Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 23 lipca 2012

Serce od zawsze miałem w górach, hej! Ale Warszawa ma płuca na Mazurach. Oddychałem tymi płucami przez trzy dni w Wejsunach koło Rucianego, a Moja Sportowa Żona - koło Augustowa na obozie sportowym z uczelni.

Mieli pecha - na cały miesiąc upałów trafili w jeden zimny tydzień, a obóz pływacki. Przede wszystkim pływali w jeziorze Necko, uczyli się na nartach wodnych (MSŻ wróciła z uprawnieniami instruktora nart wodnych, bo jako instruktorka narciarstwa zjazdowego miała jednak trochę łatwiej), a wieczory mieli takie, że MSŻ się teraz snuje smutno po domu.

Na zdjęciu krioterapia:

n

My - z synem fotografem córką 3klasistką - mieliśmy trochę więcej szczęścia. Przynajmniej ostatni dzień, niedziela, był niezły. Syn fotograf zrobił mi zdjęcie na kajakach na Krutyni.

k

W tej rzece jest tak niesamowity podwodny "las", jakby ktoś urządził pieczołowicie milion zadbanych akwariów.

Niedziela była pierwszym w ostatnim tygodniu dniem bez biegania. Po siłowo-szybkościowym początku tygodnia była wytrzymałościowa końcówka. Nie wytrzymałem jej zbyt dobrze. 1 h po 5:00 w piątek wieczorem między deszczami po nowym rejonie Puszczy Piskiej (bo zawsze zatrzymywaliśmy się w Rucianem i biegałem koło Jeziora Nidzkiego) poszła nawet nieźle. Kolejnego dnia poranne 2,5 h zacząłem ostrożnie, po 5:30, a i tak ledwo udało mi się obronić tempo poniżej 6:00 na koniec. I to głównie dzięki końcówce - 2 km (co tydzień jeden dodaję) w tempie maratońskim. Zresztą to tempo też maratońskie do końca nie było.

Boję się, że powtarza się historia z wiosny, że coś nie leży, że czegoś brakuje. Mam nadzieję, że hemoglobiny i że się zdoła odbudować przez sierpień.

W sobotę biegnę w Powstaniu. Zobaczymy, jak pójdzie ten sprawdzian.

22:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
czwartek, 19 lipca 2012

To niegrzeczne głupku jest do mnie, do Staszewskiego. Ale prawie każdy biegacz może sobie to sam powiedzieć w twarz przed lustrem. Nie jesteśmy joginami, rozciąganie to nie nasza bajka, tylko cudza. Przynajmniej do czasu, bo jak trwoga to do jogi, do stretchingu, do rozciągania.

Pisałem o bolesnych achillesach zwłaszcza przyczepów piętowych ścięgna Achillesa. Już wyciągnąłem sobie książkę Skarżyńskiego, pamiętam, że tak było coś o ostrogach piętowych, może to coś takiego. Ale nie miałem czasu przeczytać, bo zabiegany w tym tygodniu byłem mocno. Musiałem skończyć tekst o Maratonie Warszawskim do Biegania. Wiecie, że maraton w tym roku - kiedy wraca na Stadion Narodowy d. Dziesięciolecia - będzie rozgrywany dokładnie tego samego dnia, co pierwszy, ten spod Stadionu Dziesięciolecia epoki przedbazarowej - 30 września.

Kończyłem tekst, robiłem ostatnie poprawki i uzupełnienia do tekstu o trenowaniu z olimpijczykami (będzie w Dużym Formacie za tydzień, w czwartek), miałem masę treningów firmowych - grupa wtorkowa, środowa i zastępstwo za naszego Maćka w czwartek, bo Maciek na Suwalszczyźnie się zaszył na tydzień. A to wszystko razem z opieką nad córką 3klasistką, bo Moja Sportowa Żona właśnie zamienia się w syrenkę. Są w Augustowie na obozie pływackim z uczelni. Mówi, że siedzą w wodzie po cztery godziny (MSŻ zawsze przesadza, więc pewnie chodzi o trzy godziny - i tak hardcore), deszcze nie deszcz, ludzie w swetrach z pomostu patrzą na nich jak na skazańców.

I zanim zdążyłem się dowiedzieć czy mam ostrogę, zrobiłem po wtorkowym treningu z bankowcami bardzo porządne rozciąganie, bo mieliśmy najpierw płotki, a potem sztafety-interwały. Była nieparzysta liczba biegaczy, więc musiałem biegać do pary, dzięki czemu zrobiłem sześćsetki w tempach, jakich sam bym nie osiągnął.

Ponieważ ciągle powtarzam, jak ważne jest rozciąganie, po ciężkim, eksploatującym treningu zrobiłem naprawdę porządny stretching. I we wtorek rano jeden achilles pobolewał leciutko, a drugi całkiem zapomniał o problemach.

Tyle razy przerobiłem na swoich mięśniach, że trzeba się porządnie rozciągać. Tyle razy powiedziałem lub napisałem to zdanie biegaczom. Argumentując o szybszej regeneracji, o zmniejszeniu ryzyka kontuzji. Tyle razy brałem się za rozciąganie jak wzorzec z Sevres, więc co się działo potem? Zapał umierał, przytrzymania pozycji się skracały, liczba ćwiczeń zmniejszała, liczba opuszczonych stretchingów (bo dziś wyjątkowo nie mam czasu) wzrastała. I masz babo Achillesa.

Pamiętajcie, rozciąganie. Kiedyś tu filozofowaliśmy o życiu, była fatalna maksyma ze złej terapii "Nie wiesz, co masz zrobić, to nie rób nic", była lepsza "Nie wiesz, co masz zrobić, to zrób cokolwiek". To ja teraz proponuję: "Biegaczu, nie wiesz co masz zrobić, to się rozciągaj".

To nie jest prawda bezwzględna, bo jeśli mięsień jest naderwany rozciąganie, zwłaszcza histeryczne, mocne będzie go nadrywać jeszcze bardziej. Ale to bezwzględnie jest prawda. Nie wiesz, co masz robić - to się rozciągaj, ale naprawdę.

W środę z ubezpieczeniowcami była siła biegowa bez górki. I porządny stretching na koniec.

Dziś z Polsatem podbiegi, bo taki trening był w planach Maćka, a nie przyszedłem tu zmieniać, tylko zastępować. I porządny stretching na koniec. I czuję, że za trzy dni nie będę pamiętał o alarmie achillesowym. A już czułem się jak biegacz, który złożył podanie o wcześniejszą emeryturę. W końcu mam przebieganych już 16 lat, mundurowi z takim stażem już chyba mogą się starać o częściowe emerytury.

Rozciągajmy się po treningach. Spokojnie, z namiastką jogi, 5-7 minut, każdą pozycję przytrzymujcie po 30 sekund. Pięciosekundowe ćwiczenia niczego nie rozciągną, bo mięsień nie zapięta nowej długości i zadziała jak rozciągnięta na chwilę sprężyna - skurczy się jeszcze bardziej.

Zaobserwowałem u olimpijczyków sporą olewkę na stretching. Są moimi idolami, chciałbym mieć taki ogień w nogach, jak Piotr Małachowski, waleczność jak Karolina Michalczuk, siłę Adriana Zielińskiego, technikę Pawła Korzeniowskiego i jeszcze grać w ping ponga tak jak Natalia Partyka (zagraliśmy we wtorek z Dzikim piłkę życia, odebrałem niewiarygodnie dla mnie samego 4-5 jego świetnych ataków, przeszliśmy do odbijania, po czym kontratak posłałem w siatkę - i potem już przegrałem 3:4 w setach). Podziwiam ich, ale nie rozumiem, dlaczego rozciąganie jest dla nich dodatkiem, jak broszka, a nie lekturą obowiązkową, jak "Chłopi". Może wąsaci trenerzy ich tego nie nauczyli, może załatwia im to wieczorem masażysta, a może Beztlen to wyjaśni.

Rozciągajcie się z pasją, z przyjemnością, z wiarą. Spójrzcie na naszą stronę - na filmik o rozciąganiu. Udało nam się z MSŻ znaleźć chyba niezły kompromis między fitnessowymi łabędziami, a biegowym drewnem. Staraj się rozciągać tak ładnie jak MSŻ, ale jeśli nie umiesz, tylko potrafisz tak brzydko, jak ja - to rób. To nie jest konkurs, w którym sędziowie podnoszą tabliczki za styl. Czym bardziej czujesz się podczas rozciągania łamagą, tym bardziej się do tego przykładaj, bo to znaczy, że jesteś bardzo przykurczony.

Posłałem przed chwilą tekst do Biegania i trochę już padam. Nie zdołam zwalczyć pokusy odłożenia prasowania na jutro o świcie. Nie cierpię prasować, ale umówiłem się z MSŻ, że wyprasuję, co wyschnie. Jeśli ktoś też tak nie cierpi rozciągania, to mamy problem.

23:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (61) »
poniedziałek, 16 lipca 2012

Dziadkowie i babcie z wszystkich ścieżek! Pokażcie co potraficie! Co potrafimy!

W bieganiu odtwarza się dla mnie przyrodnicza cykliczność świata osadzona w kulturze tradycyjnej, tak naturalistycznie opisana przez Reymonta w ”Chłopach” (młodsi: Kindle). Ruszam do przygotowań do kolejnego sezonu, a krzewy buchają żywotnością, całym gorącym lipcem - jak piersi Jagny, jak Lipce Reymontowskie. Czuję się tak pierwotnie, jak zwierzę głodne biegania, głodne sukcesów na jesieni. Biegnę w sobotę przez Las Kabacki dwie pętle, z dobiegiem dwie i pół godziny, bo taki sobie wymyśliłem teraz kręgosłup planu treningowego, biegnę jak dziki i myślę o Reymoncie.

Dlaczego tak jest, że jak przyroda odtwarza wszystko w rocznym cyklu, to my też w cyklach półrocznych wszystko musimy odbudować? Przystępuję do treningów i wiem, że dwadzieścia lat biegania siedzi mi w nogach (w achillesach w okolicy przyczepu piętowego czuję to ostatnio w dość nieprzyjemny sposób). Ale czuję, jakbym zaczynał wszystko od nowa.

Tempo długich wybiegań 5:00? Spokojnie, to obowiązywało w czerwcu, to teraz mogę utrzymać przez godzinę biegu spokojnego. Długie wybieganie jestem w stanie zrobić po 5:30, to i tak o 30-60 sekund lepiej niż w najlepszym moim sezonie maratońskim dwa lata temu. Przyspieszenie na ostatni kilometr do tempa maratonu? Spokojnie, udaje mi się tylko 4:08, chociaż powinno być poniżej 4:00 i to tylko dlatego, że było z górki.

Wygrzebuję się z jakichś mielizn, dołów, stogów siana. I nie do końca odbudowana hemoglobina po oddawaniu krwi nie do końca mnie tłumaczy.

Dziś była praca u podstaw, podbiegi na Arbuzowej, 10 razy 1 minuta. Potem do Gazety, w drodze telefon, Wyborcza.pl namawiała, żeby jeszcze dać jakiś odpór w kwestii „wykańczania babć i dziadków”, ale nie wchodzę w to bardziej, linkować nie zamierzam.

Ale uwaga, uwaga - biegające babcie, biegający dziadkowie! Do wtorku czekamy na wasze zgłoszenia na maraton wrocławski, warszawski, poznański - na polskabiega@agora.pl. Pokażmy, że masa paskudnych stereotypów, które jak rzepy przyczepiły się do społecznych wyobrażeń o byciu babcią/dziadkiem - jest nieaktualna. Pięćdziesiątka, to już nie jest sędziwy wiek, jak za Reymonta, to po prostu następna kategoria wiekowa w maratonie. Ja jestem już M-45. Dziadek to aktywny gość z doświadczeniem życiowym, tygrys, władca, samiec, maratończyk. Babcia to kobieta dojrzała wybujale jak Jagna, ale w odróżnieniu od niej wiedząca czego chce, tygrysica, maratonka. Pokażmy tym, co dopiero dzieci niańczą, na co stać Brygady Tygrysa (młodsi: google).

Po angielsku to brzmi lepiej. Grand Father, Grand Mother - Wielki Ojciec, Wielka Matka. Bycie dziadkiem jest pełne wielkości. Może kiedyś będzie się mówiło w zglobalizowanej polszczyźnie "Jestem grandem".

I jeszcze jedno ogłoszenie na koniec. Z dumą współpracujemy z Festiwalem Biegowym w Krynicy - biegnę tam treningowy maraton i szybką dychę i udzielimy się na miejscu z Moją Sportową Żoną. Festiwal przesłał nam trzy pakiety startowe in blanco uprawniające do zapisania się na biegi – dla jednej lub kilku osób - do sumy 150 złotych. Warunek: trzeba zarejestrować się do końca tygodnia.

Kto chciałby wygrać taki pakiet? Wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe: kto jest rekordzistą Polski mężczyzn w maratonie? Odpowiadamy pod blogiem, trzy pierwsze prawidłowe odpowiedzi oznaczają, że się wygrało. Jak nie chcemy biec w Krynicy, to nawet jak wiemy, to nie piszemy. Czas - start!

Do zobaczenia w Krynicy między 7 a 9 września.

16:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (100) »
czwartek, 12 lipca 2012

Rano zrobiłem niezłą wiochę. Spodziewałem się tego, ale jej rozmiarem byłem jednak zadziwiony. Ruszamy z Bartkiem w drogę o piątej i o dziewiątej dziesięć jesteśmy w Oświęcimiu, gdzie na basenie trenuje właśnie Paweł K., nie mylić ze znanym medalistą w chodzie.

Przebieram się w kąpielówki, okularki na głowę, czepka przecież nie muszę i proszę o lekcję. Tylko z drugiej strony basenu, bo tu gdzie stoimy jest 3,80. Paweł odpowiada, że z drugiej strony jest 2,80, więc i tak kryje. A we mnie włącza się jakiś paniczny program, co będzie jak pokryje, zakryje na wieki, mokry horror, wilgotna trumna, płuca pełne tlenu, ale związanego śmiertelnie z wodorem. Wiecie, że Paweł K. ma pojemność płuc 11 litrów, 2-3 razy więcej niż zwykły człowiek.

Udaje mi się popływać trochę na skrajnym torze. O kraulu możemy zapomnieć, swojej życiówki (przepłynięte 10 metrów, serio) nie poprawię, ale skoro styl dowolny, to wybieram żabkę. Paweł stoi nade mną i pokazuje jak wodę zagarniać, a nie głaskać. Technika ruchu liczy się w każdym sporcie, mają sens też u nas rozważania na temat punktu lądowania - i lekki nacisk, żeby punkt ten przesuwać lekko do przodu, ale bez napinania.

Chyba znów wyciągnąłem dla siebie jakąś naukę, będę musiał sprawdzić się z córką 3klasistką.

A potem jedziemy znów do Spały, do ciężarowców. Polska robi się mała, docieramy dwie godziny przed czasem, więc zostawiam Bartka z laptopem (zauważyłem, że fotograf dużo więcej pracuje teraz z laptopem niż z aparatem), a sam idę pobiegać. W Spale, jak człowiek widzi tę fabrykę sportu ukrytą między drzewami, serce się wyrywa, jak w młodej piersi. Na głównym stadionie zamierzam pobiegać coś w tempie maratońskim. Niestety jest ono u mnie tak blisko interwałowego, a ja po ostatnim oddawaniu krwi jeszcze nie odbudowałem chyba hemoglobiny - że perspektywa biegu przez pół godziny po 4:00 jest dla mnie równie nierealna, jak wskoczenie na 3,80 na główkę.

Postanawiam zrobić dwa razy po 4 km w tempie okołomaratońskim. Za pierwszym razem wychodzi tempo 4:08, za drugim 4:06, dobrze, lubię, jak drugi odcinek jest szybszy. Nie mam pojęcia, jak dziesięć miesięcy temu pobiegłem dokładnie w takim tempie maraton. I nie wiem, jak pobiec go za dwa miesiące jeszcze szybciej.

W drodze powrotnej kolejny hot dog na stacji benzynowej. I zabawny eufemizm: karmnik deratyzacyjny. Brzmi pięknie i troskliwie, jak karmnik ze słoninką dla sikorek. A chodzi o trutkę na szczury.

k

PS. Mam do przeczytania książkę o bieganiu - "Jedz i biegaj" Scotta Jurka, tego słynnego amerykańskiego ultrasa. W pliku wordowskim, bo mnie wydawnictwo poprosiło o trzy zdania na okładkę. Ponieważ komputer jest w domu jeden, więc żeby nie toczyć bojów z Moją Sportową Żoną, kupiłem sobie czytnik, wreszcie był pretekst. Najbardziej wypasiony, mercedesa wśród czytników - kindle. I nie umiem. Nie umiem go rozgryźć. Nie wiem, jakie ma zaawansowane możliwości, bo na razie nie potrafię pokonać najprostszej - wrzucić pliku .doc, tak żeby było widoczny w kindle'u.

Do kindla z tym :-( Może nie jestem starym biegaczem, ale chyba jestem starym człowiekiem. Młodsi - pomożecie?

PS. II A w piątek w Gazecie Wyborczej ogłaszamy jesienną akcję maratońską. Jak zwykle z jakimś profilem. Młodsi tym razem nie za bardzo... Szczegóły w Gazecie a potem na PolskaBiega.pl

20:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (121) »
poniedziałek, 09 lipca 2012

Jedziemy z Bartkiem fotografem do Spały, do ośrodka przygotowań olimpijskich, przygotowuje się tam do olimpiady Piotr Małachowski, dyskobol polski. Rzuca dyskiem 50 razy, cięższym od startowego, 2,5-kilogramowym. Upał straszny, Małachowski bez koszulki, stoję obok z trenerem i pytam, czy ten brzuch, wielki, cięższy od startowego nie przeszkadza Małachowskiemu w rzutach. Trener, że nie, bo Małachowski ma ogień w nogach.

Na koniec treningu Małachowski ma zapisane trzy przebieżki po 40 metrów. Oczywiście się ścigamy. Małachowski dwa razy cięższy ode mnie, przypomnę. Ruszamy i zostaję w tyle, Małachowski wygrywa. Do kolejnej ja wydaję komendę startową, prowadzę do 20. metra i znów przegrywam. Trzecia, daję z siebie wszystko, ale wszystko kończy się na 30. metrze, znów przegrywam.

Naprawdę mnie to zaskoczyło.

Spała, miejsce przesiąknięte sportem i lasem. Nie wytrzymuję, kiedy Małachowski idzie pod prysznic, żeby usiąść do rozmowy w stanie świeżości, robię coś odwrotnego - idę na stadion zrobić piętnastominutową namiastkę sensownego treningu. Cztery raz czterysta, a na środku ćwiczą tyczkarze, prawdziwi sportowcy.

Wsiadamy w samochód i w Polskę jedziemy, wieczorem jesteśmy w Karpaczu, ruszamy pod górę, spać będziemy w Strzesze Akademickiej. Trener kadry bokserek urządził tam salę treningową, mówi się Stajenka Piotrowskiego. Dzień spędzam z Karoliną Michalczuk, która jedzie do Londynu z szansami i znów głównie biegamy, trochę się nawet ścigamy, ale korespondencyjnie. Rano dwa razy pętla Strzecha-Samotnia-Strzecha, ja robię szybszą w 9:37, Karolina ma życiówkę o minutę lepszą. Inna liga. Po południu robimy kros na Równię pod Śnieżka i nad stawem, powrót koło Pielgrzymów. Tu Michalczuk dokłada mi podobno kilkanaście minut.

Bieganie, ogień w nogach, wielki piec w płucach, to podstawa sportu. Trzymam za nich kciuki.  Bartek zrobił mi symboliczne zdjęcie z biegania z Karoliną. Ja na krótko i w czapce, bo upał. Karolina na długo i w czapce, bo robi wagę czyli nieustająco wypaca wszystko. W tle trener Piotrowski, przodem. Bokiem młode bokserki, nasze nadzieje na Rio, to z nimi zaraz będę biegł po Karkonoszach.



W sobotę odpocząłem od wszystkiego. W niedzielę pobiegałem sobie po Puszczy Kampinoskiej, bo Moja Sportowa Żona na studiach - znów została najlepszą studentką na roku , no może razem z Anką - a córka 3klasistka na kolonii tanecznej.

A dziś zaczynam drogę do mojego igrzyska, do jesiennego maratonu. Była siła biegowa bez podbiegów - marsz z wypadami, marsz dynamiczny, skipy A, B, C, wieloskok - dwuminutowa seria powtórzona sześć razy.

21:36, wojciech.staszewski
Link Komentarze (49) »
czwartek, 05 lipca 2012

Sport jest jak bajka, niekończąca się opowieść, teatr emocji i popisy gladiatorów, boskie igrzyska. Póki trwało Euro bohaterami byli najpierw Szczęsny (przez 50 minut), Lewandowski, Błaszczykowski (przez tydzień), a potem Polska, Biało-Czerwoni, cała drużyna narodowa od Adamiaka Adama zaczynając. Flagi narodowe łopotały na samochodach z taką dumą, jakby były amerykańskie. Po raz pierwszy chyba od 1989 r. Polska mogła być tak dumna przed światem z tego, jaka jest.

Jeszcze Szpakowski nie skończył komentować finału, a już odezwał się polityk wieczny krytyk, że klęska, że wina Tuska, że na pohybel. Jak śpiewał Dezerter (z pamięci cytuję, sorry): narodowi katolicy wietrzący wszędzie spisku/ modlący się o klęskę, żeby ich było na wierzchu. Mam alergię na ten teatr, popisy polityków, niekończącą się demagogię.

Świat bez polityków nie mógłby istnieć, z anarchizmu wyrosłem parę dekad temu. Ale lepszy byłby świat, w którym politycy spokojnie by administrowali, spieraliby się w otoczeniu ekspertów o wydłużanie wieku emerytalnego, ulgi podatkowe, finansowanie służby zdrowia. A nie o samolot.

Ja z tego świata, który znów zaczął wylewać się z telewizora, kiedy zaczęły się transmisje, emigruję. Emigruję do świata sportu, przed nami olimpiada, a przede mną olimpijski temat do opisania. Dziś będę trenował w Spale rzut dyskiem z mistrzem, a wieczorem boks w schronisku Strzecha Akademicka z mistrzynią.

u

Uda mi się jeszcze chociaż przez kilka tygodni pobyć w świecie sportu, bo potem nie tylko olimpiada, ale i obóz biegowy w Rabce. A od przyszłego tygodnia zaczynam przygotowania pod maraton. Na razie zaczynam podbiegiwać. We wtorek z bankowcami zrobiliśmy - na zamówienie grupy - rozgrzewkę pod postacią minimeczu piłki nożnej, a potem podbiegi i zbiegi za piłką. Adam, który zwykle podbiega dużo wolniej niż może tak się rozochocił, że dopadał piłki pierwszy, a przez to trenował najefektywniej. W środę z ubezpieczeniowcami rytmy, biegaliśmy dwusetki lekko z górki w tempie poniżej 3:00 na kilometr. A na zdjęciu czworo ubezpieczeniowców na mecie niedzielnego biegu na 10 km w piekarniku. Kto rozpozna fińską mniejszość na blogu czyli Kwasnaali?

Dobrze się czuję. Czuję nowe połączenia neuronowe - zamiast między mięśniami i mózgiem, to między mięśniami i sercem, mięśniami i duszą. Neurony urojone, ale efekt prawdziwy. We wtorek wygrałem z Dzikim w ping ponga, pierwszy raz w tym roku.

Zadzwoniła wczoraj Marysieńka, znajoma, postać, znamy się ze sztafety Polska Biega, kiedy biegłem na południe kraju żenić się z Moją Sportową Żoną. Robi bieg ze sobą, tak się nazywa: Bieg z Marysieńką. W Pszczewie, 21 lipca. Nie przejadę się przez pół Polski, żeby przebiec się 10,5 kilometra, ale obiecałem Marysieńce napisać na blogu, bo wiem, że ma fajną energię. - Napisz jeszcze, że kobiety będą miały wyższe nagrody - rzuciła Marysieńka, bo zazwyczaj na biegach jest odwrotnie, a ona lubi być kontrowersyjna.

Powiem Wam, że podobny tekst olimpijski pisałem też osiem lat temu, też trenowałem z nadziejami medalowymi, pisałem o ich życiu i o sporcie. Miałem wtedy trudny czas, wychodziłem ze złej miłości toksycznej, miesiącami chodziłem ponury jak Jarosław Kaczyński na mównicy. Czy to te endorfiny, czy co innego - ale wróciłem z objazdu z zupełnie nową energią, inną perspektywą życiową, odmieniony. Pół roku później poznałem MSŻ.

Polityka może zmieniać świat. Może się zdarzyć, że na lepsze. Sport chyba prawie zawsze zmienia życie ludzi na lepsze.

00:04, wojciech.staszewski
Link Komentarze (65) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

Upał to nie jest przyjaciel biegacza. Wczoraj zrobiliśmy z Kamilem (d. Tokowy) półtorej godziny powoli po Bielanach, miało być po 5:00, ale wyszło o pół minuty wolniej na kilometrze, bo las zamienił się w piekarnik, a my w kurczaki. Podobny trening zrobił Podopieczny Bartek, ale inaczej - w tempie akuratnym, tylko zmartwił się tętnem, które zahaczało pazurem o drugi zakres.

Kto zrobił lepiej? Zadzwoniłem do Konrada Witka zwanego kiedyś w prehistorycznych czasach SBBP Deckiem, praktykującego fizjologa, żeby mieć pewność. Lepiej zrobił Podopieczny. Nie należy przejmować się w upały wyższym tętnem. Serce pracuje szybciej, bo krew się zagęszcza, serce musi ją szybciej pompować. Ale nie wpływa to na obciążenie mięśni - pracują one jak przy niższym tętnie, nie zakwaszają się w wyższym zakresie.

Natomiast myśmy z Kamilem (d. Tokowy) nie byli w stanie biec szybciej. Żeby trening nie poszedł w niedosyt, zrobiliśmy w Lasku Bielańskim, starym dobrym lasku, lasku jak z piosenki Penny Lane, gdzie każdy mostek, każda ławka mają swoją historię niestarzejących się emocji... więc w tym lasku koło stadionu Hutnika, nie ma już chyba Hutnika, a przynajmniej stadion szczezł, po Euro to już w ogóle nie stadion, nie boisko, nie klepisko... więc właśnie tam na pętelce krosowej, gdzie Dziki kiedyś zgubił okulary, a obok dostał po mordzie od żuli, mnie wtedy nie było, bo też bym dostał... więc właśnie tam zrobiliśmy z Kamilem (d. Tokowy) 20 minut krosu. Nie lubię tego środka treningowego, mało jest dla mnie konkretny, ale przynajmniej trening nabrał jakości.

W piątek rano oddałem krew, bo teraz jest czas. A wieczorem byłem na imprezie urodzinowej u pewnego biegacza, z połowa gości to byli biegacze. Spędziliśmy z Moją Sportową Żoną absolutnie niesportowo pół nocy i też było bardzo, bardzo gorąco.

W niedzielę pojechaliśmy z MSŻ do strefy kibica na przeżyj to sam, nie zamieniaj serca w twardy głaz, ostatni taniec. Dzięki Tomik, za zaproszenie do fajnej strefy. Wystrzeliły te błyskotki pod pałacem, nad pałacem, zamknęliśmy Euro.

W tym tygodniu zaczynam normalnie biegać, już się do biegania stęskniłem. Zacząłem od godzinki po 5:00 z biegającym mistrzem - bo szefem już nie jest, formalnie kolegą z działu, ale skoro ktoś był ci mistrzem zawodu, to nie przestaje. Mistrzem się nie bywa, mistrzem się jest. Spotkaliśmy trenującego wolno, chyba po 4:00, Mariusza Giżyńskiego.

Myślę o swoich przygotowaniach. Mam już pomysł, będzie coś na kształt długich wybiegań wg Greiffa, będą odcinki w tempie maratońskim na koniec. Trochę będzie samodzielnych treningów około 4:00, to już chyba Beztlen zalecał, Deck mnie upewnił w konieczności treningu w strefie specyficznej do przewidywanego wysiłku.

Jeszcze jedna rzecz do zamknięcia: dudkowa licytacja na rzecz akcji Dzikiego/Johnsona na domore. Kamil MnCh - gorące podziękowania za serce i za gest, z radością wysyłam Ci książkę - na adres z ankiety, tak? Podopieczny Bartek - skoro pojawił się na początku odcinka, to musi wypalić jak strzelba na koniec. Za serce i niebywały gest otrzymujesz nagrodę nadzwyczajną (prześlemy pocztą):

dudek

21:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (33) »
czwartek, 28 czerwca 2012

Dzisiaj pierwszy w tym tygodniu dzień bez tenisa stołowego. W poniedziałek grałem z Natalią Partyką, która jedzie na olimpiadę do Londynu. Piszę taki tekst przedolimpijski, będę trenował z olimpijczykami, na własnej skórze, poczuję emocje i zapach znicza. A ponieważ tenis stołowy to moja trzecia miłość po Mojej Sportowej Żonie i bieganiu - to nie mogło go w tym zestawie zabraknąć.

Od Natalii nauczyłem się przede wszystkim serwów. Wiedziałem, że serwuje się zazwyczaj z narożnika bekhendowego także z forehandu, ale kiedy robiłem to z Dzikim, zaraz dostawałem strzał na daleki forehand czyli tam, gdzie mnie nie było. Nie wiem, co zrobiła Natalia, ale teraz - wybiegając trochę w przyszłość do wtorku - potrafię zaserwować tak po to, żeby forehandem kontrolować większą część stołu. Czyli tak jak powinno być. A to był dopiero początek nauki.

- To bekhendem szybko też można? - zapytałem zdziwiony. A Natalia na to: - Wszystko można.

Podchodząc do stołu tenisowego (bo skoro jest tenis stołowy, to musi być też stół tenisowy) człowiek ma takie mocne przekonanie, że wszystko można. Godzina gry z Dzikim regularnie weryfikuje we mnie to przekonanie. We wtorek znów przegrałem, jedenasty mecz z kolei, co oznacza, że Dziki zdobył kolejny nasz wewnętrzny puchar, już trzeci.

Czwarty zaczynamy we wtorek. Tak to jest z miłością, choćbyś ją przeklął w rozpaczy, to będziesz zaraz błagać o wybaczenie.

W środę pograłem z podopiecznym Przemkiem. Podopiecznym w bieganiu, bo w tenisie stołowym jest świetnym przeciwnikiem. Kiedyś trenował, potem wiele lat nie grał. Boję się, że jak odzyska pamięć ruchową, to nie będę nadążał ze zbieraniem piłek, ale na razie jest nieźle. W środę było 1:4 w pierwszym meczu, 4:3 w drugim.

1Tenis stołowy na moim podwórku to taka dyscyplina, w której z kimkolwiek bym nie grał, to na koniec wygrywa Dziki. Tak jak Niemcy w piłkę. Zaraz zobaczymy, ja od czterech lat niezmiennie kibicuję Niemcom, ich orzełkowi, ich Polakom w składzie, naszym sąsiadom. Może to nie jest miłość, ale już im wybaczyłem Czterech Pancernych. Chociaż rozumiem, że mogą być ludzie tak pokiereszowani wojną, wojenną traumą pielęgnowaną w rodzinie - że nie wybaczą.

Dwa słowa o książkach. Bolkowi, biegaczowi, który z rzadka odzywa się z cichociemności opowiadałem o moim ojcu. Efekt jest na videoblogu. Dzięki, Bolek.

Finał mistrzostw w niedzielę. To będzie też finał naszej licytacji. Dudek wspiera Bieszczady i antyautystyczną akcję Dzikiego i Johnsona. Licytację zamykamy o 20:44:59 w niedzielę.

A bieganie? Z tą miłością mamy kryzys. 45 minut po 5:10, jakbym żadnego maratonu właśnie nie pobiegł. Może rzeczywiście nie pobiegłem, tylko przebiegłem koło tego biegu.

 

 

 

20:46, wojciech.staszewski
Link Komentarze (132) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Cienkie nitki spaghetti z sosami pysznymi, jak z restauracji Antica na naszym Ursynowie wychodzą mi uszami. To będzie moje paliwo. Wystarczy mi go do dwudziestego piątego kilometra. Pierwszy maraton w Gałkowie - trasa piękna jak Moja Sportowa Żona, urocza, urokliwa - skończę z poczuciem klęski.

Zaczyna się dobrze. 6-7 osobowa czołówka wyrywa do przodu, a ja zabieram się z drugą grupką podobnej wielkości, nie wiem dokładnie ilu nas jest, bo biegnę na czele. Przede mną MSŻ na rowerze, która robi za naszego pilota, podpytuje wolontariuszy na krzyżówkach gdzie biec, bo czołówka z oficjalnym pilotem odjechała w zielony las.

Biegniemy na 2:55, tak jak w Łodzi, tam też zaczynałem na 2:55, a skończyło się wyrwanym z zegara 2:59. Na dziesiątym kilometrze patrzę, że grupka nam się skurczyła do czterech osób, odpadł Bogdan B., z którym wygrałem tydzień wcześniej na Siekierkach. Czuję się dobrze niesiony pychą parametrów treningowych, tym niesamowitym tempem z I zakresu - 4:30. Teraz biegniemy po ok. 4:07-4:10.

I nagle sekundy zamieniają się w metry, zaczynam zostawać za grupką, puszczam ich. Nie ma dramatu, biegnę po jakieś 4:20, ale wiem, że muszę zwolnić.

Przegania mnie Dominika S., zaraz za nią Bogdan B., dobiega Renata K. Dyszy tak strasznie, że zaczynam się czuć jak siostra miłosierdzia, kiedy czekam na nią pozwalając się dogonić, żebyśmy mogli biec razem. Pycha rośnie karmiąc się ciągle tamtym parametrem i jeszcze mi wyjdzie uszami.

Na półmetek dobiegamy z Renatą w 1:29:55. Idealnie na złamanie trzech godzin, gdybyśmy potrafili utrzymać. Renata prawie potrafi, a ja prawie się z nią utrzymuję. Odjeżdża do przodu i zostaję po środku mazurskiej puszczy sam na sam z MSŻ. Tempo spada do 5:00, ktoś mnie wyprzedza, spada do 5:15, znów jakiś biegacz depcze mi ego, a tempo spada momentami do 5:30.

Nie wiem, co się dzieje. Można to tłumaczyć różnymi przyczynkami - jeden przyczynek, że rano nie zjadłem fury kanapek tylko jakieś sałatki warzywne, drugi, że za ciepło, trzeci, że morena czołowa, więc jest pod górę i w dół. Ale prócz przyczynków jest chyba jedna duża przyczyna - pycha, która kazała mi mierzyć w miejsce w pierwszej dziesiątce, biec na więcej niż mnie teraz stać, a na co mnie stać pokazała dycha tydzień temu. Nie na pokonanie Bogdana B. o dwie sekundy - to było to, co zdołałem osiągnąć. To na co mnie stać, co mam jak w banku według moich przeliczników, to maraton w 3:05. A jeśli spróbuję zacząć na wynik o 10 minut lepszy, to wyjdzie o 10 minut gorzej.

Przebiegamy nad Krutynią, raz w Iznocie, za chwilę w Nowym Moście. Płynąłem tu kiedyś kajakiem. Ale tam jest ładnie. Ścigać się w takim miejscu to przyjemność. Prawie.

MSŻ na zmianę coś mi opowiada, ale dziś już nie pamiętam co i pyta jak się czuję. Słabo, Kinia. Chcesz wody? Nie. Banana? Daj pół. Najprostsze słowa, bo "dziękuję" albo "poproszę" na trzydziestym piątym kilometrze nie obowiązuje. Zjadam drugi żel i przyspieszam znów do tempa 4:58. Jak nędzne radości sobie dostarczam, chciałem biec raczej o minutę szybciej.

Udaje mi się wyprzedzić jednego z biegaczy, którzy wcześniej mnie wyprzedzili. I to jedyny moment, kiedy wyprzedzam w tym biegu. Docieram w 3:11, ale trasa jest o kilometr krótsza, tak twierdzi Michał D., który trasę na zlecenie organizatorów oznaczał. Na moim garminie brakowało 800 m. Spodziewam się, że realny wynik z pełnego maratonu to okolice 3:15-3:16. To jest tempo wolniejsze niż mój obecny pierwszy zakres. Co się stało? Jestem ponury, nie rozmawiam z nikim, siadam i czekam aż przybiegnie Dziki.

Robimy sobie potem z MSŻ pokazowe rozciąganie. Bo po biegu człowiek się powinien rozciągać nawet na Mazurach. Najpierw czworogłowy uda.

1

To też jest rozciąganie, a nie kama sutra. MSŻ rozciąga sobie przywodziciele, a mi dwugłowy uda.

1

Łydka, wariant fitnessowy - czyli kiedy nie ma drzewa w pobliżu.

1

A na koniec od Beaty Sadowskiej, maratonki, która pełni tu rolę zaprzyjaźnionego z organizatorami VIP-a dostaję pucharek za pierwsze miejsce wśród dziennikarzy. Bo Marcina R. ścięło jeszcze bardziej niż mnie.

1

Po południu siedząc na molo w wiosce Krutyń i mocząc nogi w zimnej Krutyni - dało mi to chyba tyle samo ulgi, co rozciąganie - myślałem już co dalej. Bo Krutynia naprzód płynie. Więc najpierw będzie regeneracja. Jak mi się uda znaleźć czas w tym tygodniu, to jeszcze oddam krew. Zdrowy przecież jestem, ciśnienie po pigułkach 115/75. Lekkie bieganie, może nie roztrenowanie, ale naprawdę lżejszy tydzień. Od lipca zaczynam siłę przygotowywać do jesieni. Utrzymuję regułę przepisowego tempa na długich wybieganiach, bo to dało mi dobrą wytrzymałość teoretyczną. Żeby przełożyło się to na praktykę, zajmę się bardziej rozwijaniem VO2max, już w lipcu dołożę trochę interwałów. Dodam chyba też trochę biegów ciągłych, żeby zaskoczyć organizm nowymi bodźcami.

Na początku września kontrolny start na dychę i bardzo treningowo potraktowany maraton na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Gdybym zaczął się napinać, które to miejsce chciałbym tam zająć, postukajcie palcami w monitor, tak, żebym to pukanie usłyszał. A potem atak na życiówkę w maratonie - i nie biegnę w upale, choćbym miał do grudnia przekładać główny start.

00:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (53) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Jestem chory. Wisiało to nade mną od kilku lat, w końcu to nie przypadek, że mnie parę razy odsyłali z punktów honorowego krwiodawstwa. Ale trzymałem się myśli, że to wartości graniczne, że można nic nie robić, biegać sobie, ruszać się i będzie dobrze. Tylko na początku maja zrobiło się całkiem niedobrze, kosmiczny ból głowy (zresztą chyba migrenowy, z innej beczki) zmusił mnie do sięgnięcia po ciśnieniomierz. Wyszło coś koło 160 na 110, a następnego dnia 170 na 115.

Poddałem się. Nie mogę się już dłużej oszukiwać, że nie mam nadciśnienia. Mam. I mam do tego dziedziczne predyspozycje, mama osiągała w tej dziedzinie Himalaje i w wieku 50 lat umarła na zawał, ojciec jest po serii mikroudarów i na lekach.

Uległem Mojej Sportowej Żonie, która od paru lat z mniejszym lub większym ciśnieniem wysyłała mnie do kardiologa. Żeby lekarz nie zaczął od XIX-wiecznego zakazu ruchu poszedłem do Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej, do profesora, z którym parę lat temu robiłem wywiad o wpływie sportu na serce. Profesor pokiwał głową i wysłał na badania.

To było miesiąc temu - i muszę Wam powiedzieć, że miałem wtedy trzydniowy zjazd. Tylu ludzi ma nadwagę, pali, pije, nie rusza się - i nic. A ja, chodzący katalog prozdrowotnych zachowań, jestem chory.

Co z treningami? Co ze startami? Powinienem ograniczyć siłę biegową, przy której ciśnienie idzie do góry jak cholera? Startować na pół gwizdka? Nie wolno będzie pójść na siłownię, gdyby mi kiedyś przyszła ochota? Dlaczego? Dlaczego ja?

- Nie ma co się obrażać na chorobę. Trzeba ustawić leki i żyć dalej - powiedział mi profesor. Ale potrzebowałem trzech dni, żeby tę teoretyczną mądrość wprowadzić do swojego życia. Zacząłem o tym rozmawiać ze znajomymi biegaczami, bo większość moich znajomych to biegacze. I okazało się, że ktoś też bierze pigułki, jeden, drugi. Nie mówią: jestem chory, tylko biorę pigułki.

Więc od jutra zmieniam swój status, jak to się mówi na Fejsbuku - z "jestem chory" na "biorę pigułki". Dziś byłem u profesora z wynikami badań, mam przepisane lekarstwo, takie samo, jak bierze mój ojciec, tylko zdaje się, że mniejsza dawka. Jutro rano pierwsza pigułka.

Zadałem profesorowi te wszystkie pytania - o bieganie, o każdy rodzaj treningu. Mogę wszystko. Kiedy pigułki wyrównają mi ciśnienie, będę mógł robić wszystko to, co zdrowi ludzie. Rozochocony spytałem, czy będę dzięki pigułkom szybciej biegał, ale profesor tylko z rozbawieniem pokiwał głową.

Więc po pierwsze w sobotę wystartuję w Maratonie Mazury. Boję się, żeby nie było jak z Polską reprezentacją, która grała jak nigdy, a skończyła, jak zawsze - ale formę mam naprawdę jak nigdy. Dziś ostatni rozruch przed startem, 5 km w pierwszym zakresie, z tętnem średnim 147. Wiecie jakie wyszło tempo średnie? 4:40, a z korektą na błędy pulsometru powiedziałbym nawet 4:38. To jest tempo na 3 h 15 min. w maratonie. A maraton pobiegnę z tętnem o 20 oczek wyższym. W jakim tempie? Zobaczymy na ile pogoda pozwoli.

Spytałem jeszcze profesora, co by było gdybym nie biegał? Czy już bym nie żył? To może wiedzieć tylko Pan Bóg, jeśli jest. Ale według profesora ważyłbym 15-20 kilo więcej i ciśnienie miałbym o kolejne 15-20 kresek wyższe. Piszę to na wszelki wypadek, żeby Wam żaden laik nie wmawiał, że bieganie szkodzi, bo taki np. Staszewski ma NT. Nadciśnienie tętnicze, tak to się określa na skierowaniach i w diagnozach.

Życie biegnie dalej.

a

A teraz zapowiadane Wydarzenie rodem z Krakowa. Byłem w środę na wyczekiwanym wywiadzie z Jurkiem Dudkiem. Świetny facet, kiedyś poprowadzi polską reprezentację do sukcesów, pamiętajcie, że w 2012 roku to napisałem.

Dudek w swojej starej książce pisał, że stara się pomagać różnym fundacjom. Więc poprosiłem go o dedykację na nowej książce dla darczyńcy akcji "Przebiegniemy Bieszczady dla osób z autyzmem". Książka "Pod presją" trafi do osoby, która zadeklaruje najwyższą wpłatę na rzecz akcji licząc od teraz do rozpoczęcia finałowego meczu Euro 2012 (liczy się godzina zapisania deklaracji przed 20:45 w dniu 1 lipca) - i zostanie wysłana po dokonaniu wpłaty na konto domore.

Mam nadzieję, że wszystko jasne. Deklaracje składamy publicznie w komentarzach pod blogiem.

Czas start.

Ciekaw jestem, czy jest nas tu więcej nadciśnieniowców.

 

20:30, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
| < Grudzień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam