Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 07 marca 2013

Jak tu znaleźć słowa, które nie będą brzmieć fałszywie potem? Chyba jedno z najważniejszych przesłań Jana Krzysztofa Kelusa. Kelus himalaistą nie był, ale kurs alpinistyczny miał i dorabiał za komuny zbieraniem szyszek w koronach drzew.

Śmierć nie jest niczym szczególnym. Podczas czytania tego odcinka bloga (przyjmijmy, że trwa to 3 minuty) w Polsce umierają dwie osoby. Śmierć masowa, anonimowa jest naturalna jak tlen w powietrzu.

Tu dwie śmierci - chyba śmierci, bo nikt tego jeszcze nie ogłosił, chociaż Wielicki już nie zostawił złudzeń - które poruszyły tylu ludzi. To śmierci bliższe, znane z imienia - Maciej, Tomasz. Śmierci, które nas poruszyły, bo stoją za nimi ludzkie historie, wyzwania, pasje. My biegacze, maratończycy mocniej to chyba przeżywamy niż średnia krajowa, bo też uprawiamy sport, który bywa określany jako ekstremalny.

Są sporty ekstremalne i są sporty ryzykowne. Nam nic nie grozi na trasie poza zderzeniem ze ścianą i maszerowaniem do mety. My z tej ściany nie spadniemy. Liczba osób, które umarły na serce podczas maratonów jest niższa niż liczba osób, które umarły na zawał podczas oglądania meczów piłkarskich. Uprawiamy bardzo spokojny sport. Nie kładziemy niczego na szali - poza godziną oglądania telewizji, poza negocjacjami z niesportową żoną/mężem, poza kilkoma codziennymi wyrzeczeniami.

Dobrze, należą nam się brawa kibiców wzdłuż trasy maratonu. Im należy się cisza w górach wysokich. Im należy się sportowy szacunek.

Na naszą trasę każdy kibic może wejść - dosłownie przeskakując przez barierkę. Albo w przenośni, dołączając do biegaczy.

Do ich świątyni mało kto ma wstęp. Bo to jest świątynia, jest wyznanie wiary, jest nawet ofiara z ludzi.

Z setek moich wycieczek i wybiegań po górach myślę od wczoraj o dwóch.

Osiem lat temu byłem na wyprawie życia. Żywiec sponsorował telewizyjne reality Zdobywcy, zwycięska ekipa jechała w Himalaje wejść na sześciotysięcznik, a sponsor dołączył do grupy kilkanaścioro dziennikarzy, żebyśmy to opisali w swoich mediach. Wycieczkę prowadził Krzysztof Wielicki, ten sam, który prowadzi teraz wyprawę na Broad Peak.

To ten facet w białym polarze. Zdjęcie jest ciemne, bo dopiero świta, obóz się budzi.

Najpierw myślałem, że jest po prostu niesympatyczny. Czym wyżej wchodziliśmy, tym bardziej go rozumiałem. Ciągnął za sobą wycieczkę japońskich turystów z aparatami fotograficznymi przyrośniętymi do rąk, grupę dzieci specjalnej troski, którym bije się brawo, kiedy zrobią kroczek. Kolega fotograf został w Namche Bazar na trzech tysiącach metrów z hakiem, bo mu wysiadły kolana. A my tacy dzielni, tylko nas pogłaskać po głowie, doszliśmy do bazy, a potem wspięliśmy się na sześciotysięcznik leząc po poręczach założonych poprzedniego dnia przez Szerpów.

Byliśmy tam parweniuszami. Dzisiaj się trochę wstydzę swojego samozachwytu z tamtej wyprawy. Dotarliśmy w okolice bazy pod Everestem, ja do niej nie doszedłem, skręciłem od razu w lewo pod Kalapataar - za bardzo osłabił mnie ból głowy, wywrócony na lewą stronę żołądek i powietrze tak rzadkie, jak puch, jak mgiełka, jak babie lato.

A oni stamtąd zaczynają. To jest właśnie świątynia, której progu śmiertelnicy nie przekraczają.

Śmierć jest w górach - biała, zimna, obojętna. Raz poczułem ten lód, kiedy w sylwestra 2011/12 zrobiłem głupie wybieganie na Babią Górę. Dookoła biało od śniegu i mlecznie od mgły, jeszcze sto metrów, jeszcze sto metrów, żeby być na szczycie. Aż znalazłem się w takiej mgle, że mogłem tylko zadzwonić po GOPR. Oni nie mogli.

Opisywałem wtedy na blogu, jak zszedłem w końcu dzięki pomocy słowackich meteorologów, którzy nakierowali mnie na szlak. Mam fajną przygodę w życiorysie i tyle.

Na Broad Peak musiało się dziać coś podobnego. Pewnie oni tam na szczycie też znaleźli się w szponach przyrody. I chociaż mieli umiejętności górskie tysiąc razy większe od moich, to sytuacja była tysiąc razy trudniejsza. I szpony się zacisnęły.

Nie próbuję tego oceniać. Nie próbuję tego zrozumieć. Mogę tylko o tym myśleć.

22:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 04 marca 2013

Zapach tartanu mnie uspokaja. Macie takie zapachy z dzieciństwa, zapachy z marzeń? Tartan położyli na głównym stadionie AWF-u gdzieś tak w połowie lat 70. i nie można było już jeździć po stadionie na rowerku.

Graliśmy w piłkę i każdy chciał być jak Lubański. Jak Deyna? Jakoś chyba mniej o ile pamiętam, bo nie miał mądrego wizerunku. Teraz pisząc o Deynie wczytałem się w jego biografię - że się najdłużej kąpał i czesał po meczu, że kobiet miał na pęczki. Słowem archetyp współczesnego piłkarza z włosami na żel. To ostatnie już mi z tekstu wycięli.

I tytuł mi zmienili, ale zgadzam się, że to nie było na miejscu; taki wewnętrzny żart redakcyjny: "Śpiący rycerz", bo flegmatyczny był, spokojny i bezstresowy. Poszło: "Podkręć jak Kazimierz Deyna".

Zapach tartanu wrócił do mnie niespodziewanie, kiedy robiłem kurs trenerski i mieliśmy zajęcia na AWF-ie. Kiedy wejdzie się do budynku głównego, idzie korytarzem przy pierwszej odnodze w prawo wali ścierą, bo niżej jest bufet. A przy drugiej pachnie tartan, to wejście na halę sportową.

Zapach tej sportowej ścieżki, która w dzieciństwie nie była mi dana. Na którą wdarłem się teraz bocznym wejściem. Zapach wszystkiego, czym nie byłem i wszystkiego czym mogę jeszcze być. Biegaczem choć nie zawodnikiem. Trenerem choć nie wyczynowców. Sportowcem choć bez medali.

Poczułem zapach tartanu, kiedy włączyłem w piątek telewizor z mistrzostwami w lekkoatletyce. Zrobiłem rano dwugodzinne wybieganie zakończone przyspieszeniem - tym razem 4 km, ale o tempie choćby maratońskim zapomnij. Pisałem plany treningowe dla podopiecznych, a w telewizji trwała sportowa orgia.

W sobotę odbierałem samochód z serwisu, gwarancyjne usuwanie dupereli. Pobiegłem sobie po niego interwałowo, powinno być po 3:35, a wychodziło ledwo po 3:50-4:00. Forma jak przebiśnieg pod tartanem - nie wiem, czy się przebije.

Moja Sportowa Żona wróciła w niedzielę z Podhala, była na obozie narciarskim ze swojego AWF-u, który nazywa się WSEwS. Odcięta od cywilizacji nie słyszała nawet co Wałęsa walnął o homoseksualistach, wyhasała się towarzysko. Puściłem jej z YouTube'a Zimocha komentującego Stocha i razem trzymając się za ręce obejrzeliśmy sztafetę na koniec.

Lubię ten rytuał, że imprezy lekkoatletyczne kończą się sztafetą. Obóz biegowy w Rabce też się zawsze kończy sztafetą. I ten wpis też się tak skończy. Dziś zrobiłem sobie ścieżkę zdrowia w rozmarzającym Lesie Kabackim - 6 razy zestaw po minucie marszu wykrocznego, marszu dynamicznego i skipów A. Na jutro zaplanowałem sztafetę z RBS-em, a na środę z Uniqą.

21:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (40) »
czwartek, 28 lutego 2013

Policja na koniach, jeden za drugim jadą Myśliwiecką, jak husaria zbrojna. Obok stacjonują oddziały pancerne: nyski opancerzone, okratowane stary. Jeden wóz na sygnale, uzbrojone patrole piesze, z daleka syreny. Jakby zaczynała się apokalipsa albo kręcili "Szklaną Pułapkę" VII.

Nie, to Legia gra mecz. Kurde, nawet nie wiem z kim i nie będę sprawdzał, kojarzę tylko, że to Puchar Polski.

Biegniemy sobie z bankowcami grupką na stadion - nasz, lekkoatletyczny, przy Agrykoli - zrobić krótkie interwały, ale we wtorek pożegnanie zimy trwa, śnieg jeszcze leży i trzeba poszukać suchej ścieżki. Stadion Legii ryczy rytualnie, to robi wrażenie, wszystkie walkirie świata się człowiekowi przypominają. Nad kanałkiem nie pobiegamy, tam oblężenie, tam oddziały, tam nie wpuszczą. Ścieżka rowerowa od Łazienek ma jednak równe 400 m i wysublimowała lód, tam pobiegamy. Odcinki, które robię z Marcinem albo z Mateuszem, to moje tempo treningowe, dokładam po treningu kilka powtórzeń i mogę go sobie też zaliczyć.

Biegam i myślę o piłce. O piłkarstwie, o kibolstwie. Też wchodzę do tej rzeki, wywieszam flagę, oglądam mecze, najchętniej grupowo, a na Euro jeździłem do strefy kibica. Nie odrzucam piłki, ale pewnych rzeczy nie jestem w stanie przyjąć spokojnie.

Czy oni są zgrają wandali, którzy Rzym najechali? Z powodu meczu trzeba wystawiać armię policji. Policzyłem suki, spokojnie ponad setka, czyli przyjechało nimi pewnie z tysiąc ciężkozbrojnych.

To tak jakby z powodu maratonu trzeba było ustawić szpaler policjantów wzdłuż trasy. Bo albo my, maratończycy, albo kibice mieliby nagle dostać amoku i porozpierdalać miasto. A na treningach na Agrykoli staliby policjanci z krótkofalówkami gotowi w każdej chwili wezwać śmigłowce z cekaemami, gdybyśmy pobiegli podpalać racami ogrody królewskie.

Złapałem we wtorek nerwa, piłkarze mi go podnieśli, w środę rano czułem alarmowe światełko podwyższonych emocji. A tu musiałem szybko obdzwaniać... piłkarzy, bo piszę o Kazimierzu Deynie. Leszek Ćmikiewicz - prawdziwa przyjemność rozmowy, erudyta, bystrzejszy niż w telewizji, gdzie wydaje się lekko misiowaty. Ale inni moi rozmówcy, przepraszam bardzo. To mają być wychowawcy młodzieży i nie tylko młodzieży? Liderzy w swoim środowisku. Znajomy: no Kaziu mnie lubił, co dziś przy tych związkach może się wydawać lekko tego. Śmiać się, czy płakać?

Tylko bieganie mogło mnie uratować. Trening z ubezpieczeniowcami miałem o 17.15, przyjechałem na Szczęśliwice na 16.15 i pobiegałem godzinę. Wolno, jak żółw ociężale, z dość ciężkim Dukajem na uszach. Pomogło.

Co jest w tej piłce, że zmienia się religię. Przyciąga pieniądze, a one zaczynają się kręcić i pomnażać do sum zawrotnych. Więc są świetni gracze, tłumy kibiców, sponsorzy, puchary, mistrzostwa. A na koniec i tak przegrywają Polacy.

Zima już pożegnana (obiecałem sobie, że będę dawał ten tytuł póki śnieg nie zniknie - ale dziś na interwałach 30 x 30"/30" było sucho, więc też szybko), ale jeszcze Justyna Kowalczyk walczy. Gdyby na narciarstwo było więcej pieniędzy pewnie nie walczyłaby w dzisiejszej sztafecie sama.

Justynie nie idzie, chociaż mam nadzieję, że myk z odpuszczeniem dziesiątki łyżwą i mądrym treningiem zamiast, przyniesie złoto na 30 km. Źle wycelowali z trenerem ze szczytem formy, on był chyba wtedy, kiedy portale pisały, że "miażdży Bjoergen". Ale dziś było nieźle na sztafecie, przegoniła Johaug, zobaczymy w sobotę.

Jest tyle fajnych sportów. Jeszcze lekkoatletyka, podobno dziś się zaczęły halowe mistrzostwa Europy. Przejrzałem program Eurosportu i TVP Sport - śladu nie ma. Lekka nie jest tak można i nie generuje takich zysków.

No, ja zyskałem wczoraj spokój. Bezcenne.

16:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (68) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

Sobota rano, Las Kabacki. Dzień sportu czy co do cholery? Czy nam się tak Polska pięknie odmieniła?

Wybiegam do lasu trochę później niż zwykle, bo Moja Sportowa Żona pojechała rano studiować wychowanie fizyczne, więc ja poćwiczyłem sobie drzemkę w wielkim łóżku. Biegnie mi się ciężko, coś wisi w powietrzu, zatrzymana wiosna albo niewidzialne błoto pośniegowe. Po lesie jeszcze ciężej, śnieg zaczyna rozmiękać. Tempo cotygodniowego półmaratonu - w zakresie easy z wydłużającym się co tydzień przyspieszeniem na końcu, teraz 3 km w tempie, które jednak trudno uznać nawet za maratoński - więc tempo treningu słabe. Taka karma.

Ale biegnę przez ten las i oczom nie wierzę. Mnóstwo ludzi. Kijki-walkerzy, narciarze chodowi (biegowi też się zdarzają, ale rzadko), biegacze, spacerowicze, a nawet dwoje rowerzystów. Uprawiamy rytualne narzekanie, że ludzie się nie ruszają, tylko tyją przed telewizorami. A to jest już przeszłość.

Jesteśmy, no może "stajemy się", aktywnym społeczeństwem. Zobaczyłem to w sobotę na własne oczy w tej nienarodzonej wiośnie skutej śniegiem i lodem. Wyciągnąłem szybko komórkę i strzeliłem taką fotkę:

a

Biegacz, narciarz i rowerzysta. Nasz zimowy kabacki triathlon.

Nie mówcie mi, że w Polsce trwa komunizm, nie mówcie mi, że ojczyzna w niewoli i nie mówcie mi, że Polska nie jest aktywna. To pierwsze zdementowała kiedyś w telewizji Joanna Szczepkowska (młodsi: google). To drugie proboszcz w parafii św. Zygmunta (tłumacząc ludziom w sierpniu 1989 r., że już nie śpiewamy "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie", tylko "pobłogosław Panie"). To trzecie ja chciałbym teraz zdementować.

Polska się rusza.

W niedzielę spróbowałem zrobić regularne trzyminutowe interwały. Żenada. Wiem, że tak jest co roku, wiem, że nie jestem w stanie teraz utrzymać przez te trzy minuty tempa maratońskiego, wiem, że kiedy pożegnam zimę całkiem, odbuduję, a raczej nadbuduję szybkość. Ale co roku jestem zadziwiony: jak można tak wolno biegać szybko?!

MSŻ pojechała wczoraj do krainy skutej jeszcze mrozem na uczelniany obóz narciarski koło Zakopanego. Jestem na odległość dumny z tego, jak technicznie jeździ na nartach, jakbym tam stał na stoku i bił brawo. No to ja dziś rano odwiozłem córkę 4klasistkę na kort i hop do Lasu Kabackiego - 30 min. biegania i 30 min. podbiegów. Założyłem zwykłe buty i czułem się jak Justyna Kowalczyk, której uciekają nie tylko Norweżki, ale i narty, bo w lesie ciągle śnieg. I spójrzcie kogo spotkałem:

To chyba jedyny facet, oprócz Ziggiego, który nie czeka na koniec zimy :-)

Pomyślałem, że może zima się skończy, jak skończę czytać "Lód" Dukaja. Ależ ten facet ma rozmach w pisaniu, gdyby trenował bieganie, to poniżej wycieczek biegowych by nie schodził, a startowałby wyłącznie w biegach dookoła kotlin. Czasem chciałbyś pójść na skróty, ale skoro zabrał Cię w taką długą podróż, to biegniesz. I przez całą książkę ani jednego obciachowego zdania. Skończyłem w nocy z soboty na niedzielę i deszcz zaczął czyścić chodniki.

Dziś z kolei słuchałem na bieganiu "Xavrasa Wyżryna" też Dukaja. Jest jakaś magia w takich książkach, w takich rannych treningach. Musiałem sobie pobiegać, chociaż mam dziś sporo rzeczy, będę pracował do nocy, zaraz biorę się za kończenie tekstu o ludziach dla których bieganie, to coś więcej niż bieganie. Tym razem, Dziki, wyjątkowo nie napiszę o sobie.

20:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
czwartek, 21 lutego 2013

Jak pogodzić bieganie z pracą? Znamy to, znamy, ja nie mogę narzekać z moim nienormowanym czasem pracy w zawodzie dziennikarskim. Ale jak pogodzić bieganie w pracy z własnymi treningami?

W poniedziałek byłem w centrum szkoleniowym kraju - w Jachrance, gdzie adidas szkolił swoich sprzedawców, a Kancelaria Sportowa jako partner marki, została poproszona o przeprowadzenie dla nich krótkiego treningu. Zrobiliśmy delikatnie maźniętą siłę biegową, a dla mnie było to coś między namiastką akcentu, a lekkim rozruchem.

Wtorek. Po rytualnej porażce z Dzikim w ping ponga - tym razem 0:4 - i pracy w Gazecie trening z bankowcami. Zaplanowałem trzy dwukilometrówki w tempie półmaratońskim i chociaż zima próbowała pokrzyżować plany, to daliśmy radę. Pierwszą biegłem z Robertem po 5:00, drugą z Mateuszem po 4:25, trzecią z Jarkiem i Marcinem po ok. 4:10 - i tę sobie uznałem za trening. Po rozciąganiu i do widzenia dokręciłem jeszcze dwa odcinki, ale samemu tempo 4:06-4:08 po śniegu to było wszystko, na co mnie stać.

Środa. Wiedziałem, że po południu robię pierwsze interwały z ubezpieczeniowcami. Żeby łagodnie się do zaadaptować do takiego wysiłku zrobiliśmy piramidkę - szybkie odcinki 1, 2, 3, 4, 3, 2 i 1 minut z dwuminutowymi przerwami. Część biegałem na maksa, a część z wolniejszą częścią grupy - więc znów coś na kształt treningu.

To kiedy biegać?

Rano. W środę rano odwiozłem córkę 4klasistkę na tenisa (bo kiedy ma lekcje na korcie, to ją podwozimy, a tak to sama robi 1,5 km treningu aerobowego z tornistrem) i podjechałem do Kabat. Powinno być półtorej godziny, ale nie miałem ani czasu, ani ochoty, więc zrobiłem godzinę powoli. Bardzo wolno. I bardzo pięknie.

Bo my w Warszawie też mamy fotogeniczne lasy.

a

Las Kabacki z poranną biegaczką.

b

Las Kabacki z porannym narciarzem.

c

Las Kabacki soute. I wystarczy tej zimy.

21:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (66) »
poniedziałek, 18 lutego 2013

- Chodź się zawieruszymy - zagajał Dziki w środku puszczy. Albo ja zagajałem i wbiegaliśmy ścieżką jak wąż boa, dawaj zawieruszać się jak dzieci. Sam też uwielbiam się zawieruszać, raz tak się zawieruszyłem na Podhalu, że można to zobaczyć nawet na mapie samochodowej kraju - kiedy wracając po nartach z Mszany do Rabki źle skręciłem na skrzyżowaniu i obudziłem się po 9 kilometrach w Lubniu.

Ale, żeby na zawodach.

Na zawodach zawieruszałem się trzy razy. Pierwsze zawieruszenie było zbiorowe - to o którym wspomniał już Bezlten, na Biegu Powstania w 2004. Startowaliśmy z Długiej, niemal spod Pomnika Powstania, czułem podniosłość atmosfery, biegniemy na Plac Piłsudskiego, potem przecinamy Miodową, wbiegamy na Podwale, zaraz będzie meta pierwszego okrążenia... I wtedy faceci w czerni zatrzymują bieg, kanclerz składa kwiaty, atmosfera jeszcze bardziej podniosła, ale mało sportowa.

Co robić? Na spontanie ktoś rzuca idiotyczny pomysł: lecimy w drugą stronę, do Miodowej i dotrzemy do mety pierwszego kółka. Nie pamiętam, kto, ale niewykluczone, że ja, w każdym razie jestem w grupie prowodyrów. Grupa szaleńców grzeje przez kilometr, docieramy do mety, tyle że od drugiej strony. Znów postój, konsternacja - tak silna, że nie pamiętam jak to się skończyło. Obyło się bez burd, bo krew bohaterów, pojednanie, wieńce, pomniki. Wybaczamy i już.

Drugie zawieruszenie było równie zbiorowe. Maraton w Krakowie w 2005 r., miałem już nabiegane miesiąc wcześniej w Dębnie 2:57. Walczymy, idę mocno z Ibeksem z SBBP, ale życiówka ucieka. Parę kilometrów przed metą pod Mostem Kotlarskim stoi sędzia (ta sędzia, sędzina się już dziś nie mówi). Pamiętamy, że trzeba pobiec w lewo, zrobić półtorakilometrową agrafkę i potem dopiero grzać do mety - ale sędzia pokazuje wyraźnie, że mamy od razu skręcać w prawo. Z sędzią się nie dyskutuje.

Sędzię na forach biegowych nazwano potem "głupią babą", nie wiem czyj to był pomysł, ale byłem wśród prowodyrów, czego dziś się wstydzę, bo nie lubię u siebie wpadania w agresję. A prawda jest mętna jak Wisła. Ktoś się pomylił i skierował prowadzącego Piotra Gładkiego na wspomnianą agrafkę dwa razy. Z centrali biegu przyszła nagła dyspozycja, żeby nie kierować na agrafkę (dwa razy) - i kilkadziesiąt osób poczynając ode mnie zostało skierowanych od razu do mety.

Na dystansie ok. 40 km uzyskałem 2:49:48, co oznacza, że złamałbym trójkę (przyspieszałem), ale życiówki by nie było. Natomiast ten wynik jest dla mnie klątwą, dwa razy udało mi się złamać 2:50, ale fałszywej życiówki nie poprawiłem.

Do Choszczówki w 2013 r. jechałem z optymizmem. Po poprzednim biegu, zaraz po krwiodawstwie, gorzej już być nie mogło. Właściwie już w samochodzie czułem się zwycięzcą i to, co się stało później nie odebrało mi radości.

Wyścigi na śniegu to nie wyścigi. Z uporem nie kupuję sobie kolców, co stawia mnie na straconej pozycji. Jestem jak skoczkowie narciarscy trzymający narty równolegle, podczas gdy federacja zezwoliła na styl V. Jak pływacy startujący w poliestrze, zamiast w kostiumach bardziej opływowych od skóry. Jak rowerzyści na stalowych ramach a la Ukraina.

Mój wybór. Nie uważam, że ci, co biegają w kolcach oszukują. Uważam tylko, że startują w innych zawodach.

a

Jeszcze podczas ferii w Rabce testowałem adidasy zwykłe i goreteksowe. Ciągle nie miałem pewności, czy jest różnica w przemakalności, więc na ostatni trening - podbiegi na zaśnieżonym stoku w Spytkowicach - założyłem jeden taki drugi taki. Efekt: goreteksowe rzeczywiście mniej przemakają, ale to w mniejszym stopniu zasługa tworzywa, a w większym zabudowania buta od góry. Pod luźny, gąbczasty język zwykłych adidasów dostaje się tyle śniegu, że skarpetka momentalnie nasiąka. Goreteks jest lepiej osłonięty od góry. No i ma lepszy bieżnik na ganianie po śniegach i lodach.

Lecimy w pięciu - mocna druga grupa, bo przyszli medaliści już wzięli podium pod pachę i pobiegli z nim do przodu. Jestem raz z przodu grupki, raz z tyłu, potem znów z przodu razem z kolegą w niebieskim dresie.

- Ej! - ktoś krzyczy z tyłu. - W prawo!

Zawracamy. Ale nie bierzemy sobie ostrzeżenia wystarczająco mocno do serca. Teraz na czele grupki są chyba podopieczny Bartek z podopiecznym Maćkiem (to przyjemne zresztą). Pierwszy podbieg, zaczynam zostawać trochę z tyłu, na zbiegu próbuję ich dogonić. Tyle że zbiegamy już na manowce. Nikt z nas nie zauważył właściwej ścieżki na pierwszej górce.

Dobiegamy do ratowników medycznych, którzy raportują przez telefon, ilu zawodników przebiegło. To jest ostatni moment nadziei, że jesteśmy na trasie, dopiero potem okaże się, że ratownicy też się zgubili.

A potem jest już klasyczne zawieruszenie. Grupka jest na zbliżonym poziomie, więc postanawiamy zrobić sobie trening w drugim zakresie z elementami krosu. Zamiast startu treningowego będzie trening startowy. Dwaj podopieczni mocni jak filmy Quentina Tarantina uciekają do przodu, a potem wyszukują sobie najtrudniejszych wydm do pokonania. My we trzech utrzymujemy kontakt wzrokowy, podpytujemy tubylców, którędy do Choszczówki i docieramy w końcu do mety. Od drugiej strony.

Czy jestem zły? Nie. Nie wiem, czy to dlatego, że trasę oznaczał mój znajomy Sten, dyrektorem biegu jest mój przyjaciel Dziki, a i ja się do tego biegu trochę przykładam? Czy dlatego, że i tak podszedłem do tego startu treningowo? Czy dlatego, że jak masz więcej lat niż maraton kilometrów, to mniej rzeczy cię denerwuje?

bJestem ubawiony. Wbiegam na metę (od drugiej strony) podnosząc ręce i wrzeszcząc "And the winner is...". Chwilę gadam z Dzikim i jego rodziną (bo bieg rodzinny), przez co tracę parę sekund, ale one już nie są cenne. Znajduję sobie atrakcyjne rozwiązanie na koniec - biegnę pod prąd, biję brawo medalistom, wszystko w drugim zakresie. A potem łapię czwartego zawodnika i ciągnę z nim do mety. Jeszcze 20 metrów dokrętki i mam swoje 10 km na Garminie.

A z podopiecznych jeszcze sukces Alicji z Uniqa Runners (z lewej, na finiszu, fot. b. maratończyk Piotr Bielawski). Czyli naszej Kwasnaali. Srebro wśród kobiet. Ja nigdy w życiu nie stanę na pudle w open, nawet jak się nie zawieruszę.

22:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (32) »
czwartek, 14 lutego 2013

Wstaje rano i biegnie z dzieckiem na barana do przedszkola. Do pracy - w dużym fast foodzie przy autostradzie - dojeżdża na rowerze albo biegnie po leśnych drogach. Podbiegi robi na schodach przy wyjściu z ewakuacyjnym na autostradę, a interwały na drodze dojazdowej, bo tam jest asfalt. W maratonie w Łodzi spróbuje znów zaatakować granicę trzech godzin i nie jest bez szans.

W poniedziałek byłem w ciekawej delegacji. Jedna rozmowa w Poznaniu o pracy w korporacji (piszę tekst o tych, co odeszli z korporacji z własnej lub korporacyjnej woli), zresztą z maratończykiem. I dwie - jedna też w Poznaniu, a druga pod Łodzią - z ludźmi, dla których bieganie to coś więcej niż bieganie. Agata ma determinację, którą wyżej opisałem - i to od dziecka, a że to dzieciństwo, o jakim warto napisać, przeczytacie za jakiś czas w Dużym Tablecie.

A Tomek z Poznania biega po zawale. Tu nie ma żartów.

Poniedziałek był więc dniem o bieganiu - bez biegania.

Wtorek - siła z bankowcami, konkretne podbiegi na Agrykoli, zrobiliśmy piramidkę. Jeśli macie dosyć biegania po 8 albo 10 razy tego samego, pobawcie się bieganiem: 30 s., 45 s., 1 min., 1 min. 15 s., 1 min. 30 s., 1 min. 15 s., 1 min., 45 s., 30 s. Nigdy trzydziestosekundowy podbieg nie jest tak łatwy, jak na koniec takiego treningu.

Środa - kros z ubezpieczeniowcami. Kros to dla mnie odkrycie sezonu. Odkryłem go w parku przy Korotyńskiego na Ochocie, są tam pewne imitacje pagórków. Trochę za długie i za strome, ale cóż człowiek nie zawsze biega tak, jak ma ochotę.

Szatan we mnie wstąpił na tym krosie. W przerwach między jedną strefą pagórków, a drugą porobiliśmy męczące ćwiczenia siły biegowej - marsze dynamiczne i wykroczne, wskakiwanie na schody i zeskoki ze schodów. A dla odpoczynku - odpoczynku dla serca - wspięcia na palce, żeby domęczyć łydkę.

Robię teraz, trochę niechcący bardzo dużo siły. Ciekawe jak mi się to przełoży na szybkość? Bo wiecie, że uderzę w mentorski ton, że szybkość się bierze z siły? I że zima to pora podbiegów, a wiosna - pora interwałów.

W piątek będzie długie wybieganie, a w sobotę - do trzech razy Choszczówka.

hsPoza bieganiem popracowałem trochę jako dziennikarz. W środę poszedłem na konferencję maratonu Orlen-Warszawa. Nie mogę poczuć tego święta, co przed jesiennym Maratonem Warszawskim. Ale zobaczyłem za to Henryka Szosta z bliska. Na zdjęciu obok Henryk Szost w dwóch osobach.

Mam maratoński plan na życiówkę w maratonie. Zrobię ją wiosną 2014 r. w Łodzi, bo trasa tam wygląda na szybszą niż w Warszawie. Teraz na Orlenie mam cel: złamać z zapasem trójkę. Na jesieni w Warszawie spróbuję się szarpnąć na życiówkę, ale czuję, że się nie uda. Poprawka w Poznaniu nie ma sensu (chociaż nie wykluczam, że to bez sensu zrobię), a we Frankfurcie nie ma możliwości. Ale pociągnę na jesieni treningi bez roztrenowania. Zrobiłem tak raz parę lat temu i była "wiosna nasza". I będzie - autostradą do Łodzi i bój ostatni.

Maraton uczy człowieka długodystansowego myślenia. Dobrze jest mieć długofalowy plan, ale też życie uczy, że czasem plany się zmieniają. Ja np. myślałem, że do mety będę biegającym dziennikarzem. Meta.

17:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (87) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Co będzie z dziennikarstwem? I dlaczego jest jak jest? Szukacie mędrca, żeby to powiedział? To nie tutaj, bo tu się nie mądrzy, tylko się biega.

Ale wywołany do odpowiedzi, nakłaniany też przez podblogowych znajomych zakładam buty do biegania i napiszę kilka akapitów. Tylko nie z pozycji mędrca, ale tego faceta z długą brodą biegnącego przez Stany z zachodniego wybrzeża na wschodnie albo odwrotnie. Bo ja jestem od biegania, przeżywania osobistych doświadczeń i dzielenia się tym wszystkim – a nie od orzekania czy wyrokowania. Bardziej od pytań niż od odpowiedzi. Bardziej jak Forrest Gump.

Pytam się, czy rzeczywiście tak jest, że dziennikarstwo jest coraz gorsze. Z jednej strony gołym okiem widać głupią łatwość programów z cyklu „napuszczanie polityków na siebie” i czysty kretynizm newsa, kto odśnieża celebrytce Kindze R. nowy samochód.  Ale z drugiej jak czytam reportaże Jacka Hugo-Badera, zwłaszcza te uczestniczące, w których Jacek wchodzi w historię, jak pamiętam tekst Leszka Talki o grach rule-games – to kiedyś takich tekstów nie było. Chylę głowę przed Juliuszem Słowackim, Stefanem Żeromskim i starą polską szkołą reportażu – ale wolę nowoczesny język, atrakcyjną formę współczesnego reportażu.

Powiecie, że to było 10 lat temu. Nie! A przynajmniej nie do końca. Teraz nie stać nas, reporterów, na inwestowanie tyle czasu w materiał, bo dostaniemy za niego marne grosze. Ale nie tylko o to chodzi. Wszystko przyspiesza. Teksty są szybsze, bardziej dynamiczne. Czytaliście w styczniu, jak Grzesiek Szymanik zapisywał się do NOP-u? Albo fantastyczną rozmowę Doroty Wodeckiej z ekspertem Jackiem W. o polskiej mitologii narodowej w Magazynie Świątecznym? Taki tekst bije na głowę stare dziennikarstwo! Gdzie byśmy 10 czy 50 lat temu eksperta, który potrafi być tak blisko życia, mówiącego i z sensem, i po ludzku, a nie naukową nowomową? I dziennikarza, który potrafi to z niego wydobyć?

Stołeczną weźmy. To nie jest tak, że teksty o studzienkach kanalizacyjnych były i są takie same. Kiedyś było o posiedzeniach rad dzielnicy, dziś są przeciekawe informacje o parku nad tunelem na Ursynowie albo o wyrastających jak grzyby fotoradarach. Wolę nowoczesne dziennikarstwo lokalne skupione na sprawach ludzi, a nie sprawach władzy.

Idiotyczne niusy na plotku. Tak, tak, wiemy, wiemy. Ale goła baba zawsze była, PRL-owskie tygodniki Perspektywy i Przegląd Techniczny też zamieszczały zawsze takie zdjęcie, pamiętam. Dziś baba nie musi się nawet do końca rozebrać, tworzy swój wizerunek inaczej. Kto nigdy nie klinknął na hasło „piersi Anny Muchy”, niech pierwszy rzuci laptopem.

Jest gorzej? Jest. Ale czy tylko gorzej? Nie.  Jaka jest prawda? Nie ma prawdy, są tylko obserwacje.

Skąd kryzys finansowy dziennikarstwa? Wiadomo: załatwił nas internet, w którym „wszystko” jest za darmo. I w którym portal o pierdzeniu założony za tysiąc złotych, może osiągnąć klikalność wyższą od najpowszechniejszych tygodników. Mniej przychodów, w dodatku gorszy pieniądz wypiera lepszy jak u Kopernika. Trzeba wprowadzić płatne treści i wrócimy do monetarnego raju. „Gazeta” zaczęła to wreszcie robić przez Piano i widzimy światełko w tunelu.

Ale czy na pewno to jest tunel do przyszłości? Przecież radia albo telewizje komercyjne mają wyłącznie dochody z reklam. Dlaczego z gazetami ma być inaczej? Z portalami? Tym bardziej, że, jak wykładał mi na wspólnym niedzielnym bieganiu mój przyjaciel Kamil, w media zgodnie z teorią konwergencji upodabniają się do siebie. Coraz trudniej odróżnić radio od gazety, bo oba media tworzą portale, w dodatku publikując na nich filmiki, a telewizję też zaczynamy oglądać w internecie.

Zaczęliśmy z Kamilem fantazjować w środku Lasu Kabackiego. A może płatne treści w internecie, to błąd, a ich upowszechnienie, to mrzonka? Może powinno być, jak z filmikami na youtube – możesz wejść za darmo w każdy tekst, ale przedtem musisz obejrzeć 15-sekundową reklamę, która będzie odpowiednio kosztowała? Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, ale wiem, że ludzie zarządzający mediami powinni wpaść na 100 takich pomysłów, przeanalizować je i przetestować.

Kamil odpowiedział na to jeszcze większą abstrakcją, którą podpowiedziała mu znajoma dziennikarka. Może kiedyś dziennikarze będą mieli kontrakty z firmami? Będą pracowali w gazetach/portalach, za niewielką wierszówkę pisali teksty na każdy temat, ale podpisywali się pseudonimem np. Staszek Nissan Staszewski. A koncern będzie za to płacił – legalnie, za zgodą wydawcy i wszelkich rad etyki.

W odpowiedzi rzuciłem swoją wizję – że dziennikarze będą pracować w pi-arze, przygotowywać teksty na zlecenie. Zainspirował mnie do tego ubiegłoroczny Susz Triathlon, o którym agencja PR-owska przygotowała informację nie gorszą, niż mógł napisać najbystrzejszy dziennikarz po konferencji prasowej. A co z dziennikarstwem śledczym, politycznym? Nie wiem, ale może na ręce rządowi będą patrzeć dziennikarze zatrudnieni na zlecenie partii opozycyjnej? Nie chciałbym takiego świata, ale nie wiem, czy on się nie wyłoni z mgły.

Dzieje się rewolucja medialna, surfing na morzu. Kto wypłynie, kto się utrzyma na fali? Nie wiem, pytajcie mędrców. Ale każdy mędrzec, który da odpowiedź w sekundzie zmieni się w głupca – bo nie ma tu jeszcze odpowiedzi, są tylko pytania.

Jak żyć? Jak teraz żyć? Jak być dziennikarzem? Przyzwyczailiśmy się do pewnej hierarchii. Można dużo wypisywać po forach, że dziennikarstwo to prostytucja, ale od lat dziennikarze zajmowali wysoką pozycję w hierarchii społecznej. To był prestiżowy zawód i przyzwyczailiśmy się do zarobków na poziomie tego prestiżu. Nie w każdej gazecie, nie wszyscy – ale jednak w Realu, jednak w telewizji, jednak Ci z doświadczeniem albo staroświecko mówiąc „z nazwiskiem” zarabiali dobrze. Reporter z Warszawy albo pan z telewizji był kimś, zresztą pan z telewizji zawsze bardziej.

Teraz spadliśmy z dziesiątego piętra i obijamy się o dolne balkony. Nie Staszewski, bo Staszewski biegnie równoległą ścieżką Kancelarii Sportowej i nie frustruje się na widok wypłaty, jak Adaś Miauczyński w Dniu Świra. Tysięczny raz napiszę, że problem nie w tym, że Staszewski nie może sobie pojechać do Frankfurtu – bo nie musi wcale tam wystartować. Tylko w tym, że uważam, że taki dziennikarz jak Staszewski, a wielu jest takich, powinien bez problemu móc polecieć sobie z rodziną na dowolny europejski maraton.

Pytań jest tu wiele: czy dziennikarstwo jest w stanie utrzymać na przyzwoitym poziomie tylko Tomasza Lisa i Monikę Olejnik? Na ilu górnych piętrach piramidy można osiągać przyzwoite – a dla tych, co nie mają na rachunki to „nieprzyzwoite” – zarobki? Czy można jeszcze utrzymywać się na poziomie z dziennikarstwa, czy trzeba być dziennikarskim celebrytą? Albo łączyć dziennikarstwo z inną pracą?

O żenujących zarobkach w telewizji esemesowaliśmy w zeszłym tygodniu z innym moim biegającym przyjacielem. Oraz  o tenisie, bo biegający kupił sobie właśnie rakietę tenisową. „Za pieniądze z własnej firmy, bo te z telewizji nie wystarczyły nawet na jedzenie”.

I jeszcze jedno pytanie, które już wpisałem w poprzednim odcinku: czy zarabiając powyżej średniej krajowej przyzwoity człowiek ma prawo uważać, że powinien zarabiać więcej? Kiedy ludziom nie starcza na podstawowe potrzeby, kiedy nie jeżdżą na wakacje, nie chodzą do kina? Kiedy są w Polsce dzieci niedożywione, zaniedbane, chore?

To pierwsze pytanie, na które potrafię sobie udzielić odpowiedzi: moim zdaniem można. Każdy może mieć inne zdanie. Neosocjaliści powiedzą, że to chamstwo, burżujstwo, że mi woda sodowa albo sushi do głowy uderza. Neoliberałowie powiedzą, że zarabia się tyle, na ile rynek pozwala. A dziennikarzom pozwala na coraz mniej – i tu dostaję cios w miękkie, neoliberalne podbrzusze, że „jak górnicy strajkowali, to była konieczność dziejowa, a jak dziennikarzom spadają pensje, to co?”.

Celne. Ale jeśli ktoś czytał mój wpis z poniedziałku po to, żeby zrozumieć, a nie po to, żeby przywalić – to zobaczył moje wątpliwości. Jako neoliberał jestem za niewidzialną ręką rynku, bo wierzę w wolność. Jako człowiek pamiętam refleksje nauczycieli, których ta ręka walnęła po tyłku 20 lat temu. Jako dziennikarz widzę, że nie ma nigdzie idealnie wolnego rynku, państwo ma do dyspozycji dotacje, subwencje, zwolnienia podatkowe, licencje, opłaty, cały arsenał do uzbrojenia niewidzialnej ręki. Jako człowiek myślący zastanawiam się na ile należy wpływać na wolny rynek – europejskie rządy próbowały zrobić to przez ACTA, nie wiadomo, czy słusznie, ale się o tym nie przekonaliśmy, bo młodzież  wyskakała im to z głowy.

Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Ale jako dziennikarz mogę głośno pisać o swoich wątpliwościach. I stawiać pytania, bo wolę to niż dawanie odpowiedzi.

Jako praktykujący neoliberał daję radę, dzięki Kancelarii Sportowej mam życie, z którego jestem zadowolony. Ale jako dziennikarz widzę, że niewidzialna ręka popełnia błąd ukręcając łeb dziennikarstwu. To coś jak z demokracją – jest najlepszym z ustrojów, ale zdarza jej się czasem błąd dopuszczający do władzy głupca, szkodnika albo zbrodniarza.

Świat, w którym dziennikarzy zastąpią hobbyści albo PR-owcy wydaje mi się gorszy od dzisiejszego. Ale może starożytnym Rzymianom świat, w którym rugby zastąpi walki gladiatorów, też wydawał się nie do przyjęcia?

A może to nie błąd, tylko jakaś przejściowa faza? Może, tylko nie wiemy, jak wygląda drugi brzeg. Nikt nie wie, co jest za Morzem Czerwonym.

To mniej więcej tyle. Mam nadzieję, że zostawiłem jeszcze miejsce na parę pytań, jak mawia prof. Johnson.

Chcecie odpowiedzi ? Pytajcie mędrców, publicystów, dziennikarskich celebrytów na każdy temat.  Mnie bliższe jest osobiste doświadczenie, którym lubię się głośno podzielić. Bliższa mi jest perspektywa przeżywania, doświadczania, Forresta Gumpa.

Nie kupowałem nigdy tej metafory, że życie jest jak pudełko czekoladek. Życie jest jak pudełko z butami do biegania. Od Ciebie zależy, czy je wyjmiesz i będziesz biec.



00:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (59) »
czwartek, 07 lutego 2013

Trzy treningi siły biegowej pod rząd, tak wyszło. Więc tak łatwo się nie dam.

Zanim przebiegnę nad tym wszystkim do porządku dziennego kilka słów do wszystkich wycieczek, które zaparkowały tu autokarami.

Po pierwsze Staszewski się nie żali, nie skamle, nie płacze. Wręcz przeciwnie, mam teraz chyba najzasobniejszy okres w swoim życiu - bo odpadły mi wydatki na dwójkę dorosłych już dzieci, a doszły dochody z Kancelarii Sportowej. Na sushi starcza (choć dawno nie zamawialiśmy), a dziś Moja Sportowa Żona na zakupach w supermarkecie demonstracyjnie chyba kupiła mi słoiczek kawioru i to niezłego.

Po drugie o maratonie we Frankfurcie (na który nas nie stać) albo o weekendach nad Śniardwami (na które nas stać) możemy w ogóle myśleć nie dzięki moim zarobkom w dziennikarstwie, tylko dzięki dodatkowej pracy w Kancelarii. Na to nie mam w sobie zgody - bo dziennikarza z pierwszego składu Realu Madryt lub Realu Sarragossa powinno być stać na więcej niż piłkarza z Lechii Gdańsk.

Po trzecie nie uważam, żeby to było niesprawiedliwe, bo sprawiedliwość odwołuje się do jakiejś instancji, która miałaby ją zaprowadzić - sądu, rządu albo Boga (jeśli jest). Nie mi sądzić o sprawiedliwości, to jest moim zdaniem błąd systemu. Matrix się zaciął i nie da się tego obiec, trzeba przez to przejść.

Po czwarte problem sprowadza się do pytania: czy przyzwoity człowiek zarabiając na etacie jednak więcej niż średnia krajowa (sprawdziłem dziś średnią) może uważać, że powinien zarabiać więcej? I to w sytuacji, kiedy są w kraju głodne dzieci albo rodziny, którym nie starcza na rachunki. Otóż ja uważam, że może. I chciałem o tym głośno powiedzieć - stąd poniedziałkowy wpis. A moją przyzwoitość każdy może ocenić w tej sytuacji, jak chce.

Po to zostałem dziennikarzem, żeby głośno mówić.

Po pracy, tej etatowej, miałem w tym tygodniu trzy treningi w ramach pracy, tej dodatkowej. We wtorek z RBS-em - zrobiliśmy kros po skarpie koło Agrykoli, a wcześniej cztery razy schody. Czyli siła biegowa. W środę Uniqa, która nie przestraszyła się ani zimy, ani nie przeszkodziły jej ferie i stawiła się w pełnym składzie. Zrobiliśmy regularne 10 podbiegów po 45 s. na Górce Szczęśliwickiej. Trochę się oszczędzałem biegając raz z szybszymi, a raz z wolniejszymi. Ale między podbiegami robiliśmy po jednym ćwiczeniu wzmacniającym, więc łydkom nie pomogło nawet rozciąganie. Chciałem wcześniej pobiegać pół godziny, żeby trochę rozwodnić ten bodziec - ale nie starczyło czasu, musiałem dłużej posiedzieć w gazecie nad tekstem o Tenzing Hillary Everest Marathon.

A dziś z Cargillem zastępowałem naszego Jarka, któremu wypadło coś ważnego przy warszawskim maratonie Orlenu. Na płaskim de facto Polu Mokotowskim zrobiliśmy siłę bez górki. Przywiozłem w bagażniku pachołki (takie słupki, żeby nie zaczęli na wrażych blogach wypisywać, że Staszewski wozi pachołków w bagażniku) i wyznaczyłem kolejne odcinki: marsz z wypadami, podskoki obunóż czyli żabki, marsz dynamiczny, skip A, skip B, skip C i krótka przebieżka na koniec.

Mam w sobie teraz tyle siły, że jeśli wycieczki dalej chcą strzelać znikąd do wyciętej przez niewidzialne ręce rynku sylwetki Staszewskiego oklejonej w dodatku starymi gazetami - to proszę bardzo.

Siłę chciałem na koniec tygodnia przekuć w szybkość, zrobić postulowane tyle razy przez Beztlena tempo półmaratońskie (w wariancie 2 razy 12 minut i nie do końca w tempie na półmaraton, bo go za Chiny nie utrzymam teraz) - ale zima wróciła. I zamarzło, jak u Dukaja.

Szybsze bieganie - bo ze ściganiem - będzie za tydzień w Choszczówce w III edycji Rodzinnych Biegów Górskich. Dziki mówił mi po ping pongu (znów przegrałem, sromotne 1:4), że znów będzie Garmin 210 do wylosowania.

Wiem już chyba, gdzie skończę wiosenny sezon - półmaratonem w Radomiu. I edycja w tym roku - 23 czerwca. Szalenie mi się ten bieg spodobał, bo raz, że brakowało na koniec wiosny szybkiego półmaratonu w pobliżu Warszawy, a sto kilometrów to niedaleko. A dwa, że bieg ma historię w tle - radomski Czerwiec 76.

Byłem wtedy za mały, żeby rozumieć, ale pamiętam, jak pojechaliśmy tam rok później z moją mamą do dalszej rodziny. Ciotka podjęła nas bardzo uroczyście, w biednym mieście, na którym mściła się komuna nie było w sklepach niczego, dostałem wielki talerz makaronu z sosem grzybowym. Byłem wtedy na tyle duży, żeby rozumieć, jakie to wyrzeczenie, ale byłem niejadkiem i nie mogłem tego w siebie wmusić. Może dlatego uwielbiam dziś grzyby, synonim luksusu w Radomiu'77?

A po czerwcu będzie sierpień - III edycja naszego obozu biegowego w Rabce. Właśnie wstawiliśmy na stronie Kancelarii pełną informację. Można się zapisywać. W górach, jak to w górach - będzie dużo siły biegowej i wytrzymałości siłowej.

21:30, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

Znajomi jadą na maraton do Frankfurtu, dobrzy znajomi. Wyprawa atrakcyjna, z żonami, weekend przedłużony o dwa dni, żeby przy okazji coś zobaczyć poza metą po 42 kilometrach. Mieliśmy jechać z Moją Sportową Żoną - ale nie pojedziemy. Bo nas na to nie stać.

I ja się na to nie zgadzam! Stąd ten wpis.

Koszty zostały już poprzycinane, tanie bilety lotnicze, naprawdę niedrogi hotel. Ale jak doliczysz jedzenie, picie (nie po to człowiek jedzie do Frankfurtu, żeby zabierać zupki chińskie i oranżadę w proszku), wpisowe na bieg, to wychodzi z 3,5-4 tys. pln od pary. To przekracza nasz status materialny.

Wstyd mi się zrobiło na początku. Ale jak czujesz wstyd to albo to ukryj bardzo głęboko, albo powiedz o tym całemu światu. Stąd ten wpis.

Jestem dziennikarzem gazety numer jeden w Polsce. Coś jakbym grał w Realu Madryt. Można być kibicem Barcelony, czytelnikiem innych opcji - ale że Gazeta to Real, to fakt. Pracuję w tej gazecie w najbardziej hołubionym dziale Magazyn Świąteczny/Duży Format. W rankingach publikowalności, efektywności, finansowości jestem w moim dziale raczej w górnej niż w dolnej strefie. A jeszcze dostałem trzeci raz Grand Pressa w dziennikarstwie specjalistycznym, co tak podbudowało moje ego, że powiem głośno: jestem w dziennikarstwie na poziomie 2 godzin z hakiem w maratonie. Jaki to hak, można dyskutować, ale z pewnością Wojtek Staszewski jest lepszym dziennikarzem niż biegaczem (a przebiegł maraton w 2:49).

I tego Wojtka Staszewskiego nie stać na weekendowy wyjazd z żoną do Frankfurtu. Nie jest tak, że stoimy w kolejce po zapomogę, dalibyśmy radę taką sumę wyłożyć. Ale nie jest to dla nas wydatek tak spokojny, jak weekend na Mazurach. Mamy ileś rzeczy niżej położonych w piramidzie Maslowa, z którymi się szczypiemy od lat czy miesięcy.

Ok, to była długa rozgrzewka. Już piszę o co mi chodzi.

Nie zgadzam się, żeby dziennikarza na poziomie 2 z hakiem nie było stać na rodzinno-biegowy weekend za jedną granicą. Nie zgadzam się, żeby zarobki - w gazetach, w dziennikarstwie - były na tak niskim poziomie. Nie zgadzam się, żeby udawać, że wszystko w porządku, bo nie jest w porządku.

To nie jest wina Tuska. To nie jest wina Kaczyńskiego. To nie jest raczej wina zarządu Realu Madryt, bo jak kurczy się rynek prasy, widać gołym okiem. Może to przede wszystkim wina internetu, postępu cywilizacyjnego - ale nawet przez moment nie chciałbym być, jak robotnicy w XIX-wiecznej Anglii niszczący maszyny parowe; uwielbiam internet i możliwości komunikacyjne, które stwarza, nie chciałbym, żeby ludzkość go nie wymyśliła. A może nie trzeba szukać winnych, bo po co.

To jakiś błąd w systemie, w matriksie. System tak się zmienił, że postanowił wyceniać pracę dziennikarzy niżej niż pracowników sektora finansowego, przemysłowego, budowlanego. System nie może się mylić lub nie mylić, bo jest nieświadomy. Ja, chociaż być może się mylę, chciałbym za to powiedzieć: system źle działa.

Kiedy dwadzieścia lat temu z hakiem zostawałem dziennikarzem, pisałem w dziale krajowym Gazety o oświacie. Nauczycielstwo polskie było tak zakorzenione w PRL-u, a moją religią był w tak dużym stopniu liberalizm, że byłem w ciągłym zwarciu myślowym, ciągle na kontrze. Nauczyciele narzekali na niskie zarobki, a mi po głowie chodziło, że trzeba brać sprawy we własne ręce. Mało płacą, a zależy ci, żeby zarabiać więcej - to szukaj takiej pracy, w której będziesz więcej zarabiał.

I pamiętam, że w jakimś pokoju nauczycielskim mądry nauczyciel, niemłody i niestary, powiedział mi: - Nie po to zostawaliśmy nauczycielami, uczyliśmy się zawodu, zdobywaliśmy kolejne stopnie, żeby teraz zmieniać pracę.

To było zdanie, które bardzo nie przystawało do mojej  liberalnej religii. Ale takie po ludzku mądre, tak mi się wryło, że pamiętam je po dwudziestu latach. System działa dobrze, kiedy możesz wejść na ścieżkę i biec do mety, najlepiej robiąc BNP - coraz szybciej, w lepszym stylu, wyprzedzając. A jeśli co dziesięć kilometrów stoją sędziowie i jak w chodzie sportowym pokazują ci czerwoną kartkę i każą zaczynać bieg od nowa - to coś jest nie tak.

To co się dzieje z dziennikarstwem, to błąd systemu. Ja i tak mam miękkie lądowanie, bo kiedy zarobki dziennikarskie zaczęły pikować, moje starsze dzieci dorosły, odpadły mi alimenty na syna, potem na córkę. A potem stworzyliśmy z MSŻ Kancelarię
Sportową, zaczęliśmy pracować i zarabiać także w sporcie. Wierny jestem tej liberalnej religii, jak trzeba biorę sprawy w swoje ręce... Choć nie wiem, czy bym umiał rozkręcić Kancelarię, gdyby nie Kinga - jej umiejętności organizatorskie, rzetelność, sumienność, wiedza sportowa i wszystko czego nie widzicie nawet korzystając z pisanych przeze mnie i przez naszych trenerów planów. To dygresja, ale chcę ją podkreślić grubą kreską.

Nie chodzi mi o moje problemy finansowe, bo nie mam problemów. Mam dobrze, lepiej niż średnia krajowa, nie musimy liczyć peelenów, kiedy wyjeżdżamy rodziną na Śniardwy. Mam też niezgodę na to, co się dzieje z dziennikarstwem. Stąd ten wpis.

Frustracja dopadła mnie w piątek, bo wtedy mimo ogromnych chęci zakończenia sezonu towarzyskiego we Frankfurcie, policzyliśmy, że to przekracza nasz status. Zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, a jak człowiek zastanawia się nad wszystkim, dochodzi w końcu do pytania: kim jestem.

Kim jestem? Nie jestem dziennikarzem. Jestem Wojtek Staszewski, chłopak z Bielan, facet po czterdziestce, ojciec.pl, biegacz i liberał. Pracuję jako dziennikarz pisząc teksty w Gazecie, to jedna z moich aktywności. Zastanawiam się, czy główna, bo czym to mierzyć - czasem, zaangażowaniem, peelenami? Na pewno ważna. Ale już nie określająca mnie jednoznacznie, zawodowo i całościowo: "jestem dziennikarzem". Jestem Wojtek Staszewski.

Jestem Wojtek Staszewski. Pracuję jako dziennikarz Gazety, gdzie piszę reportaże i inne teksty. Prowadzę z MSŻ Kancelarię Sportową Staszewscy, gdzie trenujemy biegaczy i organizujemy obozy biegowe. Uczestniczę w nieujawnionym jeszcze projekcie biegowym Chłopasia (jako Kancelaria). I mam aspiracje do tego, by zostać pisarzem, a nie tylko autorem książki "Ojciec.prl".

Może z dziennikarstwem będzie jak z poezją? Poetą się bywa.

10:39, wojciech.staszewski
Link Komentarze (257) »
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam