Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 22 marca 2012

Opowiadałem Wam już o grze w motory? No to Wam opowiem.

Gra w motory już na peceta, ale jeszcze z czarno-białą, mocno schematyczną grafiką, chociaż już z pewną głębią oddającą trzeci wymiar. Jedna z pięciu gier komputerowych - oprócz Prehistorik 2, samochodówki Lotusa, skoków narciarskich i brydża z komputerem - do których mam stosunek. Emocjonalny.

Na początku przegrywałem ze wszystkimi motocyklistami (było ich 10 albo 20), potem opanowałem motor i ze wszystkimi wygrywałem. Nuda. Próbowałem to uatrakcyjnić, czekałem 10 sekund na starcie, ruszałem ze stratą i znów wszystkich przeganiałem na drugim okrążeniu, a wyścig standardowo miał trzy.

I wtedy wpadłem na pomysł. Ustawić wyścig na 10 okrążeń. Poczekać na starcie, aż wszyscy mnie zdublują i ruszyć za nimi.

Wiem, że to blog o bieganiu i życiu codziennym. Ale teraz jest metafora, dość rozbudowana, ale już dochodzę.

Ruszałem za motorami, przebijałem się na przód przez jedno kółko, a przez kolejne siedem przeżywałem samotność długodystansowca. Nie działo się nic poza zakrętami w lewo, zakrętami w prawo i mijanymi w pędzie nieznośnie kwadratowymi pikselami przedstawiającymi metę lub trybuny. Nic. Nuda, panie.

Aż na przedostatnim kółku pojawiał się przede mną motocykl. Mam go, już jestem dziewiętnasty (albo dziewiąty, nie pamiętam). Potem następny, następny. I ja je wyprzedzam, wyprzedzam. A emocje rosną, rosną. W psychologii musi być to jakoś opisane, odroczona nagroda czy coś takiego. Ale kochałem tę zabawę, ten długi okres nudnej jazdy po to, żeby przeżyć nieosiągalne w zwykłym wyścigu emocje na ostatnim kółku.

Teraz jesteśmy na ostatnim-przedostatnim kółku sezonu wiosennego. Podopieczni przysyłają mi info o ostatnich treningach, dzisiejsze osiemsetki po 4:02, po 4:50, po ileś. Tętno 160-170. Na jaki wynik pobiec w półmaratonie? Na dobry.

W weekend półmaratony w Warszawie i Sobocie, za tydzień Poznań i Pabianice. Po to biegaliśmy całą zimę po ścieżkach, żeby teraz dobiec do mety, pierwszej ważnej mety w tym roku. Przeżyć w półtorej-dwie godziny te gromadzone od grudniowych długich wybiegań emocje. Oby więcej było euforycznych, chociaż niektórzy z nas będą zawiedzeni, z samej statystyki to wynika.

Ja nawiasem mówiąc nie będę, bo nie liczę na specjalny sukces w półmaratonie. Spróbuję go pobiec dobrze, ale pozwolę sobie przy tym na eksperyment - pobiegnę z pulsometrem, żeby sprawdzić z jakim tętnem biegnę półmaraton.

Dziś mieliśmy ostatni trening przedwarszawskopółmaratoński w Centrum Biegowym Ergo. Patrzyłem na ludzi, z którymi zaczynaliśmy ten ośmiotygodniowy cykl. Był dwudziestostopniowy mróz, komuś policzki przemarzały do bólu i krzyku. Z tygodnia na tydzień było nas coraz więcej, przeszliśmy od treningów siłowych do szybkościowych, przywitaliśmy wiosnę, dziś zrobiliśmy piramidki przy fontannach nad Wisłą. Szybkie odcinki 1, 2, 3, 4, 5, 4, 3, 2, 1 minut z trzyminutowymi przerwami odpoczynkowymi. Wręczyłem wszystkim ulotki z info o obozie biegowym w Rabce (do końca marca cena promocyjna!), zjedliśmy banany i winogrona, które Janek K. zakupił z pieniędzy zebranych na ukradzioną nam na drugim treningu piłkę, ale ponieważ Kancelaria piłkę sobie odkupiła sama, pieniądze poszły na pożegnalny poczęstunek...

Kto biegnie w ten weekend? Pamiętajcie: po pierwsze wysypiać się, mam nadzieję, że już Was nie ma przy komputerach, teraz o wpół do dwunastej w nocy, kiedy to piszę. Po drugie w sobotę się nie odchudzamy, węglowodany (makaron, pieczywo) mocno wskazane, bo stąd się bierze energia. Po trzecie nawadniamy się najlepiej już od piątku, a w sobotę oprócz tego co zawsze, wypijamy półtoralitrową butelkę mineralnej (obojętne czy gazowanej czy nie). Po czwarte przed biegiem rano najważniejsze są dwie rzeczy: wypróżnienie i śniadanie. W drodze na bieg picie, banan. I zaczynamy spokojnie.

W Ergo wymieniliśmy telefony z Marcinem, z którym robiliśmy dziś razem równo, mocno interwały. Całkiem, jak w ostatnim dniu kolonii. Coś się skończyło. A życie biegnie dalej. Do zobaczenia na mecie. I do zobaczenia za metą, na ścieżkach.

Bo przecież za metą nikt nie zamyka programu i nie wyłącza komputera. Tym bieganie różni się od gry w motory.

23:25, wojciech.staszewski
Link Komentarze (79) »
poniedziałek, 19 marca 2012

Odwiedziłem dziś stolicę polskiej przedsiębiorczości, bliskie sercu tego bloga miasto Poznań. Wyszła z tego niechcący mała inspekcja przed Euro.

Pierwsze zaskoczenie - jaki piękny jest odnowiony Dworzec Centralny w Wawie. Biel, jasność, przełamanie niebieskim, elektroniczne wyświetlacze. W paru miejscach podłoga przypomina o przeszłości, ale można to jakoś przeskoczyć.

Drugie - jaki wygodny, czysty i cichy pociąg.

Trzecie - Poznań w budowie. Nowy dworzec ma postać bryły z zewnątrz, ale w środku są chyba jeszcze w lesie. A co zrobią ze starym dworcem? Zostawią jako skansen? No i ten cały plac budowy na Roosevelta, rozkopane jakby metro warszawskie budowali. Zdążycie na Euro?

Po wywiadzie z mądrym profesorem wróciłem do domu pod wieczór, ale biegania już dziś i tak nie planowałem. Musi być trochę regeneracji przed połówką.

W ramach regeneracji w niedzielę byliśmy z Moją Sportową Żoną i córką 3klasistką na basenie w Gold's Gymie. W klubie taki luksus, jakby to były wakacje w Grecji. Pościgałem się z córką żabką i oczywiście przegrałem. Kolejny raz spróbowałem kraula i kolejny raz przekonałem się, że nie mam co marzyć o triathlonie, bo w pływaniu nie jestem nawet na poziomie człowieka z kanapy, który jest w stanie przebiec maksimum 50 metrów. Ja kraulem przepływam pięć, a potem staję i ciężko dyszę.

Regeneracja mi się należała, bo w piątek zrobiłem szalony trening na dużą skalę. O 12.00 była konferencja przed Półmaratonem Warszawskim, od paru lat już kto inny o tym pisze w Gazecie Stołecznej, ale ja zawsze chodzę, żeby poczuć świąteczną atmosferę. Tym razem jednak nie przyszedłem, tylko przybiegłem. O 8.00 wybiegłem z Ursynowa przez Mokotów dotarłem do Wisły, potem wzdłuż rzeki na Bielany, Laskiem Bielańskim do Młocin, a stamtąd powrót na Kępę Potocką. Na konferencję dotarłem równo o 12.00 po czterech godzinach biegu i zaledwie z 36 kilometrami na liczniku. Znów trochę za wolno. W drodze wypiłem cztery małe bidoniki i zjadłem jeden baton energetyczny, ale i tak do wieczora uzupełniałem płyny i pokarmy. Garmin twierdzi, że spaliłem 2615 kalorii.

A w sobotę było mocno na skalę stadionu. Na trening otwarty przybyło dziewięć osób, zrobiliśmy interwały w formie sztafet, bo wtedy wkłada się w bieganie najwięcej serca. Na koniec był stretching poprowadzony przez MSŻ. A na początek płotki.

1

2

3

4

5

Fot. MSŻ. Dzięki, że przyszliście :-)

Na koniec jeszcze ogłoszenie parafialne. Zapowiadałem konkurs, w którym nagrodą będzie pięć książek "Jak zacząć biegać" Sary Kirkham (wyd. Buk Rower). Konkurs tym razem rozegramy pod blogiem - w środę o godzinie 20.00. Należy wtedy się zalogować i udzielić odpowiedzi na pytania, które będę umieszczał w komentarzach pod blogiem. Pytań będzie pięć, każdy kto udzieli jako pierwszy prawidłowej odpowiedzi, wygrywa książkę. Zastrzeżenia: nie można poprawiać się po wysłaniu odpowiedzi, a jedna osoba może wygrać tylko jedną książkę.

Do środy.

23:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (185) »
czwartek, 15 marca 2012

Tydzień sztafet i płotków. Nie dlatego, że Polacy zgubili w niedzielę pałeczkę, ale dlatego, że to dobry moment makrocyklu na trening sprawności ogólnej na płotkach połączony z wytrzymałością szybkościową w postaci wyścigów sztafet.

Załadowałem płotki i pałeczki do nissana i trenujemy to przez cały tydzień. We wtorek z bankowcami na stadionie na Agrykoli, niestety była parzysta liczba osób, więc nie biegałem. Potowarzyszyłem paru osobom w czasie ich biegu, ale własny trening zrobiłem sobie dopiero po wspólnym. 8 razy 800 m w tempach życiówek na 5-10 km, ale było mi mało, dodałem jeszcze 4 razy 100 m w 16-17 sekund.

W środę to samo z ubezpieczeniowcami na Szczęśliwicach, a przed chwilą z grupką szykującą się do półmaratonu w Centrum Biegowym ERGO. I to nie koniec. W sobotę podobny trening - płotki i sztafety - zaplanowałem na Agrykoli o 10. rano. Trening otwarty, zapraszam wszystkich chętnych, znajomych i cichociemnych. Tych, z którymi przebiegliśmy niejeden kilometr i tych, którzy myślą może o obozie w Rabce i chcieliby zobaczyć na żywo całą Kancelarię. Będziemy oboje z Kingą, zwaną tutaj Moją Sportową Żoną, więc zapraszam z podwójną serdecznością.

Dzisiejszy odcinek zatytułowałem Kalendarz na marzec, bo chcę Wam zapowiedzieć, kilka rzeczy, które się wkrótce zdarzą. Marzec miesiącem zdarzeń.

Mój niekonwencjonalny trening, na którym ma mi potowarzyszyć Dziki i na który Dziki już zaczął zapraszać szersze towarzystwo odbędzie się rzeczywiście w piątek, tyle że 30 marca, już po półmaratonie. Zamierzam zrobić pięćdziesiątkę. Tempo rzędu 6:00-6:30. Plan jest taki, że wybiegam rano z Ursynowa przez całą Warszawę (która jest przecież mała) na północ do Puszczy Kampinoskiej, gdzie o 10. czeka Dziki, który ma podobnie nienormowany czas pracy i dokręcimy ze 20-30 km po puszczy. Chętnych zapraszam do towarzyszenia, ale uprzedzam, że nie będzie to żaden trening w sensie tego sobotniego, tylko dzikie bieganie wbrew wszystkim szkołom trenerskim. Bo kto mądry robi pięćdziesięciokilometrowe wybieganie i to na dwa tygodnie i dwa dni przed maratonem w Łodzi?

Następna rzecz, która się zdarzy w marcu, to wielki konkurs o książkę. Wydawnictwo Buk Rower przekazało Polsce Biega pięć książek "Jak zacząć biegać" Sary Kirkham na konkurs. I wymyśliliśmy z Małgosią S., że ten konkurs przeprowadzimy właśnie na blogu. Szczegóły w poniedziałek, prawnicy tworzą już regulamin ;-)

No i jeszcze jedna książka, o której chciałem Wam powiedzieć. Wychodzi 27 marca, czyli dwa dni po półmaratonie. Proza. Właśnie w wieku 44 lat zorientowałem się, że piszę prozą. I napisałem. Tytuł "Ojciec.prl". Okładka będzie wyglądać tak:

prl

Zdjęcie na tylnej stronie okładki zrobił mi Bartek Bobkowski z "Gazety" na 40. kilometrze Maratonu Warszawskiego (złamane trzy godziny, ale nie życiówka). Trudno to wytłumaczyć, ale to najbardziej pogodne zdjęcie, jakie mi kiedykolwiek zrobiono.

23:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (62) »
poniedziałek, 12 marca 2012

W Kabatach zrobili nam z okazji Dnia Kobiet zbiorowego zajączka. To świetna zabawa i kapitalna motywacja, Alina coś o tym wie.

W zajączka bawimy się często z bankowcami na podbiegach. Panie przodem, my liczymy do dziesięciu i grzejemy jak odrzutowiec. Wykorzystanie napięcia między płciami do zwiększenia efektywności treningu. Dziewczyn nie dogonisz? Może nie dogonisz, ale dasz z siebie wszystko.

Dziewczyny też uciekają, jakby je stado wilków goniło. Alina, nasz etatowy zajączek w ekipie bankowców, bo na treningach jest w zasadzie zawsze, też dzięki temu poprawia znacząco motorykę i przebiera nogami jak postaci z kreskówki. Wilk i zając, nu pogadim.

Ostatnio dużo słucham rosyjskiej muzyki. Ulubiony zespół? Leningrad. Mają lepsze kawałki niż  "Nu pogodi!", ale ten jest na temat.

Weekend upłynął pod hasłem antagonizmu między płciami. Manifa walczyła z patriarchatem, co bawi mnie nieco - choć rozumiem wyliczenia o niższych płacach, rozumiem braki parytetu na wyższych stanowiskach, rozumiem rzeczywistą niewolę kobiet Podhala i nie tylko - jednak to krzyczenie wywołuje u mnie niepoprawny uśmieszek. Pojawił mi się, kiedy dobre dziesięć lat temu widziałem podjeżdżające na warszawską manifę samochody, kierowane oczywiście przez mężczyzn, z których wysiadały kobiety i stawały w szeregu by krzyczeć przeciwko patriarchatowi.

U nas w domu jest klasyczny matriarchat. Może trochę przesadzam, bo uczciwie przyznaję, że większość obowiązków domowych ma na głowie Moja Sportowa Żona, ale też uczciwie skontruję, że mi wcale nie jest potrzebne do szczęścia mieszkanie wypucowane na 2:07. Porządki wiosenne robiliśmy solidarnie, akurat w Dniu Kobiet, co MSŻ tak rozbawiło, że postanowiła mnie uwiecznić na zdjęciu (słuchawki, na których leciała powieść o rosyjskich nielegałach, pożyczone od córki 3klasistki).

a

W tle widać mnóstwo butelek picia poustawianych na czas sprzątania na stole w kuchni. My na sportowo dużo pijemy. Właśnie odpowiedniego nawodnienia zabrakło w sobotę w Kabatach Alicji z ubezpieczeniowców. I chyba tylko ona jedna z grupy moich podopiecznych (acha, i jeszcze Janek po kontuzji) nie zrobiła życiówki. Picie, Alicja, picie, nie ma czarów, biegacz musi być nawodniony.

Dziewczyny i kobiety z okazji dnia kobiet wystartowały jako pierwsze. My pięć minut po nich. Stanąłem na starcie z Jarkiem z grupy bankowców, bo Jarek będzie łamał na wiosnę trójkę w maratonie. Ruszyliśmy na złamanie 38 minut, bo zgodnie z przelicznikami, w które wierzę, to przepustka do złamania trójki. A ja sobie wyznaczyłem też taki cel, bo dopiero nabieram szybkości przed decydującymi startami i szybciej nie potrafię.

I dalej nie działo się nic. Żadnego dramatyzmu. Wystartowaliśmy, trzymaliśmy równe tempo, na ostatnim kilometrze przyspieszyliśmy. Jak maszyny do biegania.

Lubię takie poczucie, że człowiek jest dobrze przygotowany. Nie złapię tej wiosny żadnej życiówki, ale chcę przygotować solidną formę. Mam pomysł na jeden trening między Półmaratonem Warszawskim a Maratonem w Łodzi, trening jakiego nigdy jeszcze nie robiłem, który przyprawia mnie o zawrót głowy i którego nie mogę się doczekać, szczegóły wkrótce.

Poobmyślałem sobie dokładniej tegoroczne plany. Na serio życiówkę maratońską zaatakuję na jesieni pewnie tradycyjnie w Warszawie, bo i to nie będzie bieg zwyczajny, szczegóły także wkrótce. A przedtem jedziemy z MSŻ do Krynicy na Festiwal Biegowy, będziemy tam mieli prezentację i tam chcę przebiec najszybszą dychę w Polsce - bo z górki, z Krynicy do Muszyny - i może jeszcze treningowo Koral Maraton.

Na razie róbmy swoje. Przyjemnie jest trenować, kiedy czuje się, że droga prowadzi w dobrą stronę. Dziś podjechałem do Lasu Kabackiego na spokojną godzinę. Tempo średnie 4:46, mocny pierwszy zakres. W połowie treningu skończyłem czytać o nielegałach, ale ruskich piosenek nadal słucham. Starając się odcinać od politycznych konotacji. Odkrycie marca? Lube:

22:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (40) »
czwartek, 08 marca 2012

Jaka ta Warszawa jest mała. Pomyślałem po godzinie środowego wybiegania, kiedy Konrad z Travisem i resztą ekipy przystępowali do wykopywania skrzyni w Mińsku. Bez audiobooków bym na tych długich wybieganiach umarł z nudów, a tak umieram tylko z braku picia. Nie biegajcie trzy godziny bez pasa z bidonikami.

Bidoników nie wziąłem, bo rano spisywałem wywiad z Tomaszem K. o kapitanie Hansie K., fajnie opowiadał o życiu w "małej Moskwie", bo z Legnicy pochodzi. A potem szybko popędziłem do metra, bo mieliśmy w centrum coś ważnego do obgadania z Chłopasiem. Wypiłem kawę, colę i zjadłem kanapkę w kafejce z modnej sieci, a potem wracałem biegiem do domu, w tym tygodniu zaplanowałem sobie 3 godziny.

Start: skrzyżowanie Marszałkowskiej i Świętokrzyskiej. Biegnę nad Wisłę i skręcam w stronę Bielan na północ. Mostem Śląsko-Dąbrowskim przebiegam na drugą stronę Wisły i znów na południe Ścieżką Canaletta. Ktoś ją tak powinien nazwać, bo jest z niej dokładnie taki widok na Warszawę, jak na rycinach Canaletta z książki do II klasy gimnazjum, tylko jakby Skarżycki z Leśniakiem dorysowali tam jeszcze Pałac Kultury, Mariotta i parę wieżowców z przyszłości.

Napawam się widokiem, ścieżka kończy się przy Moście Łazienkowskim, żeby trochę nadłożyć biegnę do Siekierkowskiego, przebiegam przez Wisłę. Krążę po Warszawie już szmat czasu, patrzę na zegarek, czy biec już prosto do domu. A tam godzina dziewięć minut. Czyli przede mną prawie dwie godziny biegania.

Wiecie jak mierzę lasy? Las Kabacki ma dziesięć kilometrów biegowych. Czyli można w nim zrobić logiczną pętlę o długości 10 km bez wybiegania z lasu. Las Bielański miałby pewnie z pięć kilometrów. Warszawa - no może z Aninem z jednej i Ursusem z drugiej strony kwalifikuje się do dystansów ultra, ale stara Warszawa bez przedmieść ledwo starcza na długie wybiegania. Pobiegłem przez Wilanów za granicę miasta do Powsina, tam wbiegłem do Lasu Kabackiego i stamtąd już na Ursynów i do domu. 3 godziny i 30 km z 200-metrowym haczykiem.

Długi opis, prawda? Bo to długi bieg był. To do czego chciałbym Was w treningach przekonywać, to żeby były wyraźne. Jak długo i wolno, to długo i wolno.

A dziś na treningu w Centrum Biegowym ERGO robiliśmy za to krótko i szybko. 2 razy 12 minut w tempie zbliżonym do życiówki na 10 km. Zebrała się spora, dwudziestoosobowa grupka, najpierw trucht, rozgrzewka, siła dynamiczna z piłkami, a potem maksymalna grzała. Biegaliśmy po pętli w Parku Krasińskich, też fajne odkrycie dla biegających w śródmieściu zwłaszcza. Najpierw 12 minut w jedną stronę, a potem każdy zapamiętywał, dokąd dobiegł i zaczynał stamtąd w przeciwnym kierunku. Kto dobiegł do startu lub dalej - wygrywał ze sobą. Z połowa grupy wygrała, reszcie niewiele brakowało.

My pognaliśmy z Jankiem K. z Ergo i wyszło ciut dalej, a tempo obu odcinków w granicach 3:52-3:53. Fajnie mi rośnie szybkość. Półtora tygodnia temu z kiepskim skutkiem walczyłem o tempo 3:45 na dystansie pięć razy krótszym. Może coś ze mnie tej wiosny będzie.

Kolejna definicja, kiedy zaczyna się wiosna. Wiosna jest wtedy, kiedy Moja Sportowa Żona mówi: "Piesku, umyjemy rano okna?". Wiosenne porządki za nami.

O losowaniu książki Urszuli D. nie zapomniałem. MSŻ wyciągnęła karteczkę z numerem 10. Jako 10 mail z prawidłową odpowiedzią przesłał Damian Waszczykowski. Gratulujemy, książkę prześlemy pocztą :-)

23:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (96) »
poniedziałek, 05 marca 2012

Wiecie, co to są negocjacje interwałowe? Są to negocjacje prowadzone podczas interwałów. Omawialiśmy z Chłopasiem pewien projekt wymyślony przez Chłopasia, który nieźle namiesza, a w którym będę brał czynny udział. W jaki sposób i na jakich zasadach negocjowaliśmy podczas trzyminutowych przerw i jeszcze przez kilkadziesiąt sekund każdego powtórzenia. Do finału doszliśmy przed ostatnim powtórzeniem.

Powtórzeń zrobiliśmy 12 po 1 km w maratońskim tempie Chłopasia czyli moim agresywnym pierwszym zakresie przełamanym przez drugi. Ja wcześniej pobiegałem powoli prawie godzinę, więc zaliczyłem zaplanowane na zeszły tydzień dwie i pół godziny.

Dlatego w sobotę nie starczyło mi zapału, żeby pojechać do Falenicy. Zamiast tego podjechałem na stadion i zrobiłem rytmy. 6 razy 200 m bardzo szybko (między 36 a 38 s.), na długich, czterominutowych przerwach z lekkimi ćwiczeniami. Duże zadowolenie, czuję, że mi wyrasta żądło.

W sobotę wyszła gazeta z rozmową z Urszulą Dudziak. Chodziłem przez pół dnia w glorii, bo mnóstwo pozytywnych ocen dostałem w redakcji za tę rozmowę. Aż tu jebudu - sms od rozmówczyni, pretensje, grożenie Michnikiem. Psychologia nazywa to wzmocnieniem negatywnym. Nie rozumiem, dlaczego historia, która zaczęła się od tak fantastycznej rozmowy (wróciłem oczarowany), kończy się tak przykro.

W tej sytuacji książkę Urszuli "Wyśpiewam Wam wszystko" z podpisem autorki przeznaczam na nagrodę w konkursie. Dwa pytania konkursowe znajdziecie na www.KancelariaSportowa.pl w zakładce Obóz 2012 :-))) Termin: środa, do końca dnia.

Spośród autorów prawidłowych odpowiedzi komisja z Moją Sportową Żoną wylosuje zwycięzcę. Wyniki na blogu w dzień kobiet.

Z MSŻ uprawialiśmy coś w piątek. Tenisa stołowego. Poćwiczyłem topspiny na Dzikiego, nie tylko forehandowe, ale też z bekhendu. A potem pograliśmy z MSŻ sety. Zaczynamy od 0:6, a potem się walczy do 11, bo MSŻ zawsze musi walczyć.

W niedzielę był odpoczynek od czynnego biegania, ale żyłem biegiem Henryka Szosta. Szast prast i mamy nowy rekord Polski, co więcej mamy maratończyka światowej klasy. Dzięki Bas za info na blogu, zaraz zadzwoniłem do Gazety, maratończyk Radek L. zmontował tekst z tego, co podesłałem po moim grudniowym spotkaniu z Szostem do "Biegania", z tego o czym rozmawiała z nim Małgosia S., z tego co w agencjach. Dzika dziennikarska radość, kiedy dzieje się coś dobrego. Bo to nieprawda, że "dziennikarze cieszą się tylko z katastrof".

Tydzień zacząłem od godziny w tempie 5:00. Odwiozłem córkę 3klasistkę (która we wtorek ma urodziny i dziś nie może spać z emocji - pamiętacie te emocje?) do szkoły na ósmą, potem od razu podjechałem pod las, a tam właśnie zaczęły zjeżdżać kolejne samochody chyba w podobnej sytuacji społecznej. Kółeczko po lesie, ostatnie 2 km przyspieszyłem wchodząc miękko w drugi zakres.

Spotkałem na tym treningu z 15 biegaczek i biegaczy. Mam więc kolejną definicję wiosny. Wiosna jest wtedy, kiedy biegacze powracają z ciepłych kanap.

23:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (69) »
czwartek, 01 marca 2012

Trzy dni interwałów w trzech porach roku. Pogoda porypana, tak jak moje treningi.

We wtorek były płotki i interwały z bankowcami. Rano po rytualnej porażce z Dzikim w ping ponga poszedłem na stadion na Agrykoli (zaraz powiem, po co) i było nieźle, tartanowo. A wieczorem, kiedy spotkaliśmy się na trening, waliło śniego-deszczem, a pod nogami chlapa. Zima wróciła.

Nie pękaliśmy. Płotki ustawiliśmy sobie na skraju murawy, bo tam stabilność była większa. A potem zrobiliśmy sześć trzysetek: na prostej szybko, na wirażu seria skipu A i na kolejnej prostej znów szybko.

W środę siedziałem cały dzień przy komputerze, pisałem plany treningowe. Pogoda jak z bajki, wiosna panie sierżancie. Żaliłem się Mojej Sportowej Żonie, że nie mam czasu wyjść na trening, na co MSŻ się uśmiechnęła: - Szewc bez butów chodzi.

Wyszedłem dopiero po południu, na trening z ubezpieczeniowcami. Płotki i interwały.

Dziś z kolei jesień. Płotki i interwały na treningu w centrum biegowym Ergo.

Opowiadałem koledze, że nie mam kiedy wyjść na bieganie, bo taki zarobiony jestem, a on na to: - No, jak byłeś dziennikarzem to tak nie było.

Dziennikarzem jeszcze jestem. Walka o obronę wywiadu z Urszulą Papaya wygrana 8:2, wywiad będzie w sobotę w Gazecie. Inżynierowie albo sprzedawcy butów zawsze będą światu potrzebni, ale dziennikarze? Pobiegamy, zobaczymy.

Dzisiaj miał być odcinek ilustrowany, a się rozgadałem. Pora na obrazki.

Pierwszy to wtorkowy przedpołudniowy trening na Agrykoli z Danielem Źrebakiem i spadochronem. Napisał mi Daniel, że kupił spadochron do biegania i czy go razem nie wypróbujemy. Gadżet, ale ciekawy. Zrobiliśmy po osiem 100-150 metrowych odcinków. Najlepiej biec pod wiatr. Rozpędzasz się ciut, puszczasz spadochron za siebie, on cię hamuje, a ty ćwiczysz siłę biegową.

Wygląda to tak:

s

Albo tak:

ss

Drugą (a właściwie trzecią) ilustrację przesłał Tomek P., cichociemny. Nazwał to "Sznaucer na czatach". Krótkie wybieganie w rejonie Powiśla, zapis z GPS-a, gdyby ktoś nie zajarzył:

p

Tak mi się to spodobało, że wystąpiłem o zgodę na publikację :-)

Ostatnia ilustracja miała być filmowa. Przez Bloksa nie mogę wstawić, bo plik za duży, a z Facebookiem mam problem na łączach. A pora zdjąć buty i iść spać. Spróbuję jutro - po pierwsze wstawić, po drugie po prostu pobiegać.

... No i już jest jutro (swoją drogą to paradoks - nigdy nie jest jutro, zawsze jest dziś). Ilustracja jest na moim profilu na Fejsbuku, na profil Kancelarii Sportowej Staszewscy nie udało mi się jej wstawić. Nie umiem też tego podlinkować. Chyba tylko moim znajomi z F. mogą to zobaczyć, gdyby mieli ochotę.

A propos, to naszą stronę firmową na F. lubi 99 osób. Jest szansa przejść do historii i zostać setną osobą :-)

 

23:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (45) »
poniedziałek, 27 lutego 2012

Wiosna zaczyna się wtedy, kiedy można zrobić trening na stadionie. Tej definicji zamierzam od dziś używać w życiu.

Napisałem to pachnące tartanem i radością zdanie, a potem usiedliśmy z Moją Sportową Żoną oglądać sztukę w teatrze telewizji. I w czasie sztuki dostałem esemesa, który zburzył mi całą radość dnia. Więc nie będzie wesoło.

Pracowałem dziś w bieganiu, od południa do wieczora pisałem plany treningowe podopiecznym. Podopieczni zresztą zaczęli starty, już w niedzielę rano obudził mnie sms od Beaty z Tokio, do życiówki zabrakło prawie dziesięciu minut, a Pawłowi w Tokio - dwóch. To nie był dobry początek dnia, ale z drugiej strony mam wrażenie, że luty to nie jest dobry miesiąc na bieganie maratonów, nie wystarczy cofnąć całego BPS-u o sześć tygodni w tył, bo w tym klimacie, w tych śniegach nie da się dobrze przygotować do startu. Więc pierwsze koty za ocean, następne okazje Beata i Paweł będą mieli w bardziej logicznych porach roku, chyba że wymyślą sobie dla odmiany start w środku lata w Afryce.

Ja w sobotę odwiozłem córkę 3klasistkę na lekcję tenisa, bo będzie miała test do klasy tenisowej w szkole i chcieliśmy, żeby się zapoznała z rakietą. I poszedłem na tytułowy stadion zrobić pierwsze wiosenne interwały. Szok wiosenny był spory, bo w piątek snuliśmy się z Dzikim po roztopach od Kabat do Konstancina w tempie wstydliwym. A potem miałem wywiad z samą Urszulą Dudziak, młodsi: Papaya.

Plan na sobotę był 6 razy 666 m w tempie ok. 3:30-3:40 na kilometr, ale w pierwszych dwóch próbach wylądowałem wiele sekund od tego przedziału. Skróciłem więc odcinki do 333 m, to już się dało biegać tak jak chciałem, zrobiłem 6 krótszych powtórzeń, a potem dodałem jeszcze dwa po 666 m i przynajmniej wyszło tempo poniżej 3:50. Zaliczone.

Lubię to w bieganiu, że tyle zależy ode mnie. Sam odpowiadam za swoje sukcesy albo porażki.

W niedzielę nie pobiegałem, podciągnąłem za to trochę planów treningowych i dokończyłem spisywanie rozmowy z Dudziak. A dziś rano zrobiłem z surówki wywiad, który ma ręce i nogi. Posłałem do redakcji, zachwycili się. Posłałem do autoryzacji i właśnie dostałem esemesa od Uli (bo Ula spontanicznie przechodzi na ty), że pół wywiadu wywalamy.

Co to jest za okropny zawód to dziennikarstwo! Możesz być w niebie, podniecać się wydrukowanym na gazetowym papierze własnym nazwiskiem, ekscytować się ludźmi, których poznajesz. A za chwilę zawiozą cię windą do piekła. Jeżeli nie uda się odwrócić biegu rzeczy, wywiad pójdzie do śmieci. A ja pójdę na czterogodzinny bieg ciągły w drugim zakresie, czyli popełnię sepuku przez bieganie.

PS. W niedzielę była Wiązowna. Z moich podopiecznych biegł Tomik (mała życiówka),  Zbyszek (duża życiówka), dwóch Jarków z grupy bankowców (jedna duża życiówka i jeden niezły wynik na koniec zimy), Joasia (treningowo, założenia zrealizowane). A to jeszcze nie czas na życiówki, więc dobrze widzę ich wiosnę startową. Teraz wpisuję im wszystkim interwały, bo wiosna zaczyna się od interwałów.

23:15, wojciech.staszewski
Link Komentarze (51) »
czwartek, 23 lutego 2012

Kończy się właśnie piłkarska jesień, na moim telewizorze zostało jeszcze z pięć minut nadziei. Wisła odpadła w czasie treningu w Centrum Biegowym ERGO, więc nie widziałem jak. Legia odpada na moich oczach.

Piłka nożna, niespełniona miłość wszystkich chłopców. My, starsi, mieliśmy ją w dzieciństwie, tę miłość i spełnienie. A potem upadło wszystko - komuna i polska piłka. Nie chciałbym oczywiście mieć Orłów Górskiego i Jaruzelskiego, ale jednak czegoś żal.

Tydzień porażek. We wtorek lanie od Dzikiego w ping ponga, to też moja niespełniona miłość - ping pong nie Dziki. Od środy do poniedziałku wydaje mi się, że wiem, jak się gra w ping ponga, a we wtorek okazuje się, że wprawdzie wiem, ale nie umiem. Ciekawe, czy piłkarze też tak będą mieli do czerwca, do pierwszego gwizdka na Stadionie Dziesięciolecia.

Będę grał, aż się nauczę. Będę biegał, aż się nauczę. Zainspirowała mnie Urszula Dudziak, z którą robiłem we wtorek wywiad. Świetna kobieta, a zarazem gigantka choć nie z mojej bajki. "Będę śpiewać, aż się nauczę" powiedziała i się roześmiała gwałtownie. Parararara, parararara, normalnie Papaya.

Wieczorem mieliśmy zrobić z bankowcami rytmy - bardzo szybkie i krótkie powtórzenia na długich przerwach wypoczynkowych. Tak sobie optymistycznie zapisałem w planie, ale stadion przypominał drogę na biegun północny. Zrobiliśmy więc rytmy na zbiegu na Agrykoli z końcówką na wypłaszczeniu. Taki dzwonek dla organizmu, że kończymy zimę, takie biegowe topienie marzanny.

W środę zrobiłem godzinę z tętnem 150. Werdykt wyszedł niezły - tempo 5:12, a gdyby nie 2 kilometry po drodze na biegun w połowie trasy byłoby coś koło 5:05. Ostrożnie wracam do świata żywo biegających. Ale cieszę się ze swojego przetrenowania, teraz łatwiej zauważam takie objawy u innych. W tym tygodniu wykryłem dwa przetrenowania wśród podopiecznych i już wdrażamy środki zaradcze.

Dziś była godzina siły biegowej w Ergo. W życiu bym takiego treningu sam nie zrobił. Najpierw ścieżka zdrowia - ten zestaw odcinków marszu z wypadami, marszu dynamicznego, żabek, wspięć, squatów i skipów, co tydzień temu. Ale ścieżka kończyła się pod podbiegiem i potem grzaliśmy wszyscy na górę. Powtórzone sześć razy.

Nie ma już Wisły w Europie, ani Legii. Może to nie jest tak źle, jak mi się wydawało na początku odcinka. W końcu ileś meczów wygrali, dokądś się wdrapali. My też nie wygrywamy maratonów. A biegamy, aż się nauczymy. Może i oni będą tak długo grali, aż się nauczą.

Nie ma piłkarskiej wiosny, zaczyna się biegowa.

23:17, wojciech.staszewski
Link Komentarze (77) »
poniedziałek, 20 lutego 2012

Siedzę na lodzie. Perwersja jest naprawdę spora, siedzę, oddech mam przyspieszony, jęczę... O już lepiej, mózg odnotował alert i wysłał w rejon mięśnia dwugłowego uda prawego zwiększoną ilość krwi, która leczy mój mikrouraz.

Dwugłowy uda to moja pięta Achillesa. Czasem muszę iść do Ortorehu, pewnie byłoby lepiej, gdybym na serio robił ćwiczenia, które mi zadają w pracy domowej. Ale nie robiłem od dawna i teraz mięsień ciut szczypie i swędzi od środka. Przykładam się do rozciągania, ale w niedzielę się nie przyłożyłem, no i proszę. Jest alert, przesiedziałem pięć minut na żelowym woreczku, a na wieczór zakontraktowałem z Moją Sportową Żoną, że mi pougniata mięsień, poprzesuwa go w powięzi, tak mi tłumaczyli w Ortorehu, żeby nie dopuścić do zabliźnień w miejscu pogłębionego mikrourazu.

Zacząłem się dziś zastanawiać, czy nie kupić aparaciku TENS. Tylko z tego co widzę w sieci, większość jest przeznaczona do uśmierzania bólu przy porodzie. Jedne kosztują 3 tys., tyle przecież nie dam, inne niecałe 300 zł, ale może to tylko zabawka w porównaniu z tym za 3 tys. Nie wiem, jeśli jest wśród Cichociemnych lub Jawnych fizykoterapeuta, to bardzo proszę o światełko w tunelu.

Wracam do życia biegowego. Po trzech dniach treningów siłowych zrobiłem dzień przerwy na dokończenie tekstu o Trójce. (Nawiasem mówiąc mam do oddania kubek trójkowy nieodpakowany, który podarowali mi na Myśliwieckiej - chętnych zbieram pod tym odcinkiem do godziny 8.30 we wtorek, a potem Dziki na ping pongu wystąpi jako sierotka losująca i komisja skrutacyjna).

A w sobotę wyszedłem na bieganie - zgodnie z planem czyli godzina w przyzwoitym wolnym tempie. Wyszła godzina ze średnią 5:18, ale połowa była po Lesie K., więc wolniej przez śnieg, a kończyłem w tempie 5:00, czyli idealnie.

W niedzielę miał być odpoczynek, ale MSŻ z córką 3klasistką poszły na basen do Golds Gymu, gdzie MSŻ pracuje, a ja wstępu nie mam, to postanowiłem pobiegać po ścieżkach z młodości. Tym razem miało być półtorej godziny po Puszczy K. Tempo wyszło mniej efektowne, bo cały czas po nieprzyjaznym śniegu. Element wyprawowy w postaci przeprawy przez zamarznięte bagno Cichowąż od szlaku czarnego do zielonego (chyba trzeci raz w życiu się tamtędy przebiłem) - to też obniżyło średnią. Ale normalne kilometry biegłem po jakieś 5:30-5:40, więc jestem umiarkowanie zadowolony. Puls 147, dobrze, nie opieprzałem się, ale utrzymywałem w pierwszym zakresie.

Po treningu cały zmoknięty, bo zimowy deszcz padał i zmarznięty podjechałem do ojca. I z tego przemarznięcia się nie rozciągnąłem.

Wymyśliłem sobie nową strukturę na ten BPS. Bo zapytała mnie dziś MSŻ półżartem przy windzie, czy sobie też piszę plany treningowe. Nie piszę, ale improwizuję w myślach, jak stary bluesman. Dwunastotaktowa struktura (tu raczej siedmiodniowa) jest znana, a jakimi dźwiękami (konkretnymi treningami) ją wypełnię, planuję sobie na początku każdego tygodnia.

A żeby ten blues był o czymś, to lubię też mieć myśl przewodnią przez cały BPS. Teraz miały to być trzygodzinne długie wybiegania, ale zacząłem fałszować. Zmieniłem w tym tygodniu tonację, a może podstroiłem instrument i wracam do gry. Ale pomysł mam inny. Co tydzień dodawać pół godziny do długiego wybiegania. Teraz było półtorej godziny, za tydzień będą dwie, potem dwie i pół. Z przerwą na tydzień półmaratoński wychodzi, że dwa tygodnie przed maratonem dojdę do czterech godzin. I starczy.

I starczy.

20:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (64) »
| < Kwiecień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam