Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Cienkie nitki spaghetti z sosami pysznymi, jak z restauracji Antica na naszym Ursynowie wychodzą mi uszami. To będzie moje paliwo. Wystarczy mi go do dwudziestego piątego kilometra. Pierwszy maraton w Gałkowie - trasa piękna jak Moja Sportowa Żona, urocza, urokliwa - skończę z poczuciem klęski.

Zaczyna się dobrze. 6-7 osobowa czołówka wyrywa do przodu, a ja zabieram się z drugą grupką podobnej wielkości, nie wiem dokładnie ilu nas jest, bo biegnę na czele. Przede mną MSŻ na rowerze, która robi za naszego pilota, podpytuje wolontariuszy na krzyżówkach gdzie biec, bo czołówka z oficjalnym pilotem odjechała w zielony las.

Biegniemy na 2:55, tak jak w Łodzi, tam też zaczynałem na 2:55, a skończyło się wyrwanym z zegara 2:59. Na dziesiątym kilometrze patrzę, że grupka nam się skurczyła do czterech osób, odpadł Bogdan B., z którym wygrałem tydzień wcześniej na Siekierkach. Czuję się dobrze niesiony pychą parametrów treningowych, tym niesamowitym tempem z I zakresu - 4:30. Teraz biegniemy po ok. 4:07-4:10.

I nagle sekundy zamieniają się w metry, zaczynam zostawać za grupką, puszczam ich. Nie ma dramatu, biegnę po jakieś 4:20, ale wiem, że muszę zwolnić.

Przegania mnie Dominika S., zaraz za nią Bogdan B., dobiega Renata K. Dyszy tak strasznie, że zaczynam się czuć jak siostra miłosierdzia, kiedy czekam na nią pozwalając się dogonić, żebyśmy mogli biec razem. Pycha rośnie karmiąc się ciągle tamtym parametrem i jeszcze mi wyjdzie uszami.

Na półmetek dobiegamy z Renatą w 1:29:55. Idealnie na złamanie trzech godzin, gdybyśmy potrafili utrzymać. Renata prawie potrafi, a ja prawie się z nią utrzymuję. Odjeżdża do przodu i zostaję po środku mazurskiej puszczy sam na sam z MSŻ. Tempo spada do 5:00, ktoś mnie wyprzedza, spada do 5:15, znów jakiś biegacz depcze mi ego, a tempo spada momentami do 5:30.

Nie wiem, co się dzieje. Można to tłumaczyć różnymi przyczynkami - jeden przyczynek, że rano nie zjadłem fury kanapek tylko jakieś sałatki warzywne, drugi, że za ciepło, trzeci, że morena czołowa, więc jest pod górę i w dół. Ale prócz przyczynków jest chyba jedna duża przyczyna - pycha, która kazała mi mierzyć w miejsce w pierwszej dziesiątce, biec na więcej niż mnie teraz stać, a na co mnie stać pokazała dycha tydzień temu. Nie na pokonanie Bogdana B. o dwie sekundy - to było to, co zdołałem osiągnąć. To na co mnie stać, co mam jak w banku według moich przeliczników, to maraton w 3:05. A jeśli spróbuję zacząć na wynik o 10 minut lepszy, to wyjdzie o 10 minut gorzej.

Przebiegamy nad Krutynią, raz w Iznocie, za chwilę w Nowym Moście. Płynąłem tu kiedyś kajakiem. Ale tam jest ładnie. Ścigać się w takim miejscu to przyjemność. Prawie.

MSŻ na zmianę coś mi opowiada, ale dziś już nie pamiętam co i pyta jak się czuję. Słabo, Kinia. Chcesz wody? Nie. Banana? Daj pół. Najprostsze słowa, bo "dziękuję" albo "poproszę" na trzydziestym piątym kilometrze nie obowiązuje. Zjadam drugi żel i przyspieszam znów do tempa 4:58. Jak nędzne radości sobie dostarczam, chciałem biec raczej o minutę szybciej.

Udaje mi się wyprzedzić jednego z biegaczy, którzy wcześniej mnie wyprzedzili. I to jedyny moment, kiedy wyprzedzam w tym biegu. Docieram w 3:11, ale trasa jest o kilometr krótsza, tak twierdzi Michał D., który trasę na zlecenie organizatorów oznaczał. Na moim garminie brakowało 800 m. Spodziewam się, że realny wynik z pełnego maratonu to okolice 3:15-3:16. To jest tempo wolniejsze niż mój obecny pierwszy zakres. Co się stało? Jestem ponury, nie rozmawiam z nikim, siadam i czekam aż przybiegnie Dziki.

Robimy sobie potem z MSŻ pokazowe rozciąganie. Bo po biegu człowiek się powinien rozciągać nawet na Mazurach. Najpierw czworogłowy uda.

1

To też jest rozciąganie, a nie kama sutra. MSŻ rozciąga sobie przywodziciele, a mi dwugłowy uda.

1

Łydka, wariant fitnessowy - czyli kiedy nie ma drzewa w pobliżu.

1

A na koniec od Beaty Sadowskiej, maratonki, która pełni tu rolę zaprzyjaźnionego z organizatorami VIP-a dostaję pucharek za pierwsze miejsce wśród dziennikarzy. Bo Marcina R. ścięło jeszcze bardziej niż mnie.

1

Po południu siedząc na molo w wiosce Krutyń i mocząc nogi w zimnej Krutyni - dało mi to chyba tyle samo ulgi, co rozciąganie - myślałem już co dalej. Bo Krutynia naprzód płynie. Więc najpierw będzie regeneracja. Jak mi się uda znaleźć czas w tym tygodniu, to jeszcze oddam krew. Zdrowy przecież jestem, ciśnienie po pigułkach 115/75. Lekkie bieganie, może nie roztrenowanie, ale naprawdę lżejszy tydzień. Od lipca zaczynam siłę przygotowywać do jesieni. Utrzymuję regułę przepisowego tempa na długich wybieganiach, bo to dało mi dobrą wytrzymałość teoretyczną. Żeby przełożyło się to na praktykę, zajmę się bardziej rozwijaniem VO2max, już w lipcu dołożę trochę interwałów. Dodam chyba też trochę biegów ciągłych, żeby zaskoczyć organizm nowymi bodźcami.

Na początku września kontrolny start na dychę i bardzo treningowo potraktowany maraton na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Gdybym zaczął się napinać, które to miejsce chciałbym tam zająć, postukajcie palcami w monitor, tak, żebym to pukanie usłyszał. A potem atak na życiówkę w maratonie - i nie biegnę w upale, choćbym miał do grudnia przekładać główny start.

00:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (53) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Jestem chory. Wisiało to nade mną od kilku lat, w końcu to nie przypadek, że mnie parę razy odsyłali z punktów honorowego krwiodawstwa. Ale trzymałem się myśli, że to wartości graniczne, że można nic nie robić, biegać sobie, ruszać się i będzie dobrze. Tylko na początku maja zrobiło się całkiem niedobrze, kosmiczny ból głowy (zresztą chyba migrenowy, z innej beczki) zmusił mnie do sięgnięcia po ciśnieniomierz. Wyszło coś koło 160 na 110, a następnego dnia 170 na 115.

Poddałem się. Nie mogę się już dłużej oszukiwać, że nie mam nadciśnienia. Mam. I mam do tego dziedziczne predyspozycje, mama osiągała w tej dziedzinie Himalaje i w wieku 50 lat umarła na zawał, ojciec jest po serii mikroudarów i na lekach.

Uległem Mojej Sportowej Żonie, która od paru lat z mniejszym lub większym ciśnieniem wysyłała mnie do kardiologa. Żeby lekarz nie zaczął od XIX-wiecznego zakazu ruchu poszedłem do Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej, do profesora, z którym parę lat temu robiłem wywiad o wpływie sportu na serce. Profesor pokiwał głową i wysłał na badania.

To było miesiąc temu - i muszę Wam powiedzieć, że miałem wtedy trzydniowy zjazd. Tylu ludzi ma nadwagę, pali, pije, nie rusza się - i nic. A ja, chodzący katalog prozdrowotnych zachowań, jestem chory.

Co z treningami? Co ze startami? Powinienem ograniczyć siłę biegową, przy której ciśnienie idzie do góry jak cholera? Startować na pół gwizdka? Nie wolno będzie pójść na siłownię, gdyby mi kiedyś przyszła ochota? Dlaczego? Dlaczego ja?

- Nie ma co się obrażać na chorobę. Trzeba ustawić leki i żyć dalej - powiedział mi profesor. Ale potrzebowałem trzech dni, żeby tę teoretyczną mądrość wprowadzić do swojego życia. Zacząłem o tym rozmawiać ze znajomymi biegaczami, bo większość moich znajomych to biegacze. I okazało się, że ktoś też bierze pigułki, jeden, drugi. Nie mówią: jestem chory, tylko biorę pigułki.

Więc od jutra zmieniam swój status, jak to się mówi na Fejsbuku - z "jestem chory" na "biorę pigułki". Dziś byłem u profesora z wynikami badań, mam przepisane lekarstwo, takie samo, jak bierze mój ojciec, tylko zdaje się, że mniejsza dawka. Jutro rano pierwsza pigułka.

Zadałem profesorowi te wszystkie pytania - o bieganie, o każdy rodzaj treningu. Mogę wszystko. Kiedy pigułki wyrównają mi ciśnienie, będę mógł robić wszystko to, co zdrowi ludzie. Rozochocony spytałem, czy będę dzięki pigułkom szybciej biegał, ale profesor tylko z rozbawieniem pokiwał głową.

Więc po pierwsze w sobotę wystartuję w Maratonie Mazury. Boję się, żeby nie było jak z Polską reprezentacją, która grała jak nigdy, a skończyła, jak zawsze - ale formę mam naprawdę jak nigdy. Dziś ostatni rozruch przed startem, 5 km w pierwszym zakresie, z tętnem średnim 147. Wiecie jakie wyszło tempo średnie? 4:40, a z korektą na błędy pulsometru powiedziałbym nawet 4:38. To jest tempo na 3 h 15 min. w maratonie. A maraton pobiegnę z tętnem o 20 oczek wyższym. W jakim tempie? Zobaczymy na ile pogoda pozwoli.

Spytałem jeszcze profesora, co by było gdybym nie biegał? Czy już bym nie żył? To może wiedzieć tylko Pan Bóg, jeśli jest. Ale według profesora ważyłbym 15-20 kilo więcej i ciśnienie miałbym o kolejne 15-20 kresek wyższe. Piszę to na wszelki wypadek, żeby Wam żaden laik nie wmawiał, że bieganie szkodzi, bo taki np. Staszewski ma NT. Nadciśnienie tętnicze, tak to się określa na skierowaniach i w diagnozach.

Życie biegnie dalej.

a

A teraz zapowiadane Wydarzenie rodem z Krakowa. Byłem w środę na wyczekiwanym wywiadzie z Jurkiem Dudkiem. Świetny facet, kiedyś poprowadzi polską reprezentację do sukcesów, pamiętajcie, że w 2012 roku to napisałem.

Dudek w swojej starej książce pisał, że stara się pomagać różnym fundacjom. Więc poprosiłem go o dedykację na nowej książce dla darczyńcy akcji "Przebiegniemy Bieszczady dla osób z autyzmem". Książka "Pod presją" trafi do osoby, która zadeklaruje najwyższą wpłatę na rzecz akcji licząc od teraz do rozpoczęcia finałowego meczu Euro 2012 (liczy się godzina zapisania deklaracji przed 20:45 w dniu 1 lipca) - i zostanie wysłana po dokonaniu wpłaty na konto domore.

Mam nadzieję, że wszystko jasne. Deklaracje składamy publicznie w komentarzach pod blogiem.

Czas start.

Ciekaw jestem, czy jest nas tu więcej nadciśnieniowców.

 

20:30, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012

Sportowa sobota. Jak się kończyła - każdy wie. Zacząłem ją w przyjemnych sportowych okolicznościach.

Najpierw wieczór, niedobry wieczór. Wyjeżdżamy z Ursynowa do strefy kibica, przeżyć to o własnych gardłach, własnymi uniesionymi do góry rękami i sercami, co też się unoszą do góry w wielkim balonie z napisem Polska Biało-Czerwoni. I nikt mi tego nie zabierze, żadna reprezentacja niemocy.

Nie wiem, skąd ta niemoc. Nie będę się wymądrzał, kto jest winien - jedenastu piłkarzy, jeden Smuda, drugi Lato, czy wszystkie leśne dziadki. Czy po prostu fakt, że naszym sportem narodowym nie jest futbol - ale klęski, nieudane powstania, rozbiory Polski, katastrofy lotnicze, a jeśli już zwycięstwa, to tylko moralne.

1

Tak wyglądamy przed strefą kibica. Jagna, Biuti, dzięki za telefoniczne próby kontaktu, ale kto był ten wie, że znalezienie się na miejscu nie było możliwe.

Tłum jest stutysięczny, a nawet 165-tysięczny, jak policzy Ratusz. Jest jak na Woodstock, jest jak na Papieżu, jest jak w niebie. Tylu ludzi, którzy są dumni z Polski - w jednym miejscu, na raz, nie przeciwko komuś, bo przecież nie ma żadnego głupiego kibolstwa, Czechów lubimy, szanujemy i chcemy z nimi wygrać. Polska, ojczyzna. Przedszkolaki się powinno w takie miejsce przyprowadzać zamiast dawać im do nauczania dziewiętnastowieczne wierszyki.

Pękam z dumy, aż balon pęka. Wracamy z kacem, wagon metra pełen takich jak my - obrandowanych Polską, przygaszonych smutkiem. Nikt nie śpiewa, że nic się nie stało, bo się stało. Jeden gość, który nadużył, wyśpiewuje tylko "Polacy, jest jak zwykle".

Ale rano jest inaczej. Polska wygrała. Nie wiem, jak Wy to czujecie, ale zobaczyłem, że bal trwa. Nie tańczymy na parkiecie, ale jesteśmy ciągle gospodarzami. Wygrywamy zdaje się w opinii gości z Ukrainą, wygrywamy w ich oczach z wizerunkiem Polski przaśnej, zacofanej i kokoko.

Nie zdejmuję flagi biało-czerwonej z samochodu. Jestem dumny z Polski, chociaż nie z polskiej reprezentacji piłkarskiej.

Na zdjęciu pierwszy od lewej stoi Przemek. Rano pojechaliśmy razem na Siekierki, wystartować na dychę. Temperatura coś pod trzydzieści stopni, to nie jest pogoda dla biegaczy, ale tego nie zmienisz, tak jak wyniku z Czechami. Więc startujemy.

Mój plan - złamać 38 minut, bo to wg moich przeliczników przepustka do łamania trójki. Są odstępstwa, jak półtora roku temu pobiegłem 2:49 w maratonie, ledwo to 38 minut złamałem, ale wtedy miałem wytrenowaną mega wytrzymałość.

Zakładam sobie pulsometr, na pierwszym kilometrze tempo 3:45, tętno 166. Niestety na drugim tętno rośnie, tempo spada. Ale nieznacznie, mówię Przemkowi cześć i wyprzedzam ludzi, wyprzedzam. Przede mną Jacek G., rywal z kategorii wiekowej, którego pokonałem chyba tylko raz w życiu, ale sobie tego nie wyrzucam, bo on kiedyś biegał tak, jak grają Niemcy, dychę w 32 minuty. Wyprzedzam go, ale jeszcze przez dobre dwa kilometry słyszę jego tupot.

Patrzę do przodu, tam Bogdan B., drużynowy mistrz świata w maratonie w kategorii wiekowej wyższej od mojej, trójkołamacz, za tydzień biegniemy razem w Maratonie Mazury. Gonię, gonię i wyprzedzam. Tempo mam już 179, a tempo około 3:55 na kilometr. Wyprzedza mnie ktoś z tyłu, ale to nie mój rywal, znów ktoś, a kilometr przed metą wyskakuje ktoś jak Łukasz Podolski w pole karne przy pierwszym golu z Danią, prawie sprintem. Jacek G., potem powie pół żartem, że go zmobilizowałem, a ja będę pół żartem żałował, że nie wziąłem koszulki bez napisu Kancelaria Sportowa Staszewscy.

1

Finiszuję 12 sekund za Jackiem. Ale na ostatniej prostej już się nie daję, Bogdan B. kończy 2 sekundy za mną. Na zdjęciu od lewej tak jak było na mecie - Jacek, ja i Bogdan.

Wynik - 38:54 - się mniej liczy, bo w upale wszyscy biegną słabiej niż w normalnych warunkach. Miejsce mam zaskakująco dobre, piętnasty to ja w tych biegach dawno nie byłem. Walka z Jackiem jest trochę jak remis z Rosją. Wygranie z Bogdanem, to jak minimalne zwycięstwo z Czechami.

Jest dobrze. Jadę na Mazury z nadzieją na lepszy wynik niż osiągnęła reprezentacja. Zdaje się, że wieczorem przed maratonem Niemcy grają z Grekami. Całym sercem pod flagą biało-czerwoną kibicuję teraz sąsiadom, a dylemat Czechy czy Niemcy chciałbym mieć dopiero w finale, chociaż nie wiem czy to możliwe.

00:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (56) »
czwartek, 14 czerwca 2012

"My byliśmy bardziej maratończykami". Tak mi powiedział wczoraj człowiek, który zatrzymał Peru. Zbigniew Boniek. Młodsi: google, chociaż i tak to Wam wszystkiego nie powie.

Boniek mi tłumaczył, że oni biegali więcej, ale wolniej, bo drużyny były bardziej rozciągnięte. Teraz stoją w środku pola, trzeba robić kilkunastometrowe sprinty, trudniej to podobno wytrenować, więc naszym wytrzymałość siada. No chyba że grają z Rosją, wtedy w końcówce dostają husarii i cudu nad Wisłą.

Kupiłem przed wywiadem piłkę w miniaturce i poprosiłem na koniec o autograf.

1

Wywiad ma być w sobotniej gazecie. Zobaczymy, jaki mi dadzą tytuł. Ja dałem "Przemecz", bo Boniek mówi, że Lewandowski rozegrał z Rosją nie mecz, a przemecz. Że walczył jak samotny biały żagiel, jak błędny rycerz, prowadził osobną bitwę z całą Rosją.

Przed Bońkiem pobiegałem godzinę w tempie około 5:00. Fajnie się w nim teraz czuję, za to interwały mnie przerastają. We wtorek przed rytualnym ping pongiem (przegrana 1:4, ja byłem Czechami, a Dziki Rosją) zrobiłem trzy razy 1,5 km nad Wisłą, pobiegłem sobie przy tym pod stadion, żeby otrzeć się o mistrzostwa. Tempa ok. 3:40-3:45. Takie same, jak dzisiaj miał na pięciominutówkach Podopieczny Bartek, który rano przesłał mi radosnego esemesa. Czuję jego oddech.

Wtorkowy trening z bankowcami odwołaliśmy, bo jednak przed meczem i w trakcie przedmeczu to nie miało sensu. Przełożyliśmy go na przed maratonem, wtedy się bardziej przyda.

Właściwie wszystko można by teraz przełożyć na jesień. Posiedzenia Sejmu, konferencje prezesa Kaczyńskiego, Wimbledon, akcję Szkoła z Klasą, akcję Polska Biega, mistrzostwa Wrocławia w chodzie sportowym i wszystkie maratony poza mazurskim.

1

W sobotę idziemy z Moją Sportową Żoną do strefy kibica przeżyć Euro gromadnie, stadnie, atawistycznie.Dołączycie? Serio, może ktoś chciałby się z nami wybrać z Ursynowa i pokrzyczeć dla Polski. Albo umówić się pod strefą w centrum. Skontaktujcie się na mail albo telefon - przez stronę Kancelarii. Będzie nam miło oglądać piłkarzy w gronie polskobiegaczy.

A na koniec Jaromir Nohavica z Czeskiego Cieszyna o futbolu.

 

21:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

W sobotę nie mówiłem po tym, jak w piątek namiot kibica w Piszu oszalał tak, że moglibyśmy stawać do konkursu z Tomaszem Zimochem. Jest coś w tym teatrze piłkarskim, pewna długodystansowość emocji. Żaden z kilkudziesięciu rzuconych koszy albo punktów zdobytych w siatkówce nie podnieci człowieka w taki sposób, jak jedna wyczekiwana bramka. Zwłaszcza jeśli czeka się na tę bramkę od pięciu lat. I że ona jednak pada.

Te zwroty akcji, czerwona kartka, bramka, czerwona kartka, karny, obrona... To coś takiego, jakby reguły maratonu przewidywały trzęsienie ziemi co kwadrans, po którym zawodnicy biegnący z Maratonu do Aten znajdowali się niespodziewanie w Sparcie, Termopilach albo na Akropolu.

Przeżywałem to jeszcze w sobotę rano, chociaż nie mówiłem. Tylko słuchałem w radiu na empetrójce. Kiedy nasza ekipa jeszcze odsypiała świętowanie - bo świętowaliśmy potem po polsku, szeroko, z wódką, z piwem, tylko bez śpiewu - ruszyłem z Nowych Gutów na północ, nad Śniardwami, potem w las za Okartowem do wioski Zastrużne, powrót przez Cierzpięty i Górę dookoła jeziora Tyrkło. 35 kilometrów, trzy godziny i dziewięć minut. Trochę mi zabrakło do tempa 5:00, wyszło ostatecznie 5:24, ale nie narzekam, na tyle mi starczyło koncentracji i siły w odwonionym przecież lekko organizmie.

Taki bieg może wyczyścić w człowieku całą spiżarnię. Przez pół dnia byłem ponury i mało odzywający się. Owszem - pograłem w siatkówkę z ekipą, bo nad Śniardwami jest piaskowe boisko z siatką. Pojechaliśmy po południu na kajaki na Krutynię tak ładnie, tak dziko, że żałuję, że zdjęć nie porobiłem. Ale trauma po Wadągu powoduje, że na wodzie wszystko co mam chowam w kajakarski foliowy woreczek.

Moja Sportowa Żona popływała na desce, chociaż żałowała, że wiatru nie ma i wychodziło trochę, jakby sobie pojechać w Alpy na narty, ale z powodu zagrożenia lawinowego wpuszczaliby tylko na oślą łączkę. MSŻ realizowała się za to jako instruktorka windsurfingu dla Sabiny, jej córki oraz córki 3klasistki. Niektórzy ludzie mają talent do sportu, pojmują sporty w lot. Inni muszą umiejętności wytupać, wybiegać. Nic na skróty.

Po wiosennych niepowodzeniach coraz bliższy jestem takiej myśli: nic na skróty. Jeden mocny akcent w tygodniu. I dużo, dużo tupania.

To nie jest recepta. To jest zmiana bodźca treningowego, jakiej - czuję to - w tej chwili potrzebuję. Za dwa tygodnie wracam na Mazury - na maraton.

A teraz... już się zaczął mecz.

 

18:13, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
czwartek, 07 czerwca 2012

Mistrzostwa pojutrze. Rzeźnik też. Pierwsze będę oglądał, a o drugim myślał na Mazurach.

Mazury były z mamą. Raz pojechaliśmy, ale pamiętam jezioro w Mrągowie i małe rybki przy drewnianej łodzi. Łodzie były wtedy drewniane, jak w piosence Kelusa.

Z ojcem były góry, to wiecie. W górach była piłka. Piłka to wtedy było coś. Dostałem do kopania piłkę do siatkówki, bo piłki do nogi nie udało się rodzicom dostać. Nie dociera to już do mnie, jak to możliwe, że się nie udało dostać, zamazał mi te peerelowskie puste półki obraz supermarketów wypełnionych teraz po sufit biało-czerwonymi piłkami po dwa pięćdziesiąt.

1

O piłce pierwszy raz usłyszałem w górach. Schodziliśmy z ojcem z Suchej Doliny do Kosarzysk koło Piwnicznej i ktoś powiedział po drodze, że przegraliśmy z NRF-em. To był 1974 rok, mistrzostwa świata i trzecie miejsce. Wtedy piłka to był Deyna w telewizji, Lubański na podwórku, a nie kibole i zatrzymania przez CBŚ.

W Bieszczadach byliśmy pięć lat później. Pamiętam, że na Połoninie Wetlińskiej strasznie wiało. Że kamienie na Krzemieniu wystające z ziemi pod kątem 45 stopni dały mi większe pojęcie o geologii niż lekcje geografii z panią Krosnowską w liceum. Chciałbym znów pójść na Tarnicę, 1346 m, pamiętam ten czubek jakby doklejony do wielkiej góry. Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, pewnie na Tarnicę prędzej wbiegnę kiedyś na Rzeźniku niż znów wejdę.

Mam do Rzeźnika respekt. Wiem, że słabo biegam po górach, ale boję się nie słabego wyniku, tylko tego, że góry by mnie pokonały. Zweryfikowały plany, które na płaskim starcie są jednak w dużym stopniu przewidywalne. Spróbuję ten lęk nadgryźć we wrześniowym treningowym maratonie podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy, pewnie też płasko nie będzie. Ale na Bieg 7 Dolin, śladem Johnsona się nie poważę pewnie nigdy.

Dziki biegnie w Rzeźniku (na rzecz walki z autyzmem, czy ktoś mógłby wkleić link pod blogiem, bo już dziś nie zdążę?). Z Dzikim w piłkę nie graliśmy, może zdarzyło się z raz albo dwa na łączonym wuefie w liceum, ale tak, żeby razem umówić się na granie, to się nie zdarzyło. Za to chodziliśmy po górach, najwięcej po Beskidzie Żywieckim.

W Beskidzie Żywieckim byliśmy z ojcem, kiedy Polska w MŚ w 1982 r. znów zdobyła trzecie miejsce na świecie. Plecie mi się we wspomnieniach ta piłka z górami, stare przyjaźnie i stary ojciec. Wszystko zszyte bieganiem.

Żyję teraz tą narodową sprawą, doczepiłem dziś chorągiewki do samochodu, biało czerwone. Nawiasem mówiąc może powinni zrobić takie chorągiewki z napisem "Nic się nie stało". Albo od razu białe.

Sorry, taki żarcik jak z kabaretu. A naprawdę chcę wierzyć, że jest powrót do tamtych triumfalnych emocji. Może nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale może da się po raz trzeci wedrzeć wyżej niż kibice mogli się spodziewać.

We wtorek na treningu z bankowcami i w środę z ubezpieczeniowcami w przerwie między odcinkami biegowymi robiliśmy deskę. Znacie? Opierasz się na przedramionach, pozycja jak do pompki. I nic. Wytrzymaj ile się da. Założyliśmy maks 2 minuty.

Ustaliłem takie wróżby (ale mówiłem o nich pod koniec ćwiczenia). Ile osób z 16-osobowej grupy bankowców wytrzyma 2 minuty, tyle bramek Polska strzeli w grupie. Wyszło pięć. A wczoraj w piątkę z ubezpieczeniowcami wróżyliśmy liczbę bramek w pierwszym meczu. Wyszły dwie. Reszta w nogach piłkarzy.

Będę to oglądał z Mazur. Jedziemy z biegaczką Sabiną, która wzięła z domu buty do biegania. Wojtkiem, który pewnie będzie chciał przejechać się nad Śniardwami na rowerze. Dominiką, która zobaczymy. A Moja Sportowa Żona już się szykuje na deskę, surfingową.

Można by zrobić wróżbę, że przez tyle minut, prze ile MSŻ nie wpadnie do wody, Polska nie straci bramki.

00:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 04 czerwca 2012

Bieg Ursynowa - miłe zaskoczenie. Ale chcę Wam opowiedzieć o niedzieli, bo czegoś takiego dawno nie przeżyłem. A może nigdy, może to zostało mi dane wyjątkowo. Bardziej wyjątkowo niż maraton albo dobra piątka.

Pobiegłem tę piątkę na czwórkę. Zdaje się, że na brązowy medal. Życiówkę mam wywalczoną zębami jesienią na Siekierkach - 17:51. Wiceżyciówkę też stamtąd 18:09 albo 18:10. A teraz było 18:11.

Z niczego, nie zrobiłem żadnych interwałów w ostatnim tygodniu, tylko trochę siły biegowej i długich wybiegań pod Maraton Mazury. Poprzedni mój szybki trening to był nieudany Ekiden w poprzednią niedzielę.

To dało mi po buddyjsku do myślenia. O tym, żeby trenować ze spokojem w sercu. Żeby iść swoją drogą. Że jeśli robi się dobrze, to przy okazji wszystko się dobrze układa.

Podopieczni wrócili z obwarzankiem życiówek. Piotr (na blogu ok123) atakował 25, a pobiegł w 22. Krzysztof, który na bieg przyjechał prosto z sali operacyjnej (gdzie operował) atakował 25 i złamał o 15 s. Tomik 21:45, 11 sekund przed nim Zbyszek, a prawie minutę przed Zbyszkiem jego syn Kuba, wszyscy podopieczni. Zbyszek z Kubą zostali fajnie uwiecznieni w filmie z imprezy na MaratonyPolskie.pl.

1

A sam film z MaratonyPolskie.pl świetny. Pokazuje atmosferę, walkę Henryka Szosta (wyrównał życiówkę 13:58) z rywalami, nas, amatorów .

Z tego biegowego rytmu wytrąciła mnie niedziela. Kończę długie wybieganie po okolicy, dobiegam na własne podwórko, ktoś mnie klepie po ramieniu. Córka 3klasistka. Czeka na mnie na dworze, bo nie ma kluczy. Problem tylko, że ja też nie mam kluczy. Klucze ma tylko Moja Sportowa Żona - na drugim końcu miasta, siedzi na uczelni, zajęcia ma czasem do 17, a czasem do 20.

Więc jest 13:30, a my bez kluczy stoimy jak dwa słupki i nie wiemy co robić. Nie mamy pieniędzy, nie mamy telefonu, nie mamy kluczyków do samochodu. Nie mamy niczego.

Najpierw załamka. Potem działanie. Idziemy do sąsiadki, dzwonimy z jej komórki do MSŻ. Oczywiście MSŻ nie odbiera, pisze kolokwium, jak się później okaże.

Idziemy na plac zabaw. I nagle: Alleluja, szczęście z nieba. Córka 3klasistka znajduje w kieszeni 3 zł 11 groszy, resztę z loda, której mi zapomniała oddać. W jednej chwili zamieniamy się w paniska. Możemy iść do osiedlowego sklepu i kupić sobie obiad.

Wybieramy rozważnie, starannie. Nie tak jak zwykle, że się idzie i wrzuca do koszyka z grubsza to, na co człowiek ma ochotę. Nie, nie. Kajzerka 35 groszy, rogal maślany 1,40. Więc mamy jeszcze prawie półtorej złotówki. Kupić picie? Nie trzeba, w moim bidoniku z biegania jest jeszcze 125 mililitrów wody. To co? Banan na spółkę. Ważymy go zaśmiewając się przy tym, jak dzieci, bo nagle robimy się strasznie weseli, nagle mamy tylko siebie, ojciec z córką, a półki pełne kuszących, kolorowych dóbr nas nie dotyczą. Żadnych roszczeń, obrażań się, walk partyzanckich o chipsy, lizaki. Mamy skarb, banana za 1,25.

Zostaje nam jeszcze 11 groszy reszty. Znów pękamy ze śmiechu.

Włóczymy się po osiedlu, córka 3klasistka się do mnie przytula jak psiak. Przypomina mi się klimat takiego filmu z Willem Smithem, przy którym każdy Kowalski musi płakać kilka razy, bo ja płakałem - "W pogoni za szczęściem". Nie znacie, to obejrzyjcie, podobno na faktach, Smith z dzieciakiem bieduje po noclegowniach i walczy o pracę maklera.

Wiem, że to nie to samo, że moje ubóstwo skończy się za kilka godzin, kiedy wróci MSŻ, odzyskam dostęp do kluczy, kluczyków, kart, komórek - ciekawe, że wszystkie rzeczy, bez których "nie da się żyć", są na "k", nawet car. Wiem, że to nie to samo, ale tym bardziej mocno to przeżywam, bo to doświadczenie jest mi dane tylko na te kilka godzin.

Najpierw się trochę złoszczę, że mam w domu pracę na komputerze, muszę pojechać do ojca, załatwiać, załatwiać - a zamiast tego lumpuję na osiedlu. A po godzinie widzę, że wreszcie odpoczywam, po raz pierwszy nie wiadomo od kiedy. Bo nawet, gdybym nie miał niczego do roboty, to usiadłbym pewnie przez portalem, telewizorem albo z książką w ręku. A teraz naprawdę nie mam niczego, tylko córkę i 11 groszy reszty.

Idziemy do galerii, do Euro, oglądamy laptopy, telewizory, empetrójki. Nawet miksery stają się zajmujące. Śmiejemy się z sokowirówki, że taka pękata, zachwycamy gofrownicą do prawdziwych gofrów i jak dzieci wpatrujemy się przez magiczne okulary w trójwymiarowe telewizory.

MSŻ wraca po trzech godzinach. Tyle co biegnę maraton. Te trzy godziny chyba bardziej zapamiętam. Na maratonie człowiek zwykle ma na ręku stoper. Tu nie mieliśmy naprawdę niczego, poza sobą.

21:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (34) »
czwartek, 31 maja 2012

Mistrzem Progresu został tej wiosny Stary Wilma. Gratulacje. Największe rozczarowanie mierzone w minutach przeżył Sfx. Dziś wyniki Wiosennej Podblogowej Ligi Maratońskiej opracowane przez Robssssa.

Zanim oddam głos Robsowi, to jak stary sprawozdawca meczowy ponapawam się własnym głosem. Pierwsze zestawienie zawiera wszystkich, a klucz doboru kolejności zna chyba tylko Robss. Drugie to debiutanci. Trzecie to Mistrzowie Progresu - zaczynając od tego, który poprawił się najbardziej. Czwarte - Ci, co przegrali ze swoją życiówką zaczynając od tego, który przegrał najbardziej.

A teraz już Robsss, któremu tu bardzo, bardzo dziękuję:

Wiosenna Podblogowa Liga Maratońska 2012 - podsumowanie

W I edycji WPLM 2012 w udział wzięło 28 osób(mksmdk startował tej wiosny 2x stąd 29 wyników)

Kolejno: Nick, Kategoria , Czas maratonu, Dotychczasowa życiówka, (Średnie tętno),     Miejsce startu, Samoocena, Stosunek startu do życiówki
     
mksmdk M30, 3:56:13,    3:24:30, Rzym, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, -00:31:43
SFX M30, 3:28:45,    3:06:25, Jastrowie, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, -00:22:20
Basdlamas M20, 3:28:42,    3:30:01, Dębno, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, 00:01:19
krasusek M40, 3:38:13,    4:05:30, 172, Łódź, 1 - poniżej oczekiwań, 00:27:17
podopieczny_bartek M30, 3:16:44,   3:42:52, 166, Dębno, 3 - powyżej oczekiwań, 00:26:08
zz M40, 3:51:36,    4:06:51, 154, Dębno, 2 - zgodnie z oczekiwaniami,  00:15:15
biegofanka K40, 4:19:04,   4:13:59, Dębno, 2 - zgodnie z oczekiwaniami, -00:05:05
Beautyandb K30, 3:35:50,    3:42:07, Wiedeń, 4 - rewelacja, 00:06:17
Leszek  M40, 3:47:55,     3:51:56, Dębno, 1 - poniżej oczekiwań, 00:04:01
Johnson   M40  3:33:30    3:35:12  Łódź  2 - zgodnie z oczekiwaniami   00:01:42
grendel K30   4:13:50    Debiut   Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami  00:00:00
Andrzej  M50   3:36:26    4:09:07   163  Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:32:41
Wojciech Staszewski M40 2:59:34   2:49:51 165   Łódź 1 - poniżej oczekiwań -00:09:43
marsz  M40  3:24:38   3:37:48  Mediolan     2 - zgodnie z oczekiwaniami  00:13:10
Dziki   M40   5:14:15   3:12:20  Łódź     5 - byłem zającem  00:00:00
starywilma45   M60    5:20:57     5:53:54   145   Łódź     1 - poniżej oczekiwań  00:32:57
bratek  M40   3:48:42    3:51:00  Paryż     1 - poniżej oczekiwań   00:02:18
Tomik Grewinski M40 3:56:45   4:05:23 162 Debno 2 - zgodnie z oczekiwaniami 00:08:38
Qlombo M30  3:34:40    3:38:45    153     Łódź     1 - poniżej oczekiwań   00:04:05
Zbyszek L  M40 3:52:00  4:10:14  Kraków  2 - zgodnie z oczekiwaniami  0:18:14
Sten2012   M40  4:21:25   4:07:00   154  Łódź     1 - poniżej oczekiwań    -00:14:25
kawonan  M50  4:03:25    3:53:40  Kraków     1 - poniżej oczekiwań    -00:09:45
piesderek   M30   4:11:17      Debiut  169     Kraków     1 - poniżej oczekiwań   00:00:00
fajka   M40    3:39:54    3:36:15  Kraków      0 - katastrofa      -00:03:39
carbon_mtb   K20   4:20:18   Debiut  Kraków   2 - zgodnie z oczekiwaniami   00:00:00
Tańczący_Jastrząb M40   3:44:36   3:42:49  168   Zurich 1 - poniżej oczekiwań   -00:01:47
grido71    M40    4:32:14     4:36:59   147     Kraków     1 - poniżej oczekiwań    00:04:45
pict   M30  3:04:29    2:57:20   Toruń     0 - katastrofa   -00:07:09
mksmdk   M30    3:54:17     3:24:30   Katowice     1 - poniżej oczekiwań  -00:29:47

Parytetu nie było, spośród 28 startujących jedynie 4 osoby to kobiety. Najliczniejszą grupę stanowili zawodnicy startujący w kategorii M40- 14 osób, następnie M30- 6 osób, K30- 2 osoby, M50- 2 osoby i po jednej osobie w kategoriach K-20, M-20, K-40 oraz M-60. 

Dla 3 osób wiosenny start w maratonie był jednocześnie debiutem na tym dystansie.

grendel  K30    4:13:50   Debiut  Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami      00:00:00
piesderek   M30    4:11:17   Debiut 169     Kraków     1 - poniżej oczekiwań     00:00:00
carbon_mtb   K20    4:20:18   Debiut   Kraków   2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:00:00

Z 29 startów 5 miało miejsce za granicą (Rzym, Mediolan, Paryż, Wiedeń, Zurich), Pozostałe to Łódź- 9 osób, Dębno- 6 osób, Kraków- 6 osób i po jednym starcie w Toruniu, Katowicach i Jastrowiu.

W przypadku 9 osób (10 startów) wiosenny maraton nie przyniósł nowych życiówek. Jednak po odliczeniu 3 debiutantów i Dzikiego, który startował w Łodzi jako zając wynika, że aż 15 osób wróciło do domu z nowymi Personalnymi Bestami. Ciekawostką jest fakt, że 6 osób spośród 15 oceniło swój start jako "poniżej oczekiwań", dla 7 osób osiągnięty wynik nie był niespodzianką i oceniły go jako "zgodny z oczekiwaniami", jedna osoba uznała, że pobiegła "powyżej oczekiwań" i jedna dla której wynik okazał się "rewelacyjny". Na szczególne uznanie zasługuje starywilma45, który startując w kategorii M60 poprawił swoją życiówkę o niemal 33 minuty.

starywilma45  M60    5:20:57  5:53:54  145   Łódź     1 - poniżej oczekiwań    00:32:57
Andrzej  M50  3:36:26    4:09:07  163     Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:32:41
krasusek    M40    3:38:13    4:05:30    172     Łódź     1 - poniżej oczekiwań        00:27:17
podopieczny_bartek M30  3:16:44    3:42:52   166  Dębno 3 - powyżej oczekiwań 00:26:08
Zbyszek L    M40  3:52:00     4:10:14   Kraków   2 - zgodnie z oczekiwaniami      00:18:14
zz     M40    3:51:36    4:06:51   154   Dębno  2 - zgodnie z oczekiwaniami      00:15:15
marsz    M40    3:24:38   3:37:48 Mediolan  2 - zgodnie z oczekiwaniami        00:13:10
Tomik Grewinski M40 3:56:45   4:05:23 162 Debno  2 - zgodnie z czekiwaniami 00:08:38
Beautyandb K30  3:35:50   3:42:07 Wiedeń  4 - rewelacja  00:06:17
grido71   M40  4:32:14    4:36:59    147  Kraków   1 - poniżej oczekiwań   00:04:45
Qlombo    M30  3:34:40    3:38:45  153     Łódź     1 - poniżej oczekiwań   00:04:05
Leszek      M40   3:47:55   3:51:56   Dębno     1 - poniżej oczekiwań        00:04:01
bratek     M40    3:48:42    3:51:00  Paryż     1 - poniżej oczekiwań        00:02:18
Johnson   M40  3:33:30   3:35:12   Łódź     2 - zgodnie z oczekiwaniami    00:01:42
Basdlamas    M20  3:28:42       3:30:01  Dębno  2 - zgodnie z oczekiwaniami  00:01:19

Bardziej przewidywalnie oceniały swój start osoby, którym życiówek poprawić się nie udało. W przypadku 3 startów zawodnicy pobiegli zgodnie z oczekiwaniami, dla 5 osób wynik był jednak "poniżej oczekiwań" a w 2 przypadkach wręcz "katastrofą". Na niektóre oceny można jednak spojrzeć z przymróżeniem oka bo wynik MARATOŃSKIEGO MISTRZA POLSKI SAMORZĄDOWCÓW- Picta osiągnięty w arcytrudnych warunkach jakie panowały tego dnia w Toruniu należy raczej uznać jako rewelacyjny.


mksmdk   M30  3:56:13  3:24:30  Rzym     2 - zgodnie z oczekiwaniami   -00:31:43
mksmdk   M30  3:54:17  3:24:30  Katowice   1 - poniżej oczekiwań   -00:29:47
SFX    M30   3:28:45     3:06:25  Jastrowie   2 - zgodnie z oczekiwaniami       -00:22:20
Sten2012    M40    4:21:25     4:07:00  154   Łódź  1 - poniżej oczekiwań       -00:14:25
kawonan  M50    4:03:25   3:53:40  Kraków  1 - poniżej oczekiwań       -00:09:45
Wojciech Staszewski M40  2:59:34    2:49:51 165   Łódź  1 - poniżej oczekiwań   -00:09:43
pict    M30  3:04:29    2:57:20  Toruń     0 - katastrofa          -00:07:09
biegofanka  K40  4:19:04   4:13:59  Dębno     2 - zgodnie z oczekiwaniami  -00:05:05
fajka    M40   3:39:54      3:36:15  Kraków    0 - katastrofa  -00:03:39
Tańczący_Jastrząb  M40   3:44:36    3:42:49  168  Zurich 1 - poniżej oczekiwań  -00:01:47

Najbardziej przyjazne dla osiągania życiówek okazały się trasy w Łodzi i Dębnie. Swoje PB w tych miastach osiągnęło po 5 osób. Dwóm osobom ta sztuka udała się w Krakowie a pojednej w Mediolanie, Paryżu i Wiedniu.

W przypadku wyników poniżej życiówek wybór trasy nie miał chyba aż takiego wpływu: Łódź- 2 osoby, Kraków- 2 osoby i po jednej osobie w Rzymie, Jastrowiu, Dębnie, Zurichu, Toruniu i Katowicach.

Z kronikarskiego obowiązku dodaję, że DZIKI jako peacemaker prowadzący grupę w Łodzi na 05:15:00 nie był ujmowany w żadnych zestawieniach. Niemniej jednak warto podkreślić jego niewątpliwie ogromny wkład w końcowy sukces staregowilmy45, który przez znaczną część dystansu biegł właśnie w grupie prowadzonej przez Piotrka.

17:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (134) »
poniedziałek, 28 maja 2012

Pamiętacie Sportową Niedzielę? Siadało się przed telewizorem i oglądało relacje z zawodów sportowych weekendu. Wszystko to, co leci na okrągło na Eurosporcie 1 i 2, Polsacie Sport, Polsacie Sport Extra i innych ekstra kanałach - w kilkudziesięciominutowej pigułce. My, dzieci z Bullerbyn, Warszawy, Rabki i innych miast, przed programem i po programie uprawialiśmy to, co pokazywała telewizja. Teraz sport jako naród oglądamy, uprawiamy go statystycznie przez kilkadziesiąt minut w tygodniu, a i tak średnią zawyża Dziki z wielogodzinnymi długimi wybieganiami po prawdziwej Puszczy albo prawdziwej Warszawie.

Ostatnia niedziela była w Warszawie naprawdę sportowa. Od 9. rano sztafety Ekiden - a w nich znajomi, nieznajomi, podopieczni itd. - biegały po Kępie Potockiej. Nakarmiłem ojca, a potem pojechałem spotkać się w knajpce na Saskiej Kępie z ekipą Sportfolio, która w całości zalicza się do znajomych i w przeważającej liczbie do podopiecznych. Mieli złamać 3:10, zrobili 3:09 i zajęli 52 miejsce. Brawo!

Kiedy gratulowałem im przy obiedzie nie wiedziałem nawet, jak wielkie brawa im się należą. Nie wiedziałem, jak ciężko biegać. Niby wszystko w porządku, ale w powietrzu wisiała niewypowiedziana burza. W sensie atmosferycznym, nie towarzyskim. Na odchodnym powiedziałem tylko, że pełne zadowolenie by było po złamaniu 37:30, a minimum zadowolenia to złamanie 38 minut.

Pojechałem z córką 3klasistką na bieg, bo Moja Sportowa Żona właśnie wracała pociągiem z Krakowa, a do Krakowa przyleciała samolotem z Mediolanu. Pociąg zepsuł się w szczerym polu, przesiadali się wszyscy do składu TLK, który jechał po nich, ale MSŻ miała wielkiego luza w esemesach i cieszyła się, że zepsuł się pociąg, nie samolot.

Dołączyłem do sztafety Mirka z ekipy bankowców, bo na ostatnim treningu zgłosiłem swoją gotowość do bycia rezerwowym, a Mirek startował w ekipie ze swojego Ursusa. Patriotyzm lokalny to fajna rzecz, byłem więc biegaczem wypożyczonym z Ursynowa.

Ruszyłem na 37:30. Po dwóch kilometrach tempo zaczęło spadać, bo czterech zaczęło lecieć w dół, po pięciu stwierdziłem, że można zjeść słony makaron w knajpce półtorej godziny przed startem, ale jednak trzeba się wtedy porządnie napić. A jak się o tym zapomniało, to nie ma się co dziwić, że od szóstego kilometra trzeba walczyć nie o złamanie 38 minut, ani 39 minut, tylko o złamanie 40 minut!

To jest dno. Przynajmniej o tyle dobrze, że udało mi się pobiec w 39:51, nie musiałem se popełniać puku na mecie. Ale bieg beznadziejny. Przedburzowa wilgotność, problemy z piciem mnie nie usprawiedliwiają. Może trochę to, że nie szykowałem się tu zupełnie na wynik, że wpisałem ten akcent w plan przygotowań. Zamiast rzetelnych interwałów pod superkompensację w czwartek - zrobiłem długie wybieganie po Puszczy, a w piątek podbiegi połączone ze zbiegami na Arbuzowej. Polubiłem to miejsce na trening, jest po drodze do pracy i ma w sobie urok rusykalnej rozpadliny wciśniętej między rodzimy Ursynów i miasteczko Wilanów.

Medytuję o tym biegu od wczoraj. I już wiem, jakie zmiany wprowadzić teraz w treningu. Żadnych. Żadnych nerwowych ruchów. Biegam swoje, za tydzień na piątce w Biegu Ursynowa skoncentruję się bardziej, pobiegnę mam nadzieję lepiej. A prawdziwy cel na koniec tego roku szkolnego to Maraton Mazury. Tam też może wisieć w powietrzu elektryczna siekiera, ale przynajmniej ja wyostrzę na ten dzień formę.

MSŻ przywiozła mi fajną włoską muzę, Ministri.

I włoskie opowieści przywiozła. Pytałem o wrażenia sportowe. Jeżeli chodzi o liczbę biegaczy w Mediolanie - zero. Rowerów - zero. Wszyscy jeżdżą na skuterach. I jarają fajki, wszędzie, na każdym kroku, w knajpie, na ulicy, na przystankach, na ławce - jak u nas w Peerelu. Nie wiem, jak jest po włosku Niesportowa Niedziela, ale może nie musimy mieć ciągle tego kompleksu Zachodu.

20:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (64) »
czwartek, 24 maja 2012

Będzie znów o butach, bo specjalnie pojechałem na videoanalizę do Centrum Biegowego ERGO (nie mamy umowy, ale chętnie współpracujemy), żeby rozstrzygnąć kwestię naturalności biegania. Ale to za chwilę, bo mam teraz tyle życia wewnętrznego, że muszę je opisać.

We wtorek była konferencja przed Triathlonem w Suszu. Chłopaki ze Sport Evolution (nie mamy umowy ani innych zależności) zrobili z tego naprawdę fajnie prezentującą się imprezę, aż chciałoby się tam być. Ja nie dam radę, bo bym popłynął już w pierwszej konkurencji. A ściślej mówiąc bym nie popłynął.

Ambasadorowie imprezy ci o znanych nazwiskach albo tacy, że jak nawet zapomniałeś nazwisko, to kojarzysz twarz z telewizji fajnie żartowali o swoim starcie. Marcin Dorociński na sakramentalne pytanie „dlaczego” odpowiedział: - Jak dowiedziałem się, że Tomek Karolak ukończył triathlon, to pomyślałem: dlaczego nie ja, dlaczego nie wszyscy, dlaczego nie cała Polska?

Wziąłem ze sobą syna fotografa, żeby sobie pofotografował tych Dorocińskich do portfolio. Syn fotograf szybko wrócił do agencji, z którą współpracuje, wstawili zdjęcia na sprzedaż, ja wróciłem do gazety napisać tekst. A za godzinę przyszedł świetnie napisany materiał promocyjny w postaci relacji z konferencji z podwodnymi zdjęciami gwiazd z basenu. Ja swój tekst dałem do papierowej gazety, pójdzie na stronie biegowej, jak się zmieści. Synowi fotografowi żadne zdjęcie się nie sprzedało. A relacja w postaci materiału z podwodnymi zdjęciami stoi na stronie PolskaBiega.pl.

Coś się kończy. Dziennikarstwo się kończy. Niedługo będą w portalach same teksty promocyjne. Dziennikarze czy blogerzy niezależni będą promować to, co sami chcą. A zależni – to, czego będą wymagać zleceniodawcy.

Ja promuję teraz Maraton Mazury, bo ja tak chcę. Jak Neo w Matriksie. Nawiasem mówiąc wczoraj znów leciały w telewizji Gwiezdne Wojny, dokładniej Imperium Kontratakuje, gdzie Luke spotyka Yodę na bagnach. I przez takie bagna biegłem dziś w puszczy.

Puszcza się zmienia. Jak po półtorej godzinie biegania spotkałem w środku lasu Dzikiego – trudno w to uwierzyć, ja też nie wierzyłem, jak zobaczyłem charakterystyczny lekko pasikonikowaty krok biegacza z naprzeciwka – pogadaliśmy o puszczy dziś i tej sprzed lat. Wody się wyżej podniosły. Bagna nasiąkły, zbliżyły się do ścieżek. Naprawdę czarownie to wygląda, warto było pojechać na bieganie przez całą Warszawę. Dwie godziny po pięć z haczykiem, nie wiem jakim, bo las chyba jednak dodaje sekund, więc nie wierzę Timeksowi. Dziś zostawiłem w domu Garmina, bo był bliski rozładowania i pobiegłem z pierwszym GPS-em Timeksa, który dostałem właśnie do testowania. Muszę go przetestować razem z Garminem na dziesiątce w Lesie Kabackim, zobaczymy, który mniej przekłamie.

Czwartek zakończyłem półtoragodzinnymi zajęciami tenisa stołowego – w ośmioosobowej grupce z trenerem w hali na Siennickiej. Może ktoś dołączy? Wcześniej trzeba się tutaj zalogować, zapisać i zapłacić.

Została jeszcze środa. Odwiozłem Moją Sportową Żonę na pociąg do Krakowa, skąd samolotem z biegaczką Sabiną i jakimś większym żeńskim towarzystwem wyleciała do Włoch. I czym dłużej jej nie ma, tym bardziej czuję, jakim jest motorkiem w moim życiu. W naszej firmie, w domu, w rodzinie i w każdej dziedzinie. Jak jej nie ma, to jakby czas się zawiesił.

A z Dworca Centralnego wyremontowanego nieźle na przyjazd kibiców, pojechałem do Centrum Biegowego ERGO.

Najpierw obejrzeli moje buty, mam lekką tendencję do nadmiernej pronacji, ale właściwie mogą być buty neutralne. Potem postawili mnie na bieżni mechanicznej i nagrywali moje bieganie w różnych butach: adidas adipure (czyli tych zupełnie minimalistycznych, co wyglądają jak na kajak), adidas adizero (tych startowo-treningowych) i Brooks pure (do biegania naturalnego). A na koniec przy oglądaniu nagrań z dwoma Jankami, Maćkiem i Aleksem doznałem oświecenia.

1

Bieganie tzw. naturalne jest chyba rzeczywiście naturalnym krokiem biegowym człowieka. Spójrzcie jak biegają dzieci, kiedy puścić je boso po trawie. Chociaż można na to odpowiedzieć, że dzieci nie biegają długich dystansów. Ale może warto zaczynając bieganie próbować utrzymywać dziecięcą lekkość kroku na coraz dłuższych treningach.

Ale biegacze-piętolądowacze są zbyt przyzwyczajeni do swojego kroku, żeby w naturalny sposób mogli przestawić się na bieganie tzw. naturalne. Grożą im wtedy kontuzje, pogorszenie ekonomiki ruchu. Lepiej więc pozostać przy kroku, który uważają za naturalny. Chociaż…

Uwaga, teraz ważne. Nie ma opozycji – albo lądujesz na pięcie, albo na śródstopiu. Jest wiele punktów, na których możesz lądować. Tylna krawędź pięty (to nie jest dobre, patrz niżej), pięta, część pięty zbliżona do śródstopia, łuk stopy część tylna-środkowa-przednia, śródstopie. Dobrze jest przesunąć punkt lądowania nieco do przodu. Ale nadal lądowanie na pięcie nie jest zbrodnią.

Rzeczą, której rzeczywiście nie wolno robić jest lądowanie na tylne krawędzi pięty z wyprostowaną nogą zablokowaną w kolanie. Wyobraźcie to sobie. Czujecie, jak masakrycznego wstrząsu doznaje wtedy cały układ kostny?

1

Należy starać się lądować w momencie, kiedy środek ciężkości ciała znajduje się mniej więcej nad nogą, a nie za nią. Nawet jeśli lądujesz na piętę, to zrób to w momencie, kiedy będziesz już „zwijać” nogę pod siebie. To powoduje, że muszę zrewidować swoje przekonanie w konieczność jak najdalszego sięgania nogą do przodu. Medytować o tym będę, jak Yoda by powiedział.

Ostatnie ważne. Jedna rzecz to lądowanie, czyli punkt stopy, który jako pierwszy styka się z ziemią. A druga to przyziemienie – moment, w którym na stopę idzie największy nacisk. Możesz lądować na pięcie, ale ważne, żeby przyziemienie następowało w momencie kontaktu części stopy bliższych śródstopiu.

Jak wypadłem w videoanalizie? W adidasach minimalistycznych tragedia - jak widać na zdjęciu obok. Walę piętą na chama, chociaż to buty stworzone dla ekstremistów śródstopia. Już wiem, dlaczego wyleczyły mnie z fascynacji bieganiem tzw. naturalnym. Janek K. z Ergo stwierdził, że wygląda to na zdjęciu jak chód sportowy :-)

W adidasach startowo-treningowych nieźle, punkt lądowania na pięcie, ale blisko śródstopia. Najlepiej w Brooksach, bo tam pięta jest ścięta i ląduję niemalże na śródstopiu czy też na płaskiej stopie.

Zacząłem szukać w internecie, czy nasz adidas (mamy umowę jak wiadomo, a baner stoi na stronie Kancelarii) nie zrobił takich butów. I znalazłem ich opis na Bieganie.pl: adidas Clima Cool Ride. A jak je zobaczyłem na obrazku, to się zorientowałem, że dokładnie takie buty ma na fitness MSŻ i bardzo je sobie chwali. Nie przyszło mi do głowy, że można w nich biegać. Ale skoro producentowi przyszło, to mam nadzieję, że będę miał kiedyś szansę.

Nie zmuszajmy ludzi do biegania tzw. naturalnego. Zmuszajmy producentów, żeby zerżnęli pięty w swoich butach.

23:51, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
| < Październik 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam