Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 04 czerwca 2012

Bieg Ursynowa - miłe zaskoczenie. Ale chcę Wam opowiedzieć o niedzieli, bo czegoś takiego dawno nie przeżyłem. A może nigdy, może to zostało mi dane wyjątkowo. Bardziej wyjątkowo niż maraton albo dobra piątka.

Pobiegłem tę piątkę na czwórkę. Zdaje się, że na brązowy medal. Życiówkę mam wywalczoną zębami jesienią na Siekierkach - 17:51. Wiceżyciówkę też stamtąd 18:09 albo 18:10. A teraz było 18:11.

Z niczego, nie zrobiłem żadnych interwałów w ostatnim tygodniu, tylko trochę siły biegowej i długich wybiegań pod Maraton Mazury. Poprzedni mój szybki trening to był nieudany Ekiden w poprzednią niedzielę.

To dało mi po buddyjsku do myślenia. O tym, żeby trenować ze spokojem w sercu. Żeby iść swoją drogą. Że jeśli robi się dobrze, to przy okazji wszystko się dobrze układa.

Podopieczni wrócili z obwarzankiem życiówek. Piotr (na blogu ok123) atakował 25, a pobiegł w 22. Krzysztof, który na bieg przyjechał prosto z sali operacyjnej (gdzie operował) atakował 25 i złamał o 15 s. Tomik 21:45, 11 sekund przed nim Zbyszek, a prawie minutę przed Zbyszkiem jego syn Kuba, wszyscy podopieczni. Zbyszek z Kubą zostali fajnie uwiecznieni w filmie z imprezy na MaratonyPolskie.pl.

1

A sam film z MaratonyPolskie.pl świetny. Pokazuje atmosferę, walkę Henryka Szosta (wyrównał życiówkę 13:58) z rywalami, nas, amatorów .

Z tego biegowego rytmu wytrąciła mnie niedziela. Kończę długie wybieganie po okolicy, dobiegam na własne podwórko, ktoś mnie klepie po ramieniu. Córka 3klasistka. Czeka na mnie na dworze, bo nie ma kluczy. Problem tylko, że ja też nie mam kluczy. Klucze ma tylko Moja Sportowa Żona - na drugim końcu miasta, siedzi na uczelni, zajęcia ma czasem do 17, a czasem do 20.

Więc jest 13:30, a my bez kluczy stoimy jak dwa słupki i nie wiemy co robić. Nie mamy pieniędzy, nie mamy telefonu, nie mamy kluczyków do samochodu. Nie mamy niczego.

Najpierw załamka. Potem działanie. Idziemy do sąsiadki, dzwonimy z jej komórki do MSŻ. Oczywiście MSŻ nie odbiera, pisze kolokwium, jak się później okaże.

Idziemy na plac zabaw. I nagle: Alleluja, szczęście z nieba. Córka 3klasistka znajduje w kieszeni 3 zł 11 groszy, resztę z loda, której mi zapomniała oddać. W jednej chwili zamieniamy się w paniska. Możemy iść do osiedlowego sklepu i kupić sobie obiad.

Wybieramy rozważnie, starannie. Nie tak jak zwykle, że się idzie i wrzuca do koszyka z grubsza to, na co człowiek ma ochotę. Nie, nie. Kajzerka 35 groszy, rogal maślany 1,40. Więc mamy jeszcze prawie półtorej złotówki. Kupić picie? Nie trzeba, w moim bidoniku z biegania jest jeszcze 125 mililitrów wody. To co? Banan na spółkę. Ważymy go zaśmiewając się przy tym, jak dzieci, bo nagle robimy się strasznie weseli, nagle mamy tylko siebie, ojciec z córką, a półki pełne kuszących, kolorowych dóbr nas nie dotyczą. Żadnych roszczeń, obrażań się, walk partyzanckich o chipsy, lizaki. Mamy skarb, banana za 1,25.

Zostaje nam jeszcze 11 groszy reszty. Znów pękamy ze śmiechu.

Włóczymy się po osiedlu, córka 3klasistka się do mnie przytula jak psiak. Przypomina mi się klimat takiego filmu z Willem Smithem, przy którym każdy Kowalski musi płakać kilka razy, bo ja płakałem - "W pogoni za szczęściem". Nie znacie, to obejrzyjcie, podobno na faktach, Smith z dzieciakiem bieduje po noclegowniach i walczy o pracę maklera.

Wiem, że to nie to samo, że moje ubóstwo skończy się za kilka godzin, kiedy wróci MSŻ, odzyskam dostęp do kluczy, kluczyków, kart, komórek - ciekawe, że wszystkie rzeczy, bez których "nie da się żyć", są na "k", nawet car. Wiem, że to nie to samo, ale tym bardziej mocno to przeżywam, bo to doświadczenie jest mi dane tylko na te kilka godzin.

Najpierw się trochę złoszczę, że mam w domu pracę na komputerze, muszę pojechać do ojca, załatwiać, załatwiać - a zamiast tego lumpuję na osiedlu. A po godzinie widzę, że wreszcie odpoczywam, po raz pierwszy nie wiadomo od kiedy. Bo nawet, gdybym nie miał niczego do roboty, to usiadłbym pewnie przez portalem, telewizorem albo z książką w ręku. A teraz naprawdę nie mam niczego, tylko córkę i 11 groszy reszty.

Idziemy do galerii, do Euro, oglądamy laptopy, telewizory, empetrójki. Nawet miksery stają się zajmujące. Śmiejemy się z sokowirówki, że taka pękata, zachwycamy gofrownicą do prawdziwych gofrów i jak dzieci wpatrujemy się przez magiczne okulary w trójwymiarowe telewizory.

MSŻ wraca po trzech godzinach. Tyle co biegnę maraton. Te trzy godziny chyba bardziej zapamiętam. Na maratonie człowiek zwykle ma na ręku stoper. Tu nie mieliśmy naprawdę niczego, poza sobą.

21:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (34) »
czwartek, 31 maja 2012

Mistrzem Progresu został tej wiosny Stary Wilma. Gratulacje. Największe rozczarowanie mierzone w minutach przeżył Sfx. Dziś wyniki Wiosennej Podblogowej Ligi Maratońskiej opracowane przez Robssssa.

Zanim oddam głos Robsowi, to jak stary sprawozdawca meczowy ponapawam się własnym głosem. Pierwsze zestawienie zawiera wszystkich, a klucz doboru kolejności zna chyba tylko Robss. Drugie to debiutanci. Trzecie to Mistrzowie Progresu - zaczynając od tego, który poprawił się najbardziej. Czwarte - Ci, co przegrali ze swoją życiówką zaczynając od tego, który przegrał najbardziej.

A teraz już Robsss, któremu tu bardzo, bardzo dziękuję:

Wiosenna Podblogowa Liga Maratońska 2012 - podsumowanie

W I edycji WPLM 2012 w udział wzięło 28 osób(mksmdk startował tej wiosny 2x stąd 29 wyników)

Kolejno: Nick, Kategoria , Czas maratonu, Dotychczasowa życiówka, (Średnie tętno),     Miejsce startu, Samoocena, Stosunek startu do życiówki
     
mksmdk M30, 3:56:13,    3:24:30, Rzym, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, -00:31:43
SFX M30, 3:28:45,    3:06:25, Jastrowie, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, -00:22:20
Basdlamas M20, 3:28:42,    3:30:01, Dębno, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, 00:01:19
krasusek M40, 3:38:13,    4:05:30, 172, Łódź, 1 - poniżej oczekiwań, 00:27:17
podopieczny_bartek M30, 3:16:44,   3:42:52, 166, Dębno, 3 - powyżej oczekiwań, 00:26:08
zz M40, 3:51:36,    4:06:51, 154, Dębno, 2 - zgodnie z oczekiwaniami,  00:15:15
biegofanka K40, 4:19:04,   4:13:59, Dębno, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, -00:05:05
Beautyandb K30, 3:35:50,    3:42:07, Wiedeń, 4 - rewelacja, 00:06:17
Leszek  M40, 3:47:55,     3:51:56, Dębno, 1 - poniżej oczekiwań, 00:04:01
Johnson   M40  3:33:30    3:35:12  Łódź  2 - zgodnie z oczekiwaniami   00:01:42
grendel K30   4:13:50    Debiut   Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami  00:00:00
Andrzej  M50   3:36:26    4:09:07   163  Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:32:41
Wojciech Staszewski M40 2:59:34   2:49:51 165   Łódź 1 - poniżej oczekiwań -00:09:43
marsz  M40  3:24:38   3:37:48  Mediolan     2 - zgodnie z oczekiwaniami  00:13:10
Dziki   M40   5:14:15   3:12:20  Łódź     5 - byłem zającem  00:00:00
starywilma45   M60    5:20:57     5:53:54   145   Łódź     1 - poniżej oczekiwań  00:32:57
bratek  M40   3:48:42    3:51:00  Paryż     1 - poniżej oczekiwań   00:02:18
Tomik Grewinski M40 3:56:45   4:05:23 162 Debno 2 - zgodnie z oczekiwaniami 00:08:38
Qlombo M30  3:34:40    3:38:45    153     Łódź     1 - poniżej oczekiwań   00:04:05
Zbyszek L  M40 3:52:00  4:10:14  Kraków  2 - zgodnie z oczekiwaniami  0:18:14
Sten2012   M40  4:21:25   4:07:00   154  Łódź     1 - poniżej oczekiwań    -00:14:25
kawonan  M50  4:03:25    3:53:40  Kraków     1 - poniżej oczekiwań    -00:09:45
piesderek   M30   4:11:17      Debiut  169     Kraków     1 - poniżej oczekiwań   00:00:00
fajka   M40    3:39:54    3:36:15  Kraków      0 - katastrofa      -00:03:39
carbon_mtb   K20   4:20:18   Debiut  Kraków   2 - zgodnie z oczekiwaniami   00:00:00
Tańczący_Jastrząb M40   3:44:36   3:42:49  168   Zurich 1 - poniżej oczekiwań   -00:01:47
grido71    M40    4:32:14     4:36:59   147     Kraków     1 - poniżej oczekiwań    00:04:45
pict   M30  3:04:29    2:57:20   Toruń     0 - katastrofa   -00:07:09
mksmdk   M30    3:54:17     3:24:30   Katowice     1 - poniżej oczekiwań  -00:29:47

Parytetu nie było, spośród 28 startujących jedynie 4 osoby to kobiety. Najliczniejszą grupę stanowili zawodnicy startujący w kategorii M40- 14 osób, następnie M30- 6 osób, K30- 2 osoby, M50- 2 osoby i po jednej osobie w kategoriach K-20, M-20, K-40 oraz M-60. 

Dla 3 osób wiosenny start w maratonie był jednocześnie debiutem na tym dystansie.

grendel  K30    4:13:50   Debiut  Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami      00:00:00
piesderek   M30    4:11:17   Debiut 169     Kraków     1 - poniżej oczekiwań     00:00:00
carbon_mtb   K20    4:20:18   Debiut   Kraków   2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:00:00

Z 29 startów 5 miało miejsce za granicą (Rzym, Mediolan, Paryż, Wiedeń, Zurich), Pozostałe to Łódź- 9 osób, Dębno- 6 osób, Kraków- 6 osób i po jednym starcie w Toruniu, Katowicach i Jastrowiu.

W przypadku 9 osób (10 startów) wiosenny maraton nie przyniósł nowych życiówek. Jednak po odliczeniu 3 debiutantów i Dzikiego, który startował w Łodzi jako zając wynika, że aż 15 osób wróciło do domu z nowymi Personalnymi Bestami. Ciekawostką jest fakt, że 6 osób spośród 15 oceniło swój start jako "poniżej oczekiwań", dla 7 osób osiągnięty wynik nie był niespodzianką i oceniły go jako "zgodny z oczekiwaniami", jedna osoba uznała, że pobiegła "powyżej oczekiwań" i jedna dla której wynik okazał się "rewelacyjny". Na szczególne uznanie zasługuje starywilma45, który startując w kategorii M60 poprawił swoją życiówkę o niemal 33 minuty.

starywilma45  M60    5:20:57  5:53:54  145   Łódź     1 - poniżej oczekiwań    00:32:57
Andrzej  M50  3:36:26    4:09:07  163     Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:32:41
krasusek    M40    3:38:13    4:05:30    172     Łódź     1 - poniżej oczekiwań        00:27:17
podopieczny_bartek M30  3:16:44    3:42:52   166  Dębno 3 - powyżej oczekiwań 00:26:08
Zbyszek L    M40  3:52:00     4:10:14   Kraków   2 - zgodnie z oczekiwaniami      00:18:14
zz     M40    3:51:36    4:06:51   154   Dębno  2 - zgodnie z oczekiwaniami      00:15:15
marsz    M40    3:24:38   3:37:48 Mediolan  2 - zgodnie z oczekiwaniami        00:13:10
Tomik Grewinski M40 3:56:45   4:05:23 162 Debno  2 - zgodnie z czekiwaniami 00:08:38
Beautyandb K30  3:35:50   3:42:07 Wiedeń  4 - rewelacja  00:06:17
grido71   M40  4:32:14    4:36:59    147  Kraków   1 - poniżej oczekiwań   00:04:45
Qlombo    M30  3:34:40    3:38:45  153     Łódź     1 - poniżej oczekiwań   00:04:05
Leszek      M40   3:47:55   3:51:56   Dębno     1 - poniżej oczekiwań        00:04:01
bratek     M40    3:48:42    3:51:00  Paryż     1 - poniżej oczekiwań        00:02:18
Johnson   M40  3:33:30   3:35:12   Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:01:42
Basdlamas    M20  3:28:42       3:30:01  Dębno  2 - zgodnie z oczekiwaniami  00:01:19

Bardziej przewidywalnie oceniały swój start osoby, którym życiówek poprawić się nie udało. W przypadku 3 startów zawodnicy pobiegli zgodnie z oczekiwaniami, dla 5 osób wynik był jednak "poniżej oczekiwań" a w 2 przypadkach wręcz "katastrofą". Na niektóre oceny można jednak spojrzeć z przymróżeniem oka bo wynik MARATOŃSKIEGO MISTRZA POLSKI SAMORZĄDOWCÓW- Picta osiągnięty w arcytrudnych warunkach jakie panowały tego dnia w Toruniu należy raczej uznać jako rewelacyjny.


mksmdk   M30  3:56:13  3:24:30  Rzym     2 - zgodnie z oczekiwaniami   -00:31:43
mksmdk   M30  3:54:17  3:24:30  Katowice   1 - poniżej oczekiwań   -00:29:47
SFX    M30   3:28:45     3:06:25  Jastrowie   2 - zgodnie z oczekiwaniami       -00:22:20
Sten2012    M40    4:21:25     4:07:00  154   Łódź  1 - poniżej oczekiwań       -00:14:25
kawonan  M50    4:03:25   3:53:40  Kraków  1 - poniżej oczekiwań       -00:09:45
Wojciech Staszewski M40  2:59:34    2:49:51 165   Łódź  1 - poniżej oczekiwań   -00:09:43
pict    M30  3:04:29    2:57:20  Toruń     0 - katastrofa          -00:07:09
biegofanka  K40  4:19:04   4:13:59  Dębno     2 - zgodnie z oczekiwaniami  -00:05:05
fajka    M40   3:39:54      3:36:15  Kraków    0 - katastrofa  -00:03:39
Tańczący_Jastrząb  M40   3:44:36    3:42:49  168  Zurich 1 - poniżej oczekiwań  -00:01:47

Najbardziej przyjazne dla osiągania życiówek okazały się trasy w Łodzi i Dębnie. Swoje PB w tych miastach osiągnęło po 5 osób. Dwóm osobom ta sztuka udała się w Krakowie a pojednej w Mediolanie, Paryżu i Wiedniu.

W przypadku wyników poniżej życiówek wybór trasy nie miał chyba aż takiego wpływu: Łódź- 2 osoby, Kraków- 2 osoby i po jednej osobie w Rzymie, Jastrowiu, Dębnie, Zurichu, Toruniu i Katowicach.

Z kronikarskiego obowiązku dodaję, że DZIKI jako peacemaker prowadzący grupę w Łodzi na 05:15:00 nie był ujmowany w żadnych zestawieniach. Niemniej jednak warto podkreślić jego niewątpliwie ogromny wkład w końcowy sukces staregowilmy45, który przez znaczną część dystansu biegł właśnie w grupie prowadzonej przez Piotrka.

17:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (134) »
poniedziałek, 28 maja 2012

Pamiętacie Sportową Niedzielę? Siadało się przed telewizorem i oglądało relacje z zawodów sportowych weekendu. Wszystko to, co leci na okrągło na Eurosporcie 1 i 2, Polsacie Sport, Polsacie Sport Extra i innych ekstra kanałach - w kilkudziesięciominutowej pigułce. My, dzieci z Bullerbyn, Warszawy, Rabki i innych miast, przed programem i po programie uprawialiśmy to, co pokazywała telewizja. Teraz sport jako naród oglądamy, uprawiamy go statystycznie przez kilkadziesiąt minut w tygodniu, a i tak średnią zawyża Dziki z wielogodzinnymi długimi wybieganiami po prawdziwej Puszczy albo prawdziwej Warszawie.

Ostatnia niedziela była w Warszawie naprawdę sportowa. Od 9. rano sztafety Ekiden - a w nich znajomi, nieznajomi, podopieczni itd. - biegały po Kępie Potockiej. Nakarmiłem ojca, a potem pojechałem spotkać się w knajpce na Saskiej Kępie z ekipą Sportfolio, która w całości zalicza się do znajomych i w przeważającej liczbie do podopiecznych. Mieli złamać 3:10, zrobili 3:09 i zajęli 52 miejsce. Brawo!

Kiedy gratulowałem im przy obiedzie nie wiedziałem nawet, jak wielkie brawa im się należą. Nie wiedziałem, jak ciężko biegać. Niby wszystko w porządku, ale w powietrzu wisiała niewypowiedziana burza. W sensie atmosferycznym, nie towarzyskim. Na odchodnym powiedziałem tylko, że pełne zadowolenie by było po złamaniu 37:30, a minimum zadowolenia to złamanie 38 minut.

Pojechałem z córką 3klasistką na bieg, bo Moja Sportowa Żona właśnie wracała pociągiem z Krakowa, a do Krakowa przyleciała samolotem z Mediolanu. Pociąg zepsuł się w szczerym polu, przesiadali się wszyscy do składu TLK, który jechał po nich, ale MSŻ miała wielkiego luza w esemesach i cieszyła się, że zepsuł się pociąg, nie samolot.

Dołączyłem do sztafety Mirka z ekipy bankowców, bo na ostatnim treningu zgłosiłem swoją gotowość do bycia rezerwowym, a Mirek startował w ekipie ze swojego Ursusa. Patriotyzm lokalny to fajna rzecz, byłem więc biegaczem wypożyczonym z Ursynowa.

Ruszyłem na 37:30. Po dwóch kilometrach tempo zaczęło spadać, bo czterech zaczęło lecieć w dół, po pięciu stwierdziłem, że można zjeść słony makaron w knajpce półtorej godziny przed startem, ale jednak trzeba się wtedy porządnie napić. A jak się o tym zapomniało, to nie ma się co dziwić, że od szóstego kilometra trzeba walczyć nie o złamanie 38 minut, ani 39 minut, tylko o złamanie 40 minut!

To jest dno. Przynajmniej o tyle dobrze, że udało mi się pobiec w 39:51, nie musiałem se popełniać puku na mecie. Ale bieg beznadziejny. Przedburzowa wilgotność, problemy z piciem mnie nie usprawiedliwiają. Może trochę to, że nie szykowałem się tu zupełnie na wynik, że wpisałem ten akcent w plan przygotowań. Zamiast rzetelnych interwałów pod superkompensację w czwartek - zrobiłem długie wybieganie po Puszczy, a w piątek podbiegi połączone ze zbiegami na Arbuzowej. Polubiłem to miejsce na trening, jest po drodze do pracy i ma w sobie urok rusykalnej rozpadliny wciśniętej między rodzimy Ursynów i miasteczko Wilanów.

Medytuję o tym biegu od wczoraj. I już wiem, jakie zmiany wprowadzić teraz w treningu. Żadnych. Żadnych nerwowych ruchów. Biegam swoje, za tydzień na piątce w Biegu Ursynowa skoncentruję się bardziej, pobiegnę mam nadzieję lepiej. A prawdziwy cel na koniec tego roku szkolnego to Maraton Mazury. Tam też może wisieć w powietrzu elektryczna siekiera, ale przynajmniej ja wyostrzę na ten dzień formę.

MSŻ przywiozła mi fajną włoską muzę, Ministri.

I włoskie opowieści przywiozła. Pytałem o wrażenia sportowe. Jeżeli chodzi o liczbę biegaczy w Mediolanie - zero. Rowerów - zero. Wszyscy jeżdżą na skuterach. I jarają fajki, wszędzie, na każdym kroku, w knajpie, na ulicy, na przystankach, na ławce - jak u nas w Peerelu. Nie wiem, jak jest po włosku Niesportowa Niedziela, ale może nie musimy mieć ciągle tego kompleksu Zachodu.

20:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (64) »
czwartek, 24 maja 2012

Będzie znów o butach, bo specjalnie pojechałem na videoanalizę do Centrum Biegowego ERGO (nie mamy umowy, ale chętnie współpracujemy), żeby rozstrzygnąć kwestię naturalności biegania. Ale to za chwilę, bo mam teraz tyle życia wewnętrznego, że muszę je opisać.

We wtorek była konferencja przed Triathlonem w Suszu. Chłopaki ze Sport Evolution (nie mamy umowy ani innych zależności) zrobili z tego naprawdę fajnie prezentującą się imprezę, aż chciałoby się tam być. Ja nie dam radę, bo bym popłynął już w pierwszej konkurencji. A ściślej mówiąc bym nie popłynął.

Ambasadorowie imprezy ci o znanych nazwiskach albo tacy, że jak nawet zapomniałeś nazwisko, to kojarzysz twarz z telewizji fajnie żartowali o swoim starcie. Marcin Dorociński na sakramentalne pytanie „dlaczego” odpowiedział: - Jak dowiedziałem się, że Tomek Karolak ukończył triathlon, to pomyślałem: dlaczego nie ja, dlaczego nie wszyscy, dlaczego nie cała Polska?

Wziąłem ze sobą syna fotografa, żeby sobie pofotografował tych Dorocińskich do portfolio. Syn fotograf szybko wrócił do agencji, z którą współpracuje, wstawili zdjęcia na sprzedaż, ja wróciłem do gazety napisać tekst. A za godzinę przyszedł świetnie napisany materiał promocyjny w postaci relacji z konferencji z podwodnymi zdjęciami gwiazd z basenu. Ja swój tekst dałem do papierowej gazety, pójdzie na stronie biegowej, jak się zmieści. Synowi fotografowi żadne zdjęcie się nie sprzedało. A relacja w postaci materiału z podwodnymi zdjęciami stoi na stronie PolskaBiega.pl.

Coś się kończy. Dziennikarstwo się kończy. Niedługo będą w portalach same teksty promocyjne. Dziennikarze czy blogerzy niezależni będą promować to, co sami chcą. A zależni – to, czego będą wymagać zleceniodawcy.

Ja promuję teraz Maraton Mazury, bo ja tak chcę. Jak Neo w Matriksie. Nawiasem mówiąc wczoraj znów leciały w telewizji Gwiezdne Wojny, dokładniej Imperium Kontratakuje, gdzie Luke spotyka Yodę na bagnach. I przez takie bagna biegłem dziś w puszczy.

Puszcza się zmienia. Jak po półtorej godzinie biegania spotkałem w środku lasu Dzikiego – trudno w to uwierzyć, ja też nie wierzyłem, jak zobaczyłem charakterystyczny lekko pasikonikowaty krok biegacza z naprzeciwka – pogadaliśmy o puszczy dziś i tej sprzed lat. Wody się wyżej podniosły. Bagna nasiąkły, zbliżyły się do ścieżek. Naprawdę czarownie to wygląda, warto było pojechać na bieganie przez całą Warszawę. Dwie godziny po pięć z haczykiem, nie wiem jakim, bo las chyba jednak dodaje sekund, więc nie wierzę Timeksowi. Dziś zostawiłem w domu Garmina, bo był bliski rozładowania i pobiegłem z pierwszym GPS-em Timeksa, który dostałem właśnie do testowania. Muszę go przetestować razem z Garminem na dziesiątce w Lesie Kabackim, zobaczymy, który mniej przekłamie.

Czwartek zakończyłem półtoragodzinnymi zajęciami tenisa stołowego – w ośmioosobowej grupce z trenerem w hali na Siennickiej. Może ktoś dołączy? Wcześniej trzeba się tutaj zalogować, zapisać i zapłacić.

Została jeszcze środa. Odwiozłem Moją Sportową Żonę na pociąg do Krakowa, skąd samolotem z biegaczką Sabiną i jakimś większym żeńskim towarzystwem wyleciała do Włoch. I czym dłużej jej nie ma, tym bardziej czuję, jakim jest motorkiem w moim życiu. W naszej firmie, w domu, w rodzinie i w każdej dziedzinie. Jak jej nie ma, to jakby czas się zawiesił.

A z Dworca Centralnego wyremontowanego nieźle na przyjazd kibiców, pojechałem do Centrum Biegowego ERGO.

Najpierw obejrzeli moje buty, mam lekką tendencję do nadmiernej pronacji, ale właściwie mogą być buty neutralne. Potem postawili mnie na bieżni mechanicznej i nagrywali moje bieganie w różnych butach: adidas adipure (czyli tych zupełnie minimalistycznych, co wyglądają jak na kajak), adidas adizero (tych startowo-treningowych) i Brooks pure (do biegania naturalnego). A na koniec przy oglądaniu nagrań z dwoma Jankami, Maćkiem i Aleksem doznałem oświecenia.

1

Bieganie tzw. naturalne jest chyba rzeczywiście naturalnym krokiem biegowym człowieka. Spójrzcie jak biegają dzieci, kiedy puścić je boso po trawie. Chociaż można na to odpowiedzieć, że dzieci nie biegają długich dystansów. Ale może warto zaczynając bieganie próbować utrzymywać dziecięcą lekkość kroku na coraz dłuższych treningach.

Ale biegacze-piętolądowacze są zbyt przyzwyczajeni do swojego kroku, żeby w naturalny sposób mogli przestawić się na bieganie tzw. naturalne. Grożą im wtedy kontuzje, pogorszenie ekonomiki ruchu. Lepiej więc pozostać przy kroku, który uważają za naturalny. Chociaż…

Uwaga, teraz ważne. Nie ma opozycji – albo lądujesz na pięcie, albo na śródstopiu. Jest wiele punktów, na których możesz lądować. Tylna krawędź pięty (to nie jest dobre, patrz niżej), pięta, część pięty zbliżona do śródstopia, łuk stopy część tylna-środkowa-przednia, śródstopie. Dobrze jest przesunąć punkt lądowania nieco do przodu. Ale nadal lądowanie na pięcie nie jest zbrodnią.

Rzeczą, której rzeczywiście nie wolno robić jest lądowanie na tylne krawędzi pięty z wyprostowaną nogą zablokowaną w kolanie. Wyobraźcie to sobie. Czujecie, jak masakrycznego wstrząsu doznaje wtedy cały układ kostny?

1

Należy starać się lądować w momencie, kiedy środek ciężkości ciała znajduje się mniej więcej nad nogą, a nie za nią. Nawet jeśli lądujesz na piętę, to zrób to w momencie, kiedy będziesz już „zwijać” nogę pod siebie. To powoduje, że muszę zrewidować swoje przekonanie w konieczność jak najdalszego sięgania nogą do przodu. Medytować o tym będę, jak Yoda by powiedział.

Ostatnie ważne. Jedna rzecz to lądowanie, czyli punkt stopy, który jako pierwszy styka się z ziemią. A druga to przyziemienie – moment, w którym na stopę idzie największy nacisk. Możesz lądować na pięcie, ale ważne, żeby przyziemienie następowało w momencie kontaktu części stopy bliższych śródstopiu.

Jak wypadłem w videoanalizie? W adidasach minimalistycznych tragedia - jak widać na zdjęciu obok. Walę piętą na chama, chociaż to buty stworzone dla ekstremistów śródstopia. Już wiem, dlaczego wyleczyły mnie z fascynacji bieganiem tzw. naturalnym. Janek K. z Ergo stwierdził, że wygląda to na zdjęciu jak chód sportowy :-)

W adidasach startowo-treningowych nieźle, punkt lądowania na pięcie, ale blisko śródstopia. Najlepiej w Brooksach, bo tam pięta jest ścięta i ląduję niemalże na śródstopiu czy też na płaskiej stopie.

Zacząłem szukać w internecie, czy nasz adidas (mamy umowę jak wiadomo, a baner stoi na stronie Kancelarii) nie zrobił takich butów. I znalazłem ich opis na Bieganie.pl: adidas Clima Cool Ride. A jak je zobaczyłem na obrazku, to się zorientowałem, że dokładnie takie buty ma na fitness MSŻ i bardzo je sobie chwali. Nie przyszło mi do głowy, że można w nich biegać. Ale skoro producentowi przyszło, to mam nadzieję, że będę miał kiedyś szansę.

Nie zmuszajmy ludzi do biegania tzw. naturalnego. Zmuszajmy producentów, żeby zerżnęli pięty w swoich butach.

23:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
poniedziałek, 21 maja 2012

Weekend fajnego biegania. Opowiem Wam po kolei, a potem wtrącę trzy grosze o butach. Czarnych z zielonym.

Piątek rano interwały na stadionie na Koncertowej. Bez kombinowania, sześć kilometrówek w tempie 3:35-3:37, co odpowiada mojemu obecnemu realnemu poziomowi w maratonie czyli 2:55. Tabela nie kłamie. Przerwy do trzech minut w lekkim marszu. Buty - czarne z zielonym.

1

Wróciłem do domu i odwiozłem córkę 3klasistkę do akademii Hakiela, gdyż jechali do Szczecina na turniej taneczny w randze Mistrzostw Polski. Potem praca, czytałem książki Jerzego Dudka, bo mam z nim mieć przyjemność wywiadu. Na razie Dudek przesuwa termin rozmowy, jak minister Nowak oddanie autostrad.

Wieczorem zaszaleliśmy z Moją Sportową Żoną na dziesiątej rocznicy ślubu Ady (4:00) i Tomka (3:26). Zagęszczenie biegaczy na metr kwadratowy było większe niż na trzydziestym kilometrze maratonu. Było tak fajnie, że nawet tańczyłem. Chyba. Wieczór zakończył się około czwartej. Rano.

Napis na koszulkach chyba niewidoczny. "Przebiegłem dychę z Adą", "Przebiegłam dychę z Tomkiem". Szykujcie się na maraton :-)

W sobotę MSŻ pojechała na studia sportowe, a my z Kamilem wybraliśmy się po pozostawione na imprezie samochody. Wyszło 18 kilometrów pierwszego zakresu. Buty - czarne z zielonym.

Niedziela. Bieganie po starej, dobrej Puszczy Kampinoskiej. Razem z Wojtkiem (tak, tym samym co w "Ojciec.prl") na rowerze. Przetarliśmy nowe ścieżki, nigdy jeszcze nie robiłem skrótu z Palmir do Janówka. Potem urokliwe jeziorka koło Zaborówka. Chciałbym to kiedyś pokazać MSŻ, ale ona wbiła sobie do głowy, że Puszcza jest kijowa, więc tam nie pojedzie - i nie umiem tego pokonać. Dwie godziny, 23,5 km, ale chyba było ciut więcej, tylko las przekłamał. Tętno trochę powyżej 150, u mnie to jeszcze pierwszy zakres.

W nocy córka 3klasistka wróciła z sukcesem, 12-13 miejsce na 100 w jej kategorii wiekowej. Ale była na tyle zaspana, że radości z sukcesu nie było. A o siódmej rano odwiozłem ją na autobus na Mazury. Pojechali na tydzień na zieloną szkołę.

Ja też jadę już na bank na Maraton Mazury. Wymieniliśmy intencje wzajemnego wsparcia z panią dyrektor, więc z chęcią wszystkich zachęcam. Myślę, że to będzie piękny bieg, jeziorka będą bardziej niż te w Puszczy, Krutynia będzie się wić, lasy drzewić. Już się nie mogę doczekać 23 czerwca.

Po odwiezieniu córki podjechałem do Lasu Kabackiego na podbiegi. Sześć porządnych czterysetek w tempie maratońskim, bo w tempie z dziesiątki się nie dało, sorry. Potem jeszcze sześć krótkich serii skipów z krótkim i szybkim wybiegiem dla podbicia dynamiki. Buty - czarne z zielonym.

Zdaje się, że poprzednim wpisem o nienaturalności biegania naturalnego wywołałem małą burzę. Nie przypisuję sobie miana autorytetu podologiczno-podiatrycznego, może mylę się w swojej ocenie. Ale chciałem zadeklarować, że jestem absolutnie skarżyńskim konserwatystą. Lądujesz na pięcie, przetaczasz ciężar ciała przez stopę i wybijasz się ze śródstopia. Sylwetka ma być przy tym prosta, otwarta, praca rąk wzdłuż ciała, biodra wysoko, dalekie grzebnięcie nogą w przód i szybkie ściąganie jej, kiedy znajduje się z tyłu.

Wyobraźcie sobie wspinacza na ściance. No jak wchodzi? Odbija się mocno z nogi (czyli w tym wypadku kończyny tylnej) czy stara się jak najdalej sięgnąć ręką (kończyną przednią) i podciągnąć się do niej? Dla mnie bieganie jest jak wspinaczka tyle że w poziomie.

Dostałem na ten sezon dwie pary zwykłych butów biegowych od adidasa. Jedne, białe z pomarańczowym i srebrnymi paskami oraz kopytem pod spodem. A drugie w kolorach warszawskiego tramwaju czyli czerwono-żółte, startowo-treningowe. Z poprzedniego sezonu mam ten model - adizero - w kolorach Kancelarii czyli czarno-zielonych. I te właśnie buty lubię najbardziej, obok Brooksów Pure. Biegam w nich po skarżyńsku, a nie ciążą na nodze, nie kopytkują, nie poduszkują tylko współpracują. Mają przy tym agresywniejszy od Brooksów bieżnik, nadają się dla mnie na wszystko - Puszczę, szosę, bieżnię, starty.

1

Adizero wyglądają tak. W środku nogi MSŻ, bo są ładniejsze od moich. Zdjęcie na góralskim stepie MSŻ.

22:09, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
czwartek, 17 maja 2012

Kto hodował gupiki? Takie małe rybki akwariowe rozpowszechnione w PRL-u, pamiętacie? Samiczki brzydkie jak noc i szare jak rzeczywistość, duże, większe od samców, pływały po akwarium jak autorytety. Samczyki mniejsze, wyrywne, ubarwione fantazyjnie lub z płetwami w kształcie welonów, zawsze skore do zawodów i kopulacji. I wreszcie młode - bo gupiki były nadzwyczaj kotne, samice kociły się jak oszalałe, z jednego miotu nawet dwadzieścia młodych.

Niewiele brakowało, a przegapiłbym wiosenny weekend Polska Biega. Dyskutujemy tu na blogu jak samce z samicami, ostatni temat, czy samica biegając z samcem jest narażona na kontuzje, czy wręcz przeciwnie będzie się rozwijać i ubarwiać. Moim zdaniem bardziej jest narażona, bo samiec jest zazwyczaj szybszy i samica chcąc mu towarzyszyć trenuje non stop w drugim zakresie czyli tempie swim. Oczywiście to średnia statystyczna, może być tak, że samica jest szybsza i zajeździ samca. Lepiej biegać za wolno niż za szybko (chociaż nie przeginajcie tak jak ja, tempo wolnych wybiegań powinno być o 30-60 sekund wolniejsze od maratońskiego, a nie o dwie i pół minuty).

A co z narybkiem? Narybek właśnie się rodzi. Ci, którzy pierwszy raz wystartują gdzieś w Polsce w polskobiegowym biegu w ten weekend. A może nie pierwszy raz, może już któryś, ale dopiero teraz połkną haczyk. Zmienią swój styl życia, odkryją nowe przyjemności np. z pokonania kryzysu na 25. kilometrze maratonu. To jest siła, prawda Ada?! Zwykły gupik czuje się potem jak rekin, szczupak i ryba piła w jednym.

Narybku! Witajcie na szerokich wodach. Biegajcie, bo bieganie jest najbardziej naturalną formą ruchu. Jest sportem naturalnym.

Imprez w polskobiegowy weekend - takich nieprofesjonalnych, darmowych, społecznych, spontanicznych - jest z roku na rok coraz więcej. Wczoraj Małgosia S. przesłała mi sms-a z szatańskim uśmiechem, że liczba wzrosła już do 666. Odpisałem, żeby może zamknąć zapisy. Ostatecznie będzie ponad 700 biegów. Jeden na trzy gminy, rzeczywiście da się pobiec w każdej okolicy, a często nawet można by dojść marszem na miejsce startu. To też ostatnio popularny temat dyskusji, stąd aluzja.

Ja się natomiast wyleczyłem. Z dwuletniej fascynacji. Nie bójcie się, nie chodzi o Moją Sportową Żonę, kochamy się już siedem lat, niedawno obchodziliśmy trzecią rocznicę ślubu na zakończenie sztafety Polska Biega z Piątku do Częstochowy. Wyleczyłem się z fascynacji bieganiem naturalnym.

Człowiek nie jest stworzony do biegania na śródstopiu czyli jak niektórzy mówią na palcach, czyli jak to kiedyś nazwaliśmy z Dzikim - pasikonikiem. Człowiek ląduje na pięcie, przetacza ciężar ciała przez stopę do przodu i odbija się ze śródstopia.

Podopieczny Piotr lądując mimowolnie zresztą na śródstopiu doprowadził się do kontuzji mięśni piszczelowych. Myślałem nad tym kilka miesięcy, aż zobaczyłem Piotra w lesie. To nie ma sensu.

1

Wyleczyły mnie buty, adidas oczywiście, absolutnie minimalistyczne, jak fajffingersy. Wyglądają jak widzicie.

Długo się wzbraniałem przed ich założeniem, ale niesłusznie. Leżą na nodze kapitalnie, lekkie jak piórko, chodzi się w nich fantastycznie.

Pierwszymi treningami byłem zachwycony - bolały nowe mięśnie, a jak boli, to znaczy, że się uaktywnia, wzmacnia. Zacząłem w nich biegać wszystko: siłę, długie, krótkie. Najgorzej było na długich, regularny ból mięśni czworogłowych ud i kolan. A jak kolana są przeciążone, to już naprawdę bije dzwon. Najgorzej, jeśli biegałem po twardym - wtedy naprawdę bolały stawy. A ja przecież nie na darmo mam ksywkę Szkielet, bo nie mam BMI.

Biegałem w Brooksach Pure albo Nike Free z pieśnią o bieganiu naturalnym na ustach. Ale przecież nie biegałem w nich pasikonikiem. Moja minimalna waga i minimalna amortyzacja w postaci piankowej, przemyślanej podeszwy w takich butach - to było to. Adidas adipure stworzone czysto do biegania naturalnego, wyleczyły mnie z tej bajki.

2

Teraz myślę tak: każdemu tyle amortyzacji, ile potrzebuje. Masz kenijskie BMI - możesz biegać w butach free. Jesteś na razie małym słonikiem - kup jednak buty na słoninie. Nie bardzo grubej, ale jednak musisz zapewnić sobie trochę więcej amortyzacji niż mówi naturalna ideologia.

Do biegania naturalnego czuję wciąż bardzo dużo sympatii. Ta rewolucja powstrzymała producentów przed wyścigiem zbrojeń, amortyzacji i wzmocnień. Mniej znaczy lepiej. Ale mniej nie znaczy "za mało". Z bogatej gamy, w którą wyposażył nas adidas, najlepiej biega mi się w adizero (pokażę na zdjęciu niebawem) - butach startowo treningowych, lekkich, ale jednak tradycyjnych. Świetnie czuję się też we wspomnianych Brooksach i Nike'ach, naturalnych, ale bez ortodoksji. Nie mogę się doczekać, kiedy adidas wyprodukuje taki model.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie ze środowego treningu. Fotografem był Daniel Źrebak, przebiegliśmy w deszczu godzinę z haczykiem po 5:00. Kurteczka od adidasa, fajna? Leginsy też adidas, ale z przeszłości, za własne pieniądze naturalnie.

19:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (121) »
poniedziałek, 14 maja 2012

Dzień sportu, hurra, dzień sportu w Szkole Podstawowej im. Marii Kann. Sobota, ale wstaję wcześniej, żeby zrobić trening - pół godziny interwałów. Zamiast ulubionych 6 razy 3 min. szybko robię 4 razy 5 min. szybko, bo Daniels pisze, żeby dłużej utrzymywać pracę ze swoim VO2max. Ale wychodzi niestety VO2submax, zamiast tempa 3:35 ledwo udaje mi się uciągnąć 3:50.

Trudno, pała z treningu, ale zaraz dzień sportu. Idziemy z Moją Sportową Żoną w dresach (zgadnijcie jakiej firmy na a.) i logo Kancelarii Sportowej na plecach. A w szkole festiwal kreacji. Szpilki, dżinsy, marynarki, żakiety. Wiadomo, że skoro dzień sportu, to przeciętna Polka idzie w szpilkach.

Program dnia jeszcze bardziej sportowy. Najpierw kółko teatralne wystawia sztukę. Dzieci patrzą, rodzice się gremialnie nudzą, poza rodzicami kilkorga występujących akurat dzieci. Potem przedstawienie muzyczne klasy córki 3klasistki, więc my się z MSŻ nie nudzimy, ale wszystko wciąż nie ma w sobie więcej sportu niż Jarosław Kaczyński i jego kot razem wzięci.

Potem dzieci mogą sobie iść do różnych sal. W jednej są łamigłówki, w drugiej szachy, znany sport olimpijski, w trzeciej jakieś malowanie czy inna plastyka. No i kuchnia, w której sprzedawane są po kawałku ciasta upieczone przez mamy, a pieniądze pójdą na szczytny cel.

Przepraszam za te detale, ale to jest dzień sportu. To jest nasz wielki narodowy dramat. To tak jakby zrobić święto teatru dramatycznego, a na scenie zorganizować telezakupy. Zrobić dzień muzyki, a w nim pokaz gotowania z Pascalem. Dzień poezji z gwiazdami tańczącymi na lodzie.

Na samym końcu korytarza była sala gimnastyczna. Tam przewidziano mecze rodzice kontra nauczyciele najpierw w koszykówkę (nie umiem, nie lubię), potem w nogę (raczej lubię, ale bardziej nie umiem), a na końcu w siatkę (lubię na tyle, że nie przeszkadza mi, że nie za bardzo umiem). Poodbijaliśmy najpierw z MSŻ i Andrzejem-maratończykiem z naszej klasy, a potem uzbierała się dwunastka na mecz. W setach 0:3, ale liczy się udział jak na olimpiadzie. Chętnie grałbym częściej w siatkówkę, ale wymaga to znalezienia 11, a przynajmniej 7 chętnych dodatkowo. A pobiegać można samemu.

W piątek półtorej godziny po jakieś 5:05-5:10 po Lesie Kabackim. Zaczęliśmy z Dzikim, ale chyba pierwszy raz w życiu Dziki chciał biec wolniej niż ja, bo pod Rzeźnika, więc się rozbiegliśmy.

A tydzień zacząłem od siły biegowej. Musiałem to zrobić po drodze do pracy i znalazłem fajny podbieg, z trzysta metrów po Arbuzowej, tam gdzie wbiegaliśmy na Ursynów na maratonie. W dodatku w bok idzie dzika ścieżka pod skarpą - tam zrobiłem sześć ścieżek zdrowia - marsz z wypadami, marsz dynamiczny, skip A. A potem sześć dwustumetrowych podbiegów. Przywróciły mi radość treningów, bo tempa ładne, około 3:30, a to przecież pod górkę.

Przyszły dziś zamówione przez Kancelarię taśmy Thera-Band, inna jakość niż jedna zerwana taśma-podróbka z którą ćwiczę od paru tygodni. Zapisałem się na szkolenie do MSŻ, ale nie dziś, bo dziś jak tylko MSŻ wróci ze swojego fitnessu, mamy zaproszenie (dzięki Tomik) na koncert Incarnations.

Lubię ich od roku. Najpierw usłyszałem taki cover:

A jak kupiłem ich pierwszą płytę, to zagrała tak:

Kolejny dzień sportu skończymy kulturą.

 

19:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (64) »
czwartek, 10 maja 2012

Maszyna koło maszyny, sztanga przy sztandze. Lekki półmrok wprowadza szemrany klimat, a ściany z cegieł dodają surowości. Faceci przychodzą tu zrobić konkretną robotę: biceps, triceps, najszerszy. Albo klatę, bo klata rozwinięta jak u goryla to kwintesencja męskości. Goryl nawiasem mówiąc ma bardzo mały penis, pamiętam z wywiadu z dyrektorem zoo.

Umówiłem się dziś na trening z synem fotografem. Nie na mój trening - na jego trening. W jego ulubionej siłowni na naszych starych Bielanach. Siłownia nazywa się Hades.

Piekielny wysiłek zobaczyłem, kiedy syn fotograf położył się na ławeczce pod gryfem olimpijskim (20 kilo) nałożył dwa talerze (po 20 kilo każdy) i wycisnął 10 razy. Potem zdjęliśmy talerze, położyłem się pod gryfem i wycisnąłem skromne 20 kilo.

1

Syn fotograf miał swój plan treningu, dziś robił głównie piersiowy i biceps. A ja machnąłem pełną uwerturę - jedna-dwie serie na każdą partię mięśni.

- Wystarczy? - pytałem syna fotografa po 10 albo 20 powtórzeniach na różnych stacjach drogi siłowej.

- Wystarczy, kiedy nie będziesz już mógł i zrobisz jeszcze dwa powtórzenia.

1

Jak na amerykańskim filmie o weteranach z Wietnamu. To nie będzie moja bajka, moja legenda, moja subkultura. Ale myślę o użyteczności solidnych ćwiczeń wzmacniających dla rozwoju biegowego. Przestają mi mentalnie wystarczać wspięcia na palce i brzuszki.

Na razie Kancelaria zakupiła 25 taśm Thera Band, jutro mają je wyekspediować kurierem. Moja Sportowa Żona obiecała mi prywatne szkolenie i będziemy się wzmacniać na treningach z bankowcami, ubezpieczeniowcami i innych spontanach.

Z biegania była od poniedziałku tylko siła. Dynamiczną, z piłkami lekarskimi, robili bankowcy i ubezpieczeniowcy, niestety na obu treningach była parzysta liczba uczestników, więc sobie nie porzucałem. A razem robiliśmy siłę biegową. Do tego doszło parę serii skipów z podopiecznym Piotrem w Lesie Kabackim, bo trenujemy w tych samych porach.

Siła to podstawa. Szykuję się trochę pod Bieg Ursynowa, ale bardziej myślę o maratonach. Mam w tym roku w planie jeszcze trzy. Na koniec czerwca Mazury Maraton - bo jak zobaczyłem, że można sobie pobiegać wzdłuż i wszerz Krutyni, to przybiegło do mnie tyle emocji, że się natychmiast zapisałem. Tu chciałbym pobiec ambitnie, ale realistycznie. Na początku września maraton w krynickim Festiwalu Biegowym - bo nas zaprosili, zostaliśmy partnerami, impreza do polecania bez wstydu. To będzie wolne długie wybieganie pod główny maraton roku.

A potem okaże się, kto osiągnie lepszy wynik na Stadionie Narodowym. Reprezentacja w czerwcu, czy ja we wrześniu.

21:19, wojciech.staszewski
Link Komentarze (123) »
poniedziałek, 07 maja 2012

Chyba mam dzisiaj okres. Dostałem miesiączki pierwszy raz w życiu, powinienem przynieść zwolnienie od lekarza albo od nieżyjącej mamusi, usiąść na ławce dla niećwiczących, powtarzać matmę albo gegrę - a nie uprawiać sport.

Zanim dalej będę bił w ten rozdzierający dzwon - dygresja. Napisałem słowo "uprawiać" i skojarzyło mi się z seksem, bo tak. I przypomniało mi się zdanie na jakie natrafiłem wczoraj w "Bieganiu metodą Gallowaya" w rozdziale "Czy dzieci powinny biegać" (s. 263): na temat wieku 13-18 lat: "Zachęcaj dziecko także do innych form aktywności obok biegania - do nauki, muzyki, randek, pracy nad kroniką szkolną itd.".

Autentyk :-)

To jeszcze o źle napisanych książkach. Wczoraj wieczorem skończyłem książkę, którą stawiam na półce najgorszych książek przeczytanych w życiu - "Trzydziesty kilometr", powieść z wątkiem biegowym w tle. A dziś na bieganiu kończyłem jedną z najgorszych książek, jakie słuchałem w życiu "Ja, Anielica". Nie mam pewności, czy mi wolno pisać takie rzeczy, skoro nie jestem już bezstronny, sam uczestniczę w zawodach literackich - ale język tych książek jest tak zły, że nie mogłem wytrzymać. Jak wypracowanie. Pokaz infantylizmu biegowego (w pierwszym przypadku), a kobiecego w drugim. Wiki, która została diablicą kumpluje się z Lucyferem, arachaniołem Gabrielem i diabłem Beletem, który boi się gorejących mieczy. Też autentyk.

Biegało mi się dziś gorzej niż słucha się tej książki. Ale zaczęło się od lańska w ping ponga. Na wolnych było jeszcze jako tako. A potem zaczynamy mecz i jestem jak chłopiec z drewna z patelnią zamiast rakietki. Returny wywalam na aut, własnymi serwami zapraszam Dzikiego do skutecznych ataków. W pierwszym secie przy stanie 0:10 przypomniało mi się, jak Sabine Lisicki przy stanie 0:5 w gemach prosiła na korcie po polsku mamusię, że nie chce przegrać do zera w meczu z Radwańską i urwała honorowego gema. Ja urwałem nawet trzy punkty, ale co z tego, zaraz i tak było po secie.

W drugim stawiałem opór, w trzecim nie stawiałem, w czwartym prowadziłem już 8:6 i nagle stanąłem. Jak polskie siatkarki przerażone podświadomie perspektywą awansu na igrzyska. Przegrałem chyba do dziewięciu, a może nawet do ośmiu i było po meczu.

Dziwny jest ten sport.

Po meczu była rytualna cola i bieganie, żeby jeszcze o godzinę odwlec branie się za pracę. Chciałem zrobić łagodne BNP - pół godziny wolno (po 5:00), 15 minut w tempie maratońskim, 10 w półmaratońskim. Już na wolnym odcinku tempo każdego kilometra zjeżdżało niebezpiecznie do 5:15. Tempo maratońskie wyszło - ale z ostatniego maratonu, w którym ledwo się obroniłem przed Radwańską. Tempo półmaratońskie - gdzie tam, znów z 15 sekund obsuwy, chociaż półmaraton też spieprzyłem.

Jedno pocieszenie, że Ścieżka Canaletta nad Wisłą piękna. W Stołecznej piszą, że przetrzebiona, ale to chyba tylko koło zoo. Bliżej stadionu zielono do szaleństwa, pachnie organiczną wiosną, rzeka jak marzenie. I widok, jaki odmalował Canaletto na tych rycinach z podręczników szkolnych. Chciałbym tę nazwę podlansować, dlatego jest w tytule.

Nie zawsze można się ucieszyć czasem, wynikami, czystym sportem. Ale zawsze można się ucieszyć na bieganiu.

21:38, wojciech.staszewski
Link Komentarze (105) »
czwartek, 03 maja 2012

Jeszcze Polska nie zginęła... Rano z córką 3klasistką wywiesiliśmy na balkonie flagę, a potem ruszyliśmy całą rodziną na Bieg Konstytucji.

Kiedy przed biegiem śpiewamy hymn, zawsze robi mi się podniośle. To jest chyba ten moment, kiedy kończy mi się przedstartowa trema, jak przed egzaminem. Nie wiem, czym się dziś od rana denerwowałem, bo ten start miał być absolutnie kontrolny, na luzie, bez napinania się, bez namiastki BPS-u, bez interwałów pod superkompensację. Ale się denerwowałem.

We wtorek pojechaliśmy nad wodę do Kącka, gdzie Moja Sportowa Żona z niedawno poznaną Dominiką na przemian się wylegiwały i pławiły oraz dały się namówić na siatkówkę, a mnie udało się jeszcze poćwiczyć z taśmą Thera-Band i zrobić godzinne wybieganie w lasach koło Wiązowny, tych, które które mijamy zawsze na półmaratonie. Córka 3klasistka głównie się pławiła.

Biegłem w tempie 5:00, czyli tak jak Kuba Beztlen pisze. Na piątej ścieżce postanowiłem już wcześniej porzucić ultrawolne tempa i ultradługie bieganie. U Danielsa jest przewidziane dla mnie 5:00, to będę się tego mniej więcej trzymał.

O innych punktach narysowanych przez Kubę Beztlena będę musiał pomedytować, bo nie do końca mnie przekonują. Widzę już drogę, którą chciałbym dobiec na Stadion Narodowy 30 września (bo tam będzie meta Maratonu W.), ale tempa run - obojętne czy nazwiemy je drugim zakresem, czy dajmy na to siódmym - za wiele na niej nie widzę. Ale Kuba, fajnie że się pojawiłeś, nie uważam, że mam patent na jedynie słuszną rację. Przyszło mi nawet do głowy, że skoro trenujesz Jurka Magierowskiego, a więc przyjmujesz amatorów, to w październiku chętnie zgłosiłbym się do Ciebie po plan o ile stawka nie przekroczy moich możliwości. Bo tylko stykając się z innym myśleniem można rozwijać swoje, szukać, błądzić, docierać, osiągać. A o to - przynajmniej dla mnie - w bieganiu chodzi.

Jurka M. widziałem ostatni raz w Łodzi na dziesiątym kilometrze maratonu. Wczoraj odbiegł mi momentalnie. Podobnie jak Szymon D., który dotarł do mety 12 sekund przede mną. Podobnie jak Piotrek K. (nie mylić z Dzikim), który oddalał się ode mnie na podbiegu, bo z pełną świadomością na podbiegu zwolniłem tracąc na 400-metrowym podbiegu dobre 20 sekund, żeby się nie zakwasić na początku. Na górę dobiegł ze mną Podopieczny Bartek, potem dziękował, że go przytrzymałem, bo sam wyrwałby bardziej.

Ja wyrwałem na górze. Kolejny kilometr o 20 sekund szybszy, ale Piotrek K. ciągle przede mną. Doszedłem go na zbiegu, bo jestem mistrzem świata w zbieganiu, wtedy najwięcej ludzi wyprzedzam. To chyba pamięć ruchowa sięgająca schodzenia z Rysianki do Sopotni Małej z ojcem trzydzieści lat temu, wtedy wymyśliłem, żeby z góry zamiast nudnego schodzenia zbiegać.

Potem dwa kilometry w normie i wynik w normie - 18:30. Piotrek K. tylko 6 sekund za mną. Przyjemnie jest z kimś z etatowych rywali wygrać i jeszcze zająć 32. miejsce na dwa tysiące biegaczy. Zmieściłem się w dwóch procentach.

Po biegu usiedliśmy w knajpce na stadionie Legii Warszawa (jeszcze zanim Legia wywiesiła w Gdańsku białą flagę). Bierzcie tam colę, bierzcie lody, ale kremu ze świeżych pomidorów nie zamawiajcie. MSŻ oddała zupę mi, a ja chociaż nie jestem wybredny oddałem Wojtkowi, który nie biega, ale jeździ na rowerze i właśnie przyjechał na bieg z Bielan. Wojtek też nie dokończył, a Tomek (wszyscy się znamy z liceum) już nie próbował podchodzić. Tomek wystartował dziś pierwszy raz w życiu w biegu, po czterech "treningach" z synem złamał trochę 30 minut.

Bartek pobiegł rewelacyjnie, 19:02. Tomik 22:00, też życiówka. Jarek, podopieczny z RBS-u i Polsatu zarazem złamał o wymarzone dwie sekundy 20 minut, życiówka. Nie zawsze uda mi się pobiec dobrze - choć tym razem nie było najgorzej - ale zawsze mam się z czego za metą ucieszyć.

Ale w swojej sprawie flagi nie wywieszam. Atak na 2:45 w Warszawie, choć szanse mam mniejsze niż Insurekcja Kościuszkowska, podtrzymuję.

23:44, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
| < Wrzesień 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam