Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

W niedzielę myślałem, że uniosę się z fotelem z emocji. Że wbiegnę w ścianę między pokojem, a kuchnią. Że tak jak Tytus wszedł do filmu, to ja wskoczę do komputera na wyniki online i stanę przy trasie, żeby krzyczeć, bić brawo.

Rano rusza Paryż. Online nie mogę znaleźć, a w telewizji pokazują dziesięciu czarnoskórych biegaczy zamiast naszego podopiecznego Marcina. Marcin zgłosił się do Kancelarii pół roku temu z życiówką 3:45 z Dębna i ambicją złamania 3:30.

Potem rusza Armia Poznań. Podopieczny Kamil, z którym poznaliśmy się na zawieruszeniu w Choszczówce - z życiówką 1:35 i ambicjami na złamanie 1:30. Podopieczny Bartek, dziś już samodzielny, ze złamanym 1:30, ale perspektywą złamania 1:25. Jego żona podopieczna Kasia, ma debiutować na 2:10-2:15. No i podopieczny Ziggy, który ma szansę poprawić 1:38 z Wiązowny na 1:35. A prócz tego pół Podbloga.

Co się działo, kiedyśmy z Czepiakiem głównie wrzucali wpisy z odświeżających się wciąż wyników widać pod poprzednim odcinkiem bloga. Kamil dobiega spóźniony o 34 sekundy, bo się po drodze spotkał z toi-toi-em. Bartek - równo nakręcony jak zegarek, łamie swoje. Jego Kasia jak skoczkini wzwyż przeskakuje w biegu poprzeczkę i ląduje na 2:07. A Ziggy zalicza siedmiosekundową tylko życiówkę i siedmiomilowego doła, bo chciałby więcej sekund urwać z nieskończoności, w której go nie było.

Fizycy mogliby pewnie to tak opisać. Chcemy na zawodach stać się bytami nieistniejącymi. Dobiec w momencie, kiedy jesteśmy jeszcze na trasie. Czekać na mecie, kiedy biegniemy. Mniej sekund biegu, więcej w spoczynku po biegu.

Metafizycy mogliby w tym odnaleźć drogę do doskonałości. Doskonałości nie można osiągnąć, można osiągać tylko kolejne etapy szczęścia.

Rusza Dębno. Biegnie Podblog, świadomie kojarzę Fajkę, autora manifestu biegacza trenującego. I podopieczny Maciek. Trafił do nas półtora roku temu z niezłym czasem w półmaratonie, ale z dużą obawą przed pełnym dystansem. Rok temu w Krakowie zadebiutował w 3:13. Teraz ma papiery na łamanie trójki, ale nawet z papierami to nie jest prosta sprawa, o czym sam się przekonałem ostatniej jesieni.

Cztery kilometry przed metą Maciek jest co do sekundy na styk, to mogę wyczytać online. Nie wiem, że ma kryzys, bo jest wymęczony podbiegiem i wiatrem, który wywiewa nadzieję. Wierzę, że ma wiarę i moc. A kiedy na czterdziestym widać na online nadróbkę krzyczę na cały dom. Otworzylibyśmy z Moją Sportową Żoną szampana, gdyby nie to, że trzeba zaraz jechać do ojca, zainstalować mu nowy telewizor i dać jeść.

Maciek łamie 2:59. Z radości wrzucam na Facebooka notkę, bo Maciek jest pierwszym podopiecznym Kancelarii, który złamał trzy godziny. Gadamy przez telefon, Maciek przyznaje, że ścigał się z Bartkiem - kto pierwszy złamie trójkę.

maciek

To zdjęcie z zimowej Choszczówki. Ostatnia Choszczówka w najbliższą sobotę - biegnę, będzie nietypowe podbicie przed maratonem.

Bo ja też biegam. Powoli, dziś nietypowo interwały, żeby złapać trochę dynamiki. Ale serce mi się nie chce rozpędzać powyżej 170 uderzeń, więc tempo ciut słabsze niż w tabelach Danielsa. A w sobotę pobiegłem w Biegu Łosia. Miało być tak pięknie, MSŻ na rowerze, wypuścić się tak razem w puszczę. Wyszła walka w śniegu po kostki, każdy krok męczył - ósme miejsce na ponad 200 osób, plan wykonany. Fota Dzikiego, który robił na półmetku za łosia z aparatem.

bieg losia

Poszliśmy za to po południu z MSŻ, Przemkiem i Adrianną na badmintona. W piątek był tenis z Chłopasiem. Uwielbiam się ruszać. Coraz bardziej lubię dzikie biegi po lasach (Słyszeliście o Maratonie Wigry w sierpniu? Kusi). Ale wciąż najbardziej lubię wytrenować maksymalną formę pod szybki uliczny bieg. Za dwa tygodnie maraton, ciekawe, czy będą wyniki online.

Acha - w najbliższy czwartek jedziemy z MSŻ na rolkach w warszawską noc. Może ktoś dołączy?

Obiecałem jeszcze MSŻ, że napiszę dwie rzeczy. Że córka 4klasistka w weekend zajęła z formacją hip hop Shadow Kids z Hakiela siódme miejsce w Mistrzostwach Polski w Tańcu Nowoczesnym. Czyli oczko lepiej niż ja.

I że jeszcze do najbliższego poniedziałku obowiązuje opłata promocyjna na III Obóz Biegowy w Rabce Zdroju.

A tak wyglądaliśmy po badmintonie:

b1

b2

22:20, wojciech.staszewski
Link Komentarze (156) »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013

Co robiłeś w święta? Cztery długie wybiegania. Jak w tym dowcipie z bieganie.pl, ale na serio.

Finlandia, Islandia, Norwegia. To nie są nazwy krajów, których reprezentacje mimochodem dokopałyby naszym, tylko beznadziejne pogodzenie się z zimą jako stanem permanentnym, nieodwołalnym, niezmiennym. Śmieszne są te żarty o Bożym Narodzeniu na Wielkanoc, ale nie jest śmiesznie w tej zimie, w lodzie, w rosyjskiej Syberii żyć na stałe. Biegać z Dostojewskim na uszach i dziwić się, jak ciepło w tym Petersburgu.

Za tydzień córka 4klasistka ma Mistrzostwa Polski w tańcu nowoczesnym, szykuje się do tego na tyle poważnie, że nie chciała za bardzo jeździć na nartach, bo się stresowała, że coś sobie zrobi. Wypatrzyliśmy tydzień temu, że akurat wtedy jest Bieg Łosia. Impreza stworzona dla mnie. W moje puszczy, tej z dzieciństwa (czy każdy pisarz ma swoją puszczę młodzieńczą, o ile Staszewski jest pisarzem?). 17 kaemów wokół bagna Cichowąż, kaemów, bo taką jednostką posługiwaliśmy się od liceum z Dzikim przebiegając te ścieżki, obiegając Cichowąż dziesiątki razy, a dwukrotnie dla urozmaicenia przedzierając się przez środek bagna, dotarliśmy do jakiejś polany, na której było jedno drzewo, właziliśmy zdaje się na nie, żeby się rozejrzeć jak z bocianiego gniazda, mieliśmy po dwadzieścia parę lat.

Tę puszczę od lat chcę pokazać Mojej Sportowej Żonie, to chyba ostatnia z ładnych rzeczy w Warszawie, przed którymi MSŻ się skutecznie wzbrania. Więc okazja idealna - córka na mistrzostwa, MSŻ na rower i jedziemy. Ale wygląda na to, że trzeba by mieć rower na gąsienicach albo z łańcuchami zimowymi.

Przez te śniegi szykuję się do ulicznych startów strasznie siłowo. Tydzień po Biegu Łosia będzie ostatnia Choszczówka. Biegnę, chciałbym sobie przypomnieć tę trasę, zapamiętać ją ciepło, bo coś czuję, że Dzikie Biegi do Choszczówki już nie wrócą.

W śnieżnej Rabce zrobiłem sobie mały obóz wytrzymałościowy. Eksperyment: cztery długie wybiegania, żadnych szybkich akcentów, żadnych podbiegów, prócz tego oczywiście, że tu cały czas się podbiega pod górę albo zbiega. W zimie odkryłem nowe miejsce - Rabską Górę - chciałem dobiec tam przez Krzywoń, ale zagrzebałem się w tych śniegach, kiedy dotarłem na szczyt Krzywonia, prawie trzeba było wracać. Zrobiłem kółeczko na grzbiecie i na dół.

Drugiego dnia podjechałem samochodem na Zakopiankę i stamtąd ruszyłem na Rabską Górkę. Dobiegłem prawie do Raby Wyżnej, sprzed wsi się wróciłem, bo psy zaczęły szczekać i grozić. Może w Warszawie rządzi PO i Hanna Gronkiewicz-Waltz; na wsiach rządzą psy.

Na zboczu Rabskiej Góry spotkałem sarenkę z bliska. W Gorcach same sarny, nie tylko MSŻ.

sarna

Trzecie długie wybiegania było połączone z wyprawą do narciarskiego odkrycia sezonu - Jurgowa. Pojechaliśmy całą rodziną, wszyscy poszli na narty, a ja postanowiłem je zbojkotować i pobiegłem na Słowację. Dużo biegania po pustej szosie, co miało sportowy sens, dzięki temu mogłem skończyć przyspieszeniem do tempa przyspieszonego.

Ludzie! Jak Wy to robicie, że potraficie kończyć tempem maratońskim, nawet półmaratońskim? Ciągnąć tak przez wiele kilometrów biegu ciągłego. U mnie wychodziło około 4:25, a tylko dlatego, że było mocno z górki. O pół minuty wolniej na kilometrze niż na półmaratonie w Warszawie.

W połowie tego treningu dotarłem pod słowackie Tatry, szlak wychodził z Tatrzańskiej Jaworzyny. Wróciłem z fajnym obrazkiem znad potoku:

potok

Dziś po śniadaniu wszyscy znów ruszyli do Jurgowa. Ja zrezygnowałem, gdyż raz, że jestem nieporozumiany z MSŻ, a dwa, że postanowiłem sprawdzić jedną nową ścieżkę na tegoroczny sierpniowy obóz biegowy w Rabce Zdrój. Tym razem na otwarcie pobiegniemy szlakiem na Maciejową, jak na pierwszej edycji, ale potem dodamy pętelkę po zielonym szlaku i ścieżką do skrzyżowania, na którym skręca się w drodze powrotnej z najdłuższego wybiegania czyli z Turbacza.

Ścieżka na razie zasypana śniegiem, obiegnę sobie to w sierpniu. Mam nadzieję, że do obozu śnieg spłynie. Ale wyszło słońce i jakby wiatru dostał w żagiel - poleciałem na Stare Wierchy. Dobiegłem prawie do schroniska, bo pies bez smyczy groził.

Zaraz wracamy na Mazowsze. Tam chyba jeszcze więcej śniegu. Tam mówił mi przez telefon Ziggy, który miał zrobić BNP, ale jak tu robić BNP w zaspach. To się wszystko biegowo opłaci, robimy taki fundament z siły i wytrzymałości, że nic nas nie zatrzyma na zawodach, wciśniemy pedał gazu i będziemy tak jechać do końca. Tylko kiedy w końcu będzie można popracować nad tym gazem, nad szybkością? Zimo, wiesz co.

15:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (229) »
poniedziałek, 25 marca 2013

Łapie mnie atak kaszlu, ale jaki. Bolą mięśnie skośne brzucha, prawie dostaję skurczy. Płuca mówią mi, co myślą o przyspieszonym wentylowaniu powietrzem o temperaturze minus pięć stopni przy tętnie dochodzącym na finiszu do 180. A przez ostatnią 1 godzinę, 23 minuty i 14 sekund - na poziomie 169.

Nie wiem, czy umiem do jasno zdefiniować pojęcie "dobry bieg". Wiem, że wyjazdowa edycja Półmaratonu w Wiązownie rozgrywana w niedzielę w Warszawie była dla mnie dobrym biegiem.

Budzę się o siódmej z minutami z nierozwiązanym od kilku dni kobiecym zazwyczaj dylematem: w co się ubrać. Czytam na Kindlu podblog, relację Biegofanki z Sobótki. Wieczorem doczytałem tylko, że założyła ciepłe leginsy, a rano widzę, że to się okazało za grubo na start.

Idę do balkonu, otwieram na oścież. Co mnie nie zabije, to mnie przekona do krótkich spodenek. Nie jest źle, biegnę na krótko. Upycham do kieszonki żel, na górę koszulka plus cienka bluza, rękawiczki, czapka i jazda na stadion.

Stadion Narodowej Klęski. Kto oglądał w piątek narodową kompromitację z Ukrainą? Jak bonie dydy nie obejrzę wtorkowego meczu z San Marino i będzie to chyba pierwszy mecz kadry o punkty, jakiego nie zobaczę od Mistrzostw Świata w 1974 r. Mam nawet hasło na jutro: "WSZYSCY JESTEŚMY SANMARIŃCZYKAMI". Wstawiłbym to na Facebooka, ale nie umiem zrobić porządnego mema.

Spotykamy się pod stadionem z wszystkimi grupami Kancelarii na rozgrzewkę. Janek zwany tu czasem synem fotografem robi zdjęcia.

a

Ćwiczenie pierwsze - rozgrzanie ramion poprzez delikatny ruch i dłoni przez uderzanie. Czyli witamy się oklaskami.

Stawiam sobie cel: między 1:22 (czas marzeń), a 1:25 (minimum przyzwoitości). W zeszłym roku nie złamałem 1:24. Na miejsca, start. Gotowi się nie mówi, bo biegacz długodystansowy jest gotowy do startu od ostatniego treningu pod superkompensację. Zrobiłem półtorakilometrówki - cztery samemu, a potem cztery z Uniqą, dwie powoli z wolniejszą częścią grupy, potem dość szybką z Piotrkiem (dobiegnie w 1:38) i maksymalną z Rafałem (na interwałach jest mocniejszy ode mnie, ale dobiegnie w 1:28). Ledwo udawało mi się łamać 4:00 i muszę Wam przyznać, że nawet mi zabrakło wtedy wiary, że w niedzielę pobiegnę szybciej całe 21 km i jeszcze 100 metrów zafiniszuję.

Koło trzeciego kilometra tętno mi się stabilizuje i zaczynam wyprzedzać. I jadę tak, jadę do przodu, czuję, że mnie niesie, ale nie ponosi. Lekki kryzys na dziewiątym kilometrze, wciągam żel, popijam wodą i znów jadę. Syn fotograf patrzy na mnie z góry.

b

Na piętnastym kilometrze jestem o 3-4 minuty szybciej niż w styczniu na piętnastce na Chomiczówce. Podbieg biorę asekuracyjnie, żeby się nie zakwasić i nie odciąć zasilania na finiszu. Pilnuję tętna, żeby nie przekroczyło 169, z którym biegłem wcześniej. Tracę na kilometrze jakieś 20-25 sekund i chociaż będę potem przyspieszał i gonił moją grupkę sprzed podbiegu, to ich nie dogonię.

Ale do końca jest dobrze, pod kontrolą, przyzwoicie szybko. Nudy, jak w polskim filmie. Coś co usypia czytelników, ale autorowi przynosi zadowolony spokój. Złamać 1:23 się nie da, chociaż walczyłem. Przed metą łapie mnie migawką Szewczuk (dzięki). Wolałbym, żeby to zdjęcie wyglądało tak:

c

I adidas może by wolał ze względu na zbliżenie na samobiegające butsy.

Ale zdjęcie wygląda tak, że ujawnia słabości gorsetu mięśniowego po 21 km:

d

Wizerunkowo dobił mnie Robs, który znalazł na Picassie zdjęcie z MaratonyPolskie.pl:

e

Uwaga, to było już ostatnie zdjęcie Staszewskiego w tym odcinku. Można by to ułożyć w komiks "Od uśmiechu do boleści", ale kto przeżył kiedyś dobry bieg wie, co jest pod maską. Jakieś spełnienie, do którego można dojść tylko przez wypalenie żywym tlenem.

Za metą zamieniam się w kołcza, idę wypatrywać swoich na trasę. Ale w ponad 10-tysięcznym biegu nie sposób. Czatuję tylko na wyróżniające się białe koszulki Alicji i Mateusza z Uniqi. Są, łamią 1:46, tym razem Mateusz wygrywa o 2 sekundy.

W namiocie z herbatą spotykam Roberta Korzeniowskiego. Złamał 1:20 i opowiedział fajną historyjkę. Żona mu mówi, że po co tyle trenuje, skoro już się nawygrywał w życiu. A Korzeniowski odpowiada, że robi tylko po 60-70 kilometrów tygodniowo, a kiedy trenował i miał tydzień regeneracyjny, to schodził z kilometrażem na 100 km. Więc teraz trenuje mniej niż przy regeneracji.

W domu internet pełen wyników. Najszybszym podopiecznym został Andrzej Gondek - 1:25:11 (życiówka poprawiona o 4 minuty). Przypomnę, że Andrzej jedzie na Maraton Piasków i łączy to ze wsparciem dla ośrodka Szansa w Stalowej Woli. W grupie wtorkowej, bankowców, wygrał Przemek (1:29:18) o 10 sekund przed Jarkiem. A w środowej, ubezpieczeniowców Rafał (1:28:49).

A teraz bawimy się wspólnie? Rob (1:43, życiówka o 7 minut) przygotował znów formularz Zimowo-Wiosennej Podblogowej Ligi Półmaratońskiej. Wpisujcie, z wynikami czekamy przynajmniej do Pabianic i Poznania.

A meczu jutro naprawdę nie obejrzę, w ostateczności przełączę na "M jak Miłość".

17:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (111) »
poniedziałek, 18 marca 2013

W czwartek wieczorem wpadli znajomi. Przemek (maratończyk na trzy z hakiem) z Adrianną (w niedzielę zadebiutuje na połówce poniżej dwójki). Wypiliśmy połówkę, zjedliśmy pizzę, pogadaliśmy o bieganiu i życiu codziennym. A potem nie opisałem tego wszystkiego w wieczornym wydaniu bloga, bo wydanie zamknięte.

W piątek rano miałem zrobić dwie godziny powoli, ale mój organizm zaprotestował. Odmówił przyjmowania węglowodanów, a domagając się coli sygnalizował odwodnienie. Przełożyłem więc wytrzymałość na niedzielę i zająłem się spisywaniem do końca wywiadu z Jaromirem Nohavicą.

Co jest w tym Nohavicy? - spytał mnie Dziki we wtorek, jak już udzielił mi kolejnej lekcji tenisa stołowego. Nie umiem mu odpowiedzieć słowem. Mam nadzieję, że znajdzie odpowiedź w druku, w piątek i sobotę zrobiłem z rozmowy wywiad, dziś posłałem szefowej (truchta czasem na bieżni mechanicznej) i czekam.

Zanim pojechałem we wtorek po swoją porażkę, wpakowałem do samochodu płotki, sztuk sześć. I tydzień biegania minął mi na płotkach - wtorkowy trening z bankowcami, środowy z ubezpieczeniowcami, czwartkowy z podopiecznymi i piątkowe zastępstwo za naszego trenera Jarka z jego grupą ubezpieczeniowców. We wtorek i czwartek przeplataliśmy serie ćwiczeń płotkarskich rytmami, w środę podbiegami i zbiegami na dziko zaśnieżonej Górce Szczęśliwickiej, a w piątek ćwiczeniami siły biegowej bez podbiegów.

Płotki pożyteczna rzecz. Nazywa się to ćwiczeniami sprawności ogólnej, a w efekcie poprawia to technikę biegu. Zrobiłem sobie z tego niezłą pigułę treningową dla siebie. A w czwartek rano stwierdziłem, że trzeba by także wreszcie pobiegać, zrobiłem godzinę I zakresu po Ursynowie z krótką wizytą w zaśnieżonym lesie.

Szyję swoje treningi biegowe ściegiem zygzakowatym, ale czuję, że szew trzeszczy. Czuję, że dogania mnie starość. Libido w porządku, cholesterol już też, prostata nie daje negatywnych objawów, sprawność ogólna chyba najlepsza w życiu, serce działa (chociaż na pastylce). Ale już nie sposób myśleć o czasie rzędu 1:20. Jeszcze półtora roku temu, wynik 1:21 w półmaratonie potraktowałem jako porażkę, dziś marzeniem jest 1:22. To tempo 3:53, wyliczyłem na liczydle, a ja do tego tempa nie jestem w stanie się w ogóle zbliżyć na sześciokilometrowym już szybkim odcinku na koniec długiego wybiegania. W niedzielę się na tym przyspieszeniu rozpędzałem od 4:30 do 4:05.

Przed połówką miały być próbne zawody na 10 km w Kabatach, ale po śniegu to i tak nie byłoby wymierne, więc pojechałem do Choszczówki na Rodzinne Biegi Górskie. Trasa coraz bardziej kojarzy mi się z biegiem na Dezorientację Kota: wiesz dokładnie gdzie pobiec pod warunkiem, że będziesz wypatrywał kolorowych wstążek na wszystkich bocznych ścieżkach. Patrzyłem na plecy podopiecznego Maćka, który patrzył na plecy biegnącego przed nim Radka - i tak obudziliśmy się w jakiejś wiosce, a potem szukaliśmy drogi do trasy.

W niedzielę pobiegłem w butsach. Adidas zrobił niespodziewany prezent i do uzgodnionego wcześniej niemieckiego umundurowania dla Kancelarii dodał boosty z kosmosu. Butów z lepszym marketingiem dawno nie widziałem. Przyszły w ciężkich pudełkach, większych od standardu. Wyjmujesz z nich but i od razu zdaje się leciutki jak piórko. Otula nogę, ale daje też poczucie dużo większego kontaktu z podłożem niż w adidasowym standardzie.butsy

Tak wyglądają butsy moje i MSŻ na nogach córki 4klasistki i jej koleżanki

Pobiegałem w nich w niedzielę, lekko i przyjemnie. Nie jestem dobrym testerem butów, bo - cytując Pawła Januszewskiego - "mi żadne buty nie przeszkadzają w bieganiu". Trudno mi stwierdzić, czy uwewnętrzniłem sobie marketing tych butów, czy rzeczywiście ta pianka przemówiła mi przez system nerwowy prosto do serca - ale czułem się fajnie. I w niedzielę biegnę w butsach.

Jeszcze ogłoszenie, ważne dla Półmaratończyków Warszawskich i mieszkańców miasta. Podblogowe Pasta Party - sobota, godzina 18., trattoria Mela Verde przy ul. Chmielnej (w trochę bliżej położonym Jaju jest impreza zamknięta). 10 min. piechotą od Pałacu Kultury, w którym znajduje się biuro półmaratonu (dzięki Rob, bo chyba pojechałbym w ciemno na stadion). Na liście było sześć osób, ale zarezerwowałem trochę więcej miejsc, bo mam nadzieję, że pojawi się też trochę niezapisanych, a może i cichociemnych. Do zo na węglowodanach i nawadnianiu.

17:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (160) »
poniedziałek, 11 marca 2013

Dziennik wlokącego się ponad miarę pożegnania. Obiecałem, że póki zima nie odfrunie do zimnych krajów, będę dawał tytuł "Pożegnanie z zimą", prawda?

Poniedziałek 4 marca, wiosna. W środku dnia pracy podjeżdżam do Lasu Kabackiego poczuć żywą żywicę. Ścieżki skute lodem, lud Ursynowa je udeptał, nie chcą odtajać. Wzdłuż ścieżek i na bocznych ścieżynkach ziemia - jak miło, jak miękko, jak przytulnie. Robię sześć serii ścieżki zdrowia: minuta marszu wykrocznego, minuta marszu dynamicznego, minuta skipów A, minuta marszu dla odpoczynku. Biegam na tym treningu z trzy minuty przed i po ćwiczeniach.

Wtorek, wiosna. Spod śniegu na Agrykoli ukazuje się tartan. Robimy z bankowcami z RBS dwuosobowe sztafety z przekazywaniem pałeczek - szybkie osiemsetki, a w przerwie (kiedy partner robi swoje 800 m) 400 m truchtu. Przyszła nieparzysta liczba bankowców, więc też mogę potrenować. A przed treningiem robię sobie samemu 45 min. w przewidzianym dla mnie u Danielsa wolnym tempie 5:00. Tutaj. Tętno ładne.

Środa, wiosna coraz bardziej. Ubezpieczeniowcy z Uniqa sami chcieli mieć trening na Agrykoli, robimy sztafety, ale czterystumetrowe. Też biegam. Tak i tak. Jest ściganie, jest trening.

Czwartek bez biegania. Robię ostatnie poprawki do sporego tekstu o korporacjach (ma iść w następną sobotę), oglądam "Rok diabła", żeby się przygotować do wywiadu z Jaromirem Nohavicą. Dzwoni Radek (maratończyk) ze sportu z Gazety - żeby porozmawiać z himalaistą. Umawiam się z Piotrem Pustelnikiem na piątek rano, Piotr musi sobie ułożyć emocje. Wieczorem obchodzimy z Moją Sportową Żoną Dzień Kobiet, jest naprawdę gorąco.

Piątek - przychodzi mróz. Planuję godzinę treningu przed pracą, której mam akurat niezłą ciężarówkę. Nie wyrabiam się, robię 45 min. biegu zmiennego (dar Beztlena). Wychodzi średnio głównie dlatego, że strasznie wieje od wschodu, idzie zima, a ja latam po mało przyjaznej okolicy na Siekierkach.

Po bieganiu czyste szaleństwo. Rozmawiam z Pustelnikiem ponad godzinę przez telefon, jeszcze w dresie, ale przez telefon nie widać. Przebieram się za dziennikarza i jadę na spotkanie z Nohavicą. Dla mnie to bardziej niż gdybym się spotkał z Dylanem albo Cohenem. Świetny facet, taki czeski, trochę polski, mądry i nie zadufany w sobie. Rozmawiamy na Agrykoli, bo odbieram go z Trójki, mówię mu, że tu obok jest stadion Legii, która raz grała z jego ukochanym Banikiem Ostrava i wygrała 2:0. I rozmowa płynie jak mecz, półtorej godziny i to bez przerwy na zejście do szatni.

Wracam, spisuję rozmowę z Pustelnikiem, przesyłam do autoryzacji i jadę na trening. Trener Jarek prowadzi zajęcia z naszą nową grupą ING, jadę ich przywitać i pomęczyć taśmami Thera-Band. Wracam, czekam na autoryzację.

Zachodzę do Polska Biega i dowiaduję się, że akcja Polska Biega właśnie zrezygnowała ze zlecania mi pisania bloga w ramach stosunku pracy. To jest zrozumiałe, ale przeżywam jednak pewien szok emocjonalny. Czuję się - kto czyta uważnie ten od miesięcy to widzi - czuję się coraz bardziej na aksamitnym rozdrożu.

Macie tak czasem jadąc samochodem, że trudno Wam rozpoznać, czy to jeszcze jedna droga, czy już dwie równoległe? Ja w samochodzie tak nie mam.

Biegniemy dalej. Odpowiedzialność za blog przejmuje Kancelaria Sportowa Staszewscy. Na naszej stronie możecie dowiedzieć się o obozie biegowym w Rabce Zdrój, o treningach dla firm i planach dla biegaczy. Ale możecie też za free pooglądać filmiki instruktażowe i zarazić się od nas np. miłością do rozciągania.

kancelaria sportowa staszewscy

W sobotę dwugodzinne wybieganie z wydłużającą się szybszą końcówką - tym razem już 5 km. Wszędzie biało, zima wróciła, ścięło, zamarzło - więc trudno powiedzieć, czy tempo rzędu 5:45 to tylko słabo, czy już dramat. Końcówkę chciałbym przyspieszyć do tempa półmaratońskiego - mam nadzieję na tempo około 3:50 - ale nie udaje mi się nawet do maratońskiego, walcze, żeby kilometry były poniżej 4:30.

Niedziela bez biegania. Martwi mnie pobolewający dwugłowy, robię dodatkowe rozciąganie oraz mrożenie, pomaga. Podejmuję decyzję: kupuję sobie rower. Kiedyś chyba przyjdzie wiosna i będzie można z przyjemnością podjechać do Gazety. Albo gdzie indziej.

Taki był mój biegowy tydzień. Sprawozdanie z kolejnego - w następny poniedziałek, 18 marca. Kancelaria postanowiła po długim namyśle, że utrzyma regularność w pisaniu bloga - ale raz w tygodniu. W każdy poniedziałek.

Do zobaczenia w komentarzach.

I od razu prośba o deklaracje. Za dwa tygodnie święto wiosny - Półmaraton Warszawski. Spotkajmy się znów w makaronowej knajpce na Saskiej Kępie - w sobotę 23 marca. Zarezerwuję stoliki, tylko proszę o wstępne deklaracje, kto się wybiera - żebym wiedział na ile miejsc zamawiać stolik. Szczegóły - czas i miejsce akcji - na blogu za tydzień.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (152) »
czwartek, 07 marca 2013

Jak tu znaleźć słowa, które nie będą brzmieć fałszywie potem? Chyba jedno z najważniejszych przesłań Jana Krzysztofa Kelusa. Kelus himalaistą nie był, ale kurs alpinistyczny miał i dorabiał za komuny zbieraniem szyszek w koronach drzew.

Śmierć nie jest niczym szczególnym. Podczas czytania tego odcinka bloga (przyjmijmy, że trwa to 3 minuty) w Polsce umierają dwie osoby. Śmierć masowa, anonimowa jest naturalna jak tlen w powietrzu.

Tu dwie śmierci - chyba śmierci, bo nikt tego jeszcze nie ogłosił, chociaż Wielicki już nie zostawił złudzeń - które poruszyły tylu ludzi. To śmierci bliższe, znane z imienia - Maciej, Tomasz. Śmierci, które nas poruszyły, bo stoją za nimi ludzkie historie, wyzwania, pasje. My biegacze, maratończycy mocniej to chyba przeżywamy niż średnia krajowa, bo też uprawiamy sport, który bywa określany jako ekstremalny.

Są sporty ekstremalne i są sporty ryzykowne. Nam nic nie grozi na trasie poza zderzeniem ze ścianą i maszerowaniem do mety. My z tej ściany nie spadniemy. Liczba osób, które umarły na serce podczas maratonów jest niższa niż liczba osób, które umarły na zawał podczas oglądania meczów piłkarskich. Uprawiamy bardzo spokojny sport. Nie kładziemy niczego na szali - poza godziną oglądania telewizji, poza negocjacjami z niesportową żoną/mężem, poza kilkoma codziennymi wyrzeczeniami.

Dobrze, należą nam się brawa kibiców wzdłuż trasy maratonu. Im należy się cisza w górach wysokich. Im należy się sportowy szacunek.

Na naszą trasę każdy kibic może wejść - dosłownie przeskakując przez barierkę. Albo w przenośni, dołączając do biegaczy.

Do ich świątyni mało kto ma wstęp. Bo to jest świątynia, jest wyznanie wiary, jest nawet ofiara z ludzi.

Z setek moich wycieczek i wybiegań po górach myślę od wczoraj o dwóch.

Osiem lat temu byłem na wyprawie życia. Żywiec sponsorował telewizyjne reality Zdobywcy, zwycięska ekipa jechała w Himalaje wejść na sześciotysięcznik, a sponsor dołączył do grupy kilkanaścioro dziennikarzy, żebyśmy to opisali w swoich mediach. Wycieczkę prowadził Krzysztof Wielicki, ten sam, który prowadzi teraz wyprawę na Broad Peak.

To ten facet w białym polarze. Zdjęcie jest ciemne, bo dopiero świta, obóz się budzi.

Najpierw myślałem, że jest po prostu niesympatyczny. Czym wyżej wchodziliśmy, tym bardziej go rozumiałem. Ciągnął za sobą wycieczkę japońskich turystów z aparatami fotograficznymi przyrośniętymi do rąk, grupę dzieci specjalnej troski, którym bije się brawo, kiedy zrobią kroczek. Kolega fotograf został w Namche Bazar na trzech tysiącach metrów z hakiem, bo mu wysiadły kolana. A my tacy dzielni, tylko nas pogłaskać po głowie, doszliśmy do bazy, a potem wspięliśmy się na sześciotysięcznik leząc po poręczach założonych poprzedniego dnia przez Szerpów.

Byliśmy tam parweniuszami. Dzisiaj się trochę wstydzę swojego samozachwytu z tamtej wyprawy. Dotarliśmy w okolice bazy pod Everestem, ja do niej nie doszedłem, skręciłem od razu w lewo pod Kalapataar - za bardzo osłabił mnie ból głowy, wywrócony na lewą stronę żołądek i powietrze tak rzadkie, jak puch, jak mgiełka, jak babie lato.

A oni stamtąd zaczynają. To jest właśnie świątynia, której progu śmiertelnicy nie przekraczają.

Śmierć jest w górach - biała, zimna, obojętna. Raz poczułem ten lód, kiedy w sylwestra 2011/12 zrobiłem głupie wybieganie na Babią Górę. Dookoła biało od śniegu i mlecznie od mgły, jeszcze sto metrów, jeszcze sto metrów, żeby być na szczycie. Aż znalazłem się w takiej mgle, że mogłem tylko zadzwonić po GOPR. Oni nie mogli.

Opisywałem wtedy na blogu, jak zszedłem w końcu dzięki pomocy słowackich meteorologów, którzy nakierowali mnie na szlak. Mam fajną przygodę w życiorysie i tyle.

Na Broad Peak musiało się dziać coś podobnego. Pewnie oni tam na szczycie też znaleźli się w szponach przyrody. I chociaż mieli umiejętności górskie tysiąc razy większe od moich, to sytuacja była tysiąc razy trudniejsza. I szpony się zacisnęły.

Nie próbuję tego oceniać. Nie próbuję tego zrozumieć. Mogę tylko o tym myśleć.

22:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 04 marca 2013

Zapach tartanu mnie uspokaja. Macie takie zapachy z dzieciństwa, zapachy z marzeń? Tartan położyli na głównym stadionie AWF-u gdzieś tak w połowie lat 70. i nie można było już jeździć po stadionie na rowerku.

Graliśmy w piłkę i każdy chciał być jak Lubański. Jak Deyna? Jakoś chyba mniej o ile pamiętam, bo nie miał mądrego wizerunku. Teraz pisząc o Deynie wczytałem się w jego biografię - że się najdłużej kąpał i czesał po meczu, że kobiet miał na pęczki. Słowem archetyp współczesnego piłkarza z włosami na żel. To ostatnie już mi z tekstu wycięli.

I tytuł mi zmienili, ale zgadzam się, że to nie było na miejscu; taki wewnętrzny żart redakcyjny: "Śpiący rycerz", bo flegmatyczny był, spokojny i bezstresowy. Poszło: "Podkręć jak Kazimierz Deyna".

Zapach tartanu wrócił do mnie niespodziewanie, kiedy robiłem kurs trenerski i mieliśmy zajęcia na AWF-ie. Kiedy wejdzie się do budynku głównego, idzie korytarzem przy pierwszej odnodze w prawo wali ścierą, bo niżej jest bufet. A przy drugiej pachnie tartan, to wejście na halę sportową.

Zapach tej sportowej ścieżki, która w dzieciństwie nie była mi dana. Na którą wdarłem się teraz bocznym wejściem. Zapach wszystkiego, czym nie byłem i wszystkiego czym mogę jeszcze być. Biegaczem choć nie zawodnikiem. Trenerem choć nie wyczynowców. Sportowcem choć bez medali.

Poczułem zapach tartanu, kiedy włączyłem w piątek telewizor z mistrzostwami w lekkoatletyce. Zrobiłem rano dwugodzinne wybieganie zakończone przyspieszeniem - tym razem 4 km, ale o tempie choćby maratońskim zapomnij. Pisałem plany treningowe dla podopiecznych, a w telewizji trwała sportowa orgia.

W sobotę odbierałem samochód z serwisu, gwarancyjne usuwanie dupereli. Pobiegłem sobie po niego interwałowo, powinno być po 3:35, a wychodziło ledwo po 3:50-4:00. Forma jak przebiśnieg pod tartanem - nie wiem, czy się przebije.

Moja Sportowa Żona wróciła w niedzielę z Podhala, była na obozie narciarskim ze swojego AWF-u, który nazywa się WSEwS. Odcięta od cywilizacji nie słyszała nawet co Wałęsa walnął o homoseksualistach, wyhasała się towarzysko. Puściłem jej z YouTube'a Zimocha komentującego Stocha i razem trzymając się za ręce obejrzeliśmy sztafetę na koniec.

Lubię ten rytuał, że imprezy lekkoatletyczne kończą się sztafetą. Obóz biegowy w Rabce też się zawsze kończy sztafetą. I ten wpis też się tak skończy. Dziś zrobiłem sobie ścieżkę zdrowia w rozmarzającym Lesie Kabackim - 6 razy zestaw po minucie marszu wykrocznego, marszu dynamicznego i skipów A. Na jutro zaplanowałem sztafetę z RBS-em, a na środę z Uniqą.

21:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (40) »
czwartek, 28 lutego 2013

Policja na koniach, jeden za drugim jadą Myśliwiecką, jak husaria zbrojna. Obok stacjonują oddziały pancerne: nyski opancerzone, okratowane stary. Jeden wóz na sygnale, uzbrojone patrole piesze, z daleka syreny. Jakby zaczynała się apokalipsa albo kręcili "Szklaną Pułapkę" VII.

Nie, to Legia gra mecz. Kurde, nawet nie wiem z kim i nie będę sprawdzał, kojarzę tylko, że to Puchar Polski.

Biegniemy sobie z bankowcami grupką na stadion - nasz, lekkoatletyczny, przy Agrykoli - zrobić krótkie interwały, ale we wtorek pożegnanie zimy trwa, śnieg jeszcze leży i trzeba poszukać suchej ścieżki. Stadion Legii ryczy rytualnie, to robi wrażenie, wszystkie walkirie świata się człowiekowi przypominają. Nad kanałkiem nie pobiegamy, tam oblężenie, tam oddziały, tam nie wpuszczą. Ścieżka rowerowa od Łazienek ma jednak równe 400 m i wysublimowała lód, tam pobiegamy. Odcinki, które robię z Marcinem albo z Mateuszem, to moje tempo treningowe, dokładam po treningu kilka powtórzeń i mogę go sobie też zaliczyć.

Biegam i myślę o piłce. O piłkarstwie, o kibolstwie. Też wchodzę do tej rzeki, wywieszam flagę, oglądam mecze, najchętniej grupowo, a na Euro jeździłem do strefy kibica. Nie odrzucam piłki, ale pewnych rzeczy nie jestem w stanie przyjąć spokojnie.

Czy oni są zgrają wandali, którzy Rzym najechali? Z powodu meczu trzeba wystawiać armię policji. Policzyłem suki, spokojnie ponad setka, czyli przyjechało nimi pewnie z tysiąc ciężkozbrojnych.

To tak jakby z powodu maratonu trzeba było ustawić szpaler policjantów wzdłuż trasy. Bo albo my, maratończycy, albo kibice mieliby nagle dostać amoku i porozpierdalać miasto. A na treningach na Agrykoli staliby policjanci z krótkofalówkami gotowi w każdej chwili wezwać śmigłowce z cekaemami, gdybyśmy pobiegli podpalać racami ogrody królewskie.

Złapałem we wtorek nerwa, piłkarze mi go podnieśli, w środę rano czułem alarmowe światełko podwyższonych emocji. A tu musiałem szybko obdzwaniać... piłkarzy, bo piszę o Kazimierzu Deynie. Leszek Ćmikiewicz - prawdziwa przyjemność rozmowy, erudyta, bystrzejszy niż w telewizji, gdzie wydaje się lekko misiowaty. Ale inni moi rozmówcy, przepraszam bardzo. To mają być wychowawcy młodzieży i nie tylko młodzieży? Liderzy w swoim środowisku. Znajomy: no Kaziu mnie lubił, co dziś przy tych związkach może się wydawać lekko tego. Śmiać się, czy płakać?

Tylko bieganie mogło mnie uratować. Trening z ubezpieczeniowcami miałem o 17.15, przyjechałem na Szczęśliwice na 16.15 i pobiegałem godzinę. Wolno, jak żółw ociężale, z dość ciężkim Dukajem na uszach. Pomogło.

Co jest w tej piłce, że zmienia się religię. Przyciąga pieniądze, a one zaczynają się kręcić i pomnażać do sum zawrotnych. Więc są świetni gracze, tłumy kibiców, sponsorzy, puchary, mistrzostwa. A na koniec i tak przegrywają Polacy.

Zima już pożegnana (obiecałem sobie, że będę dawał ten tytuł póki śnieg nie zniknie - ale dziś na interwałach 30 x 30"/30" było sucho, więc też szybko), ale jeszcze Justyna Kowalczyk walczy. Gdyby na narciarstwo było więcej pieniędzy pewnie nie walczyłaby w dzisiejszej sztafecie sama.

Justynie nie idzie, chociaż mam nadzieję, że myk z odpuszczeniem dziesiątki łyżwą i mądrym treningiem zamiast, przyniesie złoto na 30 km. Źle wycelowali z trenerem ze szczytem formy, on był chyba wtedy, kiedy portale pisały, że "miażdży Bjoergen". Ale dziś było nieźle na sztafecie, przegoniła Johaug, zobaczymy w sobotę.

Jest tyle fajnych sportów. Jeszcze lekkoatletyka, podobno dziś się zaczęły halowe mistrzostwa Europy. Przejrzałem program Eurosportu i TVP Sport - śladu nie ma. Lekka nie jest tak można i nie generuje takich zysków.

No, ja zyskałem wczoraj spokój. Bezcenne.

16:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (68) »
poniedziałek, 25 lutego 2013

Sobota rano, Las Kabacki. Dzień sportu czy co do cholery? Czy nam się tak Polska pięknie odmieniła?

Wybiegam do lasu trochę później niż zwykle, bo Moja Sportowa Żona pojechała rano studiować wychowanie fizyczne, więc ja poćwiczyłem sobie drzemkę w wielkim łóżku. Biegnie mi się ciężko, coś wisi w powietrzu, zatrzymana wiosna albo niewidzialne błoto pośniegowe. Po lesie jeszcze ciężej, śnieg zaczyna rozmiękać. Tempo cotygodniowego półmaratonu - w zakresie easy z wydłużającym się co tydzień przyspieszeniem na końcu, teraz 3 km w tempie, które jednak trudno uznać nawet za maratoński - więc tempo treningu słabe. Taka karma.

Ale biegnę przez ten las i oczom nie wierzę. Mnóstwo ludzi. Kijki-walkerzy, narciarze chodowi (biegowi też się zdarzają, ale rzadko), biegacze, spacerowicze, a nawet dwoje rowerzystów. Uprawiamy rytualne narzekanie, że ludzie się nie ruszają, tylko tyją przed telewizorami. A to jest już przeszłość.

Jesteśmy, no może "stajemy się", aktywnym społeczeństwem. Zobaczyłem to w sobotę na własne oczy w tej nienarodzonej wiośnie skutej śniegiem i lodem. Wyciągnąłem szybko komórkę i strzeliłem taką fotkę:

a

Biegacz, narciarz i rowerzysta. Nasz zimowy kabacki triathlon.

Nie mówcie mi, że w Polsce trwa komunizm, nie mówcie mi, że ojczyzna w niewoli i nie mówcie mi, że Polska nie jest aktywna. To pierwsze zdementowała kiedyś w telewizji Joanna Szczepkowska (młodsi: google). To drugie proboszcz w parafii św. Zygmunta (tłumacząc ludziom w sierpniu 1989 r., że już nie śpiewamy "Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie", tylko "pobłogosław Panie"). To trzecie ja chciałbym teraz zdementować.

Polska się rusza.

W niedzielę spróbowałem zrobić regularne trzyminutowe interwały. Żenada. Wiem, że tak jest co roku, wiem, że nie jestem w stanie teraz utrzymać przez te trzy minuty tempa maratońskiego, wiem, że kiedy pożegnam zimę całkiem, odbuduję, a raczej nadbuduję szybkość. Ale co roku jestem zadziwiony: jak można tak wolno biegać szybko?!

MSŻ pojechała wczoraj do krainy skutej jeszcze mrozem na uczelniany obóz narciarski koło Zakopanego. Jestem na odległość dumny z tego, jak technicznie jeździ na nartach, jakbym tam stał na stoku i bił brawo. No to ja dziś rano odwiozłem córkę 4klasistkę na kort i hop do Lasu Kabackiego - 30 min. biegania i 30 min. podbiegów. Założyłem zwykłe buty i czułem się jak Justyna Kowalczyk, której uciekają nie tylko Norweżki, ale i narty, bo w lesie ciągle śnieg. I spójrzcie kogo spotkałem:

To chyba jedyny facet, oprócz Ziggiego, który nie czeka na koniec zimy :-)

Pomyślałem, że może zima się skończy, jak skończę czytać "Lód" Dukaja. Ależ ten facet ma rozmach w pisaniu, gdyby trenował bieganie, to poniżej wycieczek biegowych by nie schodził, a startowałby wyłącznie w biegach dookoła kotlin. Czasem chciałbyś pójść na skróty, ale skoro zabrał Cię w taką długą podróż, to biegniesz. I przez całą książkę ani jednego obciachowego zdania. Skończyłem w nocy z soboty na niedzielę i deszcz zaczął czyścić chodniki.

Dziś z kolei słuchałem na bieganiu "Xavrasa Wyżryna" też Dukaja. Jest jakaś magia w takich książkach, w takich rannych treningach. Musiałem sobie pobiegać, chociaż mam dziś sporo rzeczy, będę pracował do nocy, zaraz biorę się za kończenie tekstu o ludziach dla których bieganie, to coś więcej niż bieganie. Tym razem, Dziki, wyjątkowo nie napiszę o sobie.

20:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
czwartek, 21 lutego 2013

Jak pogodzić bieganie z pracą? Znamy to, znamy, ja nie mogę narzekać z moim nienormowanym czasem pracy w zawodzie dziennikarskim. Ale jak pogodzić bieganie w pracy z własnymi treningami?

W poniedziałek byłem w centrum szkoleniowym kraju - w Jachrance, gdzie adidas szkolił swoich sprzedawców, a Kancelaria Sportowa jako partner marki, została poproszona o przeprowadzenie dla nich krótkiego treningu. Zrobiliśmy delikatnie maźniętą siłę biegową, a dla mnie było to coś między namiastką akcentu, a lekkim rozruchem.

Wtorek. Po rytualnej porażce z Dzikim w ping ponga - tym razem 0:4 - i pracy w Gazecie trening z bankowcami. Zaplanowałem trzy dwukilometrówki w tempie półmaratońskim i chociaż zima próbowała pokrzyżować plany, to daliśmy radę. Pierwszą biegłem z Robertem po 5:00, drugą z Mateuszem po 4:25, trzecią z Jarkiem i Marcinem po ok. 4:10 - i tę sobie uznałem za trening. Po rozciąganiu i do widzenia dokręciłem jeszcze dwa odcinki, ale samemu tempo 4:06-4:08 po śniegu to było wszystko, na co mnie stać.

Środa. Wiedziałem, że po południu robię pierwsze interwały z ubezpieczeniowcami. Żeby łagodnie się do zaadaptować do takiego wysiłku zrobiliśmy piramidkę - szybkie odcinki 1, 2, 3, 4, 3, 2 i 1 minut z dwuminutowymi przerwami. Część biegałem na maksa, a część z wolniejszą częścią grupy - więc znów coś na kształt treningu.

To kiedy biegać?

Rano. W środę rano odwiozłem córkę 4klasistkę na tenisa (bo kiedy ma lekcje na korcie, to ją podwozimy, a tak to sama robi 1,5 km treningu aerobowego z tornistrem) i podjechałem do Kabat. Powinno być półtorej godziny, ale nie miałem ani czasu, ani ochoty, więc zrobiłem godzinę powoli. Bardzo wolno. I bardzo pięknie.

Bo my w Warszawie też mamy fotogeniczne lasy.

a

Las Kabacki z poranną biegaczką.

b

Las Kabacki z porannym narciarzem.

c

Las Kabacki soute. I wystarczy tej zimy.

21:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (66) »
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam