Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
środa, 11 marca 2009

No i po Kabatach. Urokliwa ścieżka poprzez leśne ostępy (patrz wpis z czwartku) zamieniła się wczoraj o 11.00 w trasę zawodów. Stanęło nas na starcie z 200 osób i pognaliśmy jak dziki tabun. To jest dopiero czad, to stado biegaczy, które nagle rusza z kopyta, ten testosteron, to libido, ta sportowa chuć. Każdy kto startuje w takich biegach walczy o zwycięstwo. Nie o pierwsze miejsce - o to ściga się zwykle trzech ludzi, a w Kabatach zazwyczaj Marcin Kufel sam ze sobą. Każdy walczy o zwycięstwo z dobrym kolegą albo znajomym widywanym tylko na zawodach i w wynikach końcowych. Ze swoją życiówką albo swoją niemocą. Ze swoim wygodnictwem. Ileż to razy każdy biegacz pyta siebie: po co ja to robię, po co mi to? Ileż to razy na piątym kilometrze ledwo łapiąc oddech obiecuje sobie: nigdy więcej! Ale kiedy wbiegnie na metę i doprowadzi tętno do normalnego stanu - wie, że niedługo znów stanie na linii startu. Sport to najlepszy narkotyk świata. Jesteście ciekawi jak mi wczoraj poszło? Nieźle. Poprawiłem życiówkę o jedną sekundę (teraz drżę, żeby stoper sędziów mi nie odebrał tej sekundy w oficjalnym czasie). Przebiegłem te 10 km w 36 minut i 17 sekund. Zły byłem na mecie, bo nie czułem żadnego zmęczenia. Chyba za bardzo się oszczędzałem na ostatnim kilometrze. Bo na finiszu nie mogłem już biec szybciej (silnik nie wskakiwał na wyższe obroty). Ale mogłem chyba zacząć ten finisz wcześniej i dłużej pociągnąć na najwyższym biegu. A po obiedzie wreszcie był badminton. Na marginesie: ciekawe dlaczego wszyscy mówią babington? Kojarzy się to trochę z Misiem Padingtonem i nawet lepiej brzmi. Tylko skąd się to wzięło? Więc był badminton. Robotnicy nie uprzątnęli wprawdzie boiska, chociaż obiecali, zostawiając dwa małe kopczyki piachu. Ale wzięliśmy z domu szufelkę (tę od szczotki-zmiotki) i odgarnęliśmy piach na bok. I mogliśmy się wreszcie wyładować. Zagraliśmy tylko jeden mecz, bo słońce wyszło zza bloku i zaczęło oślepiać na jednej połowie. Wcześniej przeszkadzał trochę wiatr. I mamy jeszcze jedną zaletę biegania. Biegaczowi żadna pogoda w treningach nie przeszkadza. Zobaczycie, powtórzę to zdanie w jesienne pluchy. I mam nadzieję, że większość z was też będzie wtedy uprawiać jogging. Teraz Moja Sportowa Żona pojechała na warsztaty fitness. A ja zbieram się na spacer z młodszą córką. A myślami jestem już przy jutrzejszym biegu Nike'a. To tylko pięć kilometrów, biegnę je całkiem odpoczynkowo. Będę pacemekerem mojej starszej córki - gimnazjalistki.

16:33, wojciech.staszewski
Link Dodaj komentarz »

Dzień bez sportu. Nie trenowałem, bo zbieram energię na sobotni start na 10 km w Lesie Kabackim. Nie robiłem grzbietów, bo mi się nie chciało. Nie zagraliśmy w badmintona, bo kupa piachu (patrz wpis ze środy) leżała ciągle na naszym boisku. Na marginesie: miałem w nocy koszmar, że robotnicy sprzątnęli piach, ale przy okazji zdarli z boiska wszystkie linie, a bez zaznaczonej linii serwisu krótkiego oraz podziału boiska na prawą i lewą część badminton zmienia się w kometkę plażową. Dobrze, że chociaż córkę na zajęcia w domu kultury odwiozłem na rowerze. Cztery kilometry to na tyle mało, żeby się nie zmęczyć, ale na tyle dużo, żeby sobie przypomnieć, że ma się ciało. Na koniec przypominam, że można do mnie pisać: ajanatobiegam@agora.pl. Pierwszy list w historii tego bloga nadesłała Basia Poranny Terminator z Bielska-Białej. Zachorowała na bieganie półtora roku temu, pojutrze startuje w Katowicach w Półmaratonie 4energy, pierwszy raz na tak długim dystansie. W poniedziałek napiszę, jak jej pobiegło.

16:32, wojciech.staszewski
Link Dodaj komentarz »

Mam już adres: ajanatobiegam@agora.pl. Jeśli ktoś chce do mnie napisać, to już biegnę na pocztę! Dzisiaj miało nie być treningu, bo dziś jest czwartek. A czwartek i niedziela to dwa dni bez treningów. Czas na regenerację. Ale nie w tym tygodniu. Bo w sobotę startuję w Lesie Kabackim na 10 km. Więc przerwa będzie w piątek, dzień przed startem, żeby organizm zrobił się głodny biegania. Dzisiaj było więc tak: 500 metrów szybko, poniżej dwóch minut czyli w tempie zbliżonym do tego, w jakim będę biegł dychę w sobotę. A potem 500 metrów powoli, w trzy minuty. Powtórzyłem to sześć razy, żeby się uzbierało magiczne pół godziny. Bo dla mnie, żeby trening nazwać treningiem, to musi on trwać pół godziny. Trenowałem w Lesie Kabackim, na trasie sobotniego biegu. Dlatego, że trasa jest szczegółowo oznaczona, właśnie co 500 m. I dlatego, że tam jest cudna atmosfera. Nie chodzi nawet o te ulotne pierwiastki uwalniające się z listowia. Ale o to, że widzisz na ścieżce z daleka ludzką postać... Patrzysz: biegacz. Mijając się pozdrawiacie się rękoma, rzuconym między oddechami 'hej'. Jak uczestnicy tajnego sprzysiężenia. Patrzysz: rowerzyści. Nie pozdrawiacie się, bo to inna sekta. Ale z zachwytem patrzysz, że to dwoje emerytów. Chciałbym na emeryturze jeździć po lesie na rowerze, a nie usychać w kolejce w przychodni. Patrzysz: wejście smoka. To trzy Azjatki maszerują rytmicznym krokiem. Często je, spotykam, czasem kilka grupek. Pewnie żony prezesów japońskich firm albo wietnamskich hurtowników zaopatrujących Stadion Dziesięciolecia. Patrzysz: matki z dziećmi w wózkach. Dzieci buszujące w liściach. Patrzysz: grupka upośledzonych na wycieczce. Mają w twarzach tyle pogody. Jak w 'Ósmym dniu tygodnia'. Naprawdę dobra atmosfera. W Lesie Kabackim nie ma korków samochodowych, garniturowców z laptopami pod pachą, fast foodów, całego tego zgiełku. I tego faceta, który od rana we wszystkich telewizorach z zaciętą twarzą gromi układ.

16:31, wojciech.staszewski
Link Dodaj komentarz »

Telewizory od rana pokazują panów Lipińskiego i Mojzesowicza z PiS-u namawiających posłankę Beger. Mało co nie spóźniliśmy się przez to do przedszkola, bo nie mogłem się oderwać od ekranu. Załatwiła ich jak dzieci. Mnie tylko raz chciał skorumpować jeden gościu - opowiadam w tym blogu, bo miało to związek ze sportem - żebym pisał o jego firmie (to było w pierwszym zdaniu) za pieniądze (w drugim). Odpowiedziałem mu, że jak za pieniądze, to niech idzie do biura ogłoszeń. Ale rozmowa była bez kamer TVN, więc pozostał mi tylko niesmak. A nie 'taśmy prawdy'. Kiedy dzieci w przedszkolu siadały do śniadania, to ja leciałem w stronę Pól Wilanowskich. Leciałem, bo dziś był drugi zakres, czyli pół godziny szybkiego biegu. Ponieważ miało być wyluzowanie, to zrobiłem tak: - 12 minut szybko - 6 minut człapania - 12 minut szybko plus minutka truchtu na koniec. Z pracy leciałem szybko do domu (samochodem), bo umówiliśmy się na 16. z Moją Sportową Żoną na godzinę badmintona pod blokiem. Gramy tam od lipca zaanektowaliśmy mini boisko do koszykówki, które leżało odłogiem, gdyż ktoś urwał kosz. Bo po co komu kosz? Okazało się, że remontują nam od wczoraj chodnik pod blokiem. I górę piasku potrzebną do remontu zwalili na środku boiska. Bo komu potrzebne w tym kraju boiska? Pół podwórka patrzy na nas jak na patologię sportową! Co innego, gdybyśmy obalali browary na ławce, to byłaby norma. Popykaliśmy chwilę na trawniku, a potem Moja Sportowa Żona leciała na fitness, który prowadzi na drugim końcu miasta. Oferty pracy z okolic Ursynowa mile widziane, bo będziemy mieć więcej czasu na badmintona. Teraz zostały mi jeszcze do zrobienia grzbiety. Pamiętacie takie ćwiczenie z podstawówki: cała klasa leży na podłodze w sali gimnastycznej i na trzy cztery podnosimy do góry rączki i główkę? Szczyt infantylizmu, można by powiedzieć. Dopiero w ostatnich latach odkryłem, że mięśnie grzbietu to podstawa. Czego to ja nie robiłem, żeby się przestać garbić. Drążek, atlas, sztanga - na nic. A do prostej postawy wystarczy wzmocnić właśnie mięśnie grzbietu. Teraz kiedy zaniedbam takie ćwiczenia przed zawodami, czuję potem, że nie mam mocy w biegu. Tak jakbym zasuwał nogami na maksa, ale bez energii. Jak nie przymierzając nakręcana kaczuszka w wannie. Dopiero z kręgosłupa idzie prawdziwa moc. Właśnie tak, panie ministrze Mojzesowiczu, panie ministrze Lipiński.

16:17, wojciech.staszewski
Link Dodaj komentarz »
Rano radio podało, że Lepper uruchomił weksle na posłów, którzy odeszli z Samoobrony. I że Leppera nie ma w kraju, jego zastępca zaś przypuszcza, że jest w Rosji. Dojeżdżałem wtedy samochodem do Lasu Kabackiego. Wyłączyłem o Lepperze, wysikałem się i ruszyłem na ścieżkę. Dziś było łagodne bieganie w pierwszym zakresie. Bo ja na to biegam. Wypadałoby się przedstawić, ale ja w biegu jestem. W tym sensie w biegu, że to nie będzie historia pt. 'Zobaczyłem, że tyję i postanowiłem spróbować joggingu, wczoraj udało mi się przetruchtać 200 m'. O nie. Ja jestem w biegu od lat. Od biegania chudnę, chociaż chciałbym przytyć, bo na oko widać, że mam niedowagę. Ksywki: szkielet, szkieletor. Ja już nie potrafię chodzić. Jak odprowadzam córkę do przedszkola, to wracam biegiem, bo nie chce mi się iść 300 metrów. Po co, jak można podbiec? Nie ma mowy, żebym prowadził kogoś za rękę od pierwszych treningów do pokonania pięciu kilometrów w pół godziny. Bo dziś przebiegłem pięć kilometrów w 27 minut. A dlatego tak wolno, że teraz mam luźniejszy tydzień treningowy. A dlatego luźniejszy, że za trzy tygodnie biegnę maraton w Poznaniu. A dlatego biegnę, że w Warszawie pobiegłem maraton za słabo, jakieś 7 minut wolniej niż bym chciał. 17 września to było, jeśli ktoś nie zauważył. Na mecie w Warszawie powiedziałem do Mojej Sportowej Żony: 'To był ostatni maraton w tym roku. Do Poznania już nie jadę'. Zrobiłem pauzę. 'Chyba, że bym zmienił zdanie'. I godzinę później już wiedziałem, że pojadę. Jak luz, to luz. Dzisiejszy trening trwał tylko pół godziny. I był w pierwszym zakresie. Co to znaczy? Zapaleńcy wiedzą, więc wyjaśniam krótko: to taki poziom tętna, przy którym mięśnie się niemal nie zakwaszają. Dla mojego organizmu to do 155 uderzeń serca na minutę. Skoro miałem się przedstawiać, to jeszcze dwa parametry: drugi zakres (to szybkie treningi) to u mnie do 163 uderzeń, a trzeci staram się robić powyżej 170 (bardzo szybkie treningi). Dla tych, którzy nie mają pulsometrów mam prostszą definicję wyczytaną kiedyś na forum biegajznami.pl: pierwszy zakres jest wtedy, kiedy można swobodnie rozmawiać, drugi jak się mówi urywanymi zdaniami, a trzeci - pojedynczymi wyrazami. Jutro bieganie w drugim zakresie. Jak to zrobić na luzie, skoro ten tydzień ma być luźny? Chyba mam już pomysł.
16:10, wojciech.staszewski
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lutego 2009

Kim jestem? 20 lat temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, od dziesięciu lat jestem reporterem „Gazety Wyborczej’, a ściślej „Dużego Formatu”. Od pięciu lat pracuję też przy gazetowo-telewizyjnej akcji Polska Biega.

Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie około 40, mniej więcej tyle co lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.

Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę – Moją Sportową Żonę i córkę przedszkolaka. Mam dwójkę dorosłych już dzieci – córkę studentkę i syna fotografa. Mam znajomych i przyjaciół – takich z którymi biegam i z którymi nie biegam. Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w telewizji, wieczorami grywam na pianinie, a od czasu do czasu gram w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką podwójnie krytą, bo inaczej nie umiem. Robię normalne rzeczy.

W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

14:24, wojciech.staszewski
Link Komentarze (7) »
1 ... 116 , 117 , 118 , 119
 
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam