Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 24 maja 2012

Będzie znów o butach, bo specjalnie pojechałem na videoanalizę do Centrum Biegowego ERGO (nie mamy umowy, ale chętnie współpracujemy), żeby rozstrzygnąć kwestię naturalności biegania. Ale to za chwilę, bo mam teraz tyle życia wewnętrznego, że muszę je opisać.

We wtorek była konferencja przed Triathlonem w Suszu. Chłopaki ze Sport Evolution (nie mamy umowy ani innych zależności) zrobili z tego naprawdę fajnie prezentującą się imprezę, aż chciałoby się tam być. Ja nie dam radę, bo bym popłynął już w pierwszej konkurencji. A ściślej mówiąc bym nie popłynął.

Ambasadorowie imprezy ci o znanych nazwiskach albo tacy, że jak nawet zapomniałeś nazwisko, to kojarzysz twarz z telewizji fajnie żartowali o swoim starcie. Marcin Dorociński na sakramentalne pytanie „dlaczego” odpowiedział: - Jak dowiedziałem się, że Tomek Karolak ukończył triathlon, to pomyślałem: dlaczego nie ja, dlaczego nie wszyscy, dlaczego nie cała Polska?

Wziąłem ze sobą syna fotografa, żeby sobie pofotografował tych Dorocińskich do portfolio. Syn fotograf szybko wrócił do agencji, z którą współpracuje, wstawili zdjęcia na sprzedaż, ja wróciłem do gazety napisać tekst. A za godzinę przyszedł świetnie napisany materiał promocyjny w postaci relacji z konferencji z podwodnymi zdjęciami gwiazd z basenu. Ja swój tekst dałem do papierowej gazety, pójdzie na stronie biegowej, jak się zmieści. Synowi fotografowi żadne zdjęcie się nie sprzedało. A relacja w postaci materiału z podwodnymi zdjęciami stoi na stronie PolskaBiega.pl.

Coś się kończy. Dziennikarstwo się kończy. Niedługo będą w portalach same teksty promocyjne. Dziennikarze czy blogerzy niezależni będą promować to, co sami chcą. A zależni – to, czego będą wymagać zleceniodawcy.

Ja promuję teraz Maraton Mazury, bo ja tak chcę. Jak Neo w Matriksie. Nawiasem mówiąc wczoraj znów leciały w telewizji Gwiezdne Wojny, dokładniej Imperium Kontratakuje, gdzie Luke spotyka Yodę na bagnach. I przez takie bagna biegłem dziś w puszczy.

Puszcza się zmienia. Jak po półtorej godzinie biegania spotkałem w środku lasu Dzikiego – trudno w to uwierzyć, ja też nie wierzyłem, jak zobaczyłem charakterystyczny lekko pasikonikowaty krok biegacza z naprzeciwka – pogadaliśmy o puszczy dziś i tej sprzed lat. Wody się wyżej podniosły. Bagna nasiąkły, zbliżyły się do ścieżek. Naprawdę czarownie to wygląda, warto było pojechać na bieganie przez całą Warszawę. Dwie godziny po pięć z haczykiem, nie wiem jakim, bo las chyba jednak dodaje sekund, więc nie wierzę Timeksowi. Dziś zostawiłem w domu Garmina, bo był bliski rozładowania i pobiegłem z pierwszym GPS-em Timeksa, który dostałem właśnie do testowania. Muszę go przetestować razem z Garminem na dziesiątce w Lesie Kabackim, zobaczymy, który mniej przekłamie.

Czwartek zakończyłem półtoragodzinnymi zajęciami tenisa stołowego – w ośmioosobowej grupce z trenerem w hali na Siennickiej. Może ktoś dołączy? Wcześniej trzeba się tutaj zalogować, zapisać i zapłacić.

Została jeszcze środa. Odwiozłem Moją Sportową Żonę na pociąg do Krakowa, skąd samolotem z biegaczką Sabiną i jakimś większym żeńskim towarzystwem wyleciała do Włoch. I czym dłużej jej nie ma, tym bardziej czuję, jakim jest motorkiem w moim życiu. W naszej firmie, w domu, w rodzinie i w każdej dziedzinie. Jak jej nie ma, to jakby czas się zawiesił.

A z Dworca Centralnego wyremontowanego nieźle na przyjazd kibiców, pojechałem do Centrum Biegowego ERGO.

Najpierw obejrzeli moje buty, mam lekką tendencję do nadmiernej pronacji, ale właściwie mogą być buty neutralne. Potem postawili mnie na bieżni mechanicznej i nagrywali moje bieganie w różnych butach: adidas adipure (czyli tych zupełnie minimalistycznych, co wyglądają jak na kajak), adidas adizero (tych startowo-treningowych) i Brooks pure (do biegania naturalnego). A na koniec przy oglądaniu nagrań z dwoma Jankami, Maćkiem i Aleksem doznałem oświecenia.

1

Bieganie tzw. naturalne jest chyba rzeczywiście naturalnym krokiem biegowym człowieka. Spójrzcie jak biegają dzieci, kiedy puścić je boso po trawie. Chociaż można na to odpowiedzieć, że dzieci nie biegają długich dystansów. Ale może warto zaczynając bieganie próbować utrzymywać dziecięcą lekkość kroku na coraz dłuższych treningach.

Ale biegacze-piętolądowacze są zbyt przyzwyczajeni do swojego kroku, żeby w naturalny sposób mogli przestawić się na bieganie tzw. naturalne. Grożą im wtedy kontuzje, pogorszenie ekonomiki ruchu. Lepiej więc pozostać przy kroku, który uważają za naturalny. Chociaż…

Uwaga, teraz ważne. Nie ma opozycji – albo lądujesz na pięcie, albo na śródstopiu. Jest wiele punktów, na których możesz lądować. Tylna krawędź pięty (to nie jest dobre, patrz niżej), pięta, część pięty zbliżona do śródstopia, łuk stopy część tylna-środkowa-przednia, śródstopie. Dobrze jest przesunąć punkt lądowania nieco do przodu. Ale nadal lądowanie na pięcie nie jest zbrodnią.

Rzeczą, której rzeczywiście nie wolno robić jest lądowanie na tylne krawędzi pięty z wyprostowaną nogą zablokowaną w kolanie. Wyobraźcie to sobie. Czujecie, jak masakrycznego wstrząsu doznaje wtedy cały układ kostny?

1

Należy starać się lądować w momencie, kiedy środek ciężkości ciała znajduje się mniej więcej nad nogą, a nie za nią. Nawet jeśli lądujesz na piętę, to zrób to w momencie, kiedy będziesz już „zwijać” nogę pod siebie. To powoduje, że muszę zrewidować swoje przekonanie w konieczność jak najdalszego sięgania nogą do przodu. Medytować o tym będę, jak Yoda by powiedział.

Ostatnie ważne. Jedna rzecz to lądowanie, czyli punkt stopy, który jako pierwszy styka się z ziemią. A druga to przyziemienie – moment, w którym na stopę idzie największy nacisk. Możesz lądować na pięcie, ale ważne, żeby przyziemienie następowało w momencie kontaktu części stopy bliższych śródstopiu.

Jak wypadłem w videoanalizie? W adidasach minimalistycznych tragedia - jak widać na zdjęciu obok. Walę piętą na chama, chociaż to buty stworzone dla ekstremistów śródstopia. Już wiem, dlaczego wyleczyły mnie z fascynacji bieganiem tzw. naturalnym. Janek K. z Ergo stwierdził, że wygląda to na zdjęciu jak chód sportowy :-)

W adidasach startowo-treningowych nieźle, punkt lądowania na pięcie, ale blisko śródstopia. Najlepiej w Brooksach, bo tam pięta jest ścięta i ląduję niemalże na śródstopiu czy też na płaskiej stopie.

Zacząłem szukać w internecie, czy nasz adidas (mamy umowę jak wiadomo, a baner stoi na stronie Kancelarii) nie zrobił takich butów. I znalazłem ich opis na Bieganie.pl: adidas Clima Cool Ride. A jak je zobaczyłem na obrazku, to się zorientowałem, że dokładnie takie buty ma na fitness MSŻ i bardzo je sobie chwali. Nie przyszło mi do głowy, że można w nich biegać. Ale skoro producentowi przyszło, to mam nadzieję, że będę miał kiedyś szansę.

Nie zmuszajmy ludzi do biegania tzw. naturalnego. Zmuszajmy producentów, żeby zerżnęli pięty w swoich butach.

23:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
poniedziałek, 21 maja 2012

Weekend fajnego biegania. Opowiem Wam po kolei, a potem wtrącę trzy grosze o butach. Czarnych z zielonym.

Piątek rano interwały na stadionie na Koncertowej. Bez kombinowania, sześć kilometrówek w tempie 3:35-3:37, co odpowiada mojemu obecnemu realnemu poziomowi w maratonie czyli 2:55. Tabela nie kłamie. Przerwy do trzech minut w lekkim marszu. Buty - czarne z zielonym.

1

Wróciłem do domu i odwiozłem córkę 3klasistkę do akademii Hakiela, gdyż jechali do Szczecina na turniej taneczny w randze Mistrzostw Polski. Potem praca, czytałem książki Jerzego Dudka, bo mam z nim mieć przyjemność wywiadu. Na razie Dudek przesuwa termin rozmowy, jak minister Nowak oddanie autostrad.

Wieczorem zaszaleliśmy z Moją Sportową Żoną na dziesiątej rocznicy ślubu Ady (4:00) i Tomka (3:26). Zagęszczenie biegaczy na metr kwadratowy było większe niż na trzydziestym kilometrze maratonu. Było tak fajnie, że nawet tańczyłem. Chyba. Wieczór zakończył się około czwartej. Rano.

Napis na koszulkach chyba niewidoczny. "Przebiegłem dychę z Adą", "Przebiegłam dychę z Tomkiem". Szykujcie się na maraton :-)

W sobotę MSŻ pojechała na studia sportowe, a my z Kamilem wybraliśmy się po pozostawione na imprezie samochody. Wyszło 18 kilometrów pierwszego zakresu. Buty - czarne z zielonym.

Niedziela. Bieganie po starej, dobrej Puszczy Kampinoskiej. Razem z Wojtkiem (tak, tym samym co w "Ojciec.prl") na rowerze. Przetarliśmy nowe ścieżki, nigdy jeszcze nie robiłem skrótu z Palmir do Janówka. Potem urokliwe jeziorka koło Zaborówka. Chciałbym to kiedyś pokazać MSŻ, ale ona wbiła sobie do głowy, że Puszcza jest kijowa, więc tam nie pojedzie - i nie umiem tego pokonać. Dwie godziny, 23,5 km, ale chyba było ciut więcej, tylko las przekłamał. Tętno trochę powyżej 150, u mnie to jeszcze pierwszy zakres.

W nocy córka 3klasistka wróciła z sukcesem, 12-13 miejsce na 100 w jej kategorii wiekowej. Ale była na tyle zaspana, że radości z sukcesu nie było. A o siódmej rano odwiozłem ją na autobus na Mazury. Pojechali na tydzień na zieloną szkołę.

Ja też jadę już na bank na Maraton Mazury. Wymieniliśmy intencje wzajemnego wsparcia z panią dyrektor, więc z chęcią wszystkich zachęcam. Myślę, że to będzie piękny bieg, jeziorka będą bardziej niż te w Puszczy, Krutynia będzie się wić, lasy drzewić. Już się nie mogę doczekać 23 czerwca.

Po odwiezieniu córki podjechałem do Lasu Kabackiego na podbiegi. Sześć porządnych czterysetek w tempie maratońskim, bo w tempie z dziesiątki się nie dało, sorry. Potem jeszcze sześć krótkich serii skipów z krótkim i szybkim wybiegiem dla podbicia dynamiki. Buty - czarne z zielonym.

Zdaje się, że poprzednim wpisem o nienaturalności biegania naturalnego wywołałem małą burzę. Nie przypisuję sobie miana autorytetu podologiczno-podiatrycznego, może mylę się w swojej ocenie. Ale chciałem zadeklarować, że jestem absolutnie skarżyńskim konserwatystą. Lądujesz na pięcie, przetaczasz ciężar ciała przez stopę i wybijasz się ze śródstopia. Sylwetka ma być przy tym prosta, otwarta, praca rąk wzdłuż ciała, biodra wysoko, dalekie grzebnięcie nogą w przód i szybkie ściąganie jej, kiedy znajduje się z tyłu.

Wyobraźcie sobie wspinacza na ściance. No jak wchodzi? Odbija się mocno z nogi (czyli w tym wypadku kończyny tylnej) czy stara się jak najdalej sięgnąć ręką (kończyną przednią) i podciągnąć się do niej? Dla mnie bieganie jest jak wspinaczka tyle że w poziomie.

Dostałem na ten sezon dwie pary zwykłych butów biegowych od adidasa. Jedne, białe z pomarańczowym i srebrnymi paskami oraz kopytem pod spodem. A drugie w kolorach warszawskiego tramwaju czyli czerwono-żółte, startowo-treningowe. Z poprzedniego sezonu mam ten model - adizero - w kolorach Kancelarii czyli czarno-zielonych. I te właśnie buty lubię najbardziej, obok Brooksów Pure. Biegam w nich po skarżyńsku, a nie ciążą na nodze, nie kopytkują, nie poduszkują tylko współpracują. Mają przy tym agresywniejszy od Brooksów bieżnik, nadają się dla mnie na wszystko - Puszczę, szosę, bieżnię, starty.

1

Adizero wyglądają tak. W środku nogi MSŻ, bo są ładniejsze od moich. Zdjęcie na góralskim stepie MSŻ.

22:09, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
czwartek, 17 maja 2012

Kto hodował gupiki? Takie małe rybki akwariowe rozpowszechnione w PRL-u, pamiętacie? Samiczki brzydkie jak noc i szare jak rzeczywistość, duże, większe od samców, pływały po akwarium jak autorytety. Samczyki mniejsze, wyrywne, ubarwione fantazyjnie lub z płetwami w kształcie welonów, zawsze skore do zawodów i kopulacji. I wreszcie młode - bo gupiki były nadzwyczaj kotne, samice kociły się jak oszalałe, z jednego miotu nawet dwadzieścia młodych.

Niewiele brakowało, a przegapiłbym wiosenny weekend Polska Biega. Dyskutujemy tu na blogu jak samce z samicami, ostatni temat, czy samica biegając z samcem jest narażona na kontuzje, czy wręcz przeciwnie będzie się rozwijać i ubarwiać. Moim zdaniem bardziej jest narażona, bo samiec jest zazwyczaj szybszy i samica chcąc mu towarzyszyć trenuje non stop w drugim zakresie czyli tempie swim. Oczywiście to średnia statystyczna, może być tak, że samica jest szybsza i zajeździ samca. Lepiej biegać za wolno niż za szybko (chociaż nie przeginajcie tak jak ja, tempo wolnych wybiegań powinno być o 30-60 sekund wolniejsze od maratońskiego, a nie o dwie i pół minuty).

A co z narybkiem? Narybek właśnie się rodzi. Ci, którzy pierwszy raz wystartują gdzieś w Polsce w polskobiegowym biegu w ten weekend. A może nie pierwszy raz, może już któryś, ale dopiero teraz połkną haczyk. Zmienią swój styl życia, odkryją nowe przyjemności np. z pokonania kryzysu na 25. kilometrze maratonu. To jest siła, prawda Ada?! Zwykły gupik czuje się potem jak rekin, szczupak i ryba piła w jednym.

Narybku! Witajcie na szerokich wodach. Biegajcie, bo bieganie jest najbardziej naturalną formą ruchu. Jest sportem naturalnym.

Imprez w polskobiegowy weekend - takich nieprofesjonalnych, darmowych, społecznych, spontanicznych - jest z roku na rok coraz więcej. Wczoraj Małgosia S. przesłała mi sms-a z szatańskim uśmiechem, że liczba wzrosła już do 666. Odpisałem, żeby może zamknąć zapisy. Ostatecznie będzie ponad 700 biegów. Jeden na trzy gminy, rzeczywiście da się pobiec w każdej okolicy, a często nawet można by dojść marszem na miejsce startu. To też ostatnio popularny temat dyskusji, stąd aluzja.

Ja się natomiast wyleczyłem. Z dwuletniej fascynacji. Nie bójcie się, nie chodzi o Moją Sportową Żonę, kochamy się już siedem lat, niedawno obchodziliśmy trzecią rocznicę ślubu na zakończenie sztafety Polska Biega z Piątku do Częstochowy. Wyleczyłem się z fascynacji bieganiem naturalnym.

Człowiek nie jest stworzony do biegania na śródstopiu czyli jak niektórzy mówią na palcach, czyli jak to kiedyś nazwaliśmy z Dzikim - pasikonikiem. Człowiek ląduje na pięcie, przetacza ciężar ciała przez stopę do przodu i odbija się ze śródstopia.

Podopieczny Piotr lądując mimowolnie zresztą na śródstopiu doprowadził się do kontuzji mięśni piszczelowych. Myślałem nad tym kilka miesięcy, aż zobaczyłem Piotra w lesie. To nie ma sensu.

1

Wyleczyły mnie buty, adidas oczywiście, absolutnie minimalistyczne, jak fajffingersy. Wyglądają jak widzicie.

Długo się wzbraniałem przed ich założeniem, ale niesłusznie. Leżą na nodze kapitalnie, lekkie jak piórko, chodzi się w nich fantastycznie.

Pierwszymi treningami byłem zachwycony - bolały nowe mięśnie, a jak boli, to znaczy, że się uaktywnia, wzmacnia. Zacząłem w nich biegać wszystko: siłę, długie, krótkie. Najgorzej było na długich, regularny ból mięśni czworogłowych ud i kolan. A jak kolana są przeciążone, to już naprawdę bije dzwon. Najgorzej, jeśli biegałem po twardym - wtedy naprawdę bolały stawy. A ja przecież nie na darmo mam ksywkę Szkielet, bo nie mam BMI.

Biegałem w Brooksach Pure albo Nike Free z pieśnią o bieganiu naturalnym na ustach. Ale przecież nie biegałem w nich pasikonikiem. Moja minimalna waga i minimalna amortyzacja w postaci piankowej, przemyślanej podeszwy w takich butach - to było to. Adidas adipure stworzone czysto do biegania naturalnego, wyleczyły mnie z tej bajki.

2

Teraz myślę tak: każdemu tyle amortyzacji, ile potrzebuje. Masz kenijskie BMI - możesz biegać w butach free. Jesteś na razie małym słonikiem - kup jednak buty na słoninie. Nie bardzo grubej, ale jednak musisz zapewnić sobie trochę więcej amortyzacji niż mówi naturalna ideologia.

Do biegania naturalnego czuję wciąż bardzo dużo sympatii. Ta rewolucja powstrzymała producentów przed wyścigiem zbrojeń, amortyzacji i wzmocnień. Mniej znaczy lepiej. Ale mniej nie znaczy "za mało". Z bogatej gamy, w którą wyposażył nas adidas, najlepiej biega mi się w adizero (pokażę na zdjęciu niebawem) - butach startowo treningowych, lekkich, ale jednak tradycyjnych. Świetnie czuję się też we wspomnianych Brooksach i Nike'ach, naturalnych, ale bez ortodoksji. Nie mogę się doczekać, kiedy adidas wyprodukuje taki model.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie ze środowego treningu. Fotografem był Daniel Źrebak, przebiegliśmy w deszczu godzinę z haczykiem po 5:00. Kurteczka od adidasa, fajna? Leginsy też adidas, ale z przeszłości, za własne pieniądze naturalnie.

19:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (121) »
poniedziałek, 14 maja 2012

Dzień sportu, hurra, dzień sportu w Szkole Podstawowej im. Marii Kann. Sobota, ale wstaję wcześniej, żeby zrobić trening - pół godziny interwałów. Zamiast ulubionych 6 razy 3 min. szybko robię 4 razy 5 min. szybko, bo Daniels pisze, żeby dłużej utrzymywać pracę ze swoim VO2max. Ale wychodzi niestety VO2submax, zamiast tempa 3:35 ledwo udaje mi się uciągnąć 3:50.

Trudno, pała z treningu, ale zaraz dzień sportu. Idziemy z Moją Sportową Żoną w dresach (zgadnijcie jakiej firmy na a.) i logo Kancelarii Sportowej na plecach. A w szkole festiwal kreacji. Szpilki, dżinsy, marynarki, żakiety. Wiadomo, że skoro dzień sportu, to przeciętna Polka idzie w szpilkach.

Program dnia jeszcze bardziej sportowy. Najpierw kółko teatralne wystawia sztukę. Dzieci patrzą, rodzice się gremialnie nudzą, poza rodzicami kilkorga występujących akurat dzieci. Potem przedstawienie muzyczne klasy córki 3klasistki, więc my się z MSŻ nie nudzimy, ale wszystko wciąż nie ma w sobie więcej sportu niż Jarosław Kaczyński i jego kot razem wzięci.

Potem dzieci mogą sobie iść do różnych sal. W jednej są łamigłówki, w drugiej szachy, znany sport olimpijski, w trzeciej jakieś malowanie czy inna plastyka. No i kuchnia, w której sprzedawane są po kawałku ciasta upieczone przez mamy, a pieniądze pójdą na szczytny cel.

Przepraszam za te detale, ale to jest dzień sportu. To jest nasz wielki narodowy dramat. To tak jakby zrobić święto teatru dramatycznego, a na scenie zorganizować telezakupy. Zrobić dzień muzyki, a w nim pokaz gotowania z Pascalem. Dzień poezji z gwiazdami tańczącymi na lodzie.

Na samym końcu korytarza była sala gimnastyczna. Tam przewidziano mecze rodzice kontra nauczyciele najpierw w koszykówkę (nie umiem, nie lubię), potem w nogę (raczej lubię, ale bardziej nie umiem), a na końcu w siatkę (lubię na tyle, że nie przeszkadza mi, że nie za bardzo umiem). Poodbijaliśmy najpierw z MSŻ i Andrzejem-maratończykiem z naszej klasy, a potem uzbierała się dwunastka na mecz. W setach 0:3, ale liczy się udział jak na olimpiadzie. Chętnie grałbym częściej w siatkówkę, ale wymaga to znalezienia 11, a przynajmniej 7 chętnych dodatkowo. A pobiegać można samemu.

W piątek półtorej godziny po jakieś 5:05-5:10 po Lesie Kabackim. Zaczęliśmy z Dzikim, ale chyba pierwszy raz w życiu Dziki chciał biec wolniej niż ja, bo pod Rzeźnika, więc się rozbiegliśmy.

A tydzień zacząłem od siły biegowej. Musiałem to zrobić po drodze do pracy i znalazłem fajny podbieg, z trzysta metrów po Arbuzowej, tam gdzie wbiegaliśmy na Ursynów na maratonie. W dodatku w bok idzie dzika ścieżka pod skarpą - tam zrobiłem sześć ścieżek zdrowia - marsz z wypadami, marsz dynamiczny, skip A. A potem sześć dwustumetrowych podbiegów. Przywróciły mi radość treningów, bo tempa ładne, około 3:30, a to przecież pod górkę.

Przyszły dziś zamówione przez Kancelarię taśmy Thera-Band, inna jakość niż jedna zerwana taśma-podróbka z którą ćwiczę od paru tygodni. Zapisałem się na szkolenie do MSŻ, ale nie dziś, bo dziś jak tylko MSŻ wróci ze swojego fitnessu, mamy zaproszenie (dzięki Tomik) na koncert Incarnations.

Lubię ich od roku. Najpierw usłyszałem taki cover:

A jak kupiłem ich pierwszą płytę, to zagrała tak:

Kolejny dzień sportu skończymy kulturą.

 

19:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (64) »
czwartek, 10 maja 2012

Maszyna koło maszyny, sztanga przy sztandze. Lekki półmrok wprowadza szemrany klimat, a ściany z cegieł dodają surowości. Faceci przychodzą tu zrobić konkretną robotę: biceps, triceps, najszerszy. Albo klatę, bo klata rozwinięta jak u goryla to kwintesencja męskości. Goryl nawiasem mówiąc ma bardzo mały penis, pamiętam z wywiadu z dyrektorem zoo.

Umówiłem się dziś na trening z synem fotografem. Nie na mój trening - na jego trening. W jego ulubionej siłowni na naszych starych Bielanach. Siłownia nazywa się Hades.

Piekielny wysiłek zobaczyłem, kiedy syn fotograf położył się na ławeczce pod gryfem olimpijskim (20 kilo) nałożył dwa talerze (po 20 kilo każdy) i wycisnął 10 razy. Potem zdjęliśmy talerze, położyłem się pod gryfem i wycisnąłem skromne 20 kilo.

1

Syn fotograf miał swój plan treningu, dziś robił głównie piersiowy i biceps. A ja machnąłem pełną uwerturę - jedna-dwie serie na każdą partię mięśni.

- Wystarczy? - pytałem syna fotografa po 10 albo 20 powtórzeniach na różnych stacjach drogi siłowej.

- Wystarczy, kiedy nie będziesz już mógł i zrobisz jeszcze dwa powtórzenia.

1

Jak na amerykańskim filmie o weteranach z Wietnamu. To nie będzie moja bajka, moja legenda, moja subkultura. Ale myślę o użyteczności solidnych ćwiczeń wzmacniających dla rozwoju biegowego. Przestają mi mentalnie wystarczać wspięcia na palce i brzuszki.

Na razie Kancelaria zakupiła 25 taśm Thera Band, jutro mają je wyekspediować kurierem. Moja Sportowa Żona obiecała mi prywatne szkolenie i będziemy się wzmacniać na treningach z bankowcami, ubezpieczeniowcami i innych spontanach.

Z biegania była od poniedziałku tylko siła. Dynamiczną, z piłkami lekarskimi, robili bankowcy i ubezpieczeniowcy, niestety na obu treningach była parzysta liczba uczestników, więc sobie nie porzucałem. A razem robiliśmy siłę biegową. Do tego doszło parę serii skipów z podopiecznym Piotrem w Lesie Kabackim, bo trenujemy w tych samych porach.

Siła to podstawa. Szykuję się trochę pod Bieg Ursynowa, ale bardziej myślę o maratonach. Mam w tym roku w planie jeszcze trzy. Na koniec czerwca Mazury Maraton - bo jak zobaczyłem, że można sobie pobiegać wzdłuż i wszerz Krutyni, to przybiegło do mnie tyle emocji, że się natychmiast zapisałem. Tu chciałbym pobiec ambitnie, ale realistycznie. Na początku września maraton w krynickim Festiwalu Biegowym - bo nas zaprosili, zostaliśmy partnerami, impreza do polecania bez wstydu. To będzie wolne długie wybieganie pod główny maraton roku.

A potem okaże się, kto osiągnie lepszy wynik na Stadionie Narodowym. Reprezentacja w czerwcu, czy ja we wrześniu.

21:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (123) »
poniedziałek, 07 maja 2012

Chyba mam dzisiaj okres. Dostałem miesiączki pierwszy raz w życiu, powinienem przynieść zwolnienie od lekarza albo od nieżyjącej mamusi, usiąść na ławce dla niećwiczących, powtarzać matmę albo gegrę - a nie uprawiać sport.

Zanim dalej będę bił w ten rozdzierający dzwon - dygresja. Napisałem słowo "uprawiać" i skojarzyło mi się z seksem, bo tak. I przypomniało mi się zdanie na jakie natrafiłem wczoraj w "Bieganiu metodą Gallowaya" w rozdziale "Czy dzieci powinny biegać" (s. 263): na temat wieku 13-18 lat: "Zachęcaj dziecko także do innych form aktywności obok biegania - do nauki, muzyki, randek, pracy nad kroniką szkolną itd.".

Autentyk :-)

To jeszcze o źle napisanych książkach. Wczoraj wieczorem skończyłem książkę, którą stawiam na półce najgorszych książek przeczytanych w życiu - "Trzydziesty kilometr", powieść z wątkiem biegowym w tle. A dziś na bieganiu kończyłem jedną z najgorszych książek, jakie słuchałem w życiu "Ja, Anielica". Nie mam pewności, czy mi wolno pisać takie rzeczy, skoro nie jestem już bezstronny, sam uczestniczę w zawodach literackich - ale język tych książek jest tak zły, że nie mogłem wytrzymać. Jak wypracowanie. Pokaz infantylizmu biegowego (w pierwszym przypadku), a kobiecego w drugim. Wiki, która została diablicą kumpluje się z Lucyferem, arachaniołem Gabrielem i diabłem Beletem, który boi się gorejących mieczy. Też autentyk.

Biegało mi się dziś gorzej niż słucha się tej książki. Ale zaczęło się od lańska w ping ponga. Na wolnych było jeszcze jako tako. A potem zaczynamy mecz i jestem jak chłopiec z drewna z patelnią zamiast rakietki. Returny wywalam na aut, własnymi serwami zapraszam Dzikiego do skutecznych ataków. W pierwszym secie przy stanie 0:10 przypomniało mi się, jak Sabine Lisicki przy stanie 0:5 w gemach prosiła na korcie po polsku mamusię, że nie chce przegrać do zera w meczu z Radwańską i urwała honorowego gema. Ja urwałem nawet trzy punkty, ale co z tego, zaraz i tak było po secie.

W drugim stawiałem opór, w trzecim nie stawiałem, w czwartym prowadziłem już 8:6 i nagle stanąłem. Jak polskie siatkarki przerażone podświadomie perspektywą awansu na igrzyska. Przegrałem chyba do dziewięciu, a może nawet do ośmiu i było po meczu.

Dziwny jest ten sport.

Po meczu była rytualna cola i bieganie, żeby jeszcze o godzinę odwlec branie się za pracę. Chciałem zrobić łagodne BNP - pół godziny wolno (po 5:00), 15 minut w tempie maratońskim, 10 w półmaratońskim. Już na wolnym odcinku tempo każdego kilometra zjeżdżało niebezpiecznie do 5:15. Tempo maratońskie wyszło - ale z ostatniego maratonu, w którym ledwo się obroniłem przed Radwańską. Tempo półmaratońskie - gdzie tam, znów z 15 sekund obsuwy, chociaż półmaraton też spieprzyłem.

Jedno pocieszenie, że Ścieżka Canaletta nad Wisłą piękna. W Stołecznej piszą, że przetrzebiona, ale to chyba tylko koło zoo. Bliżej stadionu zielono do szaleństwa, pachnie organiczną wiosną, rzeka jak marzenie. I widok, jaki odmalował Canaletto na tych rycinach z podręczników szkolnych. Chciałbym tę nazwę podlansować, dlatego jest w tytule.

Nie zawsze można się ucieszyć czasem, wynikami, czystym sportem. Ale zawsze można się ucieszyć na bieganiu.

21:38, wojciech.staszewski
Link Komentarze (105) »
czwartek, 03 maja 2012

Jeszcze Polska nie zginęła... Rano z córką 3klasistką wywiesiliśmy na balkonie flagę, a potem ruszyliśmy całą rodziną na Bieg Konstytucji.

Kiedy przed biegiem śpiewamy hymn, zawsze robi mi się podniośle. To jest chyba ten moment, kiedy kończy mi się przedstartowa trema, jak przed egzaminem. Nie wiem, czym się dziś od rana denerwowałem, bo ten start miał być absolutnie kontrolny, na luzie, bez napinania się, bez namiastki BPS-u, bez interwałów pod superkompensację. Ale się denerwowałem.

We wtorek pojechaliśmy nad wodę do Kącka, gdzie Moja Sportowa Żona z niedawno poznaną Dominiką na przemian się wylegiwały i pławiły oraz dały się namówić na siatkówkę, a mnie udało się jeszcze poćwiczyć z taśmą Thera-Band i zrobić godzinne wybieganie w lasach koło Wiązowny, tych, które które mijamy zawsze na półmaratonie. Córka 3klasistka głównie się pławiła.

Biegłem w tempie 5:00, czyli tak jak Kuba Beztlen pisze. Na piątej ścieżce postanowiłem już wcześniej porzucić ultrawolne tempa i ultradługie bieganie. U Danielsa jest przewidziane dla mnie 5:00, to będę się tego mniej więcej trzymał.

O innych punktach narysowanych przez Kubę Beztlena będę musiał pomedytować, bo nie do końca mnie przekonują. Widzę już drogę, którą chciałbym dobiec na Stadion Narodowy 30 września (bo tam będzie meta Maratonu W.), ale tempa run - obojętne czy nazwiemy je drugim zakresem, czy dajmy na to siódmym - za wiele na niej nie widzę. Ale Kuba, fajnie że się pojawiłeś, nie uważam, że mam patent na jedynie słuszną rację. Przyszło mi nawet do głowy, że skoro trenujesz Jurka Magierowskiego, a więc przyjmujesz amatorów, to w październiku chętnie zgłosiłbym się do Ciebie po plan o ile stawka nie przekroczy moich możliwości. Bo tylko stykając się z innym myśleniem można rozwijać swoje, szukać, błądzić, docierać, osiągać. A o to - przynajmniej dla mnie - w bieganiu chodzi.

Jurka M. widziałem ostatni raz w Łodzi na dziesiątym kilometrze maratonu. Wczoraj odbiegł mi momentalnie. Podobnie jak Szymon D., który dotarł do mety 12 sekund przede mną. Podobnie jak Piotrek K. (nie mylić z Dzikim), który oddalał się ode mnie na podbiegu, bo z pełną świadomością na podbiegu zwolniłem tracąc na 400-metrowym podbiegu dobre 20 sekund, żeby się nie zakwasić na początku. Na górę dobiegł ze mną Podopieczny Bartek, potem dziękował, że go przytrzymałem, bo sam wyrwałby bardziej.

Ja wyrwałem na górze. Kolejny kilometr o 20 sekund szybszy, ale Piotrek K. ciągle przede mną. Doszedłem go na zbiegu, bo jestem mistrzem świata w zbieganiu, wtedy najwięcej ludzi wyprzedzam. To chyba pamięć ruchowa sięgająca schodzenia z Rysianki do Sopotni Małej z ojcem trzydzieści lat temu, wtedy wymyśliłem, żeby z góry zamiast nudnego schodzenia zbiegać.

Potem dwa kilometry w normie i wynik w normie - 18:30. Piotrek K. tylko 6 sekund za mną. Przyjemnie jest z kimś z etatowych rywali wygrać i jeszcze zająć 32. miejsce na dwa tysiące biegaczy. Zmieściłem się w dwóch procentach.

Po biegu usiedliśmy w knajpce na stadionie Legii Warszawa (jeszcze zanim Legia wywiesiła w Gdańsku białą flagę). Bierzcie tam colę, bierzcie lody, ale kremu ze świeżych pomidorów nie zamawiajcie. MSŻ oddała zupę mi, a ja chociaż nie jestem wybredny oddałem Wojtkowi, który nie biega, ale jeździ na rowerze i właśnie przyjechał na bieg z Bielan. Wojtek też nie dokończył, a Tomek (wszyscy się znamy z liceum) już nie próbował podchodzić. Tomek wystartował dziś pierwszy raz w życiu w biegu, po czterech "treningach" z synem złamał trochę 30 minut.

Bartek pobiegł rewelacyjnie, 19:02. Tomik 22:00, też życiówka. Jarek, podopieczny z RBS-u i Polsatu zarazem złamał o wymarzone dwie sekundy 20 minut, życiówka. Nie zawsze uda mi się pobiec dobrze - choć tym razem nie było najgorzej - ale zawsze mam się z czego za metą ucieszyć.

Ale w swojej sprawie flagi nie wywieszam. Atak na 2:45 w Warszawie, choć szanse mam mniejsze niż Insurekcja Kościuszkowska, podtrzymuję.

23:44, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Stoi koło Rawy Mazowieckiej, w spodniach, koszulce z krótkim rękawem, na ramieniu mały plecak. Macha. Jest piątek, dziewiąta rano. Zatrzymuję się, a kiedy okazuje się, że jadę nie tylko do Łodzi, ale prawie do Poznania jest szczęśliwy. Normalnie tryska radością.

Bo jedzie do Niemiec albo do Holandii, może do Belgii, zobaczy gdzie dojedzie. W plecaku ma cały dobytek i ma dosyć tego kraju. Trzy lata temu - tak opowiada kiedy jedziemy z Brzezin na Stryków - miał żonę, pracował u teścia w zakładzie (produkcja folii) aż któregoś dnia wrócił wcześniej do domu, żona z facetem w łóżku, koniec świata. Rozwód, sąd zgadza się na wymeldowanie na bruk, a bez adresu odrzucą ci cv wszędzie. Chociaż ma magisterkę w kieszeni, ale może nią sobie najwyżej dupe podetrzeć. Pracuje u rolnika za małe kieszonkowe, jedzenie i dach nad głową, a potem robi się z tego praca bez kieszonkowego, niewolnictwo w środku Europy. Tyle, że niewolnik może odejść, odchodzi, ostatniej zimy robi na czarno w tartaku, ale jak go w zeszłym tygodniu wywalili i nie zapłacili za ostatnie dwa miesiące, to stwierdził, że jedzie znaleźć sobie nowy dom w stronę zachodzącego słońca.

Ja jestem bardzo łatwowierny, kupiłem tę historię. Pewnie jest w niej drugie dno, a może w ogóle jest utkana z nieprawd. Nie wiem, a skoro nie wiem, to wierzę. Pamiętam, jak opowiadał mi o tym uczciwe półtorej godziny. Nie pamiętam, jak ma na imię. Mam nadzieję, że jest teraz w tej Belgii, w tej Europie i stawia pierwsze kroki na nowej ścieżce życia.

W piątek więc nie biegałem. W sobotę było półtorej godziny po 5:00, bo staram się trzymać tego tempa. W niedzielę kajaki, wybraliśmy się w kilka osób na Bug, to trochę za duża rzeka na spływanie. A dziś zrobiłem sobie cztery ścieżki i zacząłem nad tym słowem medytować.

Tak naprawdę medytował Joda, ja tylko pomyślałem. Ale jak pomyślisz nad czymś w biegu, to trochę jakbyś medytował.

Ścieżki były cztery, na Agrykoli. Każda wyglądała tak: jakieś 30 m żabek (wyskoki obunóż), 30 m marszu dynamicznego, 30 m skipu A, 200 m szybkiego podbiegu i 200 m szybkiego zbiegu. 100 m odpoczynkowego marszu i jedziemy.

Lubię dobry, konkretny trening siły biegowej. Dodałem do niego zbiegi, bo w czwartek biegnę na piątkę w Biegu Konstytucji (jak byście byli na mecie, to zagadnijcie, będę w koszulce Kancelarii Sportowej Staszewscy). I myślałem o tych ścieżkach.

Pierwsza ścieżka jest taka: robisz trening według prostych wskazówek. Bierzesz siłę biegową, wolne bieganie, szybkie bieganie i układasz sobie z niego plan. Robisz życiówkę za życiówką aż dochodzisz do ściany.

Żeby się poprawić, wchodzisz na drugą ścieżkę. Do prostych wskazówek dodajesz coś od siebie. Wydłużasz wolne bieganie, przyspieszasz szybkie, na sile do podbiegów dokładasz skipy. Robisz życiówkę, a potem nie robisz.

Wchodzisz na trzecią ścieżkę. Stawiasz wszystko na głowie. Zwalniasz na długim bieganiu i zaczynasz biegać monstrualne dystanse. Interwały zastąpisz czasem rytmami, bo na interwałach nie jesteś w stanie w pewnych momentach przygotowań osiągnąć odpowiedniego tempa. Robisz sobie obozy biegowe albo szóstkę Vadera (nikt mnie nie przekona, że Weider jest Weiderem). I znów życiówka, i znów ściana.

I gdzieś tam jest czwarta ścieżka. Wygląda tak: robisz trening według prostych wskazówek. Wiesz już, co możesz do nich podokładać, jak możesz je pozmieniać, jak odwrócić. Biegnąc godzinę po 5:00 masz pamięć mięśniową wszystkich długich wybiegań po 4:40, po 5:40, po 6:40. Ale decydujesz się teraz z pełną świadomością na 5:00, nie dlatego, że tak jest najprościej, tylko dlatego, że to jest twoje tempo.

Tak samo ze wszystkim. Trening robi się prosty jak rąbanie drwa i ciężki jak rąbanie drwa.

Myślę, że jestem gdzieś na bezdrożach w okolicy trzeciej ścieżki. Że szukam po omacku. Że chciałbym odnaleźć czwartą, ale boję się, że to będzie tylko druga ścieżka. A może jest jeszcze piąta ścieżka, która prowadzi do pozostałych czterech, łączy je?

Znalazłem najprostszą ścieżkę do wygrywania z Dzikim w ping ponga. Bo dziś - mecz przenieśliśmy na poniedziałek z powodu Święta Pracy - oczywiście przegrałem. Miałem w meczu trzy meczbole i jakiś psychologiczny trol w moim mózgu zrobił wszystko, żebym wszystkie stracił.

Mógłbym w trzech akapitach rozpamiętywać piłkę wiszącą rozpaczliwie nad siatką w piątym secie, którą wystarczyło po prostu walnąć mocno w stół i byłby koniec - a którą wywaliłem w kosmos. Ale nie tędy droga. Żeby wygrywać z Dzikim muszę wzmocnić mięśnie górnej części ciała. Przecież w każdym sporcie wzmacnia się mięśnie. Kiedy będę miał większą siłę uderzenia, będę mógł atakować precyzyjniej, piłki będą leciały szybciej i o klęskach ping-pongowych będzie pisane na Dziki Biega po Świecie.

Nie wiem, która to jest ścieżka.

I jeszcze jedno - dosyć a propos. Przemek K. z zespołu Electric L., bliski złamania trójki w maratonie podesłał mi link do biegowego klipu. Paru znajomych spod bloga również się tam odnajdzie. Kawałek drogi.

 

22:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (46) »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Ale piękny sobie trening wymyśliłem z bankowcami we wtorek. Przywiozłem płotki i żeby odejść od sztampy rozgrzewka-płotki-interwały-rozciąganie zaplanowałem tak: po rozgrzewce zrobimy interwały, sześć razy 800 m na stadionie, a w przerwach między interwałami będą ćwiczenia na płotkach.

A tu na stadionie stoi brama dmuchana z napisem "Meta", a Kuba z Nike przez mikrofon zaprasza na biegi, za pół godziny zacznie się bieganie na 1000, 1500 i 3000 m.

Zrobiliśmy rozgrzewkę, płotki - pędzel, a potem przez środek - tym razem już nie tylko w marszu, ale też w truchcie. A potem starczyło nam czasu na cztery dwuminutowe interwały nad kanałkiem.

Agrykola to piękne miejsce. Kanałek do rozgrzewek albo interwałów. Stadion do grzania. Górka do podbiegów, wszystko w promieniu 3 minut truchtu. W ciepłe dni przychodzi tam mnóstwo ludzi - sami, parami, grupkami - i każdy robi swoje. Róbmy swoje.

Przed interwałami grupka pozdejmowała bluzy i wyszło na to, że mam ich pilnować - trzy dni temu Jarek stracił w takich okolicznościach na podbiegu kurtkę biegową. Więc sobie nie pobiegałem, mówiłem tylko na miejsca, start i dawaj, dawaj. Problem w tym, że zaplanowałem sobie jednak jakiś akcent na wtorek.

I nie wytrzymałem. Po rozciąganiu i pożegnaniu wróciłem na stadion, zapytałem, czy mogę wystartować w najbliższej serii i pobiegłem pierwszy raz w życiu na 3000 m. Wynik samotnego biegu - bo to była seria trzynastkołamaczy - 11:12. Tempo na kilometr 3:44 czyli wolniejsze niż z życiówki na dychę, ale teraz po pierwsze życiówka była gwarantowana, po drugie nie o życiówkę chodziło tylko o mocny akcent. A po trzecie biegam teraz na trójkę, o lepszy stopień powalczę na jesieni.

Dokładam sobie trochę teraz. W środę długie wybieganie rano w tempie 5:05, a ostatni kilometr około 4:30, bo się spieszyłem do supermarketu, żeby odebrać od Mojej Sportowej Żony zakupy przy kasie, tak się podzieliliśmy tym razem, że ona kupuje, ja przywożę.

Nie wiem, czy robię dobrze. Ale robię swoje. Robię inaczej niż dotąd. Biegnę do maratonu od innej strony, skoro na drodze, którą zwykle biegałem stoi ograniczenie prędkości startowej do 4:14 na kilometr.

Lubię takie długą perspektywę. Maraton jest dopiero we wrześniu, po drodze będzie chyba jeszcze jeden, ale kontrolny, dziki, przygodowy. Teraz ze wszystkimi grupami oddychamy wiosną, to samo czuliśmy w środę z ubezpieczeniowcami. Wciągamy w płuca ciepłe powietrze i przypominamy sobie, jak na początku drogi startowej taplaliśmy się w mrozie i mroku.

Pora na życiówki. Jarek z bankowców, który stracił kurtkę, biegnie w czasie majówki w Biegu Konstytucji. Alicja z ubezpieczeniowców startuje na dychę w Raszynie i teraz już musi złamać 50 minut. Żniwa w bieganiu przychodzą wcześniej niż w rolnictwie.

21:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Nowe buty. Nie od Mojej Sportowej Żony na imieniny, bo od niej dostałem kąpielówki, co wcale nie znaczy, że wystartuję w triathlonie. I jeszcze wypasione słuchawki, żebym nie musiał pożyczać od córki 3klasistki, kiedy odkurzam mieszkanie.

Buty dostałem od adidasa, bo kiedy wyposażyli nas w biegowe ciuchy (fota niebawem), zgadało się o butach do biegania naturalnego i okazało się, że adidas jednak takie wyprodukował. Nazywają się adipure i kiedy stały w przedpokoju, a trochę już stały, to wszyscy zagadywali, czy to na kajaki. Wyglądają jak buty do chodzenia po wodzie.

Założyłem je bez przekonania na sobotnie interwały na Kępie Potockiej, bo tam się ze mną umówiła ekipa Canal +, żeby mnie nagrać do nowego programu o bieganiu. Potem córka 3klasistka bawiła się na placu zabaw, gdyż MSŻ studiowała wychowanie fizyczne, a ja zrobiłem interwały, moją ulubioną klasykę - 3 min. szybko/2 truchtu powtarzamy 6 razy.

Buty jak marzenie. Lekko, nogi człowiekowi zaczynają pracować jak u strusia. A potem bolą łydki. A że wygląda się głupio? No cóż (fota niebawem).

W niedzielę zrobiłem w nich długie wybieganie, półtorej godziny w tempie 4:50 na kilometr, bo postanowiłem biegać po 5:00, nie wolniej. A wyszło szybciej, bo trening był razem z Wojtkiem, on na rowerze, a ja biegłem. A potem usiedliśmy u mnie na małą wigilię imienin.

Dziś zrobiłem w butach podbiegi, ale wzbogacone o marsz z wypadami, marsz dynamiczny i skipy. Łydkę czułem jak nie wiem i nie wiem, czy to efekt nowego treningu, czy nowych butów. Ja w nich oczywiście biegam anarchistycznie, wbrew ideologii naturalnego biegania, z pięty, jak Pan Skarżyński przykazał.

W międzyczasie kończę zbieranie materiałów do tekstu o sprawności dzieciaków. Dzisiejsze siedmiolatki są o 3 cm wyższe i 2 kg cięższe niż 20 lat temu. Czyli bardziej rozwinięte fizycznie. A skaczą w dal o 17 cm bliżej. Czyli tak jak byśmy jako społeczeństwo zrobili mały skok w tył.

I tak dobiegłem do końca odcinka. Szybko, bo idę teraz mieć imieniny z Moją Sportową Żoną (fota niebawem).

21:01, wojciech.staszewski
Link Komentarze (84) »
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam