Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 22 lipca 2013

Jak zajechać się w bieganiu na śmierć, a przynajmniej na śmierć kliniczną, a przynajmniej na udar cieplny krok od śmierci, krok od udaru mózgu - uczy nas Alberto Salazar, mistrz pośród biegaczy, arcymistrz wśród trenerów. Jego książkę wydaje właśnie wydawnictwo Galaktyka, to od Doganiania Kenijczyków i Urodzonych Biegaczy czyli wszystkich tych legend biegowy, które nie uczą jak biegać, tylko jak kochać bieganie.

Czytam Salazara, bo mam napisać dwa słowa na okładkę. Wydawnictwo dało mi do wyboru jedną z dwóch książek - kolejną o biegaczu na setki kilometrów oraz Salazara pod tytułem "14 minut". Wybrałem minuty. Okazuje się zresztą, że w tytule nie chodzi o złamanie 14 minut na piątkę.

Po ping pongu z Dzikim, na którym dostaję ostatnio lania bez honoru i zacząłem na serio szukać trenera (może ktoś z cichociemnych?) fantazjowaliśmy o biegach długich. O biegaczach, którzy łamią sześć dni na jakiejś trasie. A potem wymyślaliśmy takich, którzy złamaliby w mega-wyścigu trzy miesiące. I tak dalej, można to dowolnie mnożyć przez iks, ale w wyniku nie wyjdzie już chyba bieganie, tylko przetrwanie, pokonanie i plus minus nieskończoność.

Urodzeni biegacze po górach płaskich jak stół lub ze szczytami. Szacun dla Was jak dla himalaistów, ale to nie moja bajka. Jeśli mam biec po górach, to na trasie, którą będę w stanie ogarnąć myślą przed biegiem i pamięcią po biegu. Raczej treningowo niż w zawodach. Zawody wolę liczyć w sekundach, minutach. 51 sekund straconych do złamania trzech godzin w zeszłym roku w Poznaniu i trzy i pół minuty nadrobione w tym roku w Warszawie. Podziw we mnie budzi 14 minut złamane przez Salazara na dystansie 5 km. Bo ja w sobotę złamałem zaledwie 19 i to tyko dlatego, że trasa była krótsza o jakieś 50 albo 100 m.

Pobiegłem pierwszy raz z Park Run. Jakaś zachodnia impreza, która podczas rejestracji komunikuje się ze mną częściowo po angielsku (co mnie wkurza oczywiście), za którą nie wiadomo kto płaci, bo wpisowe wynosi zero i która rozgrywa się co tydzień w największych miastach. W Warszawie o 9. rano w Parku Skaryszewskim, wpadajcie, ja też jeszcze kiedyś wpadnę po wynik. Teraz pojechałem po sprawdzenie w jakim miejscu jestem, kiedy dopiero zaczynam pracować nad formą w dodatku po małym roztrenowaniu i świeżo po oddawaniu krwi. Jestem w...

1

Jestem w zielonych podkolanówkach uciskowych, które dostałem właśnie od samego Cepa.

Na ostatniej prostej wyprzedził mnie podopieczny Przemek (na zdjęciu połowa biegu, Przemek jest tu z 50 m za mną). Kancelarii szykuje się drugi trójkołamacz.

Przed biegiem robiłem rozgrzewkę, bo organizatorom się zwykle kojarzy, że dobrze będzie jak ktoś poprowadzi rozgrzewkę. Ale po biegu Moja Sportowa Żona zrobiła rozciąganie, co moim zdaniem jest 14 razy ważniejsze, a jeszcze żadnych organizatorów nie zdołaliśmy na to namówić. Chwała Park Runowi i Ewelinie, niegdyś maratonce z Polska Biega. I dzięki spotkanej w Skaryszaku Małgosi W. też wyrastającej z tej akcji, z której i ja wyrosłem - Małgosia W. zaproponowała lifting bloga i już teraz każdy będzie mógł trafić np. do Kancelarii, jeśli poczuje potrzebę albo np. na Festiwal Biegowy.

2

3

Obiecałem się jeszcze rozliczyć z biegania. Ruszyłem, w zeszył tygodniu były dwa treningi stricte biegowe, a w tym jeden dwugodzinny czyli prawdziwe bieganie.

A tydzień sportu zakończyliśmy z MSŻ na rolkach na nowo budowanej obwodnicy. Podobno pierwszy odcinek otwierają w środę. Złamali 30 miesięcy.

4

 

22:39, wojciech.staszewski
Link Komentarze (103) »
poniedziałek, 15 lipca 2013

Tenis w sporcie zajmuje ważne miejsce. Kiedy wygrywają nasi, to nawet bardzo ważne. Niewiele mamy teraz okazji, do wykazywania naszych przewag narodowych - zorganizowaliśmy mistrzostwa w piłce do kopania i skopaliśmy, teraz organizujemy w piłce do odbijania przez siatkę i skopaliśmy na wszelki wypadek wcześniej. Ale tenis, tenis. Też wprawdzie bez złotego medalu, ale na tyle dobrze, że zaintrygowaliśmy Zachód. Co kilkadziesiąt lat pojawia się facet cały w bieli, który przyjechał z Polski i Zachód jest zadziwiony.

No dobra, dość tych popisów stylistycznych. Próbuję ukryć w ten sposób kolejny tydzień niebiegania zwanego dla niepoznaki eksperymentem treningowym. Podbiegi w poniedziałek, podbiegi we wtorek, siła biegowa w środę z Uniqą, a potem trening z podopiecznymi w formie krosu piłkarskiego - czyli gra się w piłkę, ale jedna bramka jest na górze, a druga na dole. Polska reprezentacja zdaje się też tak gra, tylko w przerwie ktoś przekopuje boisko tak, że obie połowy gramy pod górkę.

Bieganie zrobiłem dopiero w sobotę, godzina w 5:38, ale w tym pętla krosowa 20 minut po Górze Latawcowej nieopodal Lasu Kabackiego. Bo w piątek też nie starczyło czasu na bieganie, było tylko 30 min. siły biegowej przed tenisem.

Po tenisie Moja Sportowa Żona zrobiła mi zdjęcie docelowym telefonem. Bo moja Nokia N8 się uszkodziła programistycznie podlegając gwarancji, a że model już wyszedł z obiegu, to oddali mi kasę. Dołożyłem i mam jabłko.

Godz. 20.00, pochmurno:

a

Tenis rządził. Chcieliśmy się z Chłopasiami zapisać na intensywny kurs wakacyjny w lipcu, wyszły z tego cztery treningi po półtorej godziny. Dwa w zeszłym tygodniu. Przyjemnie, chociaż myślę, że do złamania godziny na 10 km trochę nam jeszcze brakuje.

Tenis rządził, bo w poniedziałek Warszawę nawiedziła trójca - Janowicz, Radwańska i Kubot. W Newsweeku klepnęli wywiad z Jerzym Janowiczem i rozpocząłem starania. Właściwie rozpocząłem je już w poprzedni piątek wchodząc w kontakt z panią z biura.

W poniedziałek pani z biura powiedziała, żeby kontaktować się z panem JJ seniorem i że on będzie na konferencji prasowej o 15. w hotelu. Dotarłem i tam znalazłem najpierw inną panią z innego biura, obiecała pomóc. Dotarłem do JJ seniora, kazał dzwonić jutro.

Wysłałem maila do drugiej pani, zadzwoniłem do JJ seniora. Jerzy ma rehabilitację, może w środę po południu się wyjaśni, czy może być wywiad. Pani odmailowała, żebym jej przedstawił swój dorobek, bo chce pomóc.

W międzyczasie Radwańska zawstydziła swoimi nagimi zdjęciami, tych, którzy nie wstydzą się Jezusa - ale wstydzą się Radwańskiej.

Pani odmailowała, że gratuluje dorobku i próbuje. JJ senior przestał odbierać telefony. A redakcja w międzyczasie widząc to, co nieuchronne, dała mi inny temat: Artur Hajzer.

Jest coś niesprawiedliwego, jak to zauważyła Ola z Newsweeka, że po śmierci Macieja Berbeki i Tomasza Kowalskiego mieliśmy miesiąc debat i żałoby. A o Hajzerze Polska zapomniała w trzy dni.

Poznałem jego biografię, na tyle, na ile można to zrobić w trzy dni. Rozmawiałem z Himalaistami, jego partnerem wspinaczkowym (zdobyli dwa ośmiotysięczniki) był mój znajomy z trekkingu Robert Szymczak, wiele mi o Arturze opowiedział. Do tego ten link z maratonczyk.pl, gdzie Artur z dużym dystansem opisuje swój start w Maratonie Poznańskim i wspomina, jak mobilizowałem na finiszu Joasię Sadowską z pierwszej akcji Polska Biega nawet Maraton. Gdybym ja wtedy wiedział, że biegnie z nami taki wspinacz.

Artur Hajzer to zdaje się był bardzo fajny, otwarty, życzliwy człowiek. Takim go zobaczyłem i takim postarałem się opisać w Newsweeku. Żal, że zginął, dobrze że żył, szkoda, że nie było mi go dane poznać.

JJ senior nie odbiera telefonu (w piątek trzecia pani obiecała, że oddzwoni). A druga pani nie odpowiada na maila z prośbą, czy da się ustalić termin wywiadu, czy może uzyskać jednoznaczną odmowę (tj. poprzez stwierdzenie, że Jerzyk ma gdzieś wywiad dla Newsweeka).

Idę spać, bo rano trzeba pobiegać. Naprawdę. Rozliczę się z tego za tydzień.

 

23:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (189) »
poniedziałek, 08 lipca 2013

Nie chce mi się biegać. Oj, strasznie mi się nie chce. Ale chce mi się filozofować i to o bieganiu.

Po powrocie z wakacji spadł mi na głowę Newsweek, Kancelaria i dobił nie działający komputer. Nie było czasu na bieganie, zacząłem sobie dorabiać ideologię o małym roztrenowanku. Kancelaria kupiła teraz sprzęt do treningu obwodowego, poprowadziłem to we wtorek dla grupy naszego trenera Maćka - Liberty Direct - a w środę zrobiliśmy to z Uniqą. Oba treningi obudowałem sobie kilkoma podbiegami. I w piątek dorobiłem inną ideologię - że robię eksperyment i trenuję tylko siłę biegową. Poleciałem rano na górkę, dodałem trochę wykroków oraz skipów A i B (skip B rządzi, o tym za chwilę). A że byłem lekko skłócony z Moją Sportową Żoną i miałem potrzebę zrobienia czegoś spektakularnego, to skoczyłem jeszcze przed pracą oddać krew. Wzięli, hemoglobina 14,2, jak na mnie, to bardzo dużo.

Lekarka od krwi powiedziała mi przy tym to, co zawsze chciałem usłyszeć. Że jak się odda krew, to wprawdzie liczba czerwonych krwinek i hemoglobiny maleje (to wiedziałem), ale potem odbudowują się młode komórki i one lepiej przenoszą tlen niż stare, zużyte. Pełna odbudowa do maksimum możliwości startowych trwa dwa miesiące. Czyli na początku września będę małym magazynem świeżej hemoglobiny.

Na fotelu czytałem sobie książkę - Dogonić Kenijczyków Adharananda Finna. Coś jest w niej ciekawego, a coś irytującego. Autor rzeczywiście pokazuje od kuchni, dlaczego Kenijczycy są tacy dobrzy. Ale też jest tak kompletnym ignorantem sportowym (chociaż sam biega i to nie najgorzej), że czyta się to trochę jak opowieść dla przedszkolaków. Dylematy treningowe "czy wytrzymam to tempo", "czy dam radę biec z grupą", "jestem jeszcze za słaby, muszę dać z siebie więcej" to bajeczki. Żeby trenować skutecznie trzeba to robić z odpowiednią dla siebie intensywnością różną w przypadku różnych środków treningowych, a nie gonić na treningach Kenijczyków. Nie chodzi o to, żeby zacisnąć zęby i długie wybieganie zrealizować na granicy drugiego i trzeciego zakresu, bo to zupełnie inny środek treningowy, degradujący zresztą, a nie budujący.

Ale może czas już na takie książki. Wcześniej czytałem Bez ograniczeń Chrissie Wellington, obie książki wydało zaprzyjaźnione wydawnictwo Galaktyka, które wcześniej zrobiło furorę Urodzonymi biegaczami. Może czas na biegową mitologię. Superbohaterów z odległych krain, postaci fantasy jak z Sapkowskiego. Książki, które mają inspirować, porywać, a nie uczyć.

U Kenijczyków i w ogóle zawodowców - co wykazał Fredzio na Bieganie.pl zestawiając krok Grzegorza Gajdusa i amatora - ruch nogi następuje przede wszystkim w stawie biodrowym. Staram się to wypracować. Nie wiem, czy obowiązująca powszechnie wśród amatorów filozofia szurania podeszwami nad asfaltem nie jest błędem. Na razie próbuję na sobie, po to mi te skipy B, których sporo robię ostatnio - w truchcie, w marszu, normalnie albo co trzeci krok, żeby było poprawniej technicznie. W sobotę MSŻ powiedziała mi komplement, że mam ładną technikę i że noga się w biodrze wreszcie zaczęła ruszać. Zrobiliśmy małą wyprawę do Empiku na Kabatach - MSŻ i córka 4klasistka na rowerach, a ja biegłem obok.

jj

Tydzień zacząłem od podbiegów. Czy zdołam w tym tygodniu nie tylko podbiegać, ale i pobiegać - zależy w dużej mierze od Jerzyka. Tego Jerzyka. Mam zrobić do Newsweeka wywiad z Janowiczem, mam być umówiony, ale nie jest to jeszcze na sto procent ustalone i nie wiadomo kiedy - we wtorek, środę? Na razie byłem na konferencji prasowej, widziałem z bliska całą trójcę - Janowicza, Radwańską i Kubota.

Konferencja była nieskazitelna jak ubranie Bjoerna Borga (młodsi: Google), czysta jak biały sport i wyprana z wszelkiej oryginalności jak w Vizirze. Aż do ostatniego pytania - o warunki treningowe w Polsce. Trójca była zgodna, że są beznadziejne - treningi w niedogrzanych, obskurnych balonach, brak twardych kortów. Ale mówi Kubot, dlaczego ma taki dobry return - bo długo grał na sali gimnastycznej, stał na końcowej linii, bo zaraz dalej miał ścianę. Mówi Radwańska, że grała na beznadziejnych nawierzchniach, na których piłka się nienaturalnie szybko odbijała. Co mówi Janowicz w tej kwestii nie zrozumiałem dokładnie, ale mam nadzieję dopytać.

I wtedy mi się to nagle złożyło z tą książką o Kenijczykach. Oni tam zachrzaniają, żyją w znoju pańszczyźnianego chłopa, w trudzie niewolnika z plantacji bawełny, w biedzie. Ale nie skarżą się do ministerstwa, do trybunału, do Pana Boga (jeśli jest), tylko po prostu dają radę. Od dziecka chodzą, biegają, a nie podjeżdżają wszędzie samochodami kierowanymi przez rodziców.

Nie zamieniłbym Polski na drugą Kenię i chyba nie jestem w tym sam. Wolimy wygodniejsze życie niż zwycięstwa naszych w maratonach, nie ma w tym niczego dziwnego. Ale pogódźmy się, że będziemy zawsze o krok za Murzynami. I ich nie dogonimy.

W sprawie tenisa ministerstwo już obiecało dofinansowanie kilkudziesięciu bodaj hal tenisowych. To oczywiście dobrze - chociaż jeśli teoria Radwańskiej, Kubota i Kenijczyków jest prawdziwa, to oznacza to czarną przyszłość białego sportu.

22:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (109) »
poniedziałek, 01 lipca 2013

To nie jest bieg górski, ani wbieg górski. To jest hałda żużla nieopodal Huty Katowice. Kawałek Śląska na włoskiej wyspie. Obowiązkowa wycieczka wszystkich wycieczek - wulkan Etna.

Samochodem dojeżdża się na 2000 m. Moja Sportowa Żona z resztą ekipy ruszają na wariant turystyczny. Najpierw wyciągiem do góry na prawie trzy tysiące metrów, a stamtąd samochodami terenowymi na pełne trzy tysiące pod sam wulkan ziejący ciągle siarką albo inną chemią. Ja z parkingu samochodowego na dwóch tysiącach ruszam biegiem. Kilometr udaje mi się biec, ale kolejne półtora do górnej stacji wyciągu jest już marszobieg, bo nachylenie grubo przekracza wskaźniki uznawane przez guru Skarżyńskiego za maksymalne do biegania.

I wtedy okazuje się, że to nie jedna huta, tylko całe Zagłębie Ruhry. Brakuje tylko tych charakterystycznych zmutowanych wiatraków z kołami zamiast łopat definiujących górniczy krajobraz.

Jest przeraźliwie, cywilizacja śmierci. Po żużlowej hałdzie jeżdżą ciężarówki z turystami, a po drodze i po skrótach na zakrętach brną nieliczne pielgrzymki. Wiatr duje, a w powietrzu zaczyna brakować tlenu. Czuję to po kolejnych dwóch-trzech kilometrach. Zaczynałem rześko, kilometr w pięć minut z kawałkiem, a czym bliżej szczytu tym bardziej przechodzę w marszobieg. Najtrudniejsze pięć kilometrów w moim życiu. Na końcówkach najpodlej przebiegniętych maratonów tak się nie umęczyłem.

Niecały kilometr przed metą mija mnie ciężarówka z MSŻ i resztą drużyny. Za kilka-kilkanaście minut docieram do końca drogi. Szczęśliwy, jakby mieli zaraz dawać medal. Włoska turystka Sabrina robi mi zdjęcie, ma jeszcze przesłać dwa ze swojego aparatu, jak sama wróci z wakacji.

Zbiegam jak z górki na pazurki. Gonię ekipę, która czeka na wyciąg i na dół docieramy mniej więcej w tej samej chwili. Skala przebicia - zbieg zajmuje mi tylko 30 proc. czasu wbiegu - pokazuje, jak nieludzka była ta szychta. Na Turbacz czy Maciejową zbiega się w jakieś 80 czasu podbiegu.

I tu się kończy moje bieganie. Na wakacjach spędzonych w większości na terenie hotelu nieopodal ładnego Cefalu pobiegałem jeszcze trzy razy - spokojne 1-1,5 h po kamienistej plaży nie nadającej się ani do plażowania, ani do biegania, po brudnych włoskich uliczkach, przez wieś z której przepędziły mnie bezpańskie psy wylegujące się w upale pod wrakiem samochodu.

Wakacje jak bajka, w której nieoczekiwanie występujesz. Twoje największe zmartwienia, to ile osób przyjedzie na siatkówkę o 11.00, a ile o 16. i czy będą dwie czy trzy drużyny. Hotel postawił na sportową animację, na boisku zjawia się Słowaczka Andżelika ze służbową piłką, dziesiątka wyrośniętych krasnoludów z całej Europy i gramy. Więcej odbijałem piłkę niż biegałem.

Przykro kiedy bajka się kończy. Tęsknisz nie tylko do basenu, urokliwych miasteczek mijanych po drodze, ale nawet do Huty Katowice. W domu czeka codzienny fedrunek, spiętrzone hałdy niezałatwionych przez tydzień spraw w Kancelarii. I dziś, choć sobie to obiecywałem wczoraj na basenie, nie rozpocząłem tygodnia od podbiegów, tylko od kolegium w Newsweeku. Zgłosiłem dość wakacyjny temat, ale zamierzam podejść do niego z kamienną powagą.

A bieganie? Chyba niechcący zrobiło mi się małe roztrenowanie.

22:17, wojciech.staszewski
Link Komentarze (127) »
niedziela, 23 czerwca 2013

Jaką przewagę ma niedzielny Półmaraton w Radomiu nad sobotnim Półmaratonem we Wrocławiu? Wiadomo: przede wszystkim taką, że się odbył.

Pierwszy miał kontekst historyczny, Radomski czerwiec i szosa E7, znajoma szosa jak na gitarze akord E7. Drugi wpisał się w ten kontekst nawiązując, jak to ktoś zauważył w komentarzach, do Pomarańczowej Alternatywy.

Nie byłem we Wrocławiu, ale z doniesień wynika, że każdy zrobił w tym happeningu to, co do niego należało. Dyrektor koncertowo spieprzył sprawę, policja nie dopuściła biegu niezgodnego z procedurami (a jeśli ktoś nie szanuje procedur, to przypominam katastrofę w Smoleńsku), a biegacze dokonali pięknego aktu obywatelskiego nieposłuszeństwa. Ciekaw jestem (może napiszecie), jak ten eksperyment społeczny wyglądał. Co na to ludzie wzdłuż trasy, co na to kierowcy, co na to Smerfy? Młodsi: tak się podczas happeningów Pomarańczowej Alternatywy mówiło na milicję.

Smerfy teraz znikają z TVP1. Kultura jest w defensywie.

zz Nie byłem w Radomiu, nie dało się tego pogodzić z planami rodzinnymi. Ale kibicuję temu biegowi na odległość. Podopieczny Jarek z Uniqa napisał, że było masakrycznie i kilka minut od życiówki. Niestety, żyjemy w tropikach, żar się leje z nieba, a gwałtowne ulewy zatapiają właśnie otwarte tunele. Tym większe brawa dla Podopiecznego Zbyszka za odrodzenie po wiosennej depresze biegowej - życiówka w upale o ponad minutę - 1:37. Dziś już piszę, że na jesieni Zbyszek złamie 3:30 w maratonie poprawiając się mniej więcej o kwadrans.

Podopieczny to ten, który się najbardziej na tym zdjęciu cieszy.

Ja żyłem w tym tygodniu bieganiem innych. Sam lekko pobiegałem dwa czy trzy razy i przeszedłem trening obwodowy Mojej Sportowej Żony razem z grupą ING. (Uniqa, już się bójcie).

Nie samym bieganiem człowiek żyje. W piątek uświadomiłem sobie jednak, że czasem może się człowiek na bieganiu zafiksować. Zapisuję się na różne biegi, żyję tymi imprezami - a dlaczego nie przyszło mi do głowy, żeby kupić sobie bilety na koncert Beatelsa? Ja, na którego np. Dziki do dziś nie mówi inaczej niż John, bo mi tożsamość Lennona wrosła w kręgosłup. Ok, nie wiedziałem, że McCartney gra tyle numerów Beatelsów, ale przecież mogłem się dowiedzieć.

Zdałem sobie z tego sprawę, gdy jak dobry wróżek zadzwonił Tomik, że musi być w sobotę w Gdańsku i czy nie chcę odebrać za niego dwóch biletów.

I byłem tam.

mcca

Yesterday...

mcca

Dziś odcinek wyjątkowo wstawiam w niedzielę. Bo za chwilę lecimy na Sycylię. Pierwsze zagraniczne wakacje Kancelarii od początku jej istnienia.

21:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (140) »
poniedziałek, 17 czerwca 2013

Na trzydziestym piątym kilometrze biegnie ze mną już tylko strach. Marka z Mrągowa wysłałem do boju na trzydziestym pierwszym, bo po trzydziestu kilometrach przebiegniętych równo jak wojsko, czułem, że zaczynam go spowalniać. Jestem sam w środku dżungli, Puszczy Piskiej, na jednym z cudów świata, Maratonie Mazury.

Przede mną Moja Sportowa Żona na rowerze. Ale właśnie zaczęły się takie górki, a droga zrobiła się piaszczysta, że rower robi się wolniejszy od biegacza, więc MSŻ ucieka do przodu, walczy z drogą, dystansem (jedzie od początku), znużeniem. Wjeżdża na górkę, ja zbiegam z poprzedniej, tracę ją z oczu i jestem sam.

Sam ze swoim strachem. Biegliśmy z Markiem na pozycji 9 i 10, liczyłem, że na finiszu będę szybszy, bo mam od Marka lepsze życiówki. Ale wspólnego finiszu nie będzie, bo to mi zabrakło energii. Znów, chociaż tym razem zacząłem ostrożniej, tempo 4:30 czyli bieg na 3:10. W zeszłym roku zacząłem po 4:00-4:15 i od połowy byłem jak pęknięty balonik. Teraz balonik pęka koło trzydziestego. Z impetem uchodzi wszystko.

Najpierw marzenia o nadspodziewanie dobrym biegu, takim, w którym jakimś cudem łamię trójkę. Potem plany dobrego biegu, w którym trzymam do końca tempo i finiszuję. Zostaje jeszcze nadzieja na miejsce w pierwszej dziesiątce.

Być w pierwszej dziesiątce na maratonie to jest coś. Dla mnie to jak stanąć na podium. Jak wrócić z medalem, który chociaż jest tylko za udział, to dla mnie ważyłby jak medal za zwycięstwo.

Kiedy już uciekło mi wszystko zostaje tylko strach. Że zza zakrętu wybiegnie szybki jak przecinak biegacz i mnie przetnie, przeleci, przejedzie i przegram wtedy wszystko poza doznaniami emocjonalno-survivalowymi. Bieg piękny, trasa ładniejsza niż rok temu, fragment po wysokim brzegu nad Jeziorem Bełdany może się równać chyba tylko z połoninami.

Siły też mnie opuściły. Nie kupiłem sobie żelów węglowodanowych, które postanowiłem zostawić na płaskie, szybkie biegi, tylko dwa snickersy. Na maratonie w Krynicy rok temu poczułem po snickersie dużego kopa. Ale wtedy biegłem treningowo na złamanie czterech godzin, żołądek był pewnie mocniej ukrwiony i dał sobie radę ze strawieniem batona. Teraz czuję, że snickers na szybkim maratonie to błąd. Zwalniam o dobre pół minuty na kilometrze. Na Garminie wygląda to różnie, bo dodatkowo czas zaburzają górki i piaski.

Jest gorąco, może za gorąco na taki bieg. Ale dla wszystkich jest tak samo gorąco. Marek z Mrągowa, z którym przegadaliśmy ponad dwie godziny (rozkręcił w Mrągowie grupę, w której biega już 30 osób, wszyscy w żółtych koszulkach z herbem Mrągowa czyli niedźwiedzią łapą na plecach) życiówki ma słabsze, a pofrunął do przodu. Nie w gorącu problem.

Na trzydziestym siódmym kilometrze jestem wciąż sam ze strachem. Poluzowałem kontrolę tętna; starałem się biec z tętnem do 160, teraz pozwalam sobie na więcej, ale i tak maksymalne tętno na trasie to będzie zaledwie 169, tyle ile na początku w Poznaniu czy na Orlenie. I nie jestem w stanie wejść na wyższe obroty.

Jest za to pot. Uff jak gorąco. Nawadniam się prawidłowo, pocę się więcej niż zwykle.

Strach dogania mnie gdzieś tak na 38-39 kilometrze. Droga się poprawiła, więc MSŻ jedzie koło mnie, ogląda się i mówi teatralnym szeptem, że gościu mnie goni. Zrywam się do boju, jakieś 100 m ciągnę szybko, 100 m resztką woli, a potem 100 m uciekam przed zbliżającymi się krokami i dyszeniem. Sądząc po wentylacji gościu ma tętno 175. Nie walczę, wdeptuje mnie w ziemię.

Do mety oglądam się, czy nie stracę kolejnej pozycji. Następny biegacz dociera do mety 4 minuty za mną, do pierwszej dziesiątki tracę 2 min. Docieram w 3:21, ale na 42,2 km mam czas 3:17, przy standardzie pomiaru trasy na Mazury Maratonie, to bardziej wiarygodne. W zeszłym roku miałem 3:11, ale gdyby maraton miał 42,2 km byłoby ok. 3:16. Czyli teraz poszło słabiej niż rok temu, mimo rozsądniejszego początku. Jestem zły.

Gdyby mi przyszło do głowy sprawdzić zębem medal, czy nie jest przypadkiem złoty, wyszłoby na pewno, że jest gorzki. Ok, to był start treningowy. Bez BPS-u, makrocyklu akumulacja-intensyfikacja-transformacja, bez psychicznego nastawiania się na sukces. Chyba bez tego się u mnie nie da. Bez tego jestem w stanie biegać maratony po 3:15-3:30. Żeby zdobyć złoty medal, muszę wykonać pracę pod ten cel. I zrobię to na jesieni.

W tym odcinku nie piszę o:

- I Półmaratonie Radomskiego Czerwca w najbliższą niedzielę w Radomiu. Nie dam rady tam dotrzeć, a szkoda, ale sporo podopiecznych się wybiera, Uniqanie i nie tylko. Są jeszcze miejsca

- Kajakach na bajecznej Krutynii (wystarczy zdjęcie)

1

- Kozie z Parku Dzikich Zwierząt w Kadzidłowie, która usiłowała zjeść sznurówki z butów MSŻ (jak wyżej) - a kto będzie w okolicy, polecam odwiedzić park, spacer z jeleniami pośród danieli, łoś z bliska itp.

2

- Treningu MMA z Iwoną Guzowską, bo napisałem w Newsweeku



08:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (135) »
poniedziałek, 10 czerwca 2013

Tydzień zaczyna się od podbiegów. Zależy mi na tym szczególnie, bo to nowy tydzień w nowej pracy, w nowym rozdziale, a nawet w nowym tomie.

Nowy week, nowa górka, teraz po drodze do pracy mam Kopę Cwila i kiedy brakuje czasu, a zawsze brakuje, to najlepiej po drodze do pracy zrobić podbiegi na Kopie. 10 razy 45 s., toaleta na sucho i jadę na kolegium w Newsweeku. Tam długie wybieganie na siedząco, ale wychodzę z tematem: Żyleta. To najostrzejsza na świecie drużyna kibolska.

W poniedziałek mam trochę materiału, ale mało. Wtorek zaczynam od biegania przed ping pongiem, czasu jest tylko na 30 minut, na Arbuzowej powtarzam podbiegi i dodaję zbiegi. Potem przegrywam z Dzikim do zera, a później jest już coraz gorzej. Facet w kibicowskim sklepiku Legii udaje, że nikogo nie zna i nic nie wie, gadam w klubie, dostaję telefon do rzecznika prasowego Stowarzyszenia Kibiców Legii Warszawa, a rzecznik mówi: "To pan źle trafił, bo ja nie rozmawiam z mediami". Anegdotka świetna, wpiszę ją potem do tekstu, ale wypadnie przy skrótach na kolumnie.

W dodatku na Legii łapie mnie nasz trener, który przejął wtorkową grupę bankowców - w związku z powodzią, skierowali go na służbę pod Płock i nie znalazł nikogo na zastępstwo, więc czy mogę iść za niego na trening po południu. Robimy z RBS-em bieg spokojny po łazienkach, ale pod koniec nie wytrzymuję i dodajemy kwadrans ćwiczeń na schodach.

Środa - docieram przez cały dzień do kolejnych kibiców z Żylety, dobrze, materiał do napisania jest. Po południu siła biegowa z ubezpieczeniowcami - schody, ćwiczenia, mecz w piłkę na zboczu mnie omija, bo jest parzysta liczba biegaczy, więc tylko sędziuję.

Czwartek - siadam i piszę. Nie biegam, wieczorem kończę tekst. Swój pierwszy tekst do Newsweeka. Jest w tym jakaś symbolika, że o tematyce społeczno-sportowej.

Piątek - miało być rano półtorej godziny biegania, ale czasu zostaje tylko na 1:15. Zamiast biegu spokojnego robię nietypowe przedłużone BNP - 8 km w I zakresie, 5 km w II i 3 km w III. Odkupiłem sobie pasek z czujnikiem tętna do Garmina, który zgubiłem po wiosennym maratonie w Warszawie, więc bawię się parametrami. Potem tenis z Moją Sportową Żoną i Chłopasiem, robimy sobie mini turniej i wygrywam. I w glorii zwycięzcy jadę do Newsweeka, tekst trzeba trochę skrócić, siadam i skracam. I czuję się bardzo, bardzo dobrze. Czuję, że wszystko biegnie w moim życiu tak dobrze, że nawet burze przechodzą bokiem.

W sobotę w szkole dzień sportu. Tym razem jest trochę sportowych atrakcji dla dzieci i jak zwykle siatkówka dla dorosłych. Jest też koszykówka, ale nie umiem i piłka można, ale się nie pcham. Odbijamy w siatkę w kilkuosobowej grupce ze dwie godziny kończąc regularnym meczem na sali gimnastycznej. Po południu MSŻ wsiada na rower i ruszamy na półtoragodzinną wycieczkę po Ursynowie i Lesie Kabackim, ja biegiem, a potem jeszcze biegnę pół godziny do warsztatu po jej samochód. Czyli 2 h długiego wybiegania.

Niedzielę zaczynamy od wyprawy na rolkach jeszcze z córką 4klasistką. Podjeżdżamy na Poleczki, tam można wejść na zbudowaną już prawie do końca, ale nieczynną ekspresówkę, zwiedzamy Mazowsze. Zawracamy po 3 km, uciekamy przed burzą, jest tak dobrze, że nawet deszcz jest przyjemny i wiosenny.

Po południu jadę do ojca na Bielany, to drugi koniec Warszawy, półmaraton od domu. A to jest właśnie to popołudnie, z którego Błękitny kręci Jezioro Toruńskie. Omijam korki slalomem, ląduję prawie w Markach, a potem przez Most Północny docieram na Bielany. 2:15, biegiem byłbym szybciej. A czas pędzi, mieliśmy przed wieczorem podjechać do Go Sportu i Decathlonu dokupić trochę sprzętu na trening obwodowy do Kancelarii.

Nowego tygodnia nie zacząłem od podbiegów - bo za tydzień biegnę w Maratonie Mazury, ciągle rozważam Półmaraton w Radomiu tydzień później - a czuję, że szybkości nie mam za grosz. Niby skąd po trzech treningach siłowych w zeszłym tygodniu. Były więc interwały, 4 razy 1500 m, walcząc, żeby było poniżej 4:00. A potem na kolegium, bo nowy tydzień.

20:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (88) »
poniedziałek, 03 czerwca 2013

Dobiegam do Działoszyna miejsca szybkiej dziesiątki księdza Rafała Gniły. Leje jak z cebra. W dzieciństwie myślałem, że scebra to wielkie zwierzę podobne do zebry i żyrafy, które odlewa się wielkim strumieniem i stąd deszcze, które leją jak scebra.

Jest piątek wieczorem, Rzeźnicy chyba już zbiegają z drugiej połoniny. Myślę, że mają ciężko, mają przerąbane. Ja też mam przerąbane. Jestem tak przemoknięty, jak chyba tylko raz zdarzyło mi się zmoknąć w Lesie Kabackim. Ale wtedy było 20 minut do dachu nad głową. Teraz biegnę już jakieś 40 minut w deszczu, a wcześniej 45 minut biegłem wzdłuż Warty przy zachmurzeniu dużym. Warta właśnie odpłynęła w lewo od drogi, nie mam przekonania gdzie jestem i czy na pewno zbliżam się do Działoszyna. Zwłaszcza, że tabliczka na sklepie mówi, że miasteczko do którego wbiegłem, to Raciszyn.

W dodatku nie będzie na końcu suchego i ciepłego domu. Będzie samochód, w którym jest namiot i śpiwory. Moja Sportowa Żona marznie na obozowisku nad Wartą, co z tego, że pod pożyczonym przez kogoś parasolem, jak w ubraniach przemoczonych do suchej nitki. W dzieciństwie myślałem, że w ubraniu jest jakaś tajemnicza sucha nitka i jak ona się zmoczy, to koniec.

MSŻ moknie, bo po trzech godzinach spływu zaliczyliśmy koszmar kajakarza. Płyniemy, przed nami dwa kajaki, za nami pięć. No i wyrasta przed nami drzewo w poprzek - trochę nad wodą, można spróbować przejść. Pierwszy kajak przechodzi, drugi się wywala, dwóch nastolatków. Co robić? Robimy to, co najgłupsze - płyniemy i próbujemy przejść pod drzewem.

W bieganiu jest inaczej. Zawsze możesz stanąć i się zastanowić. Na rzece możesz niby wiosłować do tyłu i próbować stać w miejscu, ale raczej tak nie robisz. Tylko zmierzasz ku nieuchronnemu zastanawiając się jeszcze przez kilka sekund co można zrobić.

Można spróbować przejść prawą stroną, gdzie drzewo jest ponad metr nad wodą. Ale nurt oczywiście znosi nas na lewo, tam prześwit jest już 90, 80, 70-centymetrowy. MSŻ przechodzi, ja mam wrażenie, że zmasakruję sobie twarz, odpycham się od drzewa.

I nie ma wyjścia. Czasem nie możesz zrobić niczego innego niż coś głupiego i robisz to. I kończy się tak jak się musi skończyć. Z całym swoim strachem przed wodą ląduję w Warcie, kajak odwrócony do góry dnem płynie przede mną, przytrzymuję się go, zresztą kapok nie daje mi utonąć. MSŻ krzyczy "ratunku", wygląda to tylko na przypływ emocji, ale potem się okazuje, że woda wpłynęła jej do kaloszy - jakby miała półkilogramowe kamienie u nóg.

Dopływamy do miejsca, gdzie można na dnie stanąć. Wyciągamy nasz kajak, ekipa z pierwszego kajaka pomaga nam wyciągnąć rzeczy z rzeki. Są oba plecaki, nawet piłka do siatkówki, frisby i butelka coli. Najlepiej zainwestowane 20 złotych w życiu? Nieprzepuszczalna torebka dla kajakarzy, w której schowałem portfel, komórkę i odtwarzacz mp3 przygotowany z myślą o biegu po samochód.

Potem płyniemy jeszcze z godzinę, bo wychodzi słońce, więc się suszymy. A później wszyscy rozbijają namioty, a ja biegnę po samochód. Zawsze na kajakach stosujemy taki duatlon, nie trzeba zabierać wszystkich rzeczy do kajaka i dzięki temu są suche.

Tylko że moje wszystkie ciuchy, w których biegnę, są mokre od wywrotki, mokre od ulewy, są jak wyjęte z cebra bez wyżymania. Nie wiem gdzie jestem, ile mam do samochodu. W dodatku ulewa przyniosła w końcu burzę, wyłączam Garmina, empetrójkę, komórkę, a burza nawala coraz bliżej. Najlepszy czad to piorun, który uderza gdzieś w odległości 500 m w słup linii wysokiego napięcia. A za chwilę się okazuje, że muszę pod tą linią przebiec.

Po co? Po co robimy sobie takie rzeczy? Bo można?

Chyba potrzebujemy się sprawdzać w burzach, na Rzeźnikach. Albo startując pierwszy raz w biegu na 5 km, tak jak uczestnicy akcji Polska Biega tydzień temu, o czym zapomniałem napisać. Każdemu jego wyzwanie, każdemu jego hard core.

A przede wszystkim robimy to po to, żeby herbata lepiej smakowała, kiedy będziemy to wspominać. W Cisnej, w Kamionie, w Poznaniu albo Warszawie.

Drugiego dnia rano - zbieramy obozowisko.

1

Córka 4klasistka jako syrena okrętowa. Wiosłuje Tomek, szef wyprawy.

2

Na Żabi Staw, atrakcję okolicy natrafiłem przypadkiem biegnąc po samochód drugiego dnia przez środek nieznanej puszczy.

3

A na koniec telegraficzny skrót, jak na pasku w TVN 24. Dziś pierwszy dzień pracy w Newsweeku. Miałem potężny stres, jakbym musiał zmienić nagle środowisko z lądowego na wodne. Ale już wiosłuję, pracuję właśnie nad pierwszym tematem.

W środę próbowałem zamęczyć Uniqę na treningu siły biegowej. Np. konkurs w dziesięcioskoku żabką. Czułem to jeszcze w niedzielę na krosie po Lasku Bielańskim. W tę środę powtórka, żeby to nie był incydent, tylko trening.

Za dwa tygodnie biegnę w Maratonie Mazury. Czy ktoś jeszcze się wybiera?

Sporo podopiecznych wybiera się na nasz partnerski Półmaraton w Radomiu. Ja na 99 proc. nie dojadę, bo będziemy wtedy wylatywać na wakacje. W ciepłym kraju powspominamy sobie pływanie w Warcie, tak jak Podblog wspomina Rzeźnika.

21:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (104) »
poniedziałek, 27 maja 2013

Lubię wymyślać gry, od dziecka tak miałem, przed snem zawsze układam reguły gry talią 24 kart. A teraz przyszła mi do głowy taka gra dla dwóch osób: mówi się na przemian liczby i wygrywa ten kto pierwszy powie 100.

Zaczyna się od 1. Przeciwnik podaje liczbę większą, ale najwyżej o 10. Dodatkowo, jeśli ostatnia wymieniona liczba jest parzysta, to kolejna nie może być większa o 4, ale może być większa o 14. Ale jeśli rywal się zająknie lub wymieni liczbę szeptem, to przeciwnik może powiedzieć liczbę większą o 7, 9 lub 23. Jeżeli ktoś wniesie do pokoju gorącą herbatę, to wtedy od liczby, która została ostatnio wymieniona odejmuje się 6. W przypadku, kiedy jeden z graczy patrzył się na piękną kobietę w momencie, kiedy jego rywal wymieniał swoją liczbę, liczba ta zostaje podzielona przez 3, jeśli kobieta jest blondynką, przez 4 jeśli jest brunetką, przez 2,48 jeśli jest ruda lub wyciąga się z niej pierwiastek trzeciego stopnia, jeśli nie spełnia tych kryteriów, a jednak jest piękna. Wynik zaokrągla się w górę, jeśli liczba całkowita jest podzielna przez trzy, a w dół jeśli jest niepodzielna. Jeśli piękna kobieta wnosiła do pokoju herbatę, to poprzez sondę na Facebooku ustala się, czy liczbę 6 należy odjąć przed dzieleniem (względnie pierwiastkowaniem) czy też po tym działaniu. I tak dalej, takich reguł zmieniających, wyjątków, czynności paradoksalnych byłoby w tej grze jeszcze 67, chyba że zasady zostałyby ogłoszone we wrześniu, miesiącu Festiwalu Biegowego w Krynicy, to wtedy 73.

Otóż mam wrażenie, że szalenie podobne są reguły odżywiania. Każdy czytający biegacz wie, że przed startem potrzebuje węglowodanów (i nawadniania) oraz że nadmierna waga przeszkadza w bieganiu. To jest jak z zasadą zwiększania liczby najwyżej o 10. Czytający dokładniej wie, że budulcem mięśni jest białko, słyszał o przekąsce białkowo-węglowodanowej po treningu albo że należy zadbać o wysoki poziom hemoglobiny służącej do transportu tlenu. To jak z zasadą nie zwiększania o 4, ale możliwością zwiększenia o 14.

A potem zaczynają się schody, których wysokość starałem się zobrazować w kolejnych regułach. Tu już potrzeba dietetyka.

Jeden z naszych najambitniejszych podopiecznych, który wiosnę mimo jednej życiówki, zakończył niedosytem poszedł do dietetyka. Od wielu miesięcy myśleliśmy o nawiązaniu współpracy z dobrym, wiarygodnym dietetykiem - i znaleźliśmy w Warszawie poradnię Centrum Rehabilitacji Sportowej, gdzie mają fizjoterapeutów, ortopedów, psychologa sportowego i właśnie dietetyka. Nawiązaliśmy jako Kancelaria formalną współpracę i skierowaliśmy tam podopiecznego.

Dietetyk wpadł na trop wiosennych niepowodzeń. W uproszczeniu (i o tyle, o ile udało mi się zrozumieć): podopieczny starając się intensywnie zrzucić kilogramy spowodował, że organizm przełączył się na tryb obronny i wszystkie kalorie przekształcał w tkankę tłuszczową. Brakowało przez to w mięśniach glikogenu i treningi naruszały tkankę mięśniową, a na zawodach brakowało paliwa.

Podopieczny dostał realistyczne zalecenia dietetyczne - więcej posiłków, odpowiednio zbilansowanych. I wszyscy - podopieczny, dietetyk z CRS i Kancelaria - jesteśmy dobrej myśli.

Bieganie to najprostszy ze sportów - wystarczy założyć buty i wyjść na trening. Ale w pewnym momencie, przy osiągnięciu 90 proc. genetycznych możliwości, staje się skomplikowaną układanką pełną sprzecznych reguł nie do końca zdefiniowanych (co np. jeśli piękna kobieta wniesie do pokoju herbatę, ale nikt na nią nie spojrzy, a herbata będzie z dodatkiem limetki). Trenując jak dzicy możemy cały wysiłek przekreślić np. błędami dietetycznymi i potem na zawodach zamiast na Vervie jedziemy na niebieskiej benzynie niskooktanowej (młodsi: Google).

Biegam teraz tylko na koniec tygodnia. W piątek rano było 1,5 h powoli z czterokilometrową końcówką w tempie maratońskim, wieczorem impreza czterdziestkowa znajomego maratończyka, więc dużo rozmów biegowych było, a w sobotę 2 h 10 min. biegu po samochód na drugą stronę Wisły. Dwa długie wybiegania dzień po dniu, zobaczymy jak to wyjdzie na maratonie na Mazurach.

Początek tygodnia to nie bieganie, tylko treningi. Poniedziałek - robię z upodobaniem  ćwiczenia z Biegania.pl uzupełnione kilkoma podbiegami. Wtorek - godzina w pierwszym zakresie po 5:00. Założyłem pierwszy raz piękne buty, odpowiedź adidasa na modę free (ale bez minimalizmu).

buty adidas

To jest dokładnie to, o co chodzi, idealny dla mnie balans między amortyzacją i uaktywnieniem stopy. Moja Sportowa Żona chwali sobie te buty na fitnessie. Ale niestety podmokłe po burzy ścieżki w Lesie Kabackim przekonały mnie, że to jest but indoorowy, nie outdoorowy - nasiąka wodą od spodu. To będą moje ulubione buty na treningi w suche dni.

Środa - cztery kilometrówki i cztery 200-metrowe zbiegi na Agrykoli z Uniqą.

W tym tygodniu będzie podobnie, tyle że z Uniqą zrobię drugi raz siłę biegową. A za tydzień o tej porze będę siedział na cotygodniowym kolegium redakcyjnym z nowym biegającym szefem.

Konkurs o Metronom Maćka Trójkołamacza zgromadził rekordową liczbę - zero zainteresowanych. Jeżeli ktoś chciałby otrzymać taki metronom biegowy (pozwala poprawić rytm kroków, wskazany dla osób, które biegają z kadencją poniżej 80 podwójnych kroków na minutę) - piszcie na: bieganie@KancelariaSportowa.pl.

A na koniec: smacznego. Pora na drugie śniadanie. Idę zjeść banana, a potem na trening.

11:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (160) »
poniedziałek, 20 maja 2013

Mam czworo podopiecznych, którzy najchętniej startowaliby w maratonie co tydzień. Uważam, że nie jestem panią na kolonii, żeby dorosłym ludziom czegoś zabraniać. Staram się minimalizować straty (zdrowia, formy), więcej w planie treningowym regeneracji niż trenowania. Ale też wysyłam stale mesydż (nie wiem jak to słowo napisać po angielsku, więc piszę po hipstersku): zbyt duża liczba startów niszczy zdrowie i zabija jakość biegania. Jacek broni się przed tym najbardziej, jedna Joasia obiecała przemyśleć kwestię na jesieni, Kamil zgodził się na delikatną korektę planu, a druga Joasia na głębszą.

Dla mnie zawody to święto. Może nie każde - nie zawody treningowe, takie pod domem, bez celowania ze szczytem formy. Trzeba biegać te dziesiątki zwłaszcza jak się nie potrafi zrobić biegu ciągłego choćby w tempie progowym bez rywali, z którymi można się ścigać, rzeczywiście w poprzednim sezonie miałem ich trochę za mało. Ale prawdziwy bieg to święto, które powinno się zdarzać od święta.

Za niecałe dwa tygodnie będziemy na Podblogu żyć Rzeźnikiem. Kiedyś dorosnę do tego biegu. Na razie z Bieszczadami kojarzy mi się mały Wojtuś zwany też Stasiem. 35 lat temu (bez półtora miesiąca) wsiedliśmy z ojcem w fiata 126p i właśnie w Bieszczadach zacząłem się konstytuować jako poeta i łachmyta (taki cytat, jeśli ktoś zna), jako włóczęga i biegacz zawieruszający się przy każdej nadarzającej się okazji. Z Połoniny Wetlińskiej zapamiętałem, że było zimno i wiało. Chciałbym ją kiedyś zobaczyć z myślą, że już blisko do mety.

Trzymam kciuki za tych, którzy będą się tam teraz ścigać. Będę myślą za wami/ Biegał połoninami.

Za tydzień inne święto. Święto Polska Biega, to przy tej akcji u boku Biegającego Szefa zacząłem się konstytuować jako dziennikarz od biegania, a potem trener. Kiedy pierwszy raz pisałem instrukcje, jak zacząć biegać (Wyjdź przed blok i najpierw maszeruj przez trzy minuty, potem spróbuj powoli podbiec minutę...), to odkrywałem Amerykę - przed czytelnikami, którzy nie mieli się skąd tego dowiedzieć, bo książka biegowa była wtedy w księgarni jedna, a portali niewiele więcej i wszystko raczkowało. I przed sobą, bo nie miałem wtedy jeszcze papierów trenerskich ani nawet instruktorskich, zresztą na kursie nie za bardzo uczyli jak reaktywować kanapowców, raczej jak pobudzać dzieci, wiedzę na temat trenowania PolskoBiegaczy musiałem wyciągać z uwag na marginesie, dopytywać o to na przerwach.

A teraz Polska Biega. W najbliższy weekend jest zarejestrowanych już blisko 600 biegów - nieliczne z pomiarem czasów i profesjonalną otoczką, większość to pospolite ruszenie, więc nikt nie musi się wstydzić, obawiać, krępować. Wstań, w tym tygodniu trzy razy spróbuj pobiegać po woli po kilka-kilkanaście minut, jak nie dasz rady, to maszeruj i wróć znów do biegu. A w sobotę/niedzielę - biegnij. Może zaczniesz się na nowo konstytuować?

Mapa i lista biegów: TUTAJ. Zachęcam całym sercem sportowca z prawidłowo przerośniętą lewą komorą, bo w niej mieści się duch walki.

Mam z tej okazji coś na kształt konkursu. Maciek Ttrójkołamacz, pierwszy podopieczny Kancelarii Sportowej Staszewscy, który zszedł poniżej trzech godzin w maratonie miał zbyt niską kadencję kroków, co zauważyliśmy razem z Podopiecznym Bartkiem w zimie na biegu w Choszczówce. Maciek kupił sobie więc metronom Seiko - urządzenie przypominające duży klips do bielizny z czterema przyciskami i wyświetlaczem. (Uwaga: najpierw pisałem błędnie, że to krokomierz, ale Maciek przysłał mail, że urządzenie nie mierzy liczby kroków, tylko wybija ustalony rytm i może być używane też do innych ćwiczeń, np. skłony, kroki fitness). Maciek poprawił kadencję, a potem dokupił czujnik kroków do Garmina. I po jakimś biegu podszedł do mnie, że może się komuś przyda, bo u niego już spełnił swoją rolę.

Więc ogłaszam konkurs o Metronom Maćka Trójkołamacza. Żeby wziąć udział trzeba wrzucić w komentarzu na Podblogu opis swojego startu w tegorocznej imprezie Polska Biega (do godz. 23:59 w najbliższą niedzielę) i napisać, że chce się dostać krokomierz (bo może ktoś będzie chciał tylko opisać swój bieg, ale nie potrzebuje krokomierza). W poniedziałek tajne jury przeczyta wpisy i zdecyduje komu przekazać krokomierz, żeby biegał.

Żadnych świąt w tym tygodniu nie przeżyłem. Orka treningowa, najważniejszy element to znów dwa długie wybiegania - 2 h w czwartek i 1,5 w piątek. Tempo wolnego biegu ok. 5:35-5:40, czyli bardzo wolno, na koniec akcent-przyspieszenie. Po bieganiu był tenis z Moją Sportową Żoną i Chłopasiem. Fajne jest życie na urlopie :-)

W sobotę za to zrobiliśmy sobie z chłopakami wycieczkę do młodych lat. Z Wojtkiem, Grześkiem, Andrzejem i Dzikim wybraliśmy się na 70-kilometrową wyprawę na rowerach do Puszczy Kampinoskiej. Byłem wręcz wzruszony, że pięciu dorosłych facetów daje radę umówić się na taką wycieczkę (pół dnia nas nie było w domach), wsiada i jedzie. Cudna różnorodność puszczy, bagna, piachy, drogi, lasy. Żarty licealne: "Trzeba zlikwidować ucieczkę" - mówi mi Dziki, kiedy przyspieszam nagle na szosie do Truskawia, robi pistolet z dłoni i "pach, pach, pach". Picie wody, coli i kefiru w każdym napotkanym sklepie.  Przejechaliśmy w pięć godzin 70 lat - 35 do tyłu i 35 z powrotem.

1

2

3

Od lewej: drzewa, ja, Wojtek, Andrzej, Dziki, Grzesiek i jeszcze raz Wojtek.

A na koniec niedziela: rekreacja pod blokiem. Córka 4klasitka (z lewej) w sobotę była na turnieju tanecznym w Łodzi i przywiozła masę pucharów (pierwsze miejsce w solówce, w drugie w duecie i pierwsze w formacji). Nie jestem do końca przekonany, czy taniec nowoczesny to sport, czy sztuka, ale jestem pod wrażeniem.

35 lat temu mówiliśmy na to babington.

4

5

18:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (92) »
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam