Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 07 maja 2012

Chyba mam dzisiaj okres. Dostałem miesiączki pierwszy raz w życiu, powinienem przynieść zwolnienie od lekarza albo od nieżyjącej mamusi, usiąść na ławce dla niećwiczących, powtarzać matmę albo gegrę - a nie uprawiać sport.

Zanim dalej będę bił w ten rozdzierający dzwon - dygresja. Napisałem słowo "uprawiać" i skojarzyło mi się z seksem, bo tak. I przypomniało mi się zdanie na jakie natrafiłem wczoraj w "Bieganiu metodą Gallowaya" w rozdziale "Czy dzieci powinny biegać" (s. 263): na temat wieku 13-18 lat: "Zachęcaj dziecko także do innych form aktywności obok biegania - do nauki, muzyki, randek, pracy nad kroniką szkolną itd.".

Autentyk :-)

To jeszcze o źle napisanych książkach. Wczoraj wieczorem skończyłem książkę, którą stawiam na półce najgorszych książek przeczytanych w życiu - "Trzydziesty kilometr", powieść z wątkiem biegowym w tle. A dziś na bieganiu kończyłem jedną z najgorszych książek, jakie słuchałem w życiu "Ja, Anielica". Nie mam pewności, czy mi wolno pisać takie rzeczy, skoro nie jestem już bezstronny, sam uczestniczę w zawodach literackich - ale język tych książek jest tak zły, że nie mogłem wytrzymać. Jak wypracowanie. Pokaz infantylizmu biegowego (w pierwszym przypadku), a kobiecego w drugim. Wiki, która została diablicą kumpluje się z Lucyferem, arachaniołem Gabrielem i diabłem Beletem, który boi się gorejących mieczy. Też autentyk.

Biegało mi się dziś gorzej niż słucha się tej książki. Ale zaczęło się od lańska w ping ponga. Na wolnych było jeszcze jako tako. A potem zaczynamy mecz i jestem jak chłopiec z drewna z patelnią zamiast rakietki. Returny wywalam na aut, własnymi serwami zapraszam Dzikiego do skutecznych ataków. W pierwszym secie przy stanie 0:10 przypomniało mi się, jak Sabine Lisicki przy stanie 0:5 w gemach prosiła na korcie po polsku mamusię, że nie chce przegrać do zera w meczu z Radwańską i urwała honorowego gema. Ja urwałem nawet trzy punkty, ale co z tego, zaraz i tak było po secie.

W drugim stawiałem opór, w trzecim nie stawiałem, w czwartym prowadziłem już 8:6 i nagle stanąłem. Jak polskie siatkarki przerażone podświadomie perspektywą awansu na igrzyska. Przegrałem chyba do dziewięciu, a może nawet do ośmiu i było po meczu.

Dziwny jest ten sport.

Po meczu była rytualna cola i bieganie, żeby jeszcze o godzinę odwlec branie się za pracę. Chciałem zrobić łagodne BNP - pół godziny wolno (po 5:00), 15 minut w tempie maratońskim, 10 w półmaratońskim. Już na wolnym odcinku tempo każdego kilometra zjeżdżało niebezpiecznie do 5:15. Tempo maratońskie wyszło - ale z ostatniego maratonu, w którym ledwo się obroniłem przed Radwańską. Tempo półmaratońskie - gdzie tam, znów z 15 sekund obsuwy, chociaż półmaraton też spieprzyłem.

Jedno pocieszenie, że Ścieżka Canaletta nad Wisłą piękna. W Stołecznej piszą, że przetrzebiona, ale to chyba tylko koło zoo. Bliżej stadionu zielono do szaleństwa, pachnie organiczną wiosną, rzeka jak marzenie. I widok, jaki odmalował Canaletto na tych rycinach z podręczników szkolnych. Chciałbym tę nazwę podlansować, dlatego jest w tytule.

Nie zawsze można się ucieszyć czasem, wynikami, czystym sportem. Ale zawsze można się ucieszyć na bieganiu.

21:38, wojciech.staszewski
Link Komentarze (105) »
czwartek, 03 maja 2012

Jeszcze Polska nie zginęła... Rano z córką 3klasistką wywiesiliśmy na balkonie flagę, a potem ruszyliśmy całą rodziną na Bieg Konstytucji.

Kiedy przed biegiem śpiewamy hymn, zawsze robi mi się podniośle. To jest chyba ten moment, kiedy kończy mi się przedstartowa trema, jak przed egzaminem. Nie wiem, czym się dziś od rana denerwowałem, bo ten start miał być absolutnie kontrolny, na luzie, bez napinania się, bez namiastki BPS-u, bez interwałów pod superkompensację. Ale się denerwowałem.

We wtorek pojechaliśmy nad wodę do Kącka, gdzie Moja Sportowa Żona z niedawno poznaną Dominiką na przemian się wylegiwały i pławiły oraz dały się namówić na siatkówkę, a mnie udało się jeszcze poćwiczyć z taśmą Thera-Band i zrobić godzinne wybieganie w lasach koło Wiązowny, tych, które które mijamy zawsze na półmaratonie. Córka 3klasistka głównie się pławiła.

Biegłem w tempie 5:00, czyli tak jak Kuba Beztlen pisze. Na piątej ścieżce postanowiłem już wcześniej porzucić ultrawolne tempa i ultradługie bieganie. U Danielsa jest przewidziane dla mnie 5:00, to będę się tego mniej więcej trzymał.

O innych punktach narysowanych przez Kubę Beztlena będę musiał pomedytować, bo nie do końca mnie przekonują. Widzę już drogę, którą chciałbym dobiec na Stadion Narodowy 30 września (bo tam będzie meta Maratonu W.), ale tempa run - obojętne czy nazwiemy je drugim zakresem, czy dajmy na to siódmym - za wiele na niej nie widzę. Ale Kuba, fajnie że się pojawiłeś, nie uważam, że mam patent na jedynie słuszną rację. Przyszło mi nawet do głowy, że skoro trenujesz Jurka Magierowskiego, a więc przyjmujesz amatorów, to w październiku chętnie zgłosiłbym się do Ciebie po plan o ile stawka nie przekroczy moich możliwości. Bo tylko stykając się z innym myśleniem można rozwijać swoje, szukać, błądzić, docierać, osiągać. A o to - przynajmniej dla mnie - w bieganiu chodzi.

Jurka M. widziałem ostatni raz w Łodzi na dziesiątym kilometrze maratonu. Wczoraj odbiegł mi momentalnie. Podobnie jak Szymon D., który dotarł do mety 12 sekund przede mną. Podobnie jak Piotrek K. (nie mylić z Dzikim), który oddalał się ode mnie na podbiegu, bo z pełną świadomością na podbiegu zwolniłem tracąc na 400-metrowym podbiegu dobre 20 sekund, żeby się nie zakwasić na początku. Na górę dobiegł ze mną Podopieczny Bartek, potem dziękował, że go przytrzymałem, bo sam wyrwałby bardziej.

Ja wyrwałem na górze. Kolejny kilometr o 20 sekund szybszy, ale Piotrek K. ciągle przede mną. Doszedłem go na zbiegu, bo jestem mistrzem świata w zbieganiu, wtedy najwięcej ludzi wyprzedzam. To chyba pamięć ruchowa sięgająca schodzenia z Rysianki do Sopotni Małej z ojcem trzydzieści lat temu, wtedy wymyśliłem, żeby z góry zamiast nudnego schodzenia zbiegać.

Potem dwa kilometry w normie i wynik w normie - 18:30. Piotrek K. tylko 6 sekund za mną. Przyjemnie jest z kimś z etatowych rywali wygrać i jeszcze zająć 32. miejsce na dwa tysiące biegaczy. Zmieściłem się w dwóch procentach.

Po biegu usiedliśmy w knajpce na stadionie Legii Warszawa (jeszcze zanim Legia wywiesiła w Gdańsku białą flagę). Bierzcie tam colę, bierzcie lody, ale kremu ze świeżych pomidorów nie zamawiajcie. MSŻ oddała zupę mi, a ja chociaż nie jestem wybredny oddałem Wojtkowi, który nie biega, ale jeździ na rowerze i właśnie przyjechał na bieg z Bielan. Wojtek też nie dokończył, a Tomek (wszyscy się znamy z liceum) już nie próbował podchodzić. Tomek wystartował dziś pierwszy raz w życiu w biegu, po czterech "treningach" z synem złamał trochę 30 minut.

Bartek pobiegł rewelacyjnie, 19:02. Tomik 22:00, też życiówka. Jarek, podopieczny z RBS-u i Polsatu zarazem złamał o wymarzone dwie sekundy 20 minut, życiówka. Nie zawsze uda mi się pobiec dobrze - choć tym razem nie było najgorzej - ale zawsze mam się z czego za metą ucieszyć.

Ale w swojej sprawie flagi nie wywieszam. Atak na 2:45 w Warszawie, choć szanse mam mniejsze niż Insurekcja Kościuszkowska, podtrzymuję.

23:44, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Stoi koło Rawy Mazowieckiej, w spodniach, koszulce z krótkim rękawem, na ramieniu mały plecak. Macha. Jest piątek, dziewiąta rano. Zatrzymuję się, a kiedy okazuje się, że jadę nie tylko do Łodzi, ale prawie do Poznania jest szczęśliwy. Normalnie tryska radością.

Bo jedzie do Niemiec albo do Holandii, może do Belgii, zobaczy gdzie dojedzie. W plecaku ma cały dobytek i ma dosyć tego kraju. Trzy lata temu - tak opowiada kiedy jedziemy z Brzezin na Stryków - miał żonę, pracował u teścia w zakładzie (produkcja folii) aż któregoś dnia wrócił wcześniej do domu, żona z facetem w łóżku, koniec świata. Rozwód, sąd zgadza się na wymeldowanie na bruk, a bez adresu odrzucą ci cv wszędzie. Chociaż ma magisterkę w kieszeni, ale może nią sobie najwyżej dupe podetrzeć. Pracuje u rolnika za małe kieszonkowe, jedzenie i dach nad głową, a potem robi się z tego praca bez kieszonkowego, niewolnictwo w środku Europy. Tyle, że niewolnik może odejść, odchodzi, ostatniej zimy robi na czarno w tartaku, ale jak go w zeszłym tygodniu wywalili i nie zapłacili za ostatnie dwa miesiące, to stwierdził, że jedzie znaleźć sobie nowy dom w stronę zachodzącego słońca.

Ja jestem bardzo łatwowierny, kupiłem tę historię. Pewnie jest w niej drugie dno, a może w ogóle jest utkana z nieprawd. Nie wiem, a skoro nie wiem, to wierzę. Pamiętam, jak opowiadał mi o tym uczciwe półtorej godziny. Nie pamiętam, jak ma na imię. Mam nadzieję, że jest teraz w tej Belgii, w tej Europie i stawia pierwsze kroki na nowej ścieżce życia.

W piątek więc nie biegałem. W sobotę było półtorej godziny po 5:00, bo staram się trzymać tego tempa. W niedzielę kajaki, wybraliśmy się w kilka osób na Bug, to trochę za duża rzeka na spływanie. A dziś zrobiłem sobie cztery ścieżki i zacząłem nad tym słowem medytować.

Tak naprawdę medytował Joda, ja tylko pomyślałem. Ale jak pomyślisz nad czymś w biegu, to trochę jakbyś medytował.

Ścieżki były cztery, na Agrykoli. Każda wyglądała tak: jakieś 30 m żabek (wyskoki obunóż), 30 m marszu dynamicznego, 30 m skipu A, 200 m szybkiego podbiegu i 200 m szybkiego zbiegu. 100 m odpoczynkowego marszu i jedziemy.

Lubię dobry, konkretny trening siły biegowej. Dodałem do niego zbiegi, bo w czwartek biegnę na piątkę w Biegu Konstytucji (jak byście byli na mecie, to zagadnijcie, będę w koszulce Kancelarii Sportowej Staszewscy). I myślałem o tych ścieżkach.

Pierwsza ścieżka jest taka: robisz trening według prostych wskazówek. Bierzesz siłę biegową, wolne bieganie, szybkie bieganie i układasz sobie z niego plan. Robisz życiówkę za życiówką aż dochodzisz do ściany.

Żeby się poprawić, wchodzisz na drugą ścieżkę. Do prostych wskazówek dodajesz coś od siebie. Wydłużasz wolne bieganie, przyspieszasz szybkie, na sile do podbiegów dokładasz skipy. Robisz życiówkę, a potem nie robisz.

Wchodzisz na trzecią ścieżkę. Stawiasz wszystko na głowie. Zwalniasz na długim bieganiu i zaczynasz biegać monstrualne dystanse. Interwały zastąpisz czasem rytmami, bo na interwałach nie jesteś w stanie w pewnych momentach przygotowań osiągnąć odpowiedniego tempa. Robisz sobie obozy biegowe albo szóstkę Vadera (nikt mnie nie przekona, że Weider jest Weiderem). I znów życiówka, i znów ściana.

I gdzieś tam jest czwarta ścieżka. Wygląda tak: robisz trening według prostych wskazówek. Wiesz już, co możesz do nich podokładać, jak możesz je pozmieniać, jak odwrócić. Biegnąc godzinę po 5:00 masz pamięć mięśniową wszystkich długich wybiegań po 4:40, po 5:40, po 6:40. Ale decydujesz się teraz z pełną świadomością na 5:00, nie dlatego, że tak jest najprościej, tylko dlatego, że to jest twoje tempo.

Tak samo ze wszystkim. Trening robi się prosty jak rąbanie drwa i ciężki jak rąbanie drwa.

Myślę, że jestem gdzieś na bezdrożach w okolicy trzeciej ścieżki. Że szukam po omacku. Że chciałbym odnaleźć czwartą, ale boję się, że to będzie tylko druga ścieżka. A może jest jeszcze piąta ścieżka, która prowadzi do pozostałych czterech, łączy je?

Znalazłem najprostszą ścieżkę do wygrywania z Dzikim w ping ponga. Bo dziś - mecz przenieśliśmy na poniedziałek z powodu Święta Pracy - oczywiście przegrałem. Miałem w meczu trzy meczbole i jakiś psychologiczny trol w moim mózgu zrobił wszystko, żebym wszystkie stracił.

Mógłbym w trzech akapitach rozpamiętywać piłkę wiszącą rozpaczliwie nad siatką w piątym secie, którą wystarczyło po prostu walnąć mocno w stół i byłby koniec - a którą wywaliłem w kosmos. Ale nie tędy droga. Żeby wygrywać z Dzikim muszę wzmocnić mięśnie górnej części ciała. Przecież w każdym sporcie wzmacnia się mięśnie. Kiedy będę miał większą siłę uderzenia, będę mógł atakować precyzyjniej, piłki będą leciały szybciej i o klęskach ping-pongowych będzie pisane na Dziki Biega po Świecie.

Nie wiem, która to jest ścieżka.

I jeszcze jedno - dosyć a propos. Przemek K. z zespołu Electric L., bliski złamania trójki w maratonie podesłał mi link do biegowego klipu. Paru znajomych spod bloga również się tam odnajdzie. Kawałek drogi.

 

22:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (46) »
czwartek, 26 kwietnia 2012

Ale piękny sobie trening wymyśliłem z bankowcami we wtorek. Przywiozłem płotki i żeby odejść od sztampy rozgrzewka-płotki-interwały-rozciąganie zaplanowałem tak: po rozgrzewce zrobimy interwały, sześć razy 800 m na stadionie, a w przerwach między interwałami będą ćwiczenia na płotkach.

A tu na stadionie stoi brama dmuchana z napisem "Meta", a Kuba z Nike przez mikrofon zaprasza na biegi, za pół godziny zacznie się bieganie na 1000, 1500 i 3000 m.

Zrobiliśmy rozgrzewkę, płotki - pędzel, a potem przez środek - tym razem już nie tylko w marszu, ale też w truchcie. A potem starczyło nam czasu na cztery dwuminutowe interwały nad kanałkiem.

Agrykola to piękne miejsce. Kanałek do rozgrzewek albo interwałów. Stadion do grzania. Górka do podbiegów, wszystko w promieniu 3 minut truchtu. W ciepłe dni przychodzi tam mnóstwo ludzi - sami, parami, grupkami - i każdy robi swoje. Róbmy swoje.

Przed interwałami grupka pozdejmowała bluzy i wyszło na to, że mam ich pilnować - trzy dni temu Jarek stracił w takich okolicznościach na podbiegu kurtkę biegową. Więc sobie nie pobiegałem, mówiłem tylko na miejsca, start i dawaj, dawaj. Problem w tym, że zaplanowałem sobie jednak jakiś akcent na wtorek.

I nie wytrzymałem. Po rozciąganiu i pożegnaniu wróciłem na stadion, zapytałem, czy mogę wystartować w najbliższej serii i pobiegłem pierwszy raz w życiu na 3000 m. Wynik samotnego biegu - bo to była seria trzynastkołamaczy - 11:12. Tempo na kilometr 3:44 czyli wolniejsze niż z życiówki na dychę, ale teraz po pierwsze życiówka była gwarantowana, po drugie nie o życiówkę chodziło tylko o mocny akcent. A po trzecie biegam teraz na trójkę, o lepszy stopień powalczę na jesieni.

Dokładam sobie trochę teraz. W środę długie wybieganie rano w tempie 5:05, a ostatni kilometr około 4:30, bo się spieszyłem do supermarketu, żeby odebrać od Mojej Sportowej Żony zakupy przy kasie, tak się podzieliliśmy tym razem, że ona kupuje, ja przywożę.

Nie wiem, czy robię dobrze. Ale robię swoje. Robię inaczej niż dotąd. Biegnę do maratonu od innej strony, skoro na drodze, którą zwykle biegałem stoi ograniczenie prędkości startowej do 4:14 na kilometr.

Lubię takie długą perspektywę. Maraton jest dopiero we wrześniu, po drodze będzie chyba jeszcze jeden, ale kontrolny, dziki, przygodowy. Teraz ze wszystkimi grupami oddychamy wiosną, to samo czuliśmy w środę z ubezpieczeniowcami. Wciągamy w płuca ciepłe powietrze i przypominamy sobie, jak na początku drogi startowej taplaliśmy się w mrozie i mroku.

Pora na życiówki. Jarek z bankowców, który stracił kurtkę, biegnie w czasie majówki w Biegu Konstytucji. Alicja z ubezpieczeniowców startuje na dychę w Raszynie i teraz już musi złamać 50 minut. Żniwa w bieganiu przychodzą wcześniej niż w rolnictwie.

21:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Nowe buty. Nie od Mojej Sportowej Żony na imieniny, bo od niej dostałem kąpielówki, co wcale nie znaczy, że wystartuję w triathlonie. I jeszcze wypasione słuchawki, żebym nie musiał pożyczać od córki 3klasistki, kiedy odkurzam mieszkanie.

Buty dostałem od adidasa, bo kiedy wyposażyli nas w biegowe ciuchy (fota niebawem), zgadało się o butach do biegania naturalnego i okazało się, że adidas jednak takie wyprodukował. Nazywają się adipure i kiedy stały w przedpokoju, a trochę już stały, to wszyscy zagadywali, czy to na kajaki. Wyglądają jak buty do chodzenia po wodzie.

Założyłem je bez przekonania na sobotnie interwały na Kępie Potockiej, bo tam się ze mną umówiła ekipa Canal +, żeby mnie nagrać do nowego programu o bieganiu. Potem córka 3klasistka bawiła się na placu zabaw, gdyż MSŻ studiowała wychowanie fizyczne, a ja zrobiłem interwały, moją ulubioną klasykę - 3 min. szybko/2 truchtu powtarzamy 6 razy.

Buty jak marzenie. Lekko, nogi człowiekowi zaczynają pracować jak u strusia. A potem bolą łydki. A że wygląda się głupio? No cóż (fota niebawem).

W niedzielę zrobiłem w nich długie wybieganie, półtorej godziny w tempie 4:50 na kilometr, bo postanowiłem biegać po 5:00, nie wolniej. A wyszło szybciej, bo trening był razem z Wojtkiem, on na rowerze, a ja biegłem. A potem usiedliśmy u mnie na małą wigilię imienin.

Dziś zrobiłem w butach podbiegi, ale wzbogacone o marsz z wypadami, marsz dynamiczny i skipy. Łydkę czułem jak nie wiem i nie wiem, czy to efekt nowego treningu, czy nowych butów. Ja w nich oczywiście biegam anarchistycznie, wbrew ideologii naturalnego biegania, z pięty, jak Pan Skarżyński przykazał.

W międzyczasie kończę zbieranie materiałów do tekstu o sprawności dzieciaków. Dzisiejsze siedmiolatki są o 3 cm wyższe i 2 kg cięższe niż 20 lat temu. Czyli bardziej rozwinięte fizycznie. A skaczą w dal o 17 cm bliżej. Czyli tak jak byśmy jako społeczeństwo zrobili mały skok w tył.

I tak dobiegłem do końca odcinka. Szybko, bo idę teraz mieć imieniny z Moją Sportową Żoną (fota niebawem).

21:01, wojciech.staszewski
Link Komentarze (84) »
czwartek, 19 kwietnia 2012

Najpierw opowiem Wam o Przemku. I wcale nie przypadkiem, bo ta historia ma bardzo dużo wspólnego z tym, co zajmuje nas teraz najbardziej.

We wtorek mieliśmy trening z bankowcami, pierwszy po maratonie w Łodzi, ostatni przed maratonem w Krakowie. Patryk, który szykuje się na Kraków pobiegł 2 razy 12 min. w tempie półmaratońskim razem z trzema niemaratończykami. A my, sześcioro maratończyków, zrobiliśmy roztruchtanie plus trochę brzuszków, bo to akurat te mięśnie raczej nie bolały.

Przed treningiem nasyciliśmy się swoimi wynikami z Łodzi. Wyszły trzy życiówki i jeden debiut maratoński, co było zresztą najlepszym rezultatem w grupie. Wszyscy biliśmy Przemkowi brawo, a ja największe, bo Przemek ma progresję na miarę Podopiecznego Bartka.

Rok temu siedział za biurkiem, 11 miesięcy temu pojawił się na pierwszym treningu i przyznał, że zamiast biegania 3-minutowych odcinków - to mu zaleciłem na podstawie ankiety - przebiegł sobie pół godziny. Ale to pół godziny wtedy było oporowe.

Przemek w sprawozdaniach biegowych na koniec każdego miesiąca zawsze informował o stuprocentowym (no, dziewięćdziesięcioprocentowym, nikt nie jest cyborgiem) wykonaniu normy. Szybko poprosił o przejście z trzech treningów na cztery i na jesieni przebiegł pierwszy półmaraton grubo poniżej dwóch godzin.

Zimę przetrenował solidnie - a to słowo klucz do dzisiejszego odcinka - a kiedy postanowił przygotować się do maratonu, poprosił o pięć treningów. Wykonanie wciąż bliskie 100 proc. Kontrolny półmaraton w Warszawie przebiegł w 1:34. W Łodzi miał biec z grupą na 3:30, a pod koniec przyspieszył.

I wiecie, co zrobił? Biegł na 3:30 i pod koniec przyspieszył. Wyszło 3:28, rewelacyjny debiut.

- Ja też tak chcę - zażartował ktoś. Wtedy opowiedziałem w skrócie historię Przemka. Kto trenuje solidnie, kto jest solidny, ma solidne wyniki.

To jest prawda, którą maraton weryfikuje szczególnie mocno. To jest etyka biegowa, to jest etyka życiowa.

Świetny progres i mocne treningi były też domeną Quentina, który w naszej blogowej społeczności ma legitymację zasłużonego członka. Ale stały się złe rzeczy. Quentino opisał, jak zawaliło mu się dostatnie życie, możemy mu współczuć. Ale nie o emocje tu chodzi, tylko o fakty.

Fakty są takie, że jest kilka osób poszkodowanych przez Quentina. Uwierzyły w jego zapewnienia, których potem nie dotrzymał i pożyczyły mu pieniądze, często duże pieniądze. Uwierzyły w solidność Quentina, a zostały oszukane. Współczuję ludziom, którzy nie mogą dziś odzyskać długów.

Nie potrafię wierzyć teraz we wpis Quentina o rychłym naprawieniu krzywd, bo nie wiem, czy to nie jest deklaracja na miarę zamiaru przebiegnięcia maratonu w 2:30. Tego się przy naszych, amatorskich możliwościach najsolidniejszym treningiem nie da zrobić.

Smutno. Nie będzie żadnej grzmiącej puenty, zostaje tylko solidny smutek.

18:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (239) »
poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Dochodzi dziewiąta, właśnie przestało padać, z wszechogarniającej chmury wyłaniają się kolejni biegacze, organizatorzy przesuwają start na 9.10. Dodatkowe kilka minut, żeby przybić piątkę ze znajomymi i podopiecznymi, a trochę ich w Łodzi biegnie. A potem jestem już na trzy godziny sam na sam ze sobą.

Klęskę zapowiedziałem wcześniej, jestem z nią pogodzony. Marzenia o życiówce zostawiłem w Puszczy Kampinoskiej, w Lesie Kabackim, w pamięci USB. Ruszam z luzem i z pulsometrem, i patrzę, co będzie. Wychodzą kilometry między 4:02 a 4:10 przy tętnie 165. Dużo tu będzie dziś liczb, bo to bardzo matematyczny epos rycerski, a chodzi w nim o magiczną siódemkę, ale o tym później.

Uściślam plan - biec dalej z tym luzem, a od połowy przyspieszyć i dobiec w około 2:55. Przeliczam tempo, kontroluję tętno, jestem tylko z liczbami. Łódź to jednak mały jak na obecne standardy maraton, tysiąc osób, koło 50. miejsca oznacza to samotność. Przed półmetkiem dochodzi mnie kilkuosobowa grupka, za półmetkiem zjadam żel, delikatnie kontruję i płacę za to już na 28. kilometrze. Tempo spada do 4:15 i lepiej nie będzie.

4:15 to znaczy, że nie tylko trzeba pożegnać się z marzeniami o szybszej drugiej połówce. 4:15 to jest tempo na 3:00:00. A to dla mnie minimum zadowolenia, nie ucieszy mnie maraton (na wynik) bez złamanej trójki.

I tu, jak w najbanalniejszym ze sloganów, po trzydziestce zaczyna się maraton. Zaczyna się, jak u Hitchcocka - gdzieś koło 32.-33. kilometra, kiedy zjadam drugi żel niespodziewanie wyprzedza mnie facet z balonikiem 3:00:00. A z nim piętnastoosobowa grupka. Przypominają mi się podobne sytuacje kiedyś w Krakowie, w Poznaniu, kiedy taki czołg mnie rozjechał. Na punkcie kontrolnym. Ale teraz mogę walczyć, żel wciągnięty, popite wodą na punkcie i próbuję gonić. Grupka nie odchodzi, to już sukces. Na krótko, po dwóch kilometrach zaczyna się oddalać.

Mam w oczach smutek tropików. Mam przerażenie. Nie mam siły przyspieszać, na szczęście jest jeszcze matematyka. Na 35. kilometrze przeliczam, ile minut do mety, w jakim tempie muszę biec, żeby dobiec. Eureka - baloniki jadą dużo za szybko. Wystarczy mi nawet robienie teraz kilometrów w 4:20. W 4:30 - nie wystarczy. W 4:25 - nie wiem.

Samotność maratończyka ze wzrokiem wbitym w wesoły autobus przed tobą. Później zobaczę w międzyczasach, że spadłem na 70. miejsce. Ale nie umarłem. Chociaż mnie pogrzebali, przytupali, to ciągle żyję, jak Lizbeth Sallander w drugiej części Millenium.

To mój średni maraton, pewnie z dziesiąty wynik w życiu, może nawet gorszy. Ale przeżyć zmartwychwstanie na trasie zdarzyło mi się w takim stopniu pierwszy, no może drugi raz.

Chyba na 36. kilometrze jest nawrót. I dopiero teraz robi się trudno. Było już tak pięknie, ciułałem sekundy nadróbki, już muzyka robiła się taka, jak przed happy endem, a teraz jeden podmuch wiatru, wszystko rozwala. Ciągły podmuch prosto w twarz, bo wcześniej biegliśmy z wiatrem. 4:27, 4:35. Liczę, liczę, przeliczam, końcowe 195 m, na które sobie zostawiałem minutę, oceniam teraz n 45 sekund i w kreatywny sposób odzyskuję 15 sekund nadziei. Docieram do granicy żebractwa, kiedy przypominam sobie 5 sekund zapasu czasu netto nad czasem brutto. 4:28. Paweł, tak ma napisane na koszulce, mówi, że jak utrzymamy to tempo, to złamiemy. Odpowiadam, że wiem, biegnę z nim pół kilometra, ale potem on odjeżdża. Doganiam dwóch gości, których goniłem przez ostatnie pół godziny, ale kiedy ich dopadam, jeden już zostaje z tyłu na potępienie i niezłamanie, z drugim ciągniemy do przodu, potem ja mu odjeżdżam. Wyprzedzam chyba kogoś jeszcze, nie jestem pewien.

Jeśli utrzymam tempo, wygrywam. Wygrywam więcej radości niż gdybym dobiegł na spokojne 2:56 albo 2:57. Wygrywam drugie życie maratończyka.

Ostatni kilometr to już zbieg do Areny. Jest trochę z górki, a przede wszystkim schodzimy wreszcie z linii wiatru. 4:15. Na ostatnie dwieście metrów wbiegam z zapasem, ale mam w sobie tyle energii, że wrzeszczę do faceta przede mną: "Uciekaj, uciekaj!". Chcę go zdopingować do walki, żeby też złamał trójkę, bo mam w sobie tyle Mocy, że czuję potrzebę dzielenia się nią ze światem. Chcę też go zdopingować do mocnego biegu, żebyśmy mogli powalczyć ze sobą na czerwonym dywanie. Bo w Łodzi finiszuje się po czerwonym dywanie.

fot. Ines

Przed metą pierwszy raz w życiu podnoszę ręce do góry, jak Szurkowski na finiszu Wyścigu Pokoju. Dwie godziny pięćdziesiąt dziewięć minut trzydzieści cztery sekundy.

Magiczna siódemka to miejsce poprawione w końcówce - z 70. na 63. To jeszcze żaden wyczyn, wśród podopiecznych, którzy wpadają jeden po drugim z życiówkami, są tacy, którzy poprawili się o kilkadziesiąt pozycji. Moja magia jest w zmartwychwstaniu. W powolnym spadku z 50. miejsca na początku do 70. w momencie, kiedy maraton się zaczynał po trzydziestce. I wtedy wygrałem, naprawdę dokładnie z własną słabością. Wojtek kontra jego słabość 1:0. Zwycięstwo, i to się liczy.

Koniec części pierwszej.

Staję potem za metą korzystając z immunitetu dziennikarza i patrzę na wbiegających bankowców. Najpierw Przemek, który rok temu nie przebiegłby więcej niż godzinę, a teraz debiutuje w 3:28. Za nim Mirek w 3:30 niestety z małym haczykiem, poprawił się prawie o kwadrans. Potem Jarek, zły, bo złamanie i nowa życiówka 3:30 uciekły mu na ostatnich kilometrach, musimy to rozgryźć. Adam z Pawłem, tuż od złamania trójki. Robert w 4:25 z nową życiówką i tuż za nim Alina, prawie 20 minut poprawy.

Między nimi podopieczna Joasia, łamie czwórkę z małą życiówką. Wcześniej Johnson z "trójkowym" wynikiem i życiówką. Na koniec dobiega Dziki w roli zająca na 5:15. Wracamy razem samochodem i Dziki przed Jankami pyta retorycznie, ile można rozmawiać o bieganiu. O bieganiu można rozmawiać do Łodzi i z powrotem.

Dzwoni jeszcze Dębno. Zbyszek, poprawia się o kwadrans, łamie czwórkę o 9 minut, ale ma niedosyt, bo był przygotowany na 3:44. Tomik po najbardziej heroicznej walce weekendu, pierwszy raz łamie 4 godziny. Podopieczny Bartek przeskakuje kolejne ligi, 3:16. To 50 minut lepiej niż rok temu w Pradze.

Esemesuje Paryż, Rotterdam. Tomasz L. z popularnego programu telewizyjnego donosi, że poprawił się z 3:47 na 3:40 robiąc plan, który mu napisałem pod ubiegłoroczną Warszawę. Bomba z opóźnionym zapłonem.

Jest trochę porażek i niedosytów. Jest mnóstwo emocji.

Koniec części drugiej.

Wiem, co zmienię w treningach pod Warszawę. Koniec z człapaniem, wolne tempo, easy run to dla mnie 5:00, skończą się więc treningi po 6:30. Nie dam rady biec dwóch godzin po 5:00? To na razie będę biegał półtorej. Ale w tempie biegania, a nie człapania.

I koniec z bieganiem. Za 9 godzin w eleganckim ubraniu dobranym przez Moją Sportową Żonę wystąpię w roli pisarza. W warszawskiej księgarnio-kawiarni Wrzenie Świata (Gałczyńskiego 7, na tyłach Nowego Światu) w poniedziałek o 19.00 mam wieczór autorski jako syn "Ojca.prl".

a

Nie wiem, jak się przestawię na to emocjonalnie do wieczora. Na razie wszystko we mnie biega.

Koniec części trzeciej i ostatniej.

10:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (102) »
czwartek, 12 kwietnia 2012

Zamiast Kroniki Zapowiedzianej Porażki II ogłoszenie wyników Wiosennej Podblogowej Ligi Półmaratońskiej przygotowanych przez Robssa. Nie wiem, jak Wy, ale ja jestem pod wrażeniem. Dostałem je w ładnych tabelkach, ale system nie chciał ich przyjąć i teraz wygląda to trochę brzydziej.
Oddaję głos Robsssssowi.

j

WIOSENNA PODBLOGOWA LIGA PÓŁMARATOŃSKA 2012

W odpowiedzi na prośbę dotyczącą udostępnienia swojego wyniku w wiosennym starcie na dystansie półmaratonu oraz podanie danych dotyczących dotychczasowej życiówki na tym dystansie w ankiecie w dniach 30 marca 2012 – 09 kwietnia 2012 udział wzięło 47 osób wpisując wyniki z 50 startów (Alena oraz Johnson wpisali odpowiednio 3 oraz 2 wyniki).
Na podstawie dokonanych wpisów wynika, że:
11 z nich należy do kobiet a 36 do mężczyzn (jeśli osoba podpisana jako zz to kobieta to wartości wyniosą 12 i 35),
Spośród 47 osób 13 to debiutanci,
2 osoby startowały więcej niż 1 raz,
21 razy osiągnięty rezultat okazał się lepszy niż dotychczasowa życiówka,
16 razy z różnych względów wynik był poniżej rekordu życiowego,
Miejsca startów to Warszawa, Poznań, Sobótka, Kraków, Żywiec oraz Pabianice,
Najwięcej życiówek osiągnięto w Warszawie (15), Poznaniu (3), Sobótce (3),
Najmniej przyjaznym miejscem do bicia rekordów również okazała się Warszawa (7), Sobótka (5), Poznań (2), Kraków (1), Żywiec (1),
Na miejsce swojego debiutanckiego startu na dystansie półmaratonu podblogowicze wybierali Warszawę(5), Poznań (3), Pabianice (2), Sobótkę (1), Kraków (1).

Kolejno: Imię i Nazwisko (nick podblogowy)/ Czas półmaratonu osiągnięty wiosną 2012/ Dotychczasowa życiówka w półmaratonie (sprzed wiosennego startu)/ Opcjonalnie średnie tętno z wiosennego półmaratonu/ Miejsce wiosennego startu/ Stosunek startu 2012 do życiówki w półmaratonie

50.    margaryna    02:57:24    02:57:24         Poznań    00:00:00
49.    m_golaszewski    02:09:50    02:13:07         Warszawa    00:03:17
48.    biegofanka    02:08:17    01:55:14         Sobótka    -00:13:03
47.    ok123    02:05:32    02:25:35    168    Warszawa    00:20:03
46.    Bolek.03    02:04:30    02:14:45         Warszawa    00:10:15
45.    Anna Karłowicz    02:02:36    01:43:23         Poznań    -00:19:13
44.    mkolczynska    02:01:32    02:01:32         Łódź    00:00:00
43.    grido71    01:59:52    01:57:20    156    Poznań    -00:02:32
42.    kamilmnch1    01:59:20    01:59:20    173    Poznań    00:00:00
41.    robSSon    01:58:33    01:58:33    168    Warszawa    00:00:00
40.    Maciek ankieta Tarnów    01:58:02    01:58:02         Warszawa    00:00:00
39.    kwasnaali    01:57:46    01:57:46    163    Warszawa    00:00:00
38.    pawelink    01:55:12    01:55:12    163    Poznań    00:00:00
37.    Marcin Stelmasiak    01:53:55    01:53:55         Pabianice    00:00:00
36.    Dziki    01:53:44    01:31:20    142    Warszawa    -00:22:24
35.    Sten2012    01:53:27    01:51:04    152    Warszawa    -00:02:23
34.    Frisinnad    01:52:24    01:58:09         Warszawa    00:05:45
33.    Alena (3)    01:50:27    01:44:40         Kraków    -00:05:47
32.    Alena (2)    01:49:58    01:44:40         Sobótka    -00:05:18
31.    piesderek    01:48:23    01:48:23    170    Poznań    00:00:00
30.    domek2002    01:48:20    01:56:30         Sobótka    00:08:10
29.    kobietybiegaja.pl    01:47:06    02:02:21         Poznań    00:15:15
28.    natalia gebska    01:46:55    01:56:55    175    Warszawa    00:10:00
27.    schogun531    01:45:25    01:42:04         Sobótka    -00:03:21
26.    Zbyszek L    01:44:47    01:44:47         Kraków    00:00:00
25.    wyspio    01:44:46    01:24:08    137    Warszawa    -00:20:38
24.    Tomik Grewiński    01:43:57    01:46:52         Warszawa    00:02:55
23.    Alena (1)    01:43:10    01:44:40         Poznań    00:01:30
22.    Andrzej    01:41:08    01:57:00    166    Warszawa    00:15:52
21.    Tańczący_Jastrząb    01:41:00    01:43:42         Warszawa    00:02:42
20.    mike    01:40:47    01:40:47    176    Warszawa    00:00:00
19.    marsz    01:40:31    01:40:31         Sobótka    00:00:00
18.    Basdlamas    01:40:29    01:33:32         Sobótka    -00:06:57
17.    Johnson(1)    01:40:15    01:38:29    175    Sobótka    -00:01:46
16.    Beautyandb    01:39:36    01:37:48         Warszawa    -00:01:48
15.    zz    01:39:25    01:46:52    167    Warszawa    00:07:27
14.    Krasusek    01:39:19    01:51:43    172    Warszawa    00:12:24
13.    mksmdk    01:37:41    01:30:09         Warszawa    -00:07:32
12.    Asia - żona Torex    01:37:38    01:40:10         Warszawa    00:02:32
11.    fajka     01:36:23    01:39:45         Sobótka    00:03:22
10.    Witold Łaszczuk    01:35:46    01:35:46         Warszawa    00:00:00
09.    Johnson(2)    01:34:34    01:38:29    175    Poznań    00:03:55
08.    Andante78    01:32:48    01:28:40         Żywiec    -00:04:08
07.    Łukasz Marcin    01:32:36    01:39:26    159    Warszawa    00:06:50
06.    gepaard    01:30:15    01:28:28    159    Warszawa    -00:01:47
05.    podopieczny_bartek    01:29:17    01:45:21         Warszawa    00:16:04
04.    Popellus    01:27:05    01:33:00    168    Sobótka    00:05:55
03.    pict    01:25:16    01:25:42         Warszawa    00:00:26
02.    Jarek Oworuszko    01:25:05    01:25:35    164    Warszawa    00:00:30
01.    Wojciech Staszewski    01:24:03    01:19:13    171    Warszawa    -00:04:50

A teraz jeszcze ciekawiej (to wtrącenie ode mnie) - KLASYFIKACJE DODATKOWE:

Największy progres wyniku w stosunku do dotychczasowej życiówki:
Imię i Nazwisko (nick podblogowy)    Czas półmaratonu osiągnięty wiosną 2012    Dotychczasowa życiówka w półmaratonie (sprzed wiosennego startu)    Opcjonalnie średnie tętno z wiosennego półmaratonu    Miejsce wiosennego startu    Stosunek startu 2012 do dotychczasowej życiówki

ok123    02:05:32    02:25:35    168    Warszawa    00:20:03
podopieczny_bartek    01:29:17    01:45:21         Warszawa    00:16:04
Andrzej    01:41:08    01:57:00    166    Warszawa    00:15:52
kobietybiegaja.pl    01:47:06    02:02:21         Poznań    00:15:15
Krasusek    01:39:19    01:51:43    172    Warszawa    00:12:24
Bolek.03    02:04:30    02:14:45         Warszawa    00:10:15
natalia gebska    01:46:55    01:56:55    175    Warszawa    00:10:00
domek2002    01:48:20    01:56:30         Sobótka    00:08:10
Zz    01:39:25    01:46:52    167    Warszawa    00:07:27
Łukasz Marcin    01:32:36    01:39:26    159    Warszawa    00:06:50
Popellus    01:27:05    01:33:00    168    Sobótka    00:05:55
Frisinnad    01:52:24    01:58:09         Warszawa    00:05:45
Johnson(2)    01:34:34    01:38:29    175    Poznań    00:03:55
fajka    01:36:23    01:39:45         Sobótka    00:03:22
m_golaszewski    02:09:50    02:13:07         Warszawa    00:03:17
Tomik Grewiński    01:43:57    01:46:52         Warszawa    00:02:55
Tańczący_Jastrząb    01:41:00    01:43:42         Warszawa    00:02:42
Asia - żona Torex    01:37:38    01:40:10         Warszawa    00:02:32
Alena (1)    01:43:10    01:44:40         Poznań    00:01:30
Jarek Oworuszko    01:25:05    01:25:35    164    Warszawa    00:00:30
Pict    01:25:16    01:25:42         Warszawa    00:00:26

Największy regres wyniku w stosunku do dotychczasowej życiówki:
Imię i Nazwisko (nick podblogowy)    Czas półmaratonu osiągnięty wiosną 2012    Dotychczasowa życiówka w półmaratonie (sprzed wiosennego startu)    Opcjonalnie średnie tętno z wiosennego półmaratonu    Miejsce wiosennego startu    Stosunek startu 2012 do dotychczasowej życiówki

Dziki    01:53:44    01:31:20    142    Warszawa    -00:22:24
wyspio    01:44:46    01:24:08    137    Warszawa    -00:20:38
Anna Karłowicz    02:02:36    01:43:23         Poznań    -00:19:13
biegofanka    02:08:17    01:55:14         Sobótka    -00:13:03
mksmdk    01:37:41    01:30:09         Warszawa    -00:07:32
Basdlamas    01:40:29    01:33:32         Sobótka    -00:06:57
Alena (3)    01:50:27    01:44:40         Kraków    -00:05:47
Alena (2)    01:49:58    01:44:40         Sobótka    -00:05:18
Wojciech Staszewski    01:24:03    01:19:13    171    Warszawa    -00:04:50
Andante78    01:32:48    01:28:40         Żywiec    -00:04:08
schogun531    01:45:25    01:42:04         Sobótka    -00:03:21
grido71    01:59:52    01:57:20    156    Poznań    -00:02:32
Sten2012    01:53:27    01:51:04    152    Warszawa    -00:02:23
Beautyandb    01:39:36    01:37:48         Warszawa    -00:01:48
gepaard    01:30:15    01:28:28    159    Warszawa    -00:01:47
Johnson(1)    01:40:15    01:38:29    175    Sobótka    -00:01:46

Najlepszy debiutant:
Imię i Nazwisko (nick podblogowy)    Czas półmaratonu osiągnięty wiosną 2012    Dotychczasowa życiówka w półmaratonie (sprzed wiosennego startu)    Opcjonalnie średnie tętno z wiosennego półmaratonu    Miejsce wiosennego startu    Stosunek startu 2012 do dotychczasowej życiówki

Witold Łaszczuk    01:35:46    01:35:46         Warszawa    00:00:00
marsz    01:40:31    01:40:31         Sobótka    00:00:00
mike    01:40:47    01:40:47    176    Warszawa    00:00:00
Zbyszek L    01:44:47    01:44:47         Kraków    00:00:00
piesderek    01:48:23    01:48:23    170    Poznań    00:00:00
Marcin Stelmasiak    01:53:55    01:53:55         Pabianice    00:00:00
pawelink    01:55:12    01:55:12    163    Poznań    00:00:00
kwasnaali    01:57:46    01:57:46    163    Warszawa    00:00:00
Maciek ankieta Tarnów    01:58:02    01:58:02         Warszawa    00:00:00
robSSon    01:58:33    01:58:33    168    Warszawa    00:00:00
kamilmnch1    01:59:20    01:59:20    173    Poznań    00:00:00
mkolczynska    02:01:32    02:01:32         Pabianice    00:00:00
margaryna    02:57:24    02:57:24         Poznań    00:00:00

Tyle Robsss. Jeszcze raz wielki szacun. Ligę zamykamy. Natomiast zaczyna się sezon maratonów. Więc jeśli Robsss chciałby pociągnąć temat...
Co do zapowiedzianej porażki, to bez nadmiaru biadolenia powiem tak. Dziś był trening pod superkompensację. Zamiast rytualnych kilometrówek zrobiłem 4 razy 2 km. Tempo zamiast 3:35 było 3:45. No cóż.
Pomysł zrodził mi się spontanicznie, w trakcie pierwszego odcinka. Żeby zaatakować organizm innym bodźcem. Intuicja niezła, bo po bieganiu zadzwonił Podopieczny Bartek i opowiedział, że Mariusz Giżyński też dziś robił dwójki, tyle że pięć.
Co będzie, to będzie, jak powiedziała młodsza siostra Mojej Sportowej Żony pożyczając jej gustowny pasek do spodni pleciony na góralską modłę, na naszą pierwszą randkę. W Łodzi ruszam słuchając organizmu. Mocno, ale z rozsądną rezerwą. A potem patrzę na zegarek jakie tempo wychodzi. Cel główny - pobiec drugą połówkę szybciej od pierwszej. Ramy czasowe - chciałbym znaleźć się na mecie gdzieś około 2 h i 55 min. W klasyfikacji życiówkowej da mi to minus sześć. Ale przy mojej obecnej formie byłbym bardzo zadowolony.
Maraton jest jak film grozy, do którego chce się wracać. Jak książka, do której się nie zaglądało od pół roku, a która w dodatku za każdym razem inaczej się kończy.
The End. I kropka. 

22:37, wojciech.staszewski
Link Komentarze (77) »
poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Wstaje nad ranem i biegnie wzdłuż plaży nieopodal Haify. Piasek jest suchy i parzy w stopy ochronione tylko sandałami, nawet wiatr od morza jest suchy. W czasie biegu po pół godzinie najłatwiej mu rozmawiać z Bogiem, rozmawiać z Ojcem, najłatwiej mu oderwać się od codzienności i być sam na sam ze sobą.

Słońce wolno podnosi się znad wzgórz, oświetla stare, rzymskie ogrody. Robi w nich kilka podbiegów i wraca do pensjonatu, zjada trochę placka, bo to węglowodany, popija mlekiem, pakuje torbę podróżną i znów biegiem pędzi na samolot. Ma bilet tanich linii Donkey Lines do Jerozolimy.

Na lotnisku witają go tłumy. O dziwo więcej jest Palestyńczyków niż Żydów, jego rodaków. Bo Palestyńczycy widzą w nim tego, który wypowie posłuszeństwo Izraelowi. I czują, że zrobi to w ich imieniu. Oni umieścili najwięcej lajków na jego profilu na Facebooku i oni rzucają mu palmy pod nogi, kiedy idzie do taksówki.

Nie ma czasu na honory, czeka go ciężka praca. W czwartek będzie na czacie na największym portalu Jerozolimy, trzeba zrobić bankiet dla najbliższych współpracowników.

Znów będą go pewnie pytać o Freuda, o id, ego i superego. A on znów im odpowie o ojcu, synu i duchu, który jest w każdym człowieku. I znów im powie o Bogu.

I kiedy stuka te słowa podczas czata do newsroomu wchodzi ekipa pielęgniarzy, jeden z jego ludzi wskazuje go skinieniem głowy i zabierają go do szpitala psychiatrycznego. Zwariował? Czy to raczej restrykcja władz izraelskich, które spodziewają się, że stanie na czele palestyńskiego powstania.

Kropkę nad i stawia nazajutrz helikopter z desantem amerykańskich żołnierzy. Zapowiedziana w kronice śmierć dokonuje się.

sw

Układałem sobie tę historię, o Jezusie urodzonym dwa tysiące lat później, podczas piątkowego długiego wybiegania z górnej Rdzawki przez Stare Wierchy do Rabki. Dwie godziny powoli, po śniegu, przez mgłę, w której niczego nie widać i człowiek może być sam ze sobą, nawet jeśli słucha sobie z empetrójki słowackiego Ine Kafe i rosyjskiego Lube.

Na Starych Wierchach zobaczyłem wielki krzyż wśród kwietniowych śniegów. Następnego dnia interwały zrobiłem więc w Rabce na dole, sześć kilometrówek, ale ledwo wychodziły po 3:45 (lekko z górki) i 3:55 (lekko pod górkę). Płasko w Rabce nie ma.

W niedzielę rozpadało się na dobre, a ponieważ raz miałem nie biegać, więc odpuściłem. Pograliśmy na strychu w ping ponga, całą rodziną, każdy z każdym. W polarach i czapkach, bo w zimne dni na strychu jest zimno.

Pobiegałem dziś rano. Ostatnie długie wybieganie przed maratonem w Łodzi. Najpierw godzina powoli pod górę na Maciejową i jeszcze trochę. Potem kwadrans w dół przez śniegi i zimne potoki. A potem drugi zakres już na dole po asfalcie. Ledwo wychodziło 4:15 i to z górki.

Nic więcej już nie zrobię. Za trzy dni dokończę kronikę zapowiedzianej porażki, a porażkę poniosę za sześć dni.

15:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
czwartek, 05 kwietnia 2012

Wojtek chodzi po świecie, robi trening w Lesie Kabackim, autoryzuje reportaż do Gazety, zjada na kolację pięć węglowodanów z pastellą i szynką, normalnie żyje. A obok istnieje jakiś Staszewski, którego książkę wystawili na widocznym miejscu w Empiku. Wiem, bo byłem i zobaczyłem, taka chwila próżności.

Staszewski, którego słyszę w radiu, w Jedynce, kiedy wsiadam do samochodu po prezentacji w Centrum Biegowym ERGO. Normalnie naciskam guzik i Staszewski wyskakuje z radia.

Czuję się z tym, jak w jakimś reality show, w Truman Show, w show must go on. Boże, jeśli jesteś, spraw, żeby mi tylko nie odbiła palma. Bo palma się potem odbija czkawką.

Łapię dystans w Rabce. Koło lodowiska oraz przy stadionie leżą jeszcze hałdy brudnego śniegu. Matka Mojej Sportowej Żony opalona, bo jak tylko wychodzi słońce jadą w góry na rowerach. Ojciec MSŻ wraca z pracy wyszczuplony, od razu w drzwiach widać. To przez rower i przez biegówki, które odkrył tej zimy. Po ośmiu godzinach treningów się śmiga. Nie wiem, nie przebrnąłem dotąd w życiu przez trzy godziny na biegówkach.

Biegnę jutro w góry szukać spokoju w sobie. Między szczytami. Szukać pogodzenia ze swoją porażką w Łodzi. Będę przeżywał radości podopiecznych, w samym tylko Dębnie padną co najmniej cztery niesamowite życiówki, jak bonie dydy (czy ktoś wie, jak to się pisze i jaką to ma etymologię?). A ja nie osiągnę ani kawałka celu.

To jest już chyba ten szczyt, na który nigdy nie wejdę. Złamanie 2:45 zaplanowałem na jesień, ale teraz miał być duży krok w tę stronę. A będzie krok w tył.

Wczoraj był trening prawdy. Prawda okazała się okrutna. Miało być trzy razy 3 km w tempie maratonu. A za tempo maratonu byłem w stanie przyjąć zaledwie 4:00 na kilometr, co daje wynik zaledwie 2:49 czyli na poziomie poprzedniej życiówki. Ale nawet z tego niewiele wyszło, pierwsza trójka w tempie 4:00, druga 4:03, trzecia 4:02.

Co z tym zrobić? Biec na 2:55, optymistycznie licząc na tyle mnie stać. I jeżeli potwierdzi się ta większa niż zwykle wytrzymałość, to może się udać 2:52-2:53. A jeżeli się nie potwierdzi, będzie 2:58, jeśli w porę skoryguję plan.

A może postawić sobie inny cel. Pierwsze 25-30 km przebiec z grupą na 3:00, a potem jej uciec. Ale ile mogę nadrobić na kilkunastu kilometrach? Trzy-cztery minuty maks. A jeśli nie będzie siły do nadrabiania i nie złamię trójki? Nie po to trenowałem od grudnia, żeby przeskoczyć pod poprzeczką.

Przed środowym bieganiem miałem trening mięśni odcinka lędźwiowego grzbietu. Zamieniliśmy się niedawno z MSŻ, teraz ona myje co tydzień sanitariaty, a ja odkurzam i jadę mopem. Każdy trening trzeba robić z głową. Zastanawiałem się od paru tygodni, co mnie tak boli tzw. krzyż. Złapałem ten ból tydzień temu przy odkurzaniu, przy niewłaściwie pochylonej pozycji z rurą pod stołem czy pod biurkiem. I teraz pilnowałem techniki - pochylałem się w pasie utrzymując proste plecy. Będę się musiał do tych treningów wzmocnić brzuszkami i grzbietami.

We wtorek zrobiliśmy z bankowcami podbiegi (bo dawno nie było, chciałem wrzucić ten bodziec przed maratonem) i zbiegi (bo maraton blisko). Na pytanie, kto biegnie maraton w Łodzi, wyrósł las. Rąk.

Jak oni pięknie zatrybili. Biegają w większości od kilkunastu miesięcy do kilku lat. Po kilku miesiącach treningów zeszłej jesieni było trochę osiągnięć - debiutów w maratonie, poprawionych wyników, dwa nawet bardzo. Ale dopiero po roku treningów widać, jak trzon grupy przeskoczył sam siebie. Jak dobrze pobiegli w połówce, jak są gotowi do łamania czwórki czy innych barier, które ich dotąd ograniczały.

To duża radość biegać z taką grupą. Może mniej ważne będzie się dla mnie stawać, czy w Łodzi pobiegnę 2:52 czy 3:02 - a ważniejsze, ile życiówek będziemy mieli z bankowcami na koncie i jak wysoko oprocentowanych. Może coraz łatwiej, bez buntu wewnętrznego będzie mi przechodzić na pozycje trenera, ojca, dziadka.

Nie wiem. I na jaki wynik wystartować w Łodzi też nie wiem. Jak myślicie?

Jeszcze ogłoszenie. Zanim ogłosimy Podblogową Wiosenną Ligę Maratońską, trzeba podsumować Ligę Półmaratońską. Zgłaszajcie się jeszcze do końca tygodnia do formularza Robsssssa.

20:03, wojciech.staszewski
Link Komentarze (66) »
| < Lipiec 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam