Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 14 lutego 2013

Wstaje rano i biegnie z dzieckiem na barana do przedszkola. Do pracy - w dużym fast foodzie przy autostradzie - dojeżdża na rowerze albo biegnie po leśnych drogach. Podbiegi robi na schodach przy wyjściu z ewakuacyjnym na autostradę, a interwały na drodze dojazdowej, bo tam jest asfalt. W maratonie w Łodzi spróbuje znów zaatakować granicę trzech godzin i nie jest bez szans.

W poniedziałek byłem w ciekawej delegacji. Jedna rozmowa w Poznaniu o pracy w korporacji (piszę tekst o tych, co odeszli z korporacji z własnej lub korporacyjnej woli), zresztą z maratończykiem. I dwie - jedna też w Poznaniu, a druga pod Łodzią - z ludźmi, dla których bieganie to coś więcej niż bieganie. Agata ma determinację, którą wyżej opisałem - i to od dziecka, a że to dzieciństwo, o jakim warto napisać, przeczytacie za jakiś czas w Dużym Tablecie.

A Tomek z Poznania biega po zawale. Tu nie ma żartów.

Poniedziałek był więc dniem o bieganiu - bez biegania.

Wtorek - siła z bankowcami, konkretne podbiegi na Agrykoli, zrobiliśmy piramidkę. Jeśli macie dosyć biegania po 8 albo 10 razy tego samego, pobawcie się bieganiem: 30 s., 45 s., 1 min., 1 min. 15 s., 1 min. 30 s., 1 min. 15 s., 1 min., 45 s., 30 s. Nigdy trzydziestosekundowy podbieg nie jest tak łatwy, jak na koniec takiego treningu.

Środa - kros z ubezpieczeniowcami. Kros to dla mnie odkrycie sezonu. Odkryłem go w parku przy Korotyńskiego na Ochocie, są tam pewne imitacje pagórków. Trochę za długie i za strome, ale cóż człowiek nie zawsze biega tak, jak ma ochotę.

Szatan we mnie wstąpił na tym krosie. W przerwach między jedną strefą pagórków, a drugą porobiliśmy męczące ćwiczenia siły biegowej - marsze dynamiczne i wykroczne, wskakiwanie na schody i zeskoki ze schodów. A dla odpoczynku - odpoczynku dla serca - wspięcia na palce, żeby domęczyć łydkę.

Robię teraz, trochę niechcący bardzo dużo siły. Ciekawe jak mi się to przełoży na szybkość? Bo wiecie, że uderzę w mentorski ton, że szybkość się bierze z siły? I że zima to pora podbiegów, a wiosna - pora interwałów.

W piątek będzie długie wybieganie, a w sobotę - do trzech razy Choszczówka.

hsPoza bieganiem popracowałem trochę jako dziennikarz. W środę poszedłem na konferencję maratonu Orlen-Warszawa. Nie mogę poczuć tego święta, co przed jesiennym Maratonem Warszawskim. Ale zobaczyłem za to Henryka Szosta z bliska. Na zdjęciu obok Henryk Szost w dwóch osobach.

Mam maratoński plan na życiówkę w maratonie. Zrobię ją wiosną 2014 r. w Łodzi, bo trasa tam wygląda na szybszą niż w Warszawie. Teraz na Orlenie mam cel: złamać z zapasem trójkę. Na jesieni w Warszawie spróbuję się szarpnąć na życiówkę, ale czuję, że się nie uda. Poprawka w Poznaniu nie ma sensu (chociaż nie wykluczam, że to bez sensu zrobię), a we Frankfurcie nie ma możliwości. Ale pociągnę na jesieni treningi bez roztrenowania. Zrobiłem tak raz parę lat temu i była "wiosna nasza". I będzie - autostradą do Łodzi i bój ostatni.

Maraton uczy człowieka długodystansowego myślenia. Dobrze jest mieć długofalowy plan, ale też życie uczy, że czasem plany się zmieniają. Ja np. myślałem, że do mety będę biegającym dziennikarzem. Meta.

17:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (87) »
poniedziałek, 11 lutego 2013

Co będzie z dziennikarstwem? I dlaczego jest jak jest? Szukacie mędrca, żeby to powiedział? To nie tutaj, bo tu się nie mądrzy, tylko się biega.

Ale wywołany do odpowiedzi, nakłaniany też przez podblogowych znajomych zakładam buty do biegania i napiszę kilka akapitów. Tylko nie z pozycji mędrca, ale tego faceta z długą brodą biegnącego przez Stany z zachodniego wybrzeża na wschodnie albo odwrotnie. Bo ja jestem od biegania, przeżywania osobistych doświadczeń i dzielenia się tym wszystkim – a nie od orzekania czy wyrokowania. Bardziej od pytań niż od odpowiedzi. Bardziej jak Forrest Gump.

Pytam się, czy rzeczywiście tak jest, że dziennikarstwo jest coraz gorsze. Z jednej strony gołym okiem widać głupią łatwość programów z cyklu „napuszczanie polityków na siebie” i czysty kretynizm newsa, kto odśnieża celebrytce Kindze R. nowy samochód.  Ale z drugiej jak czytam reportaże Jacka Hugo-Badera, zwłaszcza te uczestniczące, w których Jacek wchodzi w historię, jak pamiętam tekst Leszka Talki o grach rule-games – to kiedyś takich tekstów nie było. Chylę głowę przed Juliuszem Słowackim, Stefanem Żeromskim i starą polską szkołą reportażu – ale wolę nowoczesny język, atrakcyjną formę współczesnego reportażu.

Powiecie, że to było 10 lat temu. Nie! A przynajmniej nie do końca. Teraz nie stać nas, reporterów, na inwestowanie tyle czasu w materiał, bo dostaniemy za niego marne grosze. Ale nie tylko o to chodzi. Wszystko przyspiesza. Teksty są szybsze, bardziej dynamiczne. Czytaliście w styczniu, jak Grzesiek Szymanik zapisywał się do NOP-u? Albo fantastyczną rozmowę Doroty Wodeckiej z ekspertem Jackiem W. o polskiej mitologii narodowej w Magazynie Świątecznym? Taki tekst bije na głowę stare dziennikarstwo! Gdzie byśmy 10 czy 50 lat temu eksperta, który potrafi być tak blisko życia, mówiącego i z sensem, i po ludzku, a nie naukową nowomową? I dziennikarza, który potrafi to z niego wydobyć?

Stołeczną weźmy. To nie jest tak, że teksty o studzienkach kanalizacyjnych były i są takie same. Kiedyś było o posiedzeniach rad dzielnicy, dziś są przeciekawe informacje o parku nad tunelem na Ursynowie albo o wyrastających jak grzyby fotoradarach. Wolę nowoczesne dziennikarstwo lokalne skupione na sprawach ludzi, a nie sprawach władzy.

Idiotyczne niusy na plotku. Tak, tak, wiemy, wiemy. Ale goła baba zawsze była, PRL-owskie tygodniki Perspektywy i Przegląd Techniczny też zamieszczały zawsze takie zdjęcie, pamiętam. Dziś baba nie musi się nawet do końca rozebrać, tworzy swój wizerunek inaczej. Kto nigdy nie klinknął na hasło „piersi Anny Muchy”, niech pierwszy rzuci laptopem.

Jest gorzej? Jest. Ale czy tylko gorzej? Nie.  Jaka jest prawda? Nie ma prawdy, są tylko obserwacje.

Skąd kryzys finansowy dziennikarstwa? Wiadomo: załatwił nas internet, w którym „wszystko” jest za darmo. I w którym portal o pierdzeniu założony za tysiąc złotych, może osiągnąć klikalność wyższą od najpowszechniejszych tygodników. Mniej przychodów, w dodatku gorszy pieniądz wypiera lepszy jak u Kopernika. Trzeba wprowadzić płatne treści i wrócimy do monetarnego raju. „Gazeta” zaczęła to wreszcie robić przez Piano i widzimy światełko w tunelu.

Ale czy na pewno to jest tunel do przyszłości? Przecież radia albo telewizje komercyjne mają wyłącznie dochody z reklam. Dlaczego z gazetami ma być inaczej? Z portalami? Tym bardziej, że, jak wykładał mi na wspólnym niedzielnym bieganiu mój przyjaciel Kamil, w media zgodnie z teorią konwergencji upodabniają się do siebie. Coraz trudniej odróżnić radio od gazety, bo oba media tworzą portale, w dodatku publikując na nich filmiki, a telewizję też zaczynamy oglądać w internecie.

Zaczęliśmy z Kamilem fantazjować w środku Lasu Kabackiego. A może płatne treści w internecie, to błąd, a ich upowszechnienie, to mrzonka? Może powinno być, jak z filmikami na youtube – możesz wejść za darmo w każdy tekst, ale przedtem musisz obejrzeć 15-sekundową reklamę, która będzie odpowiednio kosztowała? Nie wiem, czy to jest dobry pomysł, ale wiem, że ludzie zarządzający mediami powinni wpaść na 100 takich pomysłów, przeanalizować je i przetestować.

Kamil odpowiedział na to jeszcze większą abstrakcją, którą podpowiedziała mu znajoma dziennikarka. Może kiedyś dziennikarze będą mieli kontrakty z firmami? Będą pracowali w gazetach/portalach, za niewielką wierszówkę pisali teksty na każdy temat, ale podpisywali się pseudonimem np. Staszek Nissan Staszewski. A koncern będzie za to płacił – legalnie, za zgodą wydawcy i wszelkich rad etyki.

W odpowiedzi rzuciłem swoją wizję – że dziennikarze będą pracować w pi-arze, przygotowywać teksty na zlecenie. Zainspirował mnie do tego ubiegłoroczny Susz Triathlon, o którym agencja PR-owska przygotowała informację nie gorszą, niż mógł napisać najbystrzejszy dziennikarz po konferencji prasowej. A co z dziennikarstwem śledczym, politycznym? Nie wiem, ale może na ręce rządowi będą patrzeć dziennikarze zatrudnieni na zlecenie partii opozycyjnej? Nie chciałbym takiego świata, ale nie wiem, czy on się nie wyłoni z mgły.

Dzieje się rewolucja medialna, surfing na morzu. Kto wypłynie, kto się utrzyma na fali? Nie wiem, pytajcie mędrców. Ale każdy mędrzec, który da odpowiedź w sekundzie zmieni się w głupca – bo nie ma tu jeszcze odpowiedzi, są tylko pytania.

Jak żyć? Jak teraz żyć? Jak być dziennikarzem? Przyzwyczailiśmy się do pewnej hierarchii. Można dużo wypisywać po forach, że dziennikarstwo to prostytucja, ale od lat dziennikarze zajmowali wysoką pozycję w hierarchii społecznej. To był prestiżowy zawód i przyzwyczailiśmy się do zarobków na poziomie tego prestiżu. Nie w każdej gazecie, nie wszyscy – ale jednak w Realu, jednak w telewizji, jednak Ci z doświadczeniem albo staroświecko mówiąc „z nazwiskiem” zarabiali dobrze. Reporter z Warszawy albo pan z telewizji był kimś, zresztą pan z telewizji zawsze bardziej.

Teraz spadliśmy z dziesiątego piętra i obijamy się o dolne balkony. Nie Staszewski, bo Staszewski biegnie równoległą ścieżką Kancelarii Sportowej i nie frustruje się na widok wypłaty, jak Adaś Miauczyński w Dniu Świra. Tysięczny raz napiszę, że problem nie w tym, że Staszewski nie może sobie pojechać do Frankfurtu – bo nie musi wcale tam wystartować. Tylko w tym, że uważam, że taki dziennikarz jak Staszewski, a wielu jest takich, powinien bez problemu móc polecieć sobie z rodziną na dowolny europejski maraton.

Pytań jest tu wiele: czy dziennikarstwo jest w stanie utrzymać na przyzwoitym poziomie tylko Tomasza Lisa i Monikę Olejnik? Na ilu górnych piętrach piramidy można osiągać przyzwoite – a dla tych, co nie mają na rachunki to „nieprzyzwoite” – zarobki? Czy można jeszcze utrzymywać się na poziomie z dziennikarstwa, czy trzeba być dziennikarskim celebrytą? Albo łączyć dziennikarstwo z inną pracą?

O żenujących zarobkach w telewizji esemesowaliśmy w zeszłym tygodniu z innym moim biegającym przyjacielem. Oraz  o tenisie, bo biegający kupił sobie właśnie rakietę tenisową. „Za pieniądze z własnej firmy, bo te z telewizji nie wystarczyły nawet na jedzenie”.

I jeszcze jedno pytanie, które już wpisałem w poprzednim odcinku: czy zarabiając powyżej średniej krajowej przyzwoity człowiek ma prawo uważać, że powinien zarabiać więcej? Kiedy ludziom nie starcza na podstawowe potrzeby, kiedy nie jeżdżą na wakacje, nie chodzą do kina? Kiedy są w Polsce dzieci niedożywione, zaniedbane, chore?

To pierwsze pytanie, na które potrafię sobie udzielić odpowiedzi: moim zdaniem można. Każdy może mieć inne zdanie. Neosocjaliści powiedzą, że to chamstwo, burżujstwo, że mi woda sodowa albo sushi do głowy uderza. Neoliberałowie powiedzą, że zarabia się tyle, na ile rynek pozwala. A dziennikarzom pozwala na coraz mniej – i tu dostaję cios w miękkie, neoliberalne podbrzusze, że „jak górnicy strajkowali, to była konieczność dziejowa, a jak dziennikarzom spadają pensje, to co?”.

Celne. Ale jeśli ktoś czytał mój wpis z poniedziałku po to, żeby zrozumieć, a nie po to, żeby przywalić – to zobaczył moje wątpliwości. Jako neoliberał jestem za niewidzialną ręką rynku, bo wierzę w wolność. Jako człowiek pamiętam refleksje nauczycieli, których ta ręka walnęła po tyłku 20 lat temu. Jako dziennikarz widzę, że nie ma nigdzie idealnie wolnego rynku, państwo ma do dyspozycji dotacje, subwencje, zwolnienia podatkowe, licencje, opłaty, cały arsenał do uzbrojenia niewidzialnej ręki. Jako człowiek myślący zastanawiam się na ile należy wpływać na wolny rynek – europejskie rządy próbowały zrobić to przez ACTA, nie wiadomo, czy słusznie, ale się o tym nie przekonaliśmy, bo młodzież  wyskakała im to z głowy.

Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Ale jako dziennikarz mogę głośno pisać o swoich wątpliwościach. I stawiać pytania, bo wolę to niż dawanie odpowiedzi.

Jako praktykujący neoliberał daję radę, dzięki Kancelarii Sportowej mam życie, z którego jestem zadowolony. Ale jako dziennikarz widzę, że niewidzialna ręka popełnia błąd ukręcając łeb dziennikarstwu. To coś jak z demokracją – jest najlepszym z ustrojów, ale zdarza jej się czasem błąd dopuszczający do władzy głupca, szkodnika albo zbrodniarza.

Świat, w którym dziennikarzy zastąpią hobbyści albo PR-owcy wydaje mi się gorszy od dzisiejszego. Ale może starożytnym Rzymianom świat, w którym rugby zastąpi walki gladiatorów, też wydawał się nie do przyjęcia?

A może to nie błąd, tylko jakaś przejściowa faza? Może, tylko nie wiemy, jak wygląda drugi brzeg. Nikt nie wie, co jest za Morzem Czerwonym.

To mniej więcej tyle. Mam nadzieję, że zostawiłem jeszcze miejsce na parę pytań, jak mawia prof. Johnson.

Chcecie odpowiedzi ? Pytajcie mędrców, publicystów, dziennikarskich celebrytów na każdy temat.  Mnie bliższe jest osobiste doświadczenie, którym lubię się głośno podzielić. Bliższa mi jest perspektywa przeżywania, doświadczania, Forresta Gumpa.

Nie kupowałem nigdy tej metafory, że życie jest jak pudełko czekoladek. Życie jest jak pudełko z butami do biegania. Od Ciebie zależy, czy je wyjmiesz i będziesz biec.



00:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (59) »
czwartek, 07 lutego 2013

Trzy treningi siły biegowej pod rząd, tak wyszło. Więc tak łatwo się nie dam.

Zanim przebiegnę nad tym wszystkim do porządku dziennego kilka słów do wszystkich wycieczek, które zaparkowały tu autokarami.

Po pierwsze Staszewski się nie żali, nie skamle, nie płacze. Wręcz przeciwnie, mam teraz chyba najzasobniejszy okres w swoim życiu - bo odpadły mi wydatki na dwójkę dorosłych już dzieci, a doszły dochody z Kancelarii Sportowej. Na sushi starcza (choć dawno nie zamawialiśmy), a dziś Moja Sportowa Żona na zakupach w supermarkecie demonstracyjnie chyba kupiła mi słoiczek kawioru i to niezłego.

Po drugie o maratonie we Frankfurcie (na który nas nie stać) albo o weekendach nad Śniardwami (na które nas stać) możemy w ogóle myśleć nie dzięki moim zarobkom w dziennikarstwie, tylko dzięki dodatkowej pracy w Kancelarii. Na to nie mam w sobie zgody - bo dziennikarza z pierwszego składu Realu Madryt lub Realu Sarragossa powinno być stać na więcej niż piłkarza z Lechii Gdańsk.

Po trzecie nie uważam, żeby to było niesprawiedliwe, bo sprawiedliwość odwołuje się do jakiejś instancji, która miałaby ją zaprowadzić - sądu, rządu albo Boga (jeśli jest). Nie mi sądzić o sprawiedliwości, to jest moim zdaniem błąd systemu. Matrix się zaciął i nie da się tego obiec, trzeba przez to przejść.

Po czwarte problem sprowadza się do pytania: czy przyzwoity człowiek zarabiając na etacie jednak więcej niż średnia krajowa (sprawdziłem dziś średnią) może uważać, że powinien zarabiać więcej? I to w sytuacji, kiedy są w kraju głodne dzieci albo rodziny, którym nie starcza na rachunki. Otóż ja uważam, że może. I chciałem o tym głośno powiedzieć - stąd poniedziałkowy wpis. A moją przyzwoitość każdy może ocenić w tej sytuacji, jak chce.

Po to zostałem dziennikarzem, żeby głośno mówić.

Po pracy, tej etatowej, miałem w tym tygodniu trzy treningi w ramach pracy, tej dodatkowej. We wtorek z RBS-em - zrobiliśmy kros po skarpie koło Agrykoli, a wcześniej cztery razy schody. Czyli siła biegowa. W środę Uniqa, która nie przestraszyła się ani zimy, ani nie przeszkodziły jej ferie i stawiła się w pełnym składzie. Zrobiliśmy regularne 10 podbiegów po 45 s. na Górce Szczęśliwickiej. Trochę się oszczędzałem biegając raz z szybszymi, a raz z wolniejszymi. Ale między podbiegami robiliśmy po jednym ćwiczeniu wzmacniającym, więc łydkom nie pomogło nawet rozciąganie. Chciałem wcześniej pobiegać pół godziny, żeby trochę rozwodnić ten bodziec - ale nie starczyło czasu, musiałem dłużej posiedzieć w gazecie nad tekstem o Tenzing Hillary Everest Marathon.

A dziś z Cargillem zastępowałem naszego Jarka, któremu wypadło coś ważnego przy warszawskim maratonie Orlenu. Na płaskim de facto Polu Mokotowskim zrobiliśmy siłę bez górki. Przywiozłem w bagażniku pachołki (takie słupki, żeby nie zaczęli na wrażych blogach wypisywać, że Staszewski wozi pachołków w bagażniku) i wyznaczyłem kolejne odcinki: marsz z wypadami, podskoki obunóż czyli żabki, marsz dynamiczny, skip A, skip B, skip C i krótka przebieżka na koniec.

Mam w sobie teraz tyle siły, że jeśli wycieczki dalej chcą strzelać znikąd do wyciętej przez niewidzialne ręce rynku sylwetki Staszewskiego oklejonej w dodatku starymi gazetami - to proszę bardzo.

Siłę chciałem na koniec tygodnia przekuć w szybkość, zrobić postulowane tyle razy przez Beztlena tempo półmaratońskie (w wariancie 2 razy 12 minut i nie do końca w tempie na półmaraton, bo go za Chiny nie utrzymam teraz) - ale zima wróciła. I zamarzło, jak u Dukaja.

Szybsze bieganie - bo ze ściganiem - będzie za tydzień w Choszczówce w III edycji Rodzinnych Biegów Górskich. Dziki mówił mi po ping pongu (znów przegrałem, sromotne 1:4), że znów będzie Garmin 210 do wylosowania.

Wiem już chyba, gdzie skończę wiosenny sezon - półmaratonem w Radomiu. I edycja w tym roku - 23 czerwca. Szalenie mi się ten bieg spodobał, bo raz, że brakowało na koniec wiosny szybkiego półmaratonu w pobliżu Warszawy, a sto kilometrów to niedaleko. A dwa, że bieg ma historię w tle - radomski Czerwiec 76.

Byłem wtedy za mały, żeby rozumieć, ale pamiętam, jak pojechaliśmy tam rok później z moją mamą do dalszej rodziny. Ciotka podjęła nas bardzo uroczyście, w biednym mieście, na którym mściła się komuna nie było w sklepach niczego, dostałem wielki talerz makaronu z sosem grzybowym. Byłem wtedy na tyle duży, żeby rozumieć, jakie to wyrzeczenie, ale byłem niejadkiem i nie mogłem tego w siebie wmusić. Może dlatego uwielbiam dziś grzyby, synonim luksusu w Radomiu'77?

A po czerwcu będzie sierpień - III edycja naszego obozu biegowego w Rabce. Właśnie wstawiliśmy na stronie Kancelarii pełną informację. Można się zapisywać. W górach, jak to w górach - będzie dużo siły biegowej i wytrzymałości siłowej.

21:30, wojciech.staszewski
Link Komentarze (76) »
poniedziałek, 04 lutego 2013

Znajomi jadą na maraton do Frankfurtu, dobrzy znajomi. Wyprawa atrakcyjna, z żonami, weekend przedłużony o dwa dni, żeby przy okazji coś zobaczyć poza metą po 42 kilometrach. Mieliśmy jechać z Moją Sportową Żoną - ale nie pojedziemy. Bo nas na to nie stać.

I ja się na to nie zgadzam! Stąd ten wpis.

Koszty zostały już poprzycinane, tanie bilety lotnicze, naprawdę niedrogi hotel. Ale jak doliczysz jedzenie, picie (nie po to człowiek jedzie do Frankfurtu, żeby zabierać zupki chińskie i oranżadę w proszku), wpisowe na bieg, to wychodzi z 3,5-4 tys. pln od pary. To przekracza nasz status materialny.

Wstyd mi się zrobiło na początku. Ale jak czujesz wstyd to albo to ukryj bardzo głęboko, albo powiedz o tym całemu światu. Stąd ten wpis.

Jestem dziennikarzem gazety numer jeden w Polsce. Coś jakbym grał w Realu Madryt. Można być kibicem Barcelony, czytelnikiem innych opcji - ale że Gazeta to Real, to fakt. Pracuję w tej gazecie w najbardziej hołubionym dziale Magazyn Świąteczny/Duży Format. W rankingach publikowalności, efektywności, finansowości jestem w moim dziale raczej w górnej niż w dolnej strefie. A jeszcze dostałem trzeci raz Grand Pressa w dziennikarstwie specjalistycznym, co tak podbudowało moje ego, że powiem głośno: jestem w dziennikarstwie na poziomie 2 godzin z hakiem w maratonie. Jaki to hak, można dyskutować, ale z pewnością Wojtek Staszewski jest lepszym dziennikarzem niż biegaczem (a przebiegł maraton w 2:49).

I tego Wojtka Staszewskiego nie stać na weekendowy wyjazd z żoną do Frankfurtu. Nie jest tak, że stoimy w kolejce po zapomogę, dalibyśmy radę taką sumę wyłożyć. Ale nie jest to dla nas wydatek tak spokojny, jak weekend na Mazurach. Mamy ileś rzeczy niżej położonych w piramidzie Maslowa, z którymi się szczypiemy od lat czy miesięcy.

Ok, to była długa rozgrzewka. Już piszę o co mi chodzi.

Nie zgadzam się, żeby dziennikarza na poziomie 2 z hakiem nie było stać na rodzinno-biegowy weekend za jedną granicą. Nie zgadzam się, żeby zarobki - w gazetach, w dziennikarstwie - były na tak niskim poziomie. Nie zgadzam się, żeby udawać, że wszystko w porządku, bo nie jest w porządku.

To nie jest wina Tuska. To nie jest wina Kaczyńskiego. To nie jest raczej wina zarządu Realu Madryt, bo jak kurczy się rynek prasy, widać gołym okiem. Może to przede wszystkim wina internetu, postępu cywilizacyjnego - ale nawet przez moment nie chciałbym być, jak robotnicy w XIX-wiecznej Anglii niszczący maszyny parowe; uwielbiam internet i możliwości komunikacyjne, które stwarza, nie chciałbym, żeby ludzkość go nie wymyśliła. A może nie trzeba szukać winnych, bo po co.

To jakiś błąd w systemie, w matriksie. System tak się zmienił, że postanowił wyceniać pracę dziennikarzy niżej niż pracowników sektora finansowego, przemysłowego, budowlanego. System nie może się mylić lub nie mylić, bo jest nieświadomy. Ja, chociaż być może się mylę, chciałbym za to powiedzieć: system źle działa.

Kiedy dwadzieścia lat temu z hakiem zostawałem dziennikarzem, pisałem w dziale krajowym Gazety o oświacie. Nauczycielstwo polskie było tak zakorzenione w PRL-u, a moją religią był w tak dużym stopniu liberalizm, że byłem w ciągłym zwarciu myślowym, ciągle na kontrze. Nauczyciele narzekali na niskie zarobki, a mi po głowie chodziło, że trzeba brać sprawy we własne ręce. Mało płacą, a zależy ci, żeby zarabiać więcej - to szukaj takiej pracy, w której będziesz więcej zarabiał.

I pamiętam, że w jakimś pokoju nauczycielskim mądry nauczyciel, niemłody i niestary, powiedział mi: - Nie po to zostawaliśmy nauczycielami, uczyliśmy się zawodu, zdobywaliśmy kolejne stopnie, żeby teraz zmieniać pracę.

To było zdanie, które bardzo nie przystawało do mojej  liberalnej religii. Ale takie po ludzku mądre, tak mi się wryło, że pamiętam je po dwudziestu latach. System działa dobrze, kiedy możesz wejść na ścieżkę i biec do mety, najlepiej robiąc BNP - coraz szybciej, w lepszym stylu, wyprzedzając. A jeśli co dziesięć kilometrów stoją sędziowie i jak w chodzie sportowym pokazują ci czerwoną kartkę i każą zaczynać bieg od nowa - to coś jest nie tak.

To co się dzieje z dziennikarstwem, to błąd systemu. Ja i tak mam miękkie lądowanie, bo kiedy zarobki dziennikarskie zaczęły pikować, moje starsze dzieci dorosły, odpadły mi alimenty na syna, potem na córkę. A potem stworzyliśmy z MSŻ Kancelarię
Sportową, zaczęliśmy pracować i zarabiać także w sporcie. Wierny jestem tej liberalnej religii, jak trzeba biorę sprawy w swoje ręce... Choć nie wiem, czy bym umiał rozkręcić Kancelarię, gdyby nie Kinga - jej umiejętności organizatorskie, rzetelność, sumienność, wiedza sportowa i wszystko czego nie widzicie nawet korzystając z pisanych przeze mnie i przez naszych trenerów planów. To dygresja, ale chcę ją podkreślić grubą kreską.

Nie chodzi mi o moje problemy finansowe, bo nie mam problemów. Mam dobrze, lepiej niż średnia krajowa, nie musimy liczyć peelenów, kiedy wyjeżdżamy rodziną na Śniardwy. Mam też niezgodę na to, co się dzieje z dziennikarstwem. Stąd ten wpis.

Frustracja dopadła mnie w piątek, bo wtedy mimo ogromnych chęci zakończenia sezonu towarzyskiego we Frankfurcie, policzyliśmy, że to przekracza nasz status. Zacząłem się zastanawiać nad wszystkim, a jak człowiek zastanawia się nad wszystkim, dochodzi w końcu do pytania: kim jestem.

Kim jestem? Nie jestem dziennikarzem. Jestem Wojtek Staszewski, chłopak z Bielan, facet po czterdziestce, ojciec.pl, biegacz i liberał. Pracuję jako dziennikarz pisząc teksty w Gazecie, to jedna z moich aktywności. Zastanawiam się, czy główna, bo czym to mierzyć - czasem, zaangażowaniem, peelenami? Na pewno ważna. Ale już nie określająca mnie jednoznacznie, zawodowo i całościowo: "jestem dziennikarzem". Jestem Wojtek Staszewski.

Jestem Wojtek Staszewski. Pracuję jako dziennikarz Gazety, gdzie piszę reportaże i inne teksty. Prowadzę z MSŻ Kancelarię Sportową Staszewscy, gdzie trenujemy biegaczy i organizujemy obozy biegowe. Uczestniczę w nieujawnionym jeszcze projekcie biegowym Chłopasia (jako Kancelaria). I mam aspiracje do tego, by zostać pisarzem, a nie tylko autorem książki "Ojciec.prl".

Może z dziennikarstwem będzie jak z poezją? Poetą się bywa.

10:39, wojciech.staszewski
Link Komentarze (257) »
czwartek, 31 stycznia 2013

Każdy dzień, jak marzenie, wszystkie zlewają się w jakiś obóz biegowy. We wtorek robiłem trening pod górkę, a córka 4klasistka robiła w tym samym czasie trening z górki. Pojechaliśmy na mały wyciąg narciarski do Żura, tam, gdzie pierwszy raz wzięła mnie na naukę jazdy na nartach Moja Sportowa Żona, tylko że wyciąg nie działał, ale byłem tak zdeterminowany, że podchodziłem na nartach kilkadziesiąt metrów i zjeżdżałem pług za pługiem.

Pojechaliśmy więc do Żura, wypożyczyliśmy deskę córce 4klasistce i ona ćwiczyła skręt przez przednią krawędź, jak instruktor przykazał, a ja podbiegi wzdłuż trasy - 10 razy półtorej minuty. Czasem ścigałem się w wyciągiem, ale wyciąg był jednak szybszy.

1

We wtorek zaczęło na Podhalu zionąć wiosną, więc w środę skoczyłem na Maciejową zrobić - zanim śniegi zamienią się w breję - trening, który sobie wymyśliłem. Między górną stacją wyciągu a schroniskiem jest kilkusetmetrowy odcinek, który zapamiętałem jako płaski. A to prawie tysiąc metrów. Wymyśliłem sobie zrobienie tam interwałów. Nie na 550 m w Rabce, tylko prawie na tysiącu, prawie jak w Alpach. To pierwsze interwały w styczniu, więc taki bodziec nie zaszkodzi.

Na górze okazało się, że wcale nie jest tak płasko, to płaskość względna - w porównaniu z nartostradą albo ze zdobywaniem Starych Wierchów. I że śnieg już nie jest tak twardy jak dwa dni wcześniej. I że cały odcinek ma ledwo trzy minuty długości, trzeba biegać raz w jedną, raz w drugą stronę. I że na interwałach z górki udaje się zbliżyć do tempa maratońskiego, ale na interwałach pod górkę trzeba walczyć o 5:00, więc co to za interwały.

Co to za interwały? Wspaniałe, dzikie, horyzontalne, bo z jednej strony kończyły się widokiem na Luboń Wlk., a z drugiej na chmury zasłaniające Tatry. Maciejowe interwały.

Zupełnie niechcący udało mi się zrealizować klasyczną triadę treningową siła-szybkość-wytrzymałość i to w teoretycznej kolejności. Dziś były dwie godziny człapania przez coraz bardziej rozmiękające ścieżki na Krzywoń, koło kościółka na Piątkowej, a potem dalej w stronę Rokicin chyba, nie mam tu mapy, mapę mam w głowie, ale poprzekręcaną.

Na półmetku wybiegania widok na Babią Górę:

2

A na końcu na rabczańską Traczykówkę, gdzie teraz mieszkam, pracuję i żyję:

3

Wyciągam ten telefon co chwila, nie mogę się powstrzymać i próbuję migawką zatrzymać czas.



22:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 28 stycznia 2013

Mróz, jak w "Lodzie" Dukaja, naście stopni, a odczuwalnie Sybir, bo chmury wiszą nad stokiem. Maciejowa, rabczańska wyciąg narciarski, który w niewiele zmienionym z czasów PRL stanie przetrwał do dziś kończy w tym roku swój żywot, a my może ostatni raz jeździmy w sobotę na Maciejowej. Moja Sportowa Żona z niebiegaczką Sabiną i dziećmi po osiem zjazdów, ja sześć, żeby się przebrać w ciuchy biegowe. Najpierw do góry wzdłuż nartostrady, kwadrans siły do kwadratu, a potem przed siebie po grzbiecie do Starych Wierchów.

Który to już raz? Który to już raz to biegnę, który to już raz opisuję? Który to już raz cieszę się tą drogą.

1

Mróz maluje lodem po drzewach. Sosna tuż przed schroniskiem na Maciejowej. Nie mówcie mi, że nie warto było zawalczyć o komórkę z dobrym aparatem.

2

Za Maciejową górka No Name, a przynajmniej ja nie pamiętam jak się nazywa. Obiegnę sobie ją dookoła na poniedziałkowym półtoratodzinnym wybieganiu. Na razie ciągnę w stronę Starych Wierchów, bo na sobotę mam zaplanowane dwie godziny.

Od południa zaczyna się przejaśniać.

3

Szlak skręca właśnie na południe i po godzinie jestem prawie na miejscu. Słońce przebija się przez chmury, endorfiny się wydzielają, bieganie jest przyjemne jak zwykle, a aparat udowadnia, że rzeczywiście było warto.

4

5

Mijam schronisko na Starych Wierchach, mała dokrętka pod Obidowcem i zawracam do Rabki. Który to już raz? A cieszy, jak stary odcinek "Bolka i Lolka", jak bajka, którą można sobie w kółko opowiadać.

Wiele lat MSŻ namawiała mnie podskórnie, czasem to tylko werbalizując, na wyprowadzkę z tej strasznej Warszawy. Dla mnie nie ma opcji, bo kocham to miasto, jestem w nim zakorzeniony jak baobab, nawet kamienie na trawniku mają zapach wspomnień. A teraz, kiedy MSŻ znalazła w Warszawie swoje pole działań, pewnie ją nawet podskórnie zaczyna lubić, czasem to tylko werbalizując - ja pojechałem do pracy do Rabki Zdrój. MSŻ po narciarskim weekendzie wróciła do pracy w Warszawie, a ja zostałem z córką 4klalstiską w górach. I pracuję tutaj, co jasno piszę, gdyby redakcja zechciała podczytywać blog.

Zabrałem ze sobą nagrany wywiad z Mają Kleszcz, zebrany materiał do tekstu o maratonie w Himalajach, żeby to napisać jeszcze potrzebna jest jedna rozmowa telefoniczna i trochę grzebania w internecie. Jestem normalnie w pracy, tylko, że zamiast biegać przed pracą po Lesie Kabackim, biegam po Gorcach. Podbiegi robię (w piątek) wzdłuż stoku narciarskiego w Spytkowicach, kiedy córka 4klasistka ma godzinę snowboardu z instruktorem. A w niedzielę zamiast do galerii handlowej jadę na narty do Jurgowa.

Za oknem biel jak w "Lodzie", trochę domków, trochę drzew. Powoli prószy śnieg, a czas płynie tak samo po woli. Nie wiem, czy w tak leniwej zupie można żyć na stałe, nie wiem nawet, czy można tu odzyskiwać radość życia. Na pewno można odzyskać radość biegania.

Wymyśliłem sobie dziś na półtoragodzinnym bieganiu w rejonie Maciejowej bardzo fajny trening, którego w takich warunkach jeszcze nigdy nie robiłem. Ale o tym w czwartek.

14:21, wojciech.staszewski
Link Komentarze (57) »
czwartek, 24 stycznia 2013

Odpuszczać sobie - to powinno być główne przykazanie biegacza. Tak przynajmniej wynika z rozmów, które robiłem do tekstu do papierowego "Biegania".

Dzwoniłem do trenerów, do biegaczy, do psychologów. Guru Skarżyński zaczął jak belfer: trenować trzeba systematycznie, zgodnie z planem. Ale potem trenerzy, biegacze, psychologowie z każdej strony atakowali mnie przesłaniem: lepiej zrobić za mało niż za dużo. Albo: regeneracja to ważny element planu treningowego. Historie o kontuzjach, po których osiągali niebywałe sukcesy, bo dopiero przez te kontuzje się regenerowali. I mocna kontra pewnego kontrowersyjnego trenera - że bodziec fizyczny przynosi pełny efekt tylko wtedy, jeśli biegacz ma psychiczne zadowolenie z treningu.

Myślę, to już moje, że niedobrze się dzieje, kiedy biegacz staje się dodatkiem do planu treningowego.

Więc nie mam zbyt dużo do napisania w tym tygodniu o bieganiu. W poniedziałek zająłem się pracą, rozmawiałem właśnie do tego tekstu. Bieganie zaplanowałem na wtorek, spokojne roztruchtanie Chomiczówki z paroma ożywiającymi przyspieszeniami w trakcie.

Samemu, bo we wtorek nie było wieczornego treningu z RBS-em, zastępował mnie trener Jarek, ponieważ my wieczorem szliśmy z Moją Sportową Żoną do teatru. Więc po porannym ping pongu (przegrałem wszystko, tyle że na przewagi, więc miałem poczucie, że byłem w boju) zaplanowałem sobie bieganie. Założyłem rano dres, nie zabrałem nawet dżinsów do torby sportowej.

Ale po ping pongu podjechałem do sklepu po nową empetrójkę, to taki dodatek do grandpressowej nagrody. Zmieściła mi się połowa muzyki z komputera i będzie łatwiej manewrować między audiobookami i muzyką na bieganiu. Ze sklepu w końcu do Gazety, popracować trochę w redakcji.

Wychodzę, żeby podjechać na spóźnione roztruchtanie po Chomiczówce i przypominam sobie, że miałem w tym tygodniu odwiedzić ciotkę. Dzwonię, jadę, posiedzę godzinę, zdążę na bieganie, co prawda już po ciemku, ale trudno, ciotka też jest ważna, nie tylko trening. Tyle że nie siedzę godziny - rozmawiamy długo o rodzinie, potem trochę o Smoleńsku, ciotka wierzy w zamach i lubi się pospierać. Robi się półtorej godziny i to jest te 30 minut, których na kredyt nie pożyczę w banku czasu, bo jesteśmy umówieni z MSŻ na 17.00, że dopracujemy ofertę na sierpniowy obóz w Rabce.

Przyjeżdżam, siadam w dresie do komputera, oferta będzie na stronie lada dzień. Po czym z dresu przebieram się w teatralne przebranie i... żegnaj treningu.

Myślę, że gdyby nie tekst do "Biegania", miałbym doła. Treningów nie zdarza mi się odpuszczać, musi być coś wyjątkowego, choroba, katastrofa lotnicza albo co. A nie banalny brak organizacji czasowej. Ale teraz wybaczyłem sobie bez żalu. Nie odpuściłem biegania, nie odpuściłem trenowania, nie odpuściłem drogi do celu. Odpuściłem jeden trening.

Pobiegaliśmy w środę z Uniqą. Pół godziny roztruchtania z zaliczeniem sześć razy schodów na wiadukt - trzy razy w formie podbiegu-skipu, a trzy w formie podskoków obunóż oraz jednonóż. A na koniec cztery krótkie, pobudzające podbiegi po 30 sekund na Górce Szczęśliwickiej. I to tyle o moim bieganiu.

Pogratulowałem ekipie Chomiczówki, bo nieźle im poszła. Obiecałem wszystkim, że marcowy półmaraton pobiegną w szybszym tempie niż niedzielną piętnastkę. I Wam też to obiecuję - przy mądrym treningu. A mądry to taki, w którym człowiek jest mądrzejszy od planu.

Galeria Dzikiego z Chomiczówki tutaj. Sporo osób się znajdzie. 

19:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

Jest taki ziąb, że nie wiem, co ja tutaj robię. Parkuję przy LeClerku, obok w samochodzie grzeje się znajomy biegacz, przybijamy piątkę, będzie na mecie pół minuty przede mną. W czym pobiec, a raczej czego nie zdejmować na start. Zrzucam dwie kurteczki oraz spodnie dresowe, zostają w dwóch koszulkach technicznych, jednej cienkiej bluzie i leginsach.

Na piątym kilometrze wygląda to nawet wesoło.

1

Kiedy Dziki robi mi pierwsze zdjęcie na końcu pierwszej, pięciokilometrowej pętli, mam tylko 15 sekund straty do planu 1:00:00. Prędkość średnia 4:03 na kilometr. Czuję jeszcze sporo luzu, tętno utrzymuje mi się około 170, a przecież potrafię półmaraton przebiec na tętnie 175.

Jestem rozsądny, po czesku rozsądny. Widzę, że pociąg ucieka mi ze stacji Hradec Kralove, ale nie było jeszcze takiego człowieka, który by dogonił pociąg. Trochę biegnę z Darkiem K., on jest mocniejszy o jakieś półtorej minuty na dychę, ale tutaj biegł wcześniej piątkę, więc mam szanse się z nim utrzymać. Po kilometrze jednak nie mam. Mówię mu bez żalu ahoj.

2

Za mną Marcin Ch., nasz podopieczny ze starej grupy klienckiej RBS, który stworzył właśnie nową grupę w swoim Cargillu. Ten z lewej. Dobiegnie spokojnie łamiąc 1:09, plan wykona z zapasem.

3

To już finisz drugiego kółka. Trener naszej Kancelarii Maciek Ł. ucieka przed Bogdanem B., obaj Warszawiaky. Bogdan wygra z nim pół minuty, ale obaj złamią godzinę.

4

A ja mam już pół minuty straty do planu. To nie jest jeszcze dużo, próbuję teraz zawalczyć. Wyprzedzam Emilę R. (nazwisko panieńskie, tak ją pamiętam z biegania w Kabatach), która jest trzecia wśród kobiet, biegnie przynajmniej od kilku kilometrów ze spontanicznym pacemakerem w kurtce. Że spontaniczny zorientuję się za kilometr, kiedy postanowi zejść z trasy, a Emila będzie go błagała, tak błagała, żeby jeszcze ją pociągnął.

- To ja Cię pociągnę - mówię. Romantyczne rycerstwo? Nie, skądże, czeska racjonalizacja. Bo czuję, że pociągów naprawdę nie da się dogonić, więc przynajmniej mam jakiś cel w tym biegu. Pomóc znajomej utrzymać podium, zwłaszcza, że jak doganiałem Emilę na ósmym kilometrze, to czwarta kobieta biegła z 15 metrów za nią.

Przebiegniemy razem dwa kilometry, potem ruszę, żeby gonić swoje minimum, złamanie 1:02. A Emila z dużą przewagą dowiezie bezpiecznie trzecie miejsce.

5

W tym czasie na ostatnią pętlę wbiega podopieczny Jarek M. z grupy klienckiej RBS oraz twórca grupy Polsat. Ręce pełne radości, bo jego 1:05:05 wróży złamanie 1:30 w połówce na wiosnę.

6

Nasza Alicja G. na końcu drugiego kółka ma minę taką, jakby już zrezygnowała z walki. Tak mi to powie Dziki zaraz po biegu. A potem zobaczymy Alicję biegnącą dokładnie po swoje: złamane o kilkanaście sekund 1:15, plan wykonany i perspektywa złamania 1:45 w połówce realna.

Dziki przez godzinę trzaska te wszystkie foty, bo już innego alibi, żeby nie startować nie mógł sobie wymyślić. A Dziki od zawsze choruje na horyzont. Jest taka jednostka chorobowa, ujawnia się czasem pod blogiem, zdefiniował ją właśnie Johnson - kiedy człowiek woli bieg po horyzont niż konkretne ściganie.

Ja choruję na syndrom szybkiej szosy. Kręci mnie walka z upływającym czasem - czyli ze sobą, z przemijaniem, ze starzeniem się. A jak nie wyjdzie szybko, to zostaje taka mina na finiszu. Złamane 1:02 (o sześć sekund), to było moje minimum przyzwoitości na dziś. Na pocieszenie miejsce w pierwszej setce (95).

Przegrałem 1:02.

7

Gdzie jest tamten chłopiec, jak w tej piosence, którą kiedyś ułożyliśmy z Dzikim? Tamten, który biegał sobie piętnastkę w godzinę o dowolnej porze roku, łamał w sposób oczywisty trójkę w maratonie, a przed półmaratonem mierzył zawsze w łamanie 1:20. Nie ma go! Odszedł, pobiegł w bok, zapisał się na starych zdjęciach, w wynikach z pierwszej dekady XXI wieku.

Muszę przestać tak myśleć o sobie. Jestem facetem, który spróbuje pobiec świetnie maraton. Spróbuje się wytrenować tak, żeby jeszcze zawalczyć o życiówkę w maratonie. Tak, wiem, co piszę. Ale teraz muszę wziąć całe doświadczenie - którego tamten chłopiec nie miał - doświadczenie trenerskie, biegowe i wytrenować się na konkretny dzień do tego, żeby siebie przeskoczyć. Czy mi wystarczy wiedzy, umiejętności, determinacji, hemoglobiny i siły we włóknach mięśniowych?

Zmierzę się jeszcze z tym rokiem. Mecz się jeszcze nie skończył.

11:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (42) »
czwartek, 17 stycznia 2013

Leżymy na plaży na Krecie. Chociaż wyspa jest wielkości sporego województwa, to długiego wybiegania po plaży nie zrobisz, bo po 20 minutach kończy się piaszczysty odcinek i zaczynają skały poustawiane na rozbitków. Więc wracam do Moje Sportowej Żony, to nasza podróż poślubna, kładę się na ręczniku i czytam "Cudowne lata pod psem" Michala Viewegha.

Ta książka zmieniła moje życie. Zanurzyłem się w niej tak rozkosznie, jak w ciepłym Morzu Śródziemnym i już wiedziałem, jakie książki chcę czytać. I jakie chcę w związku z tym pisać. Pod psem, ale cudowne. Tak zostałem pisarzem, choć "Jak zostałem pisarzem" Andrzeja Stasiuka też ma w tym pewien udział. "Ojciec.prl", ojcem prl, a mi na treningach biega już po głowie druga książka o cudownych latach pod psem. Zimą do niej usiądę.

Michal Viewegh przebiegł maraton. Już w "Wychowaniu dziewcząt w Czechach" jest nostalgiczny opis praskiego maratonu z perspektywy widza-marzyciela. A teraz Viewegh przebiegł maraton. Powiedział mi o tym Mariusz Szczygieł największy czechofil wśród Polaków. Podobno potem wylądował w szpitalu z problemami kardiologicznymi, ale nie udało mi się tego wyszukać w internecie. Może Wyspio coś wie, chociaż Słowacja to nie Czechosłowacja?

Znalazłem za to rozmowę z Vieweghiem przed biegiem. Poezja. Tu jest np. o jego trenerze:

Kdo je vaším trenérem, na jaké podobě spolupráce jste dohodnuti a jak probíhá?

Marcel Brož. Posílá mi na každý týden mailem tréninkový plán, tu a tam s ním něco konzultuji po telefonu a občas jde trénovat se mnou – zejména delší trasy, asi aby dohlédl na to, že to v půli nevzdám. Trénink na maraton už není prča :).

Itd.

W książkach u mnie teraz Rosja. Na czytniku "Lód" Dukaja, aktualnie jesteśmy w Irkucku. Na mp-trójce "Niewierni" Severskiego, nawet jak na chwilę przenosimy się do Dublina, to i tak znajduje się tam zaraz rosyjski agent. Jak przebrnę, to chyba ściągnę sobie coś czeskiego, człowiek powinien od czasu do czasu odzyskiwać lekkość.

W bieganiu odzyskiwałem w tym tygodniu zdrowie. W poniedziałek tydzień nie zaczął się od podbiegów, tylko od rekonwalescencji. We wtorek RBS robił pierwsze w tym roku interwały przed Chomiczówką, a ja z Jarkiem na granicy kontuzji truchtaliśmy z grupą w tempie maratońskim Jarka i pierwszozakresowym moim. Wtorek był jeszcze wyraźnie dniem choroby i rozpadu, dostałem od Dzikiego 4:0 w ping ponga, a właściwie powinni mi jeszcze odjąć jednego seta za styl.

Za to środa dniem powstania. Dobry dzień zakończony interwałami z Uniqą. Tym razem biegałem już mocniej raz ze środkiem stawki, raz z tyłem, a potem z Rafałem, który naciskał mnie w Choszczówce do dziewiątego kilometra. Zrobiliśmy 4 razy po pół kilometra i 2 razy po kilometrze w tempie trochę szybszym od startowego na 10 km. Ogień.

Czwartek bez bieganie, bo chcę wrócić z niedzielnej Chomiczówki nie na takiej tarczy, jak z Choszczówki w ostatni weekend. Jutro zrobię długie wybieganie z kilkoma przebieżkami na koniec, w sobotę odpoczynek. A w niedzielę walczę o złamanie godziny.

A jak mi się nie uda, podejdę do tego po czesku.

16:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 14 stycznia 2013

- Jak to jest być wyprzedzonym przez podopiecznego? - spytał mnie Dziki na mecie. Odpowiedziałem na szybko, że to jakaś perwersyjna przyjemność.

W niedzielę przy czwartej serii pompek pod koniec półgodzinnego wzmacniania poczułem: jestem słaby. Coś we mnie wchodzi, chce mnie rozpalić i rozłożyć. Szybka zmiana planów, do mojego ojca pojechała tylko Moja Sportowa Żona z córką 4klasistką, a ja lekarstwa i do łóżka. Przeleżałem pół niedzieli, wieczorem zacząłem bić rekordy temperatury w dół i czułem się taki słaby, jakbym właśnie przebiegł 10 kilometrów po górkach. A to było przecież w sobotę.

W piątek wieczorem zrobiliśmy z Dzikim w Choszczówce wizję lokalną przed biegiem dziecięcym, a potem Dziki wyruszył na dorosłą trasę, żeby ją pooznaczać. Aparat daje radę, na tym zdjęciu jest niezła szarówka, godzina wykonania 16.00. Muszę tylko zmienić przyzwyczajenie do robienia zdjęć na oddalonym zoomie i fotografowania z góry, bo ludzie wychodzą jak bromby, z wielkim głowo-tułowiem i małymi nóżkami.

dziki

Dziki, to jest taki facet, który zrobi wszystko, byle nie musiał się ścigać. Wciągnie w bieganie córkę albo żonę, żeby jej towarzyszyć truchtając przez 5 albo 10 km. Zostanie pacemakerem na 5:15 (na maratonie w Łodzi). Albo zorganizuje sobie bieg, żeby musieć chodzić na starcie i na mecie z tubą i nie móc się ścigać. Ma alibi? Ma.

Dzieci pobiegły w sobotę w Choszczówce z wielkimi emocjami. Jak widzę te łzy, rozpacze na mecie, to mi serce rośnie, bo to wynika z prawdziwych ambicji. Maja lat 8, która tak była rozżalona, że dobiegła ostatnia - ośmiolatki miały najdłuższy dystans do przebiegnięcia - że nie wiedziała, czy chce medal. To znaczy wiedziała, że pragnie go najbardziej na świecie, a jednocześnie świat na minutę stracił dla niej cały sens i nawet medal Odrodzenia Polski nie mógł jej tego wynagrodzić. Wiem, bo jej ten medal wieszałem.

Bieg dzieci wyglądał tak, to walka chyba o drugie miejsce, bo zwycięzca wszystkich odsadził:

1

Wypasiona fotorelacja jest tutaj - zrobił ją Piotrek Bielawski, ten co tak mądrze opowiadał mi do gazety, czy pracuje z nienormalnymi. I też biegacz, mniej więcej na 5:15.

Start do biegu dorosłych wyglądał tak:

2

A reszta wyglądała dla mnie dramatycznie. Podopieczny Bartek, ten na czarno na pierwszym planie, któremu bieg zawdzięcza sponsora w postaci Warty, dał się wyprzedzić po jakichś pięciuset metrach. Ale kiedy zaczęły się górki, odjechał w nadświetlną. A ja (ten facet w zielonej bluzie za podopiecznym) zmagałem się z Jarkiem z grupki RBS i Rafałem z Uniqi. I z własną fizjologią.

Z Rafałem i z Jarkiem udało mi się jeszcze wygrać - siłą woli chyba. Ale nie mówcie mi nic o bieganiu głową, bo na Bartka nie miałem żadnych kontrargumentów. Nie wpadłem w ten sam stan, co Maja lat 8, bo szybko sobie zracjonalizowałem, że to efekt oddania krwi dziewięć dni wcześniej. Skoro nie ma jak dostarczyć wystarczającej ilości tlenu do komórek (bo po oddaniu krwi mam niski poziom hemoglobiny), to tak jakby ktoś chciał rozpalić mokre drewno. Albo dowieźć ludzi do pracy obcinając o jedną czwartą liczbę autobusów miejskich.

Fizjologii nie przeskoczysz. Organizmu nie oszukasz. A nawet jak trochę spróbujesz, to organizm Ci następnego dnia powie przy pompkach, co o tobie myśli.

Wyleżałem się jeszcze dziś przez pół dnia, poszedłem do lekarza, ale już czuję, że jest dobrze. Nie kupiłem sobie wzmacniającego lekarstwa, które zalecił lekarz, tylko zjedliśmy z MSŻ zielonego grejfruta. Zbieram siły na wtorkowego ping ponga i na niedzielną Chomiczówkę.

18:00, wojciech.staszewski
Link Komentarze (30) »
| < Luty 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29            

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam