 zjedliśmy wszystkie posiłki, o których marzyliśmy cały dzień. Wziąłem tłustą, żyrną zupę soliankę, moje ulubione pielmienie i jeszcze dostałem kawał słodkiego naleśnika od Marty.

23

Po trzeciej trafiliśmy do hotelu, w którym był już zastęp niebieskich - Kamila (d. Tokowy) i Dzikiego. Tu poznaliśmy ludyczną twarz Ukrainy, było wszystko oprócz wina, które kojarzy się przecież z ciepłymi krajami śródziemnomorskimi, a nie z stepem i mrozem. Integracja - budowana pieczołowicie w tych ciasnych busach, jak wytrzymałość na długich wybieganiach - w hotelowym pokoju osiągnęła apogeum. A rano, niemal o świcie wszyscy karnie zjedliśmy hotelowe śniadanie (kotlet z piersi kurczaka z ryżem) i ruszyliśmy do Kijowa. Tam czekając na szpicę sztafety (tym razem biegł zastęp czerwony) zrobiliśmy małą rozgrzewkę z rytualną deską. Dołączyło kilkudziesięciu ukraińskich biegaczy i razem, z czterema pałeczkami - białą i czerwoną, żółtą i niebieską dobiegliśmy na Majdan.

45

A teraz najważniejsze. Jeśli ktoś przeczytał te wszystkie słowa, to po to, żeby dojść do tego akapitu - podobnie jak my biegliśmy tyle kilometrów, witaliśmy i byliśmy witani, słuchaliśmy przemówień i przemawialiśmy (ustami kpt. Pacewicza tłumaczonymi na wszechobecny tam rosyjski przez Beatę lub na ukraiński przez Martę)... Wszystko po to, żeby wysłuchać na Majdanie ukraińskiego hymnu i zaśpiewać tam polski hymn.

6Wszyscy pękli. Ja wprawdzie płaczę nawet jak Stochowi albo Kowalczyk grają hymn za złoty medal, ale to inny płacz - duma i wzruszenie. Tutaj było coś innego. Najładniej ujęła to Magda z PolskaBiega: "Ja nie pamiętam lat 80., ale teraz poczułam się taka szczęśliwa, że żyję w wolnym kraju". Magda wyszeptała mi to do ucha, kiedy objęliśmy się po bratersku jeszcze z wilgotnymi oczami. I tego "tulimy" było tam więcej.

Ja pamiętam lata 80. Kiedy śpiewałem, sercem z kardiomiopatią przerostową lewej komory (jak to u sportowców) i głosem czystym jaki nigdy, stanęły mi przed oczami wszystkie te msze za ojczyznę w kościele księdza Popiełuszki, tłumy na papieżu, pod uniwersytetem i wszystkie te demonstracje, na które byłem za mały, ale widziałem zdjęcia w podziemnym pisemku PWA (młodsi: google). Ukraińcy, wierzę, idą tą drogą. I wierzę, że dojdą, że będą kiedyś szczęśliwi z wolności.

Po co tam biegłem? Wiadomo: żeby odkrzyknąć na tytułowe zawołanie "Gierojom sława!". Oddać im cześć, zdejmując czapkę przy pomniku Nebesnej Sotni czyli zastrzelonych na Majdanie. Ale to wiedziałem jeszcze przed biegiem.

Po biegu dowiedziałem się, że pobiegłem najbardziej po to: poczuć to szczęście, że hymn Polski jest hymnem wolnego kraju. Poczuć to całym sobą - jak człowiek, jak biegacz, jak dziennikarz. I jak dziennikarz napisać o tym w przydługiej relacji.

Moje serce bije teraz trochę bardziej na wschód. Kiedy stoję twarzą na północ przesuwa się odrobinę w prawo, a kiedy twarzą na południe, to chce wyskoczyć z klatki w lewą stronę.

Do tekstu, który leży w zamrażarce, Marta rozmawiała z Kolą, ukraińskim biegaczem. Mykola Rudyk miał życiówkę 2:14, zrobił ją zresztą w Dębnie. Na Majdanie został ranny, stracił oko, kilka centymetrów uratowało mu życie, był operowany w Polsce. Teraz truchtanie z psem sprawia mu problem. Niczego nie żałuje, zrobiłby to samo. Gierojom sława.

Ostatnie honory oddaliśmy Ukraińcom podczas drugiego, wieczornego wystąpienia na Majdanie. Tam już była scena, zaplanowane występy i przemowy. Patosy i frazesy, wiem, bo polskiego polityka mówiącego po polsku przecież rozumiałem.

I nagle na scenę wyszli: kpt. Pacewicz, Kamil (d. tokowy), który akcję wymyślił i newsweekowa Marta (fot. Mirek Bieniecki). Powiedzieli parę słów ludzkim językiem, Marta przetłumaczyła. A na koniec zagrały pałeczki:

7

 



00:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 17 listopada 2014

Po Fejsbuku chodzi taki zabawny obrazek: co robi biegacz przed treningiem. Musi załadować empetrójkę muzyką, uruchomić aplikację na smartofnie, która pozwoli wrzucić trening na Fejsa i jeszcze zrobić sobie selfie na instagrama. A co miał do zrobienia 18 lat temu? Zawiązać sznurówki.

Nie wiem, czy na tym obrazku jest porównanie do 1996 roku, ale tak napisałem, bo od tego roku biegam na serio. Jestem też na tyle nowoczesny, że też to wszystko mniej więcej robię i na tyle staroświecki, żeby mnie to jednak dziwiło.

Bieganie zwłaszcza wolnych treningów bez audiobooka mnie nudzi. Endomondo nie używam (zrobiłem to ze dwa razy, jak mój Garmin miał kłopoty), ale zależy mi na monitorowaniu treningu. Selfie z biegania - zdarzało się, widzieliście.

Wyszliśmy z bieganiem na agorę, a agora dziś to nie plac w środku miasta ani wydawnictwo w stolicy Polski, ale cyfrowa globalna wioska.

Sztafety Polska Biega 2008 i 2009. Przed wyjazdem mieliśmy zaplanowaną trasę i zapewnione noclegi, szkoły, które chciały się włączyć ze swoimi dzieciakami i mniej więcej tyle. No i jeszcze zawiązać sznurówki.

Sztafeta Biegiem na Majdan. Wczoraj mieliśmy trening na Agrykoli. Jak się wejdzie w link można zobaczyć filmik na wyborcza.pl. Od dwóch tygodni działa fanpejdż na Fejsbuku. Będziemy tam wrzucać materiały z biegu, bo dziś każdy jest chodzącą stacją nadawczo-odbiorczą, latającym reporterem i operatorem smartfona. Liczy się promocja, jak na rynku.

Ładnie mówił biegający były szef, że wolność w bieganiu kojarzy się z tą wolnością, która hula po Polsce i o którą trzeba walczyć na Ukrainie. Biegniemy na Ukrainę nie dla blichtru, nie dla kasy, więc nie jest to rynek finansowy, ale rynek idei. Użyjemy do ich promowania rynkowych narzędzi.

No i zapomniałbym o promocji partnerów. W pakiecie działań dostałem dwa zadania: zapewnić pałeczki sztafetowe (kiedy na zebraniu sztabu pokazałem lekkie pałeczki aluminiowe Polanik w kolorach Polski i Ukrainy, to wszyscy oszaleli z zachwytu) i czołówki (trzy sztuki dla biegacza i dwóch osób towarzyszących). Poprosiłem o nie dystrybutora chwalonej przez Dzikiego marki Black Diamond. Dali nam ten sprzęt, a ja obiecałem, że go w podziękowaniu pokażę na blogu.

Pałeczki Polanik wyglądają tak:

2

A Dziki z czołówką Black Diamond tak:

3

Rynek w bieganiu - pisaliście o tych biegach, które kosztują setki złotych i triathlonach, które są jeszcze droższe. Co będzie w Polsce pierwsze? 10 tysięcy biegaczy w maratonie, czy 1000 zł wpisowego na triathlon? Opowiedziałem o tym szefowi działu gospodarczego w Newsweeku, może kiedyś napiszą.

Na dzisiejszym kolegium redakcyjnych robiłem nawiasem mówiąc takie notatki:

1

Magazyny o bieganiu. Kto pamięta "Jogging"? Wzruszający dziś periodyk, myślę, że grafika taka jak wyżej mogłaby spokojnie trafić na łamy. Filatelistyka wśród mercedesów.

Potem przyszło "Bieganie", z którym współpracuję do dziś, a na Ziemiach Zachodnich zakorzenił się "Runners World". Polska zaczynała biegać, aż tak się rozbiegała, że powstał rynek. Wybiegają teraz na agorę chłopcy-gazeciarze, każdy chyba tygodnik ma swój ekstra dodatek biegowy, powstają nowe pisma.

No i teraz słuchajcie. Syn Marnotrawny tego bloga, nasz Quentino zadzwonił do mnie jeszcze w lecie, że szykuje nowe pismo biegowe. Przyznam, że nie wierzyłem, że to się uda, bo jestem chyba trochę sceptyczny do dużych przedsięwzięć poza Małym Yodą, ale to w pewnym sensie na razie bardzo malutkie przedsięwzięcie. Ale obiecałem Quentinowi, że jak się numer ukaże w kioskach, to poinformuję. Bo fajnie jest, kiedy naszym się coś udaje.

I jest tutaj: www.runtimes.pl. Pierwsy numer można sobie pobrać za darmo. Na rynku nazywa się to promocją. Promocją magazynu, bo biegania już nie trzeba promować, przynajmniej w Polsce.

22:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (26) »
poniedziałek, 10 listopada 2014

Metafora pojawiła mi się gdzieś między poduszką, a snem, kiedy myślałem, jak to wytłumaczyć biegaczom, którzy nie są dziennikarzami. (Bo wprawdzie dziennikarkami na blogach są już wszystkie biegające panny, ale zdarzają się jeszcze biegacze, którzy się nie uważają za).

Metafora taka: stajesz na starcie maratonu, zaczynasz z lekką obawą (w dziennikarstwie: szukasz tematu), ale na piątym kilometrze znajdujesz rytm (i temat), na dziesiątym lekko przyspieszasz (umawiasz się z obiecującym bohaterem na wywiad), na dwudziestym przyspieszasz jeszcze mocniej (bo wywiad okazuje się rozmową z ciekawym człowiekiem), a na trzydziestym zaczynasz długi finisz (bo rozmowa wyszła, bohater się otworzył i umiał o tym mówić). "W zimę stulecia szedłem pięć kilometrów przez kopny śnieg, żeby się napić". Itp. Rozmowa pod mocnym aniołem.

I kiedy jesteś na czterdziestym kilometrze (oddajesz tekst, redakcja uśmiechnięta, przesyłasz go do autoryzacji), to ci nagle zdejmują oznaczenia kilometrowe i zwijają metę. Nie ma tego biegu. "Nie ma tego wywiadu, nie zgadzam się na publikację".

Trudno jest siebie ot tak przeskoczyć, gdy poprzeczkę w podskoku ściągają. Młodsi: google. A w Newsweeku nie ma tekstu Reportera Spraw Codziennych.

Na blogu panien wkurzonych byłoby teraz napisane, jak poszły tę frustrację wybiegać. Ja poszedłem w sobotę na ostatnią dychę w Grand Prix w Lesie Kabackim - żeby utupać punktów potrzebnych do podium w klasyfikacji wiekowej w punktacji końcowej. Utupałem, ale w jakim stylu. Szkoda, że nie zdjęli mety, nie byłoby wstydu. Drugi czas sezonu od końca, brak i szybkości, i wytrzymałości, i woli walki.

Powtarzam Podopiecznym: Każda porażka jest o tyle dobra, o ile wyciągnie się z niej wnioski. Wniosek jest tutaj prosty: samo się nie wytrenuje. Skoro miałem lekką kontuzję (fizjoterapeuta szybko ją zdusił, nie warto odwlekać takich interwencji) i małą przerwę, to nie mogę pobiec dziesiątki na poziomie podobnym do Półmaratonu Kampinoskiego. Bo gdyby tak było, to nie trzeba by był w ogóle trenować. Albo robić sobie ciągle starty na świeżości. Nie ma cudów: wybiegasz tylko tyle, ile wcześniej wytrenowałeś.

Konkretnie? Na wiosnę chcę podciągnąć szybkość. W zimie i tak trzeba robić siłę i wytrzymałość, ale objętości będą trochę mniejsze, za to tempo bardziej zbliżone do Tabel Danielsa. Raczej 5:00-5:15, a nie 6:00-6:30. No chyba że z wózkiem.

Wózek biegowy stał się na jesieni moim przekleństwem treningowym. Generalnie jestem na tak: mało jest tak fajnych rzeczy w rodzinie z małymi, jak wózek biegowy. Można połączyć spacer z dzieckiem, przebywanie z nim, łono natury i bieganie. Bomba emocjonalna. Ale nie można sobie zaliczać niewygodnego truchtu bez użycia rąk jako treningu. Można robić taki godzinny podkład pod trening, ale potem trzeba oddać żonie/mężowi wózek, wrzucić drugi bieg i przyspieszyć, a nie jechać na jedynce przez kolejne 45 albo 60 minut.

Trening to jest jednak trening. A spacer biegowy z wózkiem treningiem nie jest. Tak jak musiałem kiedyś przestać zaliczać sobie podbieganie z bankowcami jako trening interwałowy, tak w przyszłym sezonie nie będę sobie zaliczał truchtów wózkowych jako długich wybiegań.

Idzie zima, zbliża się Ukraina. Tak biegaliśmy w środku lata w Borach Tucholskich - z Moją Sportową Żoną i Małym Yodą w wózku biegowym.

1243

To se vrati.

A meta jest ciągle przed nami. Póki trening trwa.

23:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 03 listopada 2014

Polska Biega. W Lesie Kabackim i na Ukrainę. Bo bieganie, to nie tylko bieganie, jak napisaliśmy sobie kiedyś na stronie Kancelarii mając na myśli, jak ważny jest stretching i trening wzmacniający.

Na zdjęciu Moja Sportowa Żona nie tyle się rozciąga, co pozuje do zdjęcia. Zaraz ruszy na pierwszy taki sprawdzian w życiu: 10 km w Lesie Kabackim.

1

A my za dwa tygodnie ruszamy na Ukrainę. Uhonorujemy Majdan, tak jak należy się takie uhonorowanie stoczniowcom z 1980 r., tym, co w 1989 r. burzyli pomnik Dzierżyńskiego w Warszawie, mur w Berlinie albo w 2013 zrywali kajdany w Kijowie. Ale tak naprawdę, to o co chodzi?

Zaczęło się 4 czerwca tego roku. Po wymyślonym przez Roberta Korzeniowskiego Biegu Wolności Kamilowi zwanego tu Tokowym (teraz właściwsze byłoby: Kamil Pierwszy z racji dyrektorowania PR I PR) zaczęło biegać po głowie, żeby pobiec z wolnością na ustach na większą skalę. Taką jak w Polska Biega, kiedy to rok po roku w dwóch sztafetach na cztery wiatry biegliśmy przez Polskę zachęcając ją do biegania. A że Polska już biega, to Kamil wymyślił, żeby biec na Ukrainę, a Pac, ojciec Polska Biega - zwany tu niegdyś biegającym szefem - zapiał z zachwytu i zaczął dorzucać piętrowe wizje.

Też przy tym byłem i powiedzieć, że byłem sceptyczny, to mało powiedzieć. Byłem adwokatem niemocy, przekonywałem, że się nie da. Sprawa przycichła, przez kraj przetoczyły się wakacje, przez moje życie dodatkowo urlop tacierzyński. A kiedy Kamil z Pacem wszystko naprawdę zorganizowali, wyciągnęli do mnie sztafetową pałeczkę i pozwolili dołączyć do ekipy.

Biegnie nas dwadzieścia parę osób, z tamtych sztafet będzie jeszcze - pamiętam ludzi z moich zastępów - Dziki, bo jakże by inaczej i znajoma celebrytka Beata S. I będzie Marta C., z którą siedzę teraz biurko w biurko, a która ma nie tylko faceta Ukraińca, ale też kompletnego hopla na punkcie tego kraju i wie o nim wszystko. Np., że to śmieszne, żeby bać się wojny po drodze z Lublina do Kijowa.

Kiedy wypytywałem Martę o Ukrainę zdałem sobie sprawę, jak mnie ta kraina ciekawi. Bo najpierw, kiedy Pac poprosił, żeby napisać "po co biegnę", uderzyłem w duszy w wysokie surmy: że Polska jak wywalczyła wolność, to się najpierw bogaciła, a potem zaczęła biegać i dbać o siebie, bo taka jest kolej rzeczy w demokratycznych społeczeństwach i my teraz z dobrą biegową nowiną biegniemy do kraju, który się dopiero na niepodległość wybija. Dopiero, kiedy mi patriotyczna pałeczka opadła, obudziła się we mnie ciekawość.

Ukraina. Kraj, z którego przyjeżdżają do Polski dzielne kobiety zarabiające poniżej swoich kwalifikacji na utrzymanie swoich rodzin, podobnie jak całe pokolenia Polek jeździły do Niemiec czy na inny Zachód. Kraj, w którym mieszkają Kenijczycy, brutalnie zabierający czołowe miejsca polskim biegaczom na zawodach w Biłgoraju, Trzemesznie bądź Chodzieży, podobnie zresztą jak nasi jeździli kiedyś wygrywać w Lipsku albo Frankfurcie. Kraj, w którym walczą o wolność, godność i solidarność. Kraj, gdzie milicja została powołana do brania łapówek, kraj, gdzie bida z nędzą i chałupy jak za Bohuna, kraj gdzie step bezkresny i pójdę nocą w pole z koniem.

Tuzin stereotypów. A jak tam jest naprawdę? Co zobaczymy, co nam zostanie w głowach, co w sercu. Spróbujemy napisać z Martą do "Newsweeka", chociaż nie wszystko da się przecież wystukać słowami.

Biegniemy na Ukrainę z przesłaniem biegania i wolności, to już wiem. Ale ciekawi mnie z czym wrócimy.

21:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (46) »
poniedziałek, 27 października 2014

O 7 rano budził mnie sms. Albo przychodził o 2 w nocy. "Napisz coś o Spartanach". Jak odpisałem coś wymijającego, to za sekundę miałem telefon. Marcin Żuk, w tamtym czasie rzecznik (a także chyba silnik) Spartan, charytatywnej grupy biegowej, świetnej inicjatywy Michała L. i Jacka G.

O Spartanach napisała na pewno Gazeta Stołeczna w relacji z konferencji prasowej Maratonu Warszawskiego, bo kiedy oddział wbiegł kłusem na salę konferencyjną w Centrum Olimpijskim, to zrobiło to wrażenie na wszystkich dziennikarzach. Ale chyba nie moim piórem, od paru lat chodzę na konferencje Maratonu po Prawdziwej Warszawie jako przyjaciel imprezy, a nie dziennikarz.

Obiecywałem, że o tych Spartanach napiszę, ale ciągle nie mogłem znaleźć klucza, żeby nadać tematowi odpowiednią rangę. Klucz dostarczył mi nieoczekiwanie nasz Paweł, który z Maćkiem na wózku może przebiec każdy maraton poza Dębnem, bo tam z wózkiem nie wolno. Napisałem tekst o Pawle i Maćku, rozszerzyłem perspektywę na charytatywne bieganie (SiePomaga itp.) i dałem cały rozdział o Spartanach. Zredagowany tekst został zaplanowany do kolejnego numeru Dużego Formatu albo Witamy w Polsce, nie pamiętam. I wszystko byłoby pięknie, ale w ostatniej chwili redakcja dodała tam moduł reklamowy i trzeba było tekst znacznie skrócić. Wypadł fragment o Spartanach.

Wiosną 2014 r. Marcin objawił się w grupie czterech ultra-ultrasów, którzy robią cykl 4deserts - 4 wieloetapówki po pustyniach świata, 250 km każda. Andrzeja i Marka znam od dawna od strony zawodniczej, Daniela poznałem teraz. Ale jaki w tym temat dla Newsweeka (a nie dla Biegania)? Zresztą nie wiedziałem, czy moje obietnice dane Marcinowi jestem bardziej winien Spartanom, czy Marcinowi i jego kolejnym projektom.

We wrześniu Marcin przeprowadził, jak to określił psychiatra w tekście w Newsweeku, projekt eschatologiczny. Mnie trzepnęło to mocno. Jak to możliwe, że taki gość, z taką energią, ponadludzką, z entuzjazmem, z chęcią pomocy innym i to naprawdę, głęboko, a nie dla poklasku (upewniałem się w tym zbierając materiał do tekstu)... Jak bo możliwe, że taki gość tylko sobie nie umiał pomóc?

Tekst "Kredki na pustyni" jest w dzisiejszym Newsweeku, do kupienia w kioskach, w internecie na razie zajawka, za jakiś czas pewnie w sieci całość, Rob pewnie podlinkuje. Od oddania tekstu do druku zastanawiam się nad bieganiem. Bo bieganie, to nie zawsze tylko bieganie. Dla Marcina w Spartanach było to zadanie, był to środek do charytatywnego celu. W 4deserts było to wyzwanie, które musiał porzucić w połowie. Często mówi się o tym, jak bieganie odstresowuje, wyluzowuje, pozwala zwiększyć dystans. Pisząc o Marcinie (i przy tym o Spartanach i o 4pustyniach - więc obietnica spełniona) zobaczyłem, że bieganie może mieć o wiele głębsze i nie koniecznie tak dobroczynne uwarunkowania psychologiczne.

Od Daniela dostałem zdjęcie Marcina z pustyni Gobi. Każdy ultras wie, że na takich biegach obcina się nawet troczki od plecaka. Marcin przez 5 dni biegł z pudełkiem kredek po to, żeby dać jej mongolskiej dziewczynce mieszkającej tam gdzie jaki zimują.

1

Fot. Daniel Lewczuk, 4deserts

U mnie przerwa w bieganiu. Uszkodziłem sobie jednak w puszczy ten mięsień biodrowo-lędźwiowy, osteopata, do którego trafiłem pogratulował trafnej diagnozy, popracował manualnie (chociaż trudno się dostać do wnętrza człowieka, a ten mięsień chowa się przed dłonią fizjoterapeuty), dał ćwiczenia. Pozwolił niby biegać powoli, ale unikam.

I w sobotę poczułem taki głód ruchu, że nie wytrzymałem. Przed ćwiczeniami rozciągającymi należy rozgrzać mięśnie, więc zrobiłem sobie pół godziny wzmacniania tak, jak najbardziej lubię - mata, brzuszki, obciążenie własnego ciała i tylko gumowa taśma, żadnych maszyn, ciężarów. Skończyłem jako inny człowiek. Po raz pierwszy od środowego ochłodzenia zrobiło mi się ciepło, odzyskałem radość, energię. Psychiatra powiedziałby pewnie o uzależnieniu od sportu. Tylko czy to źle? Może będę miał okazję zapytać przy jakimś tekście.

15:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 20 października 2014

Co łączy faceta lekko kulejącego w środku puszczy, dziewczynkę, która jedzie jutro na dzielnicowy turniej unihokeja, Kenijczyków, którzy nie dają szans polskim biegaczom, a nawet piłkarzy, którzy potrafią skutecznie walczyć na boisku? I co odróżnia ich od programu, który córka 6klasistka ogląda właśnie w telewizji?

Sobotni poranek w puszczy, jeszcze mgliście, ale za godzinę zrobi się pożegnanie z babim latem. Za godzinę będziemy już na trasie - ja, Agata z Rabki, która przyjechała tu specjalnie na swój pierwszy półmaraton i trzy setki biegaczy startujących w Półmaratonie Kampinoskim.

Urok małych biegów. Najpierw półkilometrowa prosta, wybiegam z niej na 7 pozycji. Potem dogania mnie dwóch gości, wyprzedzają, ale łapię ich, do 9 kilometra biegniemy razem. Wtedy lekki kryzys łapie mnie za gumkę od spodenek, ratuję się czekoladką, którą dostałem na urodziny od córki studentki (niczego bardziej przypominającego żel rano w domu nie znalazłem), ale spadam na 9 miejsce. Próbuję gonić, ale wtedy, gdzieś koło 12-13 km coś dziwnego chrupie mi w środku. Dziwne miejsce na kontuzje, to chyba jest mityczny mięsień biodrowo-lędźwiowy - nikt go nie widział (w przeciwieństwie do czwórek czy trójek), ale jest najsilniejszym zginaczem stawu biodrowego, a ja go właśnie czuję.

Godzę się już z kontuzją. Z trasy nie zejdę, bo niby gdzie w środku puszczy? Mam usiąść przy Krzyżu Jerzyków i czekać na co? Dotruchtam, a jak trzeba będzie, to dojdę. Dam się prześcignąć kilku, kilkunastu, kilkudziesięciu biegaczom, a na koniec Agacie. Noga pozwala biec powoli, muszę dziwnie rotować stopę na zewnątrz, coś się dzieje. Trwa to z półtora kilometra, po czym dogania mnie kolejna dwójka - zielona koszulka i biała. Wypadam z dziesiątki... i niespodziewanie wracam do gry.

Po pierwsze przechodzi ból w nodze (dobrze, wiem, że się będę musiał tym zająć, na razie odpoczywam, oszczędzam się i rozważam wizytę u osteopaty). A jeszcze bardziej po pierwsze jest bufet. Nie ma bananów, są tylko pomarańcze i rodzynki. Dwie sekundy na decyzję i biorę do ręki półtorej garści rodzynek i kubek wody.

Nie ma lepszej bomby izotonicznej niż rodzynki popite wodą. Może to efekt świeżości, nigdy tego nie stosowałem. Będę relacjonował, bo teraz nie wyobrażam sobie żadnego długiego startu bez rodzynek. Myślę, że będę je zabierał na najdłuższe treningi. Moja Sportowa Żona mówi, że nie są drogie (w życiu chyba nie kupiłem rodzynek), więc świetnie. Biegacze - jedzcie rodzynki.

1

Fot. Dziki, pół kilometra przed metą

Przeganiam białą koszulkę, doganiam zieloną. Ma na imię Janek, gadamy w drodze, trenuje na rowerze, pierwszy raz biegnie w zawodach. Dwa kilometry przed metą Janek pokazuje mi, kto tu jest młodszy i ma większą szybkość. Ale dobiegam 10. Duża radość, niezły czas - 1:26:39. Dystans nie był pełny - organizatorzy mówili, że 20,5 km, komuś wyszło 20,2, u mnie nawet 20,15. Ale można przeliczyć, że złamałem 1:30, a to był właśnie cel. Jestem zwycięzcą.

Szkoda, że nie było kategorii wiekowych. Są wprawdzie teorie mówiące, że im człowiek starszy, tym szybszy, więc zgodnie z nimi powinienem wygrać, a nie dać się wyprzedzić dziewięciu 20-30-latkom. Ale zostawmy te teorie publicystom i złośliwcom. Gdyby była na biegu kategoria M40, miałbym pierwsze miejsce. Jestem zwycięzcą.

Zwyciężczynią poczuła się też Agata z czasem 2:06. W dodatku podobała jej się Puszcza, co sprawiło mi taką przyjemność, jakby kibice Wisły Kraków bili brawo Legii Warszawa za pięknie przeprowadzoną akcję.

2

Fot. Rafał z obozu w Rabce-Zdroju

Sport jest świetny, dostarcza dużo emocji. Półmaratończykom w puszczy. Córce 6klasistce, która dwa tygodnie temu zajęła w sztafecie szkolnej drugie miejsce w dzielnicy, tydzień temu z reprezentacją piłki ręcznej zajęła czwarte miejsce, a jutro jedzie na turniej unihokeja. Kenijczykom, Ukraińcom czy Polakom ścigającym się o pierwsze miejsca w biegach z nagrodami (zauważyliście arcyciekawą dyskusję na ten temat w internecie, ja tu jestem trochę jak Unia Demokratyczna, rozumiem wszystkie strony i czytam z przyjemnością). Bo sport to czasem zawód, czasem zdrowie, czasem pasja, ale przede wszystkim emocje. Nie takie same na meczu z Niemcami, jak ze Szkocją - ale wynikające z wysiłku. Ile żelu by sobie nie nałożył Lewandowski na włosy, to nikt nie może mu powiedzieć, że swoją gratyfikację (oklaski, honoraria, sławę) odbiera za nic. Odwrotnie: musi się na nią porządnie napocić.

Córka 6klasiska przez godzinę czytała dziś wieczorem książkę. Nie rozumieliśmy skąd taki zew czytelniczy, ale chodziło chyba o to, żeby zasłużyć sobie na oglądanie Top Model na TVN (czy czegoś w tym stylu). To normalnie jak transmisja z innej planety. Ludzie, którzy osiągają zaszczyty prężąc się, wyginając, uśmiechając. W dodatku trzask fleszy każe im uwierzyć we własną wyjątkowość.

Patrzyłem w ekran i zastanawiałem się, co jest takiego w sporcie. Najpierw myślałem, że rywalizacja. Ale nie, przecież oni w tym TapMadlu też o coś rywalizują, ktoś ten program chyba wygrywa, ktoś dostaje kontrakty. W polityce też ludzie rywalizują, a często (choć tu możemy się różnić w ocenach gdzie i kiedy) bywa to paskudne.

Dla mnie chyba szlachetna jest ta rywalizacja, przy której człowiek poci się z wysiłku. I do której energię czerpie się nie z demagogicznych argumentów albo botoksowego blichtru, tylko z treningu i rodzynek.

22:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 13 października 2014

Historia odwróciła się w 86 minucie meczu z Niemcami. Wtedy stało się coś, czego wszyscy bardzo chcą nie widzieć, sędzia również. A mogło być jak zwykle.

To jest mój najmniej popularny wpis na Fejsie. Polubiły go tylko 4 osoby, a komentarze są dwa. "Karnego trzeba jeszcze strzelić" i najprostszy: "Spadaj".

Napisałem po meczu: "Ufff. Ledwo żyję z euforii. Ale po prawdzie, to pomogła nam trochę ręka boga. Bo gdyby sędzia uznał, że to nie bóg, tylko Szukała zagrał ręką w polu karnym, byłby karny i 1:1 zamiast 2:0".

Nie wiem, czy to było zagranie na rzut karny, czy nie. Ale jeszcze bardziej nie wiem, dlaczego portale sportowego tego nie analizują, nie odpytują sędziów międzynarodowych, nie zauważyłem, żeby ktoś z dziennikarzy zapytał o Szukałę, czy poczuł się jak Bóg i dlatego zagrał ręką (młodsi: Maradona). Zapytałem znajomego dziennikarza sportowego - zaryzykowałbym, że to najlepszy biegacz wśród najlepszych komentatorów - o tę rękę. Odpisał, że jeśli piłkarz miał rękę ułożoną w sposób naturalny, to spoko, ale jeśli rozłożył ją jak strach na wróble, to karny. Z tym, że on dokładnie nie widział, bo był na stadionie.

Zaczynam czuć się jak jakiś maniak: widziałem rękę na rzut karny dla Niemiec, po którym byłoby pewnie 1:1, a nie 2:0. Tylko ja jeden w całej Polsce. Zaczynam wychodzić na świra, który ma coś przeciwko polskiej piłce nożnej.

Bo mam. Miałem po meczu warkocz emocji, który mnie samego zadziwił.

Cieszę się, pewnie że się cieszę, bo moja reprezentacja wygrała z Niemcami, z mistrzami. Bo Niemcy zawsze byli bogami futbolu (młodsi: Rummenige, Beckenbauer, Gerd Muller, przepraszam za błędy, pisałem nazwiska z pamięci). Bo w piłkę przekopałem sporo godzin dzieciństwa i młodości i ciągle bieganie za skórzanym pęcherzem jest dla mnie jedną z najbardziej naturalnych form ruchu.

Cieszę się, że Polska - ta, która ma mistrza świata w kolarstwie, mistrzostwo w siatkówce, prezydenta Europy i rekordowy wzrost PKB - odnosi jeszcze jeden sukces. I to na tak ogólnoświatowym ringu, jak stadion piłkarski.

Ale też coś mnie w tym zasmuciło. Triumf tępego kibolstwa, które każe palić tęczę LGBT, gardzi Murzynem, Cyganem i wszelką odmiennością i próbuje zawłaszczyć narodową flagę, narodowe święto, pamięć o powstaniu. W dyskusji uznaje tylko argument siły, przepisy prawa ma za nic, a najbardziej wyżywa się na ustawkach po lasach. Że jeszcze do niedawna można było mieć poczucie wyższości - bo kibice lekkoatletyczni klaszczą z entuzjazmem, kibice siatkarscy śpiewają o stepie szerokim, a na stadionie wiadomo: petardy, oprawy, bitki, wyzwiska i czyste chamstwo. Można było pośmiać się po cichu z nażelowanych gwiazdorów w kosmicznych samochodach opłacanych dużo powyżej ich społecznej wartości, którzy uważają się za sportowców.

Teraz już nie. Triumf reprezentacji daje im wszystkim legitymację do tego, żeby powiedzieli: nasze na wierzchu. I dodali krótko, tyle że w wersji kibolskiej: spadaj.

Ten sukces jest fantastyczny. Ale piłka nożna - może właśnie za to ją tak kochamy - jest tak niesamowicie niesprawiedliwa. Trudno wyobrazić sobie w bieganiu, że maratończyk z perfekcyjną techniką, realizujący co do sekundy plan startu przegrywa z drugim, który biegnie jak potłuczony, dyszy i sapie, a wygrywa tylko dlatego, że dwa razy wyskoczył wysoko do góry i dotknął ręką gałęzi.

Fascynuje mnie natomiast ten fenomen metafizyczny. Wiele razy to my graliśmy świetnie, a przynajmniej nieźle, ale piłka jak zaczarowana omijała bramkę przeciwnika. Albo jak w meczu z Austrią (dobrze pamiętam), sędzia Webb podyktował przeciw nam kontrowersyjnego karnego w ostatniej minucie wykopując nas z turnieju. Przyzwyczailiśmy się, że gdzie jak gdzie, ale w piłce, to Polakowi zawsze wiatr w oczy wieje.

A tym razem stało się dokładnie odwrotnie. Ręka, która może była, może nie, przeszła niezauważona, poszła kontra, Mila strzelił z niej bramkę i znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. W raju. To dobrze, bo bardziej podoba mi się świat, w którym Polska ma szczęście, niż taki, w którym jest ciągle moralnym zwycięzcom dostającym regularnie lanie.

W bieganiu nie jest potrzebne szczęście, tylko wypracowane na treningach parametry. Moje są kiepskie. Chyba z tej Krynicy bez porządnego roztrenowania się nie wygrzebię. Interwały biegam w tempie, w jakim powinienem biec półmaraton. A półmaraton już za tydzień. Z kibiców będą tylko drzewa w Puszczy Kampinoskiej, a to jeszcze inna bajka.

18:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 06 października 2014

Kiedy z Sobieskiego skręcają pod górę w Spacerową, musi to wyglądać przepięknie. Warszawska Huang He - Żółta Rzeka - stworzona przez tysiące ludzi w żółtych koszulkach z logo dużego banku, płynie pod górę, wbrew logice przyrody, zgodnie z logiką wzrostu. To Biegnij Warszawo - impreza wywodząca się z Run Warsaw, a będę się upierał, że pierwszy Run Warsaw (bodaj w 2005 roku) zorganizowany przez Nike był kamieniem, który ruszył z posad lawinę biegania. Wielkie tramwaje obrandowane reklamą biegu, to się w głowie nie mieściło. Tak rynek wszedł do biegania, rozpoczął się wzrost i pojawił się rynek na bieganie.

Mnie na tym rynku w weekend nie było. Szanuję bardzo ten bieg, bodaj najbardziej liczny w Polsce. Kibicuję wszystkim, którzy w nim startują. Ale z alternatywy kultura-natura wybieram to drugie.

Bieganie naturalne. Nie z żadnego śródstopia w jakichś fivefingersach (Czy to też nie był rynek w bieganiu i to w czystej postaci? Chyba Fredzio z Bieganie.pl miał swego czasu więcej trzeźwości w osądach niż taki np. Staszewski). Naturalne bieganie, takie jak kiedyś, oldskulowe. Nie w bawełnie, tylko w technicznej koszulce też zresztą żółtej, chociaż adidasa, nie Nike. Z dala od zgiełku, w Lesie Kabackim. Po trasie nieznośnie odbiegającej od równo wymierzonych 10 km, ale przez to jakiejś naszej, niepowtarzalnej, unikalnej, nieżyciówkowej.

k

Zdjęcie zrobiła mi Moja Sportowa Żona pół kilometra przed metą. Dobiegnę w 38:49, minutę szybciej niż chciałem i obronię się przed naciskającym mnie od dwóch kilometrów Szymonem, moim rywalem z tamtych wyścigów w tamtych czasach. Tuż za nami dobiegnie Darek w pomarańczowej koszulce Centrum Biegowego Ergo.

Ergo - też instytucja przełomu. W leśnej epoce biegania - awangarda nowoczesności. Czy dziś obroni się przed walcem sieci sklepów przeznaczonych dla biegacza? Ergo jeszcze w tym odcinku powróci.

A czy ktoś wie, co się stało ze sklepem Pana Rysia? Tam kupiłem sobie może nie pierwsze, ale drugie albo trzecie buty do biegania, golf biegowy, rękawiczki. Na przełomie lat 80. i 90. był to pewnie jedyny biegowy sklep w Polsce. Ach gdzie są niegdysiejsze śniegi (młodsi: biblioteka)? Jechałem wczoraj Rudnickiego, sklepu nie ma.

Rynek ze swoją logiką porządkuje nasze życie od ćwierćwiecza. Kto za młodu był liberałem, w wieku pomaratońskim będzie się stawał keynesistą? Nie do końca, niczego lepszego nie wymyślono. Ale to nie znaczy, że rynek np. w bieganiu musi wzbudzać zachwyt Staszewskiego od początku do końca.

Pamiętacie ekspertów biegowych, kiedy bieganie się wykluło? No, właściwie był jeden: guru Skarżyński. Ile lat będziemy czekać, kiedy prześcigną go inne biegowe autorytety: biegające panny o pięknych ciałach w jaskrawych koszulkach wielkich firm? A może, gdyby przeprowadzić taką ankietę na mecie Biegnij Warszawo, okazałoby się, że już nadszedł ten moment.

Wolałem pobiegać po lesie niż po rynku.

Tyle, że od rynku się nie ucieknie, o ile ktoś nie chce zostać pustelnikiem. Zadzwonił raz Janek Kaseja, twórca Centrum Biegowego Ergo - z ciekawą propozycją. Hotel Sielanka w podwarszawskiej Warce postanowił zorganizować weekendowe warsztaty dla biegaczy, Janek miał wyszukać trenera, który poprowadzi zajęcia. Coś takiego chodziło już kiedyś Kancelarii po głowie, ale nie zmobilizowaliśmy się do wyszukania lokalizacji, skalkulowania budżetu, przygotowania oferty i całej tej rynkowej roboty, bez której nie byłoby np. corocznego obozu biegowego w Rabce. Termin pasował, wszystko inne też - więc weszliśmy w to z radością, z którą robi się coś po raz pierwszy.

Impreza nazywa się Weekendowe Warsztaty Biegowe, chodzi o ostatni weekend miesiąca - 24-26 października. Janek poprowadzi prezentacje, a Kancelaria w dwóch osobach - mojej i MSŻ - bierze na siebie treningi biegowe, wzmacniające oraz stretching.

Bo zawsze na koniec jest stretching. Tym razem stretching na rynku, bo od rynku się nie ucieknie nawet biegiem.

 

23:56, wojciech.staszewski
Link Komentarze (134) »
poniedziałek, 29 września 2014

To najpoważniejsza jednostka chorobowa biegaczy: startoza. Przybiera różne formy, przy ostrym przebiegu może być groźna dla zdrowia. Ale przeważnie jest groźna - tylko i aż - dla wyniku.

Napisałem tydzień temu, że jestem w maratonie na 3:05. Nie dlatego, żebym przypuszczał, że cała biegająca Polska nie może opanować ciekawości, na jaki wynik jest Staszewski. Tylko dlatego, żeby napisać głośno, na ile zamierzam biec w Maratonie Warszawskim - żeby rzeczywiście na tyle pobiec. Bo przecież jeśli ktoś by napisał, że jest gotowy na 3:05, a wystartuje na 2:59, to wyszedłby przed całą biegającą Polską na idiotę.

Startoza była silniejsza. Startoza atakuje podstępnie podczas ostatniej fazy mentalnego przygotowania do zawodów, nasila się w trakcie rozgrzewki, a po strzale startera atakuje z furią.

To startoza wyeliminowała u mnie logiczne myślenie. Wolałem wyjść na idiotę przed całą Polską, niż pogodzić się przed startem z wynikiem powyżej 3 godzin. Już w sobotę myślałem, żeby pobiec na 3:05, ale w taki sposób, żeby zostawić sobie otwartą furkę na 2:59. Plan był taki, żeby na połówce być w 1:32-1:33, no dobra, raczej 1:32, bo z 1:33 trudno byłoby dogonić baloniki. Dogonić!? Słowo, które podyktowała mi startoza, bo trzeba mieć zasoby energii, żeby gonić baloniki, a nie uciekać przed kolejnymi balonikami.

Startoza opanowała mój mózg po starcie. Zaczynam spokojnie w 4:26 na kilometr. Ale od trzeciego kilometra - hulaj dusza. Tętno niskie, więc mam zielone światło do przyspieszania. 4:10, 4:06, 4:04... Baloniki są wprawdzie wciąż przede mną, ale systematycznie nadrabiam dystans. Na połówce (przypomnę, pisałem o 1:33-1:35, myślałem o 1:32-1:33...) - jestem tuż-tuż: 1:00:45.

A potem jest jak zwykle przy biegu, który się zaczyna za szybko. Nie ma szans dogonić, trzeba się bronić. Jeszcze na moim Ursynowie, gdzie kibicuje Moja Sportowa Żona z Sabiną, córką 6klasistką i Małym Yodą, myślę o łamaniu 3:05. Na Puławskiej liczę, że trzeba będzie walczyć o 3:09, walczę, dwa kilometry przed metą zbiegamy z linii wiatru, przyspieszam, kończę w 3:09:03. Względne zadowolenie, bo plan minimum - złamanie 3:10 - zrealizowany. Ale to startoza odebrała mi szanse na plan optimum czyli dobiegnięcie w 3:05.

Czy to nie ja pisałem w poradnikach akcji Polska Biega, że 1 minuta nadrobiona ponad możliwości na pierwszych kilometrach, oznacza 5 minut straty na ostatnich? Papier wszystko przyjmie. Startoza wszystko zabierze.

 mw20141

Zdjęcie wyszukał Rob - na fanpejdżu Fotki sportowe i nie tylko. Dzięki. U Roba startoza objawiła się w specyficzny sposób - sam nie startował, więc przyszedł na trasę z colą i bananem dla znajomych, a wieczorem wynalazł w sieci np. to zdjęcie.

Startoza ma różne formy. Podopieczna Joanna trafiła do mnie z ostrą startozą, niemal uzależnieniem od startów. Miała ich w planie tyle, że nie było mowy w międzyczasie o treningu, tylko o regeneracji, ewentualnie superkompensacji przed ważniejszymi zawodami.

Inną mutację startozy ma np. Dziki albo podopieczny Henryk. Ich start paraliżuje. Robią monstrualne treningi w imponujących tempach, a na starcie nie są w stanie pobiec swojego. Tu się mogę cieszyć, bo ja na starcie dostaję taki zastrzyk adrenaliny, że przebiegam maraton (i to nawet biegany słabo) w tempie, które z trudem utrzymuję podczas treningu na 3-4-kilometrowym odcinku. Podopieczny Henryk zresztą zrobił potężną życiówkę w maratonie, a że deptał mi po piętach, to wyściskaliśmy się w strefie mety z taką siłą, jakbyśmy mieli jeszcze gdzieś zachomikowany glikogen.

Jest jeszcze startoza, która paraliżuje całkowicie. Dlaczego Podopieczny (Beztlena) Bartek znów schodzi z trasy? Czytałem, tętno. Ale skąd bierze się ten objaw somatyczny. Moim zdaniem to jeszcze inna forma startozy.

Nie wiem, czy można się ze startozy wyleczyć. Pewnie nie, bo chyba po to biegamy w zawodach, żeby doświadczać emocji, od których nasz mózg będzie wariował. Chcemy tego zamętu emocji, tych motyli w głowie, tej wiary i nadziei. Raczej trzeba myśleć, jak ograniczyć negatywne skutki uboczne startozy.

Nie czarować. Przed maratonem robię sprawdzian na zawodach. Wynik wrzucam w LiczydloBiegowe.pl (10 proc. biegaczy amatorów może skorzystać z Tabel Danielsa lub kalkulatora McMillana, ale u 90 proc. te wskazania będą błędne). I biegnę na ten wynik zakładając w połowie dystansu czas na wynik o 1-2 min. lepszy.

Wtedy kończy się tak jak podopieczny Paweł, który złamał 4 godziny o małe 24 sekundy. Zrobił dokładnie to, co zaplanowaliśmy i chodził potem po Saskiej Kępie (widziałem) z bananem nie w ręku, tylko na twarzy. Najlepiej, kiedy startoza w swojej najprzyjemniejszej formie dopada człowieka za metą.

Jeszcze będą takie biegi.

23:00, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 22 września 2014

Znacie ten slogan, że biega się głową? Moim zdaniem, to bardzo głupie, a często kosztowne (na 35. kilometrze) zaklęcie. Biega się żołądkiem (oraz łokciami).

Głową to Polacy wygrali drugiego seta z Brazylią. W pierwszym Brazylijczycy byli lepsi, w drugim Polacy po pierwsze pomyśleli (głową trenera zapewne), żeby nie grać na mocno blokowanego Wlazłego, tylko na drugie skrzydło do Miki. I zmobilizowali się, zwłaszcza Mika do perfekcyjnej gry.

Głowa może być wisienką na torcie. Głowę można dołożyć wtedy, kiedy cała piramida biegowa jest solidnie zbudowana. Wytrzymałość, siła, szybkość, technika, a przede wszystkim energetyka z żołądka, z wątroby, z mięśni. Głowę mogą dołożyć najlepsi siatkarze świata, kiedy grają z siatkarzami równymi sobie, jedni i drudzy opanowali wirtuozerię zagrań w najwyższym stopniu, są świetnie przygotowani motorycznie i teraz ktoś musi się okazać lepszy - o włos (z głowy).

W niedzielę Maraton Warszawski. To jest właśnie mój maraton, tak jak Warszawa to moje miasto (44). Tu debiutowałem, trochę bez głowy, bo podstawą treningu było bieganie po puszczy z Dzikim po kilkanaście kilometrów raz na 2-3 tygodnie, a reszta to kompletnie śmieszne kilkunastominutowe bieganie np. z przedszkola do domu po odwiezieniu córki studentki do średniaków. Ale wyszło trochę poniżej czwórki i to w niezłej formie, chociaż zdaje się, że zacząłem na jakieś 3:30.

Ale mam tu w Warszawie dwa-trzy maratony, o których mógłbym opowiedzieć w środku nocy. Taki, który kończyłem z głową i taki, w którym zaczynałem z głową otumanioną wiarą w cuda.

Który wolicie najpierw?

Najpierw drugi, to był zresztą mój drugi maraton, wrzesień 1997. Treningów jeszcze mniej niż rok wcześniej, ale sporo komunikacyjnego jeżdżenia na rowerze, co, jak sobie wyobraziłem, miało mi dać wytrzymałość. Starczyło jej do połowy, potem był marszobieg i bólobieg, i ledwo złamane 4:45. A wyobrażałem sobie, że zrobię życiówkę, pobiegnę o godzinę szybciej.

Po co ja to znowu opowiadam? Bo jeśli też szykujecie się teraz do maratonu i chcecie siebie oszukać w podobny sposób, jak ja wtedy (albo w tym roku w Krynicy), to lepiej porozmawiać ze sobą przed startem niż skonfrontować się z prawdą po 30 kilometrach biegu. Prawda was wtedy nie wyzwoli - tylko zaboli.

Opowiadam to też sobie, żebym na Stadion Narodowy w niedzielę nie wbiegał jak dwa tygodnie temu na deptak w Krynicy. Dumny tylko z tego, że się nie poddałem (głowa, ok, to była głowa), a wkurzony własną głupotą, która kazała mi się oszukać, na ile jestem. To ze Skarżyńskiego, pytanie, które każdy biegacz powinien sobie zadać dzień przed biegiem: na ile jestem.

Ja jestem zdaje się na 3:05. Okaże się w niedzielę. Boję się, że Dziki ogłosi konkurs obstawiania wyniku Johna i że Sten wpisze coś, co uznam przed startem za złośliwość, a za metą - za dobre życzenia. Ale zaczynam rozsądnie, obiecuję. I w momencie, kiedy życiówka jest poza sferą marzeń, a złamanie trójki nie może być celem, tylko marzeniem - cel mam inny: druga połówka szybciej od pierwszej.

Biega się żołądkiem. Pierwszy raz zdecydowałem się na odżywki regenerujące, żeby odbudować się po Krynicy. Zeszły tydzień po pijałem Regener, w tym tygodniu Vitargo. Od czwartku naprawdę przyłożę się do węglowodanów naszych powszednich, w sobotę do nawodnienia, a w niedzielę wmuszę węglowe śniadanie przez tzw. mądrość czyli przez głowę. Głowa jest potrzebna do tego, żeby żołądek mógł dostarczyć odpowiednie zasilanie. Zmusić biegacza do zjedzenia tych dwóch-trzech żelów na trasie mimo ściśniętego żołądka.

Drugi bieg, który pobiegłem za to z głową, był zdaje się 4 lata temu. Po solidnym treningu z nowatorskimi bodźcami (4-godzinne wybiegania co piątek przez ostatnie 8 tygodni) jechałem do mety jak parowóz. Zagrało wszystko włącznie z żelami. Gdybym miał wtedy ciut lepszą technikę (łokieć do tyłu, żeby noga szła do przodu), może byłoby jeszcze lepiej i nie musiałbym dokładać głowy na ostatnich dwóch kilometrach.

Ale musiałem. Biegłem niemal samotnie przez Krakowskie Przedmieście i liczyłem sekundy do życiówki. Mobilizowałem się goniąc kogoś, czy uciekając, a może wymyślając sobie, że mam się z kim ścigać. Myślałem o bliskich, którzy czekają na mnie na mecie i o życiówce, która była na wyciągnięcie ręki, jak wygrana przy stanie 24:21. I docisnąłem tak, że na ostatniej prostej nie zauważyłem nikogo (i w zasadzie niczego) poza zegarem, z którego wyrwałem czas lepszy o 6 sekund od poprzedniej życiówki.

Głową nie można pobiec. Głowę można dołożyć.

Trzeci Maraton Warszawski, który będę pamiętał, to zeszłoroczny. Wyścig ze śmiercią, symbolicznie wygrany, bo dogoniłem Rafała z napisem Mort i kostuchą na koszulce - chyba rzeczywiście głową. A potem najgorsza rzecz w życiu, Janek umarł. Nie można sobie głową postanowić, że się pokona glejaka.

Pisałem kiedyś, że jesień to fajny czas - sezon maratoński. Teraz znów zrobiła się dla mnie czasem smutku i liści. I liczb wyrytych głęboko, a całkiem niezwiązanych z życiówkami, wynikami biegowymi. O chorobie Janka dowiedzieliśmy się 23 września, dziś jest 22. Rok temu miałem jeszcze spokój w głowie.

22:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (94) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 111
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam