Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 13 maja 2013

Trzy były momenty w zeszłym tygodniu warte zapamiętania. Dramatyczny, podniosły i nijaki.

Dramatyczny. Las Kabacki, wtorek po południu. Po poniedziałkowych ćwiczeniach siłowych (wariacje na temat skipu B w celu wzmocnienia i uelastycznienia grupy biodrowo lędźwiowej) zaczerpniętych z bieganie.pl na wtorek zaplanowałem sobie regeneracyjną godzinę. Rano był ping pong z dramatyczną przegraną po prowadzeniu 7:3 w ostatnim secie - znów wygrali Niemcy, chociaż byłem blisko Brazylii. Potem lekarz okulista, który postraszył i wysłał mnie do neurologa. Później coś napisałem do papierowego Biegania i poranny trening zaczął się przed 17.

Niedobrze. Glikogen z poniedziałkowej kolacji już zużyty, od obiadu minęły też ze cztery godziny. Po trzech kilometrach w wolnym tempie - zamiast przepisowego 5:00 wychodziło mi tylko 5:40 - zacząłem się męczyć, zwalniać. Kiedy na siódmym kilometrze doszedłem do tempa 7:30, uznałem, że to bez sensu. Znacie taką maksymę: "Celem treningu nie jest realizacja planu treningowego, tylko osiągnięcie maksymalnej dyspozycji na zawodach"? Nie bez oporów przerwałem trening. Nie byłem w stanie kontynuować biegu w I zakresie! Przeszedłem do marszu, myśląc, jak się Oco ucieszy. Półtora kilometra w tempie ok. 10:30-11:30 czyli niewiele wolniej niż w ostatniej fazie biegu. Odbudowałem się trochę i dotruchtałem do samochodu, żeby nie tracić czasu.

To był szok. Jak nie jesteś w stanie biec powoli, jak średnia krajowa, to musi zadziwić. Zaczęły mnie strasznie boleć plecy po poniedziałkowym treningu. W domu się zmonitorowałem - ciśnienie ok, ale temperatura 35,7 czyli spore osłabienie. Ki diabeł?

Moment podniosły był w czwartek. Wybraliśmy się z Moją Sportową Żoną na nocny przejazd rolkami po Warszawie. Spodziewałem się, że będzie świetnie, jazda pustymi ulicami w gronie ludzi zakręconych, w obstawie policji. I nie zawiodłem się ani trochę. Było nas prawie trzy tysiące! Zrobiliśmy 24 km z Krakowskiego Przedmieścia na warszawskie przedmieście czyli Ursynów i z powrotem.

Fotki nie oddają do końca tej radości.

1

Zbiórka o 20.30 pod Pomnikiem Kopernika.

2

Al. KEN, ja i dziewczyna w krótkiej spódniczce. Nie wiem czy to kwestia wieku (mojego), czy nowych czasów, ale miałem wrażenie podczas tego przejazdu, że 20 lat temu studentki miały zdecydowanie mniej urody. Myślę, że jednak nowa młoda Polska dba o siebie, jest aktywna, lepiej ubrana, po prostu ładniejsza.

3

Młoda Polska tańczy. MSŻ w żółtym adidasie z odblaskowym logo, gdyby ktoś miał wątpliwości.

4

Zombie wracają Puławską.

I jeszcze moment nijaki. Sobota - Bieg Pamięci czyli piątka i dycha na Siekierkach. Przyszedłem, pobiegłem i się skwasiłem. Niby ósme miejsce to dobre miejsce, ale nie złamać 38 minut, kiedy mierzyłem w złamanie 37, a przynajmniej 37:30. I co gorsza tak zacząłem.

Nie napisałem tego rano z pośpiechu (biegłem na trening), ale miałem podstawne nadzieje na dobry bieg, bo interwały w środę wychodziły mi na dawno nie widzianych tempach - 800 m w tempie 3:20-3:30. Czułem, że ten jeden trening Nowej Siły pozwala mi rozpocząć zmianę techniki, zwiększyć zasięg nóg i wydłużyć w naturalny sposób krok. Na Siekierkach starczyło mi tego na niecałą połowę dystansu. Potem była samotność i żółwizm.

Kolejna nauka życiowa ze sportu. Nie ma drogi na skróty. Jeśli chcę wyciągnąć maksimum z ćwiczeń, które mnie zainspirowały na bieganie.pl - to muszę je robić systematycznie, a nie zrobić raz i liczyć, że będę w stanie w głowie wizualizować sobie dłuższy krok. Jeśli chcę wygrywać z Dzikim, to muszę potrenować tenisa stołowego, jeszcze nie wiem jak, mam pomysły, ale nie mogę się do nich zebrać. A nie liczyć, że zwizualizuję sobie Brazylię przy stole ping pongowym we wtorek.

Jeśli chcę pobiec Rzeźnika, to muszę się do tego przygotować - fizycznie i psychicznie. Na razie bawi mnie jeszcze zabawa w życiówki, a jeśli nie życiówki, to dobre, szybkie biegi po asfalcie. Kusi mnie w Krynicy - a znów będziemy we wrześniu na Festiwalu Biegowym - setka przez siedem dolin. Ale nie, to prosta droga do rozczarowań na jesiennych startach. Zrobię sobie trening, agresywny i mocny kros - 33 km po górach, to chyba będzie meta w Rytrze tuż koło mojej Piwnicznej.

Na koniec zdjęcie z maratonu - płaskiego, asfaltowego i udanego - które sobie właśnie ściągnąłem. Trzydziesty kilometr, Ursynów, MSŻ i ja. Moment do zapamiętania.

5

11:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (96) »
poniedziałek, 06 maja 2013

W tekście o tym, jak Przemek K. przez tydzień udawał celebrytę, fryzjer - określający się po celebrycku jako stylista fryzur - chwali się najlepszą fryzurą, jaką zrobił (Mandarynie). Wspomina też o najgorszej (zamiast perłowego koloru wyszedł siwy). Chciał to wykreślić przy autoryzacji, ale autoryzacja to nie cenzura. W tekście są obie historie.

Tydzień temu opisałem, jak wspaniale budowałem formę na dobry Cracovia Maraton po porażce z poprzedniego roku. To dzisiaj o moim najgorszym maratonie. Żeby Piotr (ok123) wiedział, że doskonale wiem, co to jest marszobiegać maraton. Albo maszerować. Niech żyje marsz, marsz, marsz żyje nam.

Najgorszy był mój drugi maraton. Wspomniałem o nim tydzień temu - Warszawa 1997, 4:49 - ale dziś się mocniej popastwię nad sobą. Byłem wtedy w zawirowaniach życiowych, w stanie rozwlekłego rozwodu, uważałem, że nie mam czasu na bieganie. Jeździłem wtedy na rowerze komunikacyjnie, więc wymyśliłem sobie, że będę się przygotowywał do biegu na rowerze. Praca aerobowa? Przecież jest. Siła mięśniowa? Wymyśliłem - przepraszam za te herezje - że będę jeździł na bardzo siłowych przełożeniach, przez miesiąc nawet na Belwederską wjeżdżałem na szóstce. Bieganie? Robiłem chyba ze dwa razy w tygodniu po 15-20 minut po lesie. Sorry.

Do startu podszedłem z niebywałą bezczelnością. Na zbiegu z Belwederskiej postanowiłem podgonić grupkę przede mną, to podgoniłem. Zabrakło mi oddechu (to musiał być trzeci zakres!), to zwolniłem. A potem goniłem znów.

Zaczęło boleć koło półmetka. Uda - opisywałem to już tak kiedyś, ale lepszego określenia nie znajdę - jak z kamienia, przy każdym kroku czułem, jakby uderzał w nie młotkiem i dłutem rzeźbiarz-sadysta. Tempo dramat. Było listopadowo, deszczowo, pod Mostem Poniatowskiego ktoś dał mi łyk herbaty z termosu (dzięki). Za chwilę wyprzedził mnie maszerujący szybko biegacz i wtedy się poddałem. Nie było sensu biec, kiedy każdy krok był cierpieniem i to nieefektywnym.

W marszu wszystko minęło. Dogoniła mnie tylko fala rozgoryczenia, smutku. Widzę tę Wisłostradę pełną piechurów, obrzuconą przy punktach kubeczkami plastikowymi, które zostawili na jezdni biegacze. Piechurzy nieśli swoje kubeczki zawstydzeni, wręcz pili na punktach i wrzucali do worków albo odstawiali na krawężnik. Z poczuciem, że nam się już nie należy obsługa sportowa, miano biegacza i medal na szyi.

Kiedy zbliżał się pięciogodzinny limit czasu dobry dialog odbyła z sędzią na mecie moja ówczesna dziewczyna:

- Nie widzi pan go? Taki blondyn w okularach. Nie ma? Pan go nie zna, doczołga się, a ukończy.

A sędzia wziął lornetkę, spojrzał:

- Żaden się nie czołga.

Ale tak naprawdę maraton mnie wtedy przeczołgał. Nauczył mnie chyba więcej pokory niż pani przedszkolanka powtarzająca, że bez pracy nie ma kołaczy, a przysłowia są mądrością narodu.

W następnym maratonie wystartowałem w lecie w kolejnym roku. Złamałem zgodnie z planem 3:45, poprawiając się o 12 minut wobec życiówki. A jesienią w Warszawie walczyłem, bezskutecznie, o złamanie 3:30.

Maratony są jak literatura. Jak podręcznik, jak egzamin. Cieszą na tyle, ile sami się nimi ucieszymy. Uczą tyle, ile sami z nich odczytamy. Teraz łatwo mi to pisać, bo jestem po dobrym maratonie, mam z niego więcej radości niż nauki. Ale nie pobiegłbym dobrze Orlenu, gdyby nie jesienne porażki w Warszawie i Poznaniu.

Już się nie mogę doczekać następnego maratonu. I chyba go przyspieszę.

Mój plan startowy przewidywał zakończenie wiosennego sezonu w Radomiu. Bardzo mi się spodobała idea tego półmaratonu, odżyły emocje związane z Kuroniem, Michnikiem, słuchaniem Wolnej Europy, radomskim czerwcem 1976 r. i wprowadzonymi wtedy kartkami na cukier. W dodatku sto kilometrów to niedaleko, jak śpiewał Jan Krzysztof Kelus. Miejski półmaraton w pobliżu Warszawy, na który można dojechać rano i śmignąć w czerwcu - czego chcieć więcej.

Ale obawiam się, że nie pojadę. W zimie w Rabce zamarzyliśmy sobie z Moją Sportową Żoną i ex-biegaczką Sabiną rodzinny wyjazd za granicę (nawet dalej niż do Frankfurtu). Żeby było taniej i luźniej postanowiliśmy, że jedziemy w ostatnim tygodniu czerwca. I wygląda na to, że kiedy w Radomiu będzie debiutował półmaraton, my będziemy wsiadać w samolot na Sycylię.

Co zamiast? Przybiegła ta myśl do mnie kilka dni temu, ale teraz czuję, że już się nie rozstaniemy. Maraton Mazury. Pobiegnę mądrzej niż rok temu, bo czegoś się jednak nauczyłem. Nie zacznę w tempie na 2:50. Raczej pobiegnę z luzem na trzy z haczykiem. Postaram się przetrenować negative split, bo człowiek ciągle się czegoś uczy.

Fajny film wczoraj widziałem, pouczający. U Fredzia na Bieganie.pl są ćwiczenia siły biegowej i parę mądrych słów o zwiększaniu zakresu ruchu. Uważam, że takie ćwiczenia są bardzo istotne dla nas, amatorów, moje przysłowie to "Tydzień zaczyna się od podbiegów". Zawodowcy jak Beztlen nie czują tego w stawach, bo latami treningu zwłaszcza tymi w wieku największych możliwości kształtowania gibkości wypracowali technikę, posiadają odpowiedni zakres ruchu. My, amatorzy - trójkołamacze, czwórkołamacze, piatkołamacze - musimy to nadrobić teraz. Ja nadrabiałem dziś, 45 minut ćwiczeń od marszu dynamicznego, skip B (Fredzio przekonał mnie, żeby to ćwiczenie bardziej docenić), wykroki (których mi w materiale z Biegania zabrakło), wieloskoki po podbieg i przebieżki na koniec. Moje tempo rytmowe 3:20 osiągnąłem z nawiązką.

Tylko żeby nikt nie pisał, że nie doceniam biegania. Bieganie też jest ważne w treningu biegacza. W piątek i sobotę zrobiłem łącznie maraton. Dwa długie wybiegania po 1,5 i 2 h z kawałkiem. Wytrzymałość to podstawa, tej podstawy mi zabrakło w tym maratonie w Warszawie 16 lat temu.

20:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (104) »
poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Najlepsze jest to, co się zdarzyło między 2008, a 2009 rokiem. Nie w świecie, nawet nie w moim życiu, chociaż to właśnie wtedy postanowiliśmy z Moją Sportową Żoną, że pójdziemy do urzędu z dwoma kółkami. Tylko w moim bieganiu w Krakowie.

Mam taki pamiętnik. Nazywa się !rekordy.rtf. Zapisuję tam każdy maraton. Lapidarnie, ale do zapamiętania. Liczbami, ale też słowami. A tak naprawdę czystą emocją. Bez upiększania. Cytuję też bez upiększania.

Pierwszy raz pojechałem do Krakowa bodaj na drugą edycję. Miałem wtedy życiówkę 3:19 z Wrocławia, ale zazwyczaj walczyłem o złamanie 3:30.

"15. Kraków, 11 maja 2002 - 3 h 33 min. 30 s. 223 miejsce na 715, którzy ukończyli bieg (61 na 164 w kategorii M30). Upał od 15 km. Zacząłem od piątki w 22.30, potem nawet szybciej z jednym góralem (Marian Ryżak z Rytra - dobiegł na 3.12). Półmetek miałem 1.35, ciągnąłem jeszcze do 30 km – 2.16, potem upał mnie wykończył, trochę szedłem, straciłem z 70 miejsc".

Zazwyczaj bezskutecznie.

"18. Kraków 10 maja 2003 – 3 h 32 min. 58 s. (wg chipa – 3.32.02). 224 na 737 osób, które ukończyły, w M-30: 55 na 207. Straszny upał. Poznałem Włodka Dębskiego z Piły (przybiegł pół minuty przede mną). Dwa kryzysy kontrolowane - na 27 km (zwolniłem na 18 minut) i na 37 (zwolniłem na 10 minut). Czas na 30. km – 2.26.48. Czasy kolejnych piątek: 23.04, 22.55, 25.19, 23.47, 24.32, 26.12, 26.27, 28.47 i końcówka 10.59". 

Kolejny rok odpuściłem, a do następnego Krakowa podchodziłem już z życiówką 2:57.

"27. Kraków 7 maja 2005 - na dystansie ok. 40 km - 2 h 49 min. 48 s., czas rzeczywisty byłby w granicach 2.58.30-2.59.30.  Niebywałe, ale organizatorzy na 36 km (pod mostem Kotlarskim) nie skierowali nas na agrafkę w lewo, tylko od razu w prawo do mety. Kilkadziesiąt osób tak skróciło (a pierwszy Piotr Gładki przebiegł 2 km więcej, ale i tak wygrał). Miejsce: oficjalnie 40, ale w rzeczywistości powinno być ok. 50-55. Wygrałem o 2 sekundy z Ibeksem, który dogonił mnie zaraz za mostem Kotlarskim, trochę biegłem z nim, a trochę zrywami. Międzyczasy: 20.59, 20.44, 20.31, 20.37 (półmaraton 1.27.21), 20.41, 21.54 (na 30 km 2.05.27, od 28 km do 30 odpoczywałem zwalniając o pół minuty na kilometr), 21.57 - i to ostatni prawdziwy czas z 35 km: 2.27.25. Na końcówce nie zwolniłem czyli licząc, że piątkę zrobiłem w 22 minuty, a końcówkę w 10 dałoby to czas 2.59.25, ale chyba trochę przyspieszyłem od Ibeksa, więc pewnie lepiej. Było zimno, dwie ulewy i jedno gradobicie".

Potem kilka lat przerwy. I wreszcie Kraków już rodzinny, drugi hajmat, jedziemy do Sabiny, Sabina nie ma w domu węglowodanów, podejmuje nas grillem, makaronu do domu nie kupisz, bo wszystko pozamykane - wprowadzili właśnie dni ustawowo wolne od sklepów.

I to jest najgorsze. To jest tak fatalne, że Ziggy, Alicja i Mati nie mają dziś w sumie takiego bólu, jak ja wtedy:

"34. Kraków, 4 maja 2008 – 3 h 07 min. 45 s.???. Klęska, porażka. Ale czego chcieć, jak człowiek nie naje się porządnie węglowodanami rano i poprzedniego dnia. A przede wszystkim jak zaczyna w średnim tempie z półmaratonu. Piątki: 18:45, 18:51, 21:36, 20:27, 22:22, 23:51, 22:15, 26:04, końcówka 13:28. Na połówce miałem coś koło 1:24. Nieudana akcja z Sarną i Sabiną na rolkach. Paweł Szynal wyprzedził mnie na 28. km i ledwo złamał trzy godziny. Grupa na 3:00 przeszła mnie około 36. km".

To był mój najbardziej schrzaniony maraton w życiu. Jeden miałem gorszy, 4:49, drugi start w maratonie, rok 1997, kompletnie się wtedy nie przygotowałem, myślałem, że jak już raz przebiegłem maraton, to mam papiery na kolejne. Ale teraz byłem dobrze przygotowany. Zawiodła energetyka i chłodna głowa. Ruszyłem na 2:50 i to grubą przesadą.

Widzicie te pierwsze piątki? Pierwszą zrobiłem o 33 sekundy wolniej od ówczesnej życiówki na 5 km. Druga praktycznie w tym samym tempie - kilometr po ok. 3:45. Na końcówce tempo spadło poniżej 6:00. Takie zjazdu biegowego nie jestem sobie w stanie wyobrazić. Finiszowałem w tempie biegaczy, którzy dobiegli w godzinę i pięć minut za mną. To tak jakby Szosta ścięło z 3:05 do 4:30.

Co zrobiłem potem? To co radzi marsz - zaliczyłem negative splita.

"35. Łódź, 18 maja 2008 – 3 h 04 min. 15 s. (netto 3:04:12). Poprawka Krakowa. Zamierzałem zejść poniżej trzech godzin, to się nie dało, bo za blisko po Krakowie. Ale ważniejszy cel zrealizowany – drugą połowę pobiec szybciej. I to jak. Jak przyspieszyłem na 30., to sam byłem zdziwiony. Piątki mówią same za siebie – najszybsza przedostatnia, następna ostatnia, trzecia pod względem szybkości – pierwsza piątka. Kolejno: 21:52, 22:04, 22:20, 22:03, 21:49, 22:08, 21:15, 21:42, końcówka 8:57 (to rekord, 5 sekund szybciej niż przy życiówce). Na połówce miałem 1:33:30. Czyli czas na 3:07:00, więc druga połowa o prawie 3 minuty szybsza. 2 km przed metą dogoniłem Pawła Szynala, wygrałem z pół minuty. Dobre miejsce – 26 na blisko 500 osób na mecie. Biegł też Dziki, poprawił życiówkę z Torunia (3:24) na złamane ciut 3:18".

Na jesieni było 2:53 w Warszawie, 2:57 w Poznaniu. Dobrze, ale marzyło mi się, żeby znów pobiec poniżej 2:50 (udało mi się to o 3 sekundy dwa lata wcześniej we Wrocławiu, ale tylko netto, chciałem to zrobić wyraźniej).

Kraków 2009 był być może najlepszym maratonem w moim życiu. Dwa razy pobiegłem szybciej, ale w idealnych, lekko arktycznych warunkach. Tutaj był tropikalny upał. Na zdjęciu Marek Szczepaniuk wyciska sobie gąbkę na głowę. Ja biegnę chyba pierwszy raz w życiu w białej czapce.

1

"38. Kraków, 26 kwietnia 2009 – 2 h 52 min. 45 s (brutto tak samo). Wiceżyciówka, dwa tygodnie przed ślubem. W wielkim upale, polewałem się wodą. Miejsce świetne 38 (ósmy w kategorii). Sarna na rolkach pilnowała mnie, żebym wmusił batona – pół na 15 km, pół ok. 30. Fajnie zacząłem ze stałą grupą na 2:50. Marek Szczepaniuk był z naszej grupy pierwszy – 2:51:22 (a za trzy tygodnie w Łodzi pobiegł 2:46), drugi Daniel 2:51:27 (życiówka), trzeci Pedro 2:51:39. Bardzo satysfakcjonujący bieg. Piątki: 20:22, 20:04, 19:54, 20:13, (1:24:49 na półmetku), 20:02, 20:02, 20:43, 22:07, końcówka 9:17. Trochę zabrakło po trzydziestym, ale w takim upale złamanie trzech godzin to byłby sukces. Kamil Dąbrowa – życiówka 3:23:47, Kasia Cynowska też – 3:51:13."

Najmocniejsze było wspomnienie z tym batonem. Kiedy dwa tygodnie później wygłaszałem mowę pana młodego, to z tego zrobiłem puentę - żebyśmy sobie zawsze umieli podawać batoniki energetyczne. Znacie ten stan lekkiego zamulenia, ściśniętego żołądka, ściśniętego mózgu, zawężonego pola widzenia... I wtedy ktoś musi ci powiedzieć: wstań, weź swoje łoże i chodź, weź swojego batona i biegnij.

Krakowskie postscriptum jest takie, że pobiegłem tam jeszcze rok później (2:55), po czym niekonwencjonalnym treningiem przygotowałem się do jesiennego maratonu w Warszawie i zrobiłem wreszcie życiówkę - 2:49:51.

Myślę, że na maratońskie spełnienia pracuje się latami. Tysiącami kilometrów, setkami treningów i dziesiątkami porażek. Nie dają tu medali za realizację planu treningowego, osiem tygodni BPS-u, dwa żele do kieszeni i prawidłowe nawadnianie. Tylko za krew, pot i zaciśnięte czasem z żalu gardło. Opadające ręce, wzrok ponury, gorzkie wyrzuty i łzy. I za ciągle odradzającą się nadzieję na dobry bieg.

Tak finiszowaliśmy z MSŻ na Błoniach w tamtym dobrym maratonie w Krakowie:

2

Ważne ogłoszenie. Wpisujcie się do formularza Ligi Podblogowej Roba. Zobaczcie, co za cudo Rob zrobił: www.liga-podblogowa.cba.pl.

20:18, wojciech.staszewski
Link Komentarze (131) »
poniedziałek, 22 kwietnia 2013

Na trzydziestym dziewiątym wpadam w samozachwyt. I w nadświetlną. Już nie boję się walca z napisem "trzy godziny", bo wiem, że już mnie nie dogoni. Przyspieszam i po roku wracam do swojej ligi trójkołamaczy.

Jak to jest, że tysiąc historii, a wszystkie takie same - zapytał mnie po cichu Chłopaś, kiedy nasz trener na tenisie opowiadał w przerwie między forehandami z linii końcowej, a bekhendami z połowy kortu, jak kiedyś wystartował w biegu na dużo kilometrów, zaczął na końcu, a potem wyprzedzał biegaczy, a żona się przy trasie martwiła...

Moja historia zaczyna się w samochodzie, jedziemy z Andrzejem, biegającym ojcem z klasy córki 4klasistki. Jak biec? Trzeba zrobić nadróbkę, bo negative split to piękna legenda - mnie na 52 przebiegnięte maratony tylko 3-4 razy udało się pobiec drugą połówkę szybciej, a i tak tylko wtedy, kiedy do mety było z górki albo biegłem zadaniowo, dużo poniżej możliwości. Jak biegniesz na wynik, to musisz nadrobić, bo potem trzeba stracić. Oczywista oczywistość.

Na starcie tłum, przebijam się na granicy chamstwa do jakiegoś dziesiątego-piętnastego rzędu biegaczy, a i tak stoję koło balonika 3:10. Po kilometrze jest Wyspio, wyprzedzam go, przed nami widoczny Pict, a zaraz wyrasta Daniel Źrebak. Przez najbliższe dwie godziny nasze koszulki będą bliskimi znajomymi.

Wiem, po co biegnę. Lubię takie świadome bieganie. Nie że zawsze na życiówkę, bo dziś to niemożliwe. Nie jak dziecko we mgle, że zobaczymy jak będzie. Wolę to sobie wcześniej zwizualizować. Ma być tempo 4:05-4:10. I jest. Na półmetku Garmin pokazuje średnią 4:09. A czas z elektronicznej maty (facet, który ją obsługuje zapewnia, że to dokładnie półmetek): 1:28:20. Po pomnożeniu przez dwa daje mi to 2:56:40.

Jestem wtedy czwarty w naszej grupce. A ogólnie się trzymam - 198 miejsce na 5 kilometrze, 176 na 25. Wtedy wyprzedzam najpierw Daniela Źrebaka, który zabiera się za mną, potem Wyspia, który pokazuje nam zakrwawioną gąbkę.

- Z sutków?

- Gorzej, z nosa.

Potem biorę Picta. Tętno pod kontrolą, mógłbym zaryzykować bieg na pulsie 168-169, ale i tak mam dobre tempo przy 165-166. Jest dobrze.

Pod domem 29 kilometr dołącza do mnie Moja Sportowa Żona na rowerze, która jechała koło mnie przez pierwsze 15 kilometrów. Teraz zaczyna być potrzebna, bo pierwszy żel przestaje działać, tracę zasilanie, tempo spada do 4:15, to granica bezpieczeństwa. MSŻ daje mi drugi żel i gdzieś na 34-35 kilometrze węglowodany zmieniają się w glikogen, a ten w adenozynotrifosforan. Nie lubię tych ekscytacji o bieganiu głową, biega się fizjologią. Kontroluję tętno, ciągle jestem w strefie mieszanej, kwas mlekowy nie odcina zasilania tłuszczem. A powietrze, chłodne warszawskie powietrze spomiędzy kamienic na pięknej jak nigdy, rozsłonecznionej Puławskiej - smakuje jak nigdy. Jestem biegającą elektrownią na węgiel i tlen.

1

MSŻ odjeżdża do domu i pojawia się na rowerze Chłopaś.

- Potrzebujesz czegoś?

- Publiczności.

Jestem zachwycony sobą do granic. Przyspieszam, robię nawet dwa kilometry poniżej 4:00. O takie tempo walczyłem dwa tygodnie temu na kilometrówkach na Ursynowie, a teraz przecinam. Na 30 kilometrze jestem 163, na 35 - 138, na 40 - 124. Dobiegnę 104, czyli na Moście Poniatowskiego i ślimakach wokół stadionu łykam jeszcze 20 osób. Na przystanku tramwajowym moi Unikanie robią mi zdjęcie z Chłopasiem po wyprzedzeniu kolejnej grupki.

Najpierw napędza mnie złamanie 2:57. A potem perspektywa zrobienia czegoś, czego nie potrafię - przebiegnięcia drugiej połówki szybciej od pierwszej. Udaje mi się to z zapasem 6 sekund. Sześć sekund dzikiej radości. 2:56:34 w sumie. Powrót do Bundesligi. Po dwóch jesiennych maratonach, w których do złamania trójki zabrakło mi raz trzech minut, a raz niecałej minuty. Po Łodzi zeszłej wiosny, kiedy zmieściłem się niecałe pół minuty przed gilotyną. Po żałośnie wolnych treningach tej długiej zimy, kiedy na koniec dwugodzinnego wybiegania walczyłem z trudem o przyspieszenie do tempa 4:30 na kilku kilometrach. I myślałem o trenerskiej emeryturze.

Jestem.

Chyba po siedemnastu latach biegania zrozumiałem o co w tym chodzi. A przynajmniej, co mnie w tym kręci. Postawić sobie cel - realistyczny, ale też ambitny. Przygotować się do niego najlepiej jak mogę i pobiec najlepiej jak potrafię. Wszystko.

W miasteczku biegaczy jest jeszcze pusto. Kenijczycy nie zdążyli się jeszcze schować. Photo please.

2

A teraz odcinek Roba. Rob przesłał podsumowanie podblogowej wiosennej ligi półmaratońskiej. Całość jest tutaj. A synteza tu:

W wiosennej odsłonie ligi wzięło udział 30 osób. Układ sił rozkładał się następująco - 5 kobiet (15%) i 25 mężczyzn (85 %). 16 spośród 30 biegaczy na miejsce swojego startu wybrało Warszawę (53%), 5 Sobótkę (17%), 2 Kraków (7%), 6 osób pobiegło w Poznaniu (20%) i jedna w Pradze (3%). Jeśli chodzi o osiągnięte czasy, to 20 osób (67%) poprawiło swój najlepszy dotychczasowy rezultat, 7 osobom (23%) ta sztuka się nie udała, mieliśmy również jednego debiutanta i dwa zające. Wśród tych, którzy poprawili życiówki królem polowania został Baranek_shaun  00:21:21 (19,5%), natomiast najwyższy ujemny stosunek osiągniętego czasu do życiówki przypadł tym razem Biegofance – 00:12:32 (-10,87%).

Z wiosennej ligi wynika, że najlepiej życiówki poprawiać w Poznaniu i Pradze, z tarczą wrócili stamtąd wszyscy uczestnicy ligi. Drugie miejsce zajęła Warszawa – 11 życiówek na 16 startujących (69%), potem Kraków jedna życiówka i jeden debiut (2 startujących) a na końcu Sobótka- gdzie tylko 2 osobom z 5 udało się poprawić swój najlepszy dotychczasowy rezultat.

Ciekawie przedstawiają się natomiast wartości uśrednione. W tym przypadku nie brałem pod uwagę wyników SFXa i Dzikiego ponieważ zającując nie walczyli z czasem:

ü  Średni prognozowany czas spośród 27 osób (jedna osoba nie prognozowała) to 01:41:19

ü  Średnia życiówka 28 wpisanych osób to 01:40:20

ü  Z tych prognozowanych czasów 28 osobom udało się nabiegaćśrednio 01:41:42

ü  Na średnim tętnie 168 (dane 16 osób podzielone przez 16)

ü  Średnia ocen za bieg wyniosła +/- 2,25 czyli między „zgodnie z oczekiwaniami” a „powyżej oczekiwań”. Dwie osoby oceniły się na 0 – katastrofa- w tym wypadku do średniej użyłem punktację (-1)

ü  Średnia strata do życiówki spośród osób, którym nie udało się jej pobić to 00:05:11

ü  Średnia poprawa życiówki wśród osób, którym ta sztuka się udała to 00:06:47

Tyle Rob, dzięki :-)

Otwieramy teraz WIOSENNĄ PODBLOGOWĄ LIGĘ MARATOŃSKĄ. Bo chociaż każdy gra w innej lidze, to jest taka liga, w której gramy wszyscy.

Wpisujcie się TUTAJ.

12:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (338) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Przechodzę do Borussi. Jest tam już paru "naszych" - Lewandowski, Błaszczykowski, Piszczek...

Jesień 1991 r., w sobotę biegniemy z Dzikim po puszczy. Mówię, że widziałem w Gazecie Wyborczej ogłoszenie, że szukają dziennikarzy, ale ja się przecież nie nadaję, nie znam angielskiego. Dziki rozwiewa moje obawy, jak mgłę nad bagnem Cichowąż, idę w poniedziałek na rekrutację, a miesiąc później jestem już dziennikarzem Gazety Wyborczej.

Dwadzieścia jeden i pół roku. Tyle, ile zostało mi dziś do emerytury. Dział krajowy, codzienna pogoń za niusem, pierwsza w życiu czołówka ze zmian w Karcie Nauczyciela, informatory o reformie edukacji. I życie zbójeckie, zawadiackie, przyjaźń z Monty (po lewej) i Lizutem (za plecami), nocne rozmowy o życiu na dyżurach do północy. Rower jako środek transportu, bieganie do pracy.

Potem Gazeta na Plażę i dział promocji nakładu. Robienie sobie co poniedziałek jaj z pełną powagą, a w tygodniu poradniki o waloryzacji emerytur i symbioza myślowa z Grześkiem.

Reportaż. Reportaż. Reportaż. Wyprawy pod Przasnysz i rozmowy z nieznanym nikomu Palikotem w kawiarence koło Sejmu. Góralki umęczone przez mężów i olimpijczycy trenujący w Zakopanem. I bieganie - z biegającym szefem, z Polską, która zaczęła biegać. Sztafeta Polska Biega do Białegostoku...

Nie ma już biegającego szefa. I wielu rzeczy, które były - nie ma. Jest ciągle Real Madryt, ale skład nie ten sam. Jest Magazyn Świąteczny, nowa nadzieja, ale czasem nadzieja to za mało. Czasem potrzebne jest nowe wyzwanie.

I kiedy zadzwoni telefon z Borussi Dortmund - oczywiście na długim wybieganiu w kwietniowym śniegu dziwnego roku 2013 - to nie mówisz, że do końca życia chcesz grać w Realu. Tylko, że spotkasz się porozmawiać o transferze.

Biegałem z tym przez tydzień. Interwały z podopiecznymi w czwartek (była sztafeta, a ponieważ liczba biegaczy była nieparzysta, to mogłem dołączyć i zrobić solidny trening - sześć osiemsetek po 2:50-2:55). Real czy Borussia? Sobotnia Choszczówka, gdzie przegoniłem Maćka trójkołamacza, chociaż Maciek zaczął mocniej. Real? Niedzielne dwugodzinne wybieganie z Kamilem, gdzie na końcu wreszcie pobiegłem szybko: najpierw kilometr tuż pod pułapem tlenowym w 4:29, a potem kilometrowe przyspieszenie do 3:58 z tętnem 163, czyli o pięć kresek niższym niż moje maratońskie (a będę biegł o 10-15 sekund wolniej). To co? Borussia?

Borussia. Jest tam już kilku naszych. Tomek i Rafał z Dużego Formatu. Jacek, przyjęty kiedyś do Gazety na tej samej rekrutacji, co ja. Łukasz, od którego przejmowałem oświatę w dziale krajowym. Rysio, redaktor ze zbójeckich lat w dziale krajowym. Ola, którą zwolnili z Dużego Formatu podczas drugiej albo trzeciej fali zwolnień.

I jest znów biegający szef. Choć inny. On biegnie w maju w Hamburgu, ja w niedzielę w Warszawie.

Spotkajmy się przed Orlenem na makaronie. Zarezerwowałem stolik na dziesięć osób. Kafejka Repubblica Italiana - ta sama, co przed wrześniowym maratonem, na Saskiej Kępie, 10 min. od biura zawodów. Godzina: 18.00. Proszę o info na blogu, kto się pisze - do środy po południu. W środę wieczorem mam potwierdzić liczbę miejsc i wtedy będę mógł coś dorezerwować.

A jeśli ktoś chce się spotkać w krótkich spodenkach, to w najbliższy czwartek mam trening w Centrum Biegowym Ergo. Lubię tę firmę, a to ważne, żeby lubić firmę, z którą się współpracuje. Przesłali mi plakat:

ergo

Do zobaczenia. Na starych trasach i na nowych stronach.

21:20, wojciech.staszewski
Link Komentarze (606) »
poniedziałek, 08 kwietnia 2013

W niedzielę myślałem, że uniosę się z fotelem z emocji. Że wbiegnę w ścianę między pokojem, a kuchnią. Że tak jak Tytus wszedł do filmu, to ja wskoczę do komputera na wyniki online i stanę przy trasie, żeby krzyczeć, bić brawo.

Rano rusza Paryż. Online nie mogę znaleźć, a w telewizji pokazują dziesięciu czarnoskórych biegaczy zamiast naszego podopiecznego Marcina. Marcin zgłosił się do Kancelarii pół roku temu z życiówką 3:45 z Dębna i ambicją złamania 3:30.

Potem rusza Armia Poznań. Podopieczny Kamil, z którym poznaliśmy się na zawieruszeniu w Choszczówce - z życiówką 1:35 i ambicjami na złamanie 1:30. Podopieczny Bartek, dziś już samodzielny, ze złamanym 1:30, ale perspektywą złamania 1:25. Jego żona podopieczna Kasia, ma debiutować na 2:10-2:15. No i podopieczny Ziggy, który ma szansę poprawić 1:38 z Wiązowny na 1:35. A prócz tego pół Podbloga.

Co się działo, kiedyśmy z Czepiakiem głównie wrzucali wpisy z odświeżających się wciąż wyników widać pod poprzednim odcinkiem bloga. Kamil dobiega spóźniony o 34 sekundy, bo się po drodze spotkał z toi-toi-em. Bartek - równo nakręcony jak zegarek, łamie swoje. Jego Kasia jak skoczkini wzwyż przeskakuje w biegu poprzeczkę i ląduje na 2:07. A Ziggy zalicza siedmiosekundową tylko życiówkę i siedmiomilowego doła, bo chciałby więcej sekund urwać z nieskończoności, w której go nie było.

Fizycy mogliby pewnie to tak opisać. Chcemy na zawodach stać się bytami nieistniejącymi. Dobiec w momencie, kiedy jesteśmy jeszcze na trasie. Czekać na mecie, kiedy biegniemy. Mniej sekund biegu, więcej w spoczynku po biegu.

Metafizycy mogliby w tym odnaleźć drogę do doskonałości. Doskonałości nie można osiągnąć, można osiągać tylko kolejne etapy szczęścia.

Rusza Dębno. Biegnie Podblog, świadomie kojarzę Fajkę, autora manifestu biegacza trenującego. I podopieczny Maciek. Trafił do nas półtora roku temu z niezłym czasem w półmaratonie, ale z dużą obawą przed pełnym dystansem. Rok temu w Krakowie zadebiutował w 3:13. Teraz ma papiery na łamanie trójki, ale nawet z papierami to nie jest prosta sprawa, o czym sam się przekonałem ostatniej jesieni.

Cztery kilometry przed metą Maciek jest co do sekundy na styk, to mogę wyczytać online. Nie wiem, że ma kryzys, bo jest wymęczony podbiegiem i wiatrem, który wywiewa nadzieję. Wierzę, że ma wiarę i moc. A kiedy na czterdziestym widać na online nadróbkę krzyczę na cały dom. Otworzylibyśmy z Moją Sportową Żoną szampana, gdyby nie to, że trzeba zaraz jechać do ojca, zainstalować mu nowy telewizor i dać jeść.

Maciek łamie 2:59. Z radości wrzucam na Facebooka notkę, bo Maciek jest pierwszym podopiecznym Kancelarii, który złamał trzy godziny. Gadamy przez telefon, Maciek przyznaje, że ścigał się z Bartkiem - kto pierwszy złamie trójkę.

maciek

To zdjęcie z zimowej Choszczówki. Ostatnia Choszczówka w najbliższą sobotę - biegnę, będzie nietypowe podbicie przed maratonem.

Bo ja też biegam. Powoli, dziś nietypowo interwały, żeby złapać trochę dynamiki. Ale serce mi się nie chce rozpędzać powyżej 170 uderzeń, więc tempo ciut słabsze niż w tabelach Danielsa. A w sobotę pobiegłem w Biegu Łosia. Miało być tak pięknie, MSŻ na rowerze, wypuścić się tak razem w puszczę. Wyszła walka w śniegu po kostki, każdy krok męczył - ósme miejsce na ponad 200 osób, plan wykonany. Fota Dzikiego, który robił na półmetku za łosia z aparatem.

bieg losia

Poszliśmy za to po południu z MSŻ, Przemkiem i Adrianną na badmintona. W piątek był tenis z Chłopasiem. Uwielbiam się ruszać. Coraz bardziej lubię dzikie biegi po lasach (Słyszeliście o Maratonie Wigry w sierpniu? Kusi). Ale wciąż najbardziej lubię wytrenować maksymalną formę pod szybki uliczny bieg. Za dwa tygodnie maraton, ciekawe, czy będą wyniki online.

Acha - w najbliższy czwartek jedziemy z MSŻ na rolkach w warszawską noc. Może ktoś dołączy?

Obiecałem jeszcze MSŻ, że napiszę dwie rzeczy. Że córka 4klasistka w weekend zajęła z formacją hip hop Shadow Kids z Hakiela siódme miejsce w Mistrzostwach Polski w Tańcu Nowoczesnym. Czyli oczko lepiej niż ja.

I że jeszcze do najbliższego poniedziałku obowiązuje opłata promocyjna na III Obóz Biegowy w Rabce Zdroju.

A tak wyglądaliśmy po badmintonie:

b1

b2

22:20, wojciech.staszewski
Link Komentarze (156) »
poniedziałek, 01 kwietnia 2013

Co robiłeś w święta? Cztery długie wybiegania. Jak w tym dowcipie z bieganie.pl, ale na serio.

Finlandia, Islandia, Norwegia. To nie są nazwy krajów, których reprezentacje mimochodem dokopałyby naszym, tylko beznadziejne pogodzenie się z zimą jako stanem permanentnym, nieodwołalnym, niezmiennym. Śmieszne są te żarty o Bożym Narodzeniu na Wielkanoc, ale nie jest śmiesznie w tej zimie, w lodzie, w rosyjskiej Syberii żyć na stałe. Biegać z Dostojewskim na uszach i dziwić się, jak ciepło w tym Petersburgu.

Za tydzień córka 4klasistka ma Mistrzostwa Polski w tańcu nowoczesnym, szykuje się do tego na tyle poważnie, że nie chciała za bardzo jeździć na nartach, bo się stresowała, że coś sobie zrobi. Wypatrzyliśmy tydzień temu, że akurat wtedy jest Bieg Łosia. Impreza stworzona dla mnie. W moje puszczy, tej z dzieciństwa (czy każdy pisarz ma swoją puszczę młodzieńczą, o ile Staszewski jest pisarzem?). 17 kaemów wokół bagna Cichowąż, kaemów, bo taką jednostką posługiwaliśmy się od liceum z Dzikim przebiegając te ścieżki, obiegając Cichowąż dziesiątki razy, a dwukrotnie dla urozmaicenia przedzierając się przez środek bagna, dotarliśmy do jakiejś polany, na której było jedno drzewo, właziliśmy zdaje się na nie, żeby się rozejrzeć jak z bocianiego gniazda, mieliśmy po dwadzieścia parę lat.

Tę puszczę od lat chcę pokazać Mojej Sportowej Żonie, to chyba ostatnia z ładnych rzeczy w Warszawie, przed którymi MSŻ się skutecznie wzbrania. Więc okazja idealna - córka na mistrzostwa, MSŻ na rower i jedziemy. Ale wygląda na to, że trzeba by mieć rower na gąsienicach albo z łańcuchami zimowymi.

Przez te śniegi szykuję się do ulicznych startów strasznie siłowo. Tydzień po Biegu Łosia będzie ostatnia Choszczówka. Biegnę, chciałbym sobie przypomnieć tę trasę, zapamiętać ją ciepło, bo coś czuję, że Dzikie Biegi do Choszczówki już nie wrócą.

W śnieżnej Rabce zrobiłem sobie mały obóz wytrzymałościowy. Eksperyment: cztery długie wybiegania, żadnych szybkich akcentów, żadnych podbiegów, prócz tego oczywiście, że tu cały czas się podbiega pod górę albo zbiega. W zimie odkryłem nowe miejsce - Rabską Górę - chciałem dobiec tam przez Krzywoń, ale zagrzebałem się w tych śniegach, kiedy dotarłem na szczyt Krzywonia, prawie trzeba było wracać. Zrobiłem kółeczko na grzbiecie i na dół.

Drugiego dnia podjechałem samochodem na Zakopiankę i stamtąd ruszyłem na Rabską Górkę. Dobiegłem prawie do Raby Wyżnej, sprzed wsi się wróciłem, bo psy zaczęły szczekać i grozić. Może w Warszawie rządzi PO i Hanna Gronkiewicz-Waltz; na wsiach rządzą psy.

Na zboczu Rabskiej Góry spotkałem sarenkę z bliska. W Gorcach same sarny, nie tylko MSŻ.

sarna

Trzecie długie wybiegania było połączone z wyprawą do narciarskiego odkrycia sezonu - Jurgowa. Pojechaliśmy całą rodziną, wszyscy poszli na narty, a ja postanowiłem je zbojkotować i pobiegłem na Słowację. Dużo biegania po pustej szosie, co miało sportowy sens, dzięki temu mogłem skończyć przyspieszeniem do tempa przyspieszonego.

Ludzie! Jak Wy to robicie, że potraficie kończyć tempem maratońskim, nawet półmaratońskim? Ciągnąć tak przez wiele kilometrów biegu ciągłego. U mnie wychodziło około 4:25, a tylko dlatego, że było mocno z górki. O pół minuty wolniej na kilometrze niż na półmaratonie w Warszawie.

W połowie tego treningu dotarłem pod słowackie Tatry, szlak wychodził z Tatrzańskiej Jaworzyny. Wróciłem z fajnym obrazkiem znad potoku:

potok

Dziś po śniadaniu wszyscy znów ruszyli do Jurgowa. Ja zrezygnowałem, gdyż raz, że jestem nieporozumiany z MSŻ, a dwa, że postanowiłem sprawdzić jedną nową ścieżkę na tegoroczny sierpniowy obóz biegowy w Rabce Zdrój. Tym razem na otwarcie pobiegniemy szlakiem na Maciejową, jak na pierwszej edycji, ale potem dodamy pętelkę po zielonym szlaku i ścieżką do skrzyżowania, na którym skręca się w drodze powrotnej z najdłuższego wybiegania czyli z Turbacza.

Ścieżka na razie zasypana śniegiem, obiegnę sobie to w sierpniu. Mam nadzieję, że do obozu śnieg spłynie. Ale wyszło słońce i jakby wiatru dostał w żagiel - poleciałem na Stare Wierchy. Dobiegłem prawie do schroniska, bo pies bez smyczy groził.

Zaraz wracamy na Mazowsze. Tam chyba jeszcze więcej śniegu. Tam mówił mi przez telefon Ziggy, który miał zrobić BNP, ale jak tu robić BNP w zaspach. To się wszystko biegowo opłaci, robimy taki fundament z siły i wytrzymałości, że nic nas nie zatrzyma na zawodach, wciśniemy pedał gazu i będziemy tak jechać do końca. Tylko kiedy w końcu będzie można popracować nad tym gazem, nad szybkością? Zimo, wiesz co.

15:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (229) »
poniedziałek, 25 marca 2013

Łapie mnie atak kaszlu, ale jaki. Bolą mięśnie skośne brzucha, prawie dostaję skurczy. Płuca mówią mi, co myślą o przyspieszonym wentylowaniu powietrzem o temperaturze minus pięć stopni przy tętnie dochodzącym na finiszu do 180. A przez ostatnią 1 godzinę, 23 minuty i 14 sekund - na poziomie 169.

Nie wiem, czy umiem do jasno zdefiniować pojęcie "dobry bieg". Wiem, że wyjazdowa edycja Półmaratonu w Wiązownie rozgrywana w niedzielę w Warszawie była dla mnie dobrym biegiem.

Budzę się o siódmej z minutami z nierozwiązanym od kilku dni kobiecym zazwyczaj dylematem: w co się ubrać. Czytam na Kindlu podblog, relację Biegofanki z Sobótki. Wieczorem doczytałem tylko, że założyła ciepłe leginsy, a rano widzę, że to się okazało za grubo na start.

Idę do balkonu, otwieram na oścież. Co mnie nie zabije, to mnie przekona do krótkich spodenek. Nie jest źle, biegnę na krótko. Upycham do kieszonki żel, na górę koszulka plus cienka bluza, rękawiczki, czapka i jazda na stadion.

Stadion Narodowej Klęski. Kto oglądał w piątek narodową kompromitację z Ukrainą? Jak bonie dydy nie obejrzę wtorkowego meczu z San Marino i będzie to chyba pierwszy mecz kadry o punkty, jakiego nie zobaczę od Mistrzostw Świata w 1974 r. Mam nawet hasło na jutro: "WSZYSCY JESTEŚMY SANMARIŃCZYKAMI". Wstawiłbym to na Facebooka, ale nie umiem zrobić porządnego mema.

Spotykamy się pod stadionem z wszystkimi grupami Kancelarii na rozgrzewkę. Janek zwany tu czasem synem fotografem robi zdjęcia.

a

Ćwiczenie pierwsze - rozgrzanie ramion poprzez delikatny ruch i dłoni przez uderzanie. Czyli witamy się oklaskami.

Stawiam sobie cel: między 1:22 (czas marzeń), a 1:25 (minimum przyzwoitości). W zeszłym roku nie złamałem 1:24. Na miejsca, start. Gotowi się nie mówi, bo biegacz długodystansowy jest gotowy do startu od ostatniego treningu pod superkompensację. Zrobiłem półtorakilometrówki - cztery samemu, a potem cztery z Uniqą, dwie powoli z wolniejszą częścią grupy, potem dość szybką z Piotrkiem (dobiegnie w 1:38) i maksymalną z Rafałem (na interwałach jest mocniejszy ode mnie, ale dobiegnie w 1:28). Ledwo udawało mi się łamać 4:00 i muszę Wam przyznać, że nawet mi zabrakło wtedy wiary, że w niedzielę pobiegnę szybciej całe 21 km i jeszcze 100 metrów zafiniszuję.

Koło trzeciego kilometra tętno mi się stabilizuje i zaczynam wyprzedzać. I jadę tak, jadę do przodu, czuję, że mnie niesie, ale nie ponosi. Lekki kryzys na dziewiątym kilometrze, wciągam żel, popijam wodą i znów jadę. Syn fotograf patrzy na mnie z góry.

b

Na piętnastym kilometrze jestem o 3-4 minuty szybciej niż w styczniu na piętnastce na Chomiczówce. Podbieg biorę asekuracyjnie, żeby się nie zakwasić i nie odciąć zasilania na finiszu. Pilnuję tętna, żeby nie przekroczyło 169, z którym biegłem wcześniej. Tracę na kilometrze jakieś 20-25 sekund i chociaż będę potem przyspieszał i gonił moją grupkę sprzed podbiegu, to ich nie dogonię.

Ale do końca jest dobrze, pod kontrolą, przyzwoicie szybko. Nudy, jak w polskim filmie. Coś co usypia czytelników, ale autorowi przynosi zadowolony spokój. Złamać 1:23 się nie da, chociaż walczyłem. Przed metą łapie mnie migawką Szewczuk (dzięki). Wolałbym, żeby to zdjęcie wyglądało tak:

c

I adidas może by wolał ze względu na zbliżenie na samobiegające butsy.

Ale zdjęcie wygląda tak, że ujawnia słabości gorsetu mięśniowego po 21 km:

d

Wizerunkowo dobił mnie Robs, który znalazł na Picassie zdjęcie z MaratonyPolskie.pl:

e

Uwaga, to było już ostatnie zdjęcie Staszewskiego w tym odcinku. Można by to ułożyć w komiks "Od uśmiechu do boleści", ale kto przeżył kiedyś dobry bieg wie, co jest pod maską. Jakieś spełnienie, do którego można dojść tylko przez wypalenie żywym tlenem.

Za metą zamieniam się w kołcza, idę wypatrywać swoich na trasę. Ale w ponad 10-tysięcznym biegu nie sposób. Czatuję tylko na wyróżniające się białe koszulki Alicji i Mateusza z Uniqi. Są, łamią 1:46, tym razem Mateusz wygrywa o 2 sekundy.

W namiocie z herbatą spotykam Roberta Korzeniowskiego. Złamał 1:20 i opowiedział fajną historyjkę. Żona mu mówi, że po co tyle trenuje, skoro już się nawygrywał w życiu. A Korzeniowski odpowiada, że robi tylko po 60-70 kilometrów tygodniowo, a kiedy trenował i miał tydzień regeneracyjny, to schodził z kilometrażem na 100 km. Więc teraz trenuje mniej niż przy regeneracji.

W domu internet pełen wyników. Najszybszym podopiecznym został Andrzej Gondek - 1:25:11 (życiówka poprawiona o 4 minuty). Przypomnę, że Andrzej jedzie na Maraton Piasków i łączy to ze wsparciem dla ośrodka Szansa w Stalowej Woli. W grupie wtorkowej, bankowców, wygrał Przemek (1:29:18) o 10 sekund przed Jarkiem. A w środowej, ubezpieczeniowców Rafał (1:28:49).

A teraz bawimy się wspólnie? Rob (1:43, życiówka o 7 minut) przygotował znów formularz Zimowo-Wiosennej Podblogowej Ligi Półmaratońskiej. Wpisujcie, z wynikami czekamy przynajmniej do Pabianic i Poznania.

A meczu jutro naprawdę nie obejrzę, w ostateczności przełączę na "M jak Miłość".

17:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (111) »
poniedziałek, 18 marca 2013

W czwartek wieczorem wpadli znajomi. Przemek (maratończyk na trzy z hakiem) z Adrianną (w niedzielę zadebiutuje na połówce poniżej dwójki). Wypiliśmy połówkę, zjedliśmy pizzę, pogadaliśmy o bieganiu i życiu codziennym. A potem nie opisałem tego wszystkiego w wieczornym wydaniu bloga, bo wydanie zamknięte.

W piątek rano miałem zrobić dwie godziny powoli, ale mój organizm zaprotestował. Odmówił przyjmowania węglowodanów, a domagając się coli sygnalizował odwodnienie. Przełożyłem więc wytrzymałość na niedzielę i zająłem się spisywaniem do końca wywiadu z Jaromirem Nohavicą.

Co jest w tym Nohavicy? - spytał mnie Dziki we wtorek, jak już udzielił mi kolejnej lekcji tenisa stołowego. Nie umiem mu odpowiedzieć słowem. Mam nadzieję, że znajdzie odpowiedź w druku, w piątek i sobotę zrobiłem z rozmowy wywiad, dziś posłałem szefowej (truchta czasem na bieżni mechanicznej) i czekam.

Zanim pojechałem we wtorek po swoją porażkę, wpakowałem do samochodu płotki, sztuk sześć. I tydzień biegania minął mi na płotkach - wtorkowy trening z bankowcami, środowy z ubezpieczeniowcami, czwartkowy z podopiecznymi i piątkowe zastępstwo za naszego trenera Jarka z jego grupą ubezpieczeniowców. We wtorek i czwartek przeplataliśmy serie ćwiczeń płotkarskich rytmami, w środę podbiegami i zbiegami na dziko zaśnieżonej Górce Szczęśliwickiej, a w piątek ćwiczeniami siły biegowej bez podbiegów.

Płotki pożyteczna rzecz. Nazywa się to ćwiczeniami sprawności ogólnej, a w efekcie poprawia to technikę biegu. Zrobiłem sobie z tego niezłą pigułę treningową dla siebie. A w czwartek rano stwierdziłem, że trzeba by także wreszcie pobiegać, zrobiłem godzinę I zakresu po Ursynowie z krótką wizytą w zaśnieżonym lesie.

Szyję swoje treningi biegowe ściegiem zygzakowatym, ale czuję, że szew trzeszczy. Czuję, że dogania mnie starość. Libido w porządku, cholesterol już też, prostata nie daje negatywnych objawów, sprawność ogólna chyba najlepsza w życiu, serce działa (chociaż na pastylce). Ale już nie sposób myśleć o czasie rzędu 1:20. Jeszcze półtora roku temu, wynik 1:21 w półmaratonie potraktowałem jako porażkę, dziś marzeniem jest 1:22. To tempo 3:53, wyliczyłem na liczydle, a ja do tego tempa nie jestem w stanie się w ogóle zbliżyć na sześciokilometrowym już szybkim odcinku na koniec długiego wybiegania. W niedzielę się na tym przyspieszeniu rozpędzałem od 4:30 do 4:05.

Przed połówką miały być próbne zawody na 10 km w Kabatach, ale po śniegu to i tak nie byłoby wymierne, więc pojechałem do Choszczówki na Rodzinne Biegi Górskie. Trasa coraz bardziej kojarzy mi się z biegiem na Dezorientację Kota: wiesz dokładnie gdzie pobiec pod warunkiem, że będziesz wypatrywał kolorowych wstążek na wszystkich bocznych ścieżkach. Patrzyłem na plecy podopiecznego Maćka, który patrzył na plecy biegnącego przed nim Radka - i tak obudziliśmy się w jakiejś wiosce, a potem szukaliśmy drogi do trasy.

W niedzielę pobiegłem w butsach. Adidas zrobił niespodziewany prezent i do uzgodnionego wcześniej niemieckiego umundurowania dla Kancelarii dodał boosty z kosmosu. Butów z lepszym marketingiem dawno nie widziałem. Przyszły w ciężkich pudełkach, większych od standardu. Wyjmujesz z nich but i od razu zdaje się leciutki jak piórko. Otula nogę, ale daje też poczucie dużo większego kontaktu z podłożem niż w adidasowym standardzie.butsy

Tak wyglądają butsy moje i MSŻ na nogach córki 4klasistki i jej koleżanki

Pobiegałem w nich w niedzielę, lekko i przyjemnie. Nie jestem dobrym testerem butów, bo - cytując Pawła Januszewskiego - "mi żadne buty nie przeszkadzają w bieganiu". Trudno mi stwierdzić, czy uwewnętrzniłem sobie marketing tych butów, czy rzeczywiście ta pianka przemówiła mi przez system nerwowy prosto do serca - ale czułem się fajnie. I w niedzielę biegnę w butsach.

Jeszcze ogłoszenie, ważne dla Półmaratończyków Warszawskich i mieszkańców miasta. Podblogowe Pasta Party - sobota, godzina 18., trattoria Mela Verde przy ul. Chmielnej (w trochę bliżej położonym Jaju jest impreza zamknięta). 10 min. piechotą od Pałacu Kultury, w którym znajduje się biuro półmaratonu (dzięki Rob, bo chyba pojechałbym w ciemno na stadion). Na liście było sześć osób, ale zarezerwowałem trochę więcej miejsc, bo mam nadzieję, że pojawi się też trochę niezapisanych, a może i cichociemnych. Do zo na węglowodanach i nawadnianiu.

17:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (160) »
poniedziałek, 11 marca 2013

Dziennik wlokącego się ponad miarę pożegnania. Obiecałem, że póki zima nie odfrunie do zimnych krajów, będę dawał tytuł "Pożegnanie z zimą", prawda?

Poniedziałek 4 marca, wiosna. W środku dnia pracy podjeżdżam do Lasu Kabackiego poczuć żywą żywicę. Ścieżki skute lodem, lud Ursynowa je udeptał, nie chcą odtajać. Wzdłuż ścieżek i na bocznych ścieżynkach ziemia - jak miło, jak miękko, jak przytulnie. Robię sześć serii ścieżki zdrowia: minuta marszu wykrocznego, minuta marszu dynamicznego, minuta skipów A, minuta marszu dla odpoczynku. Biegam na tym treningu z trzy minuty przed i po ćwiczeniach.

Wtorek, wiosna. Spod śniegu na Agrykoli ukazuje się tartan. Robimy z bankowcami z RBS dwuosobowe sztafety z przekazywaniem pałeczek - szybkie osiemsetki, a w przerwie (kiedy partner robi swoje 800 m) 400 m truchtu. Przyszła nieparzysta liczba bankowców, więc też mogę potrenować. A przed treningiem robię sobie samemu 45 min. w przewidzianym dla mnie u Danielsa wolnym tempie 5:00. Tutaj. Tętno ładne.

Środa, wiosna coraz bardziej. Ubezpieczeniowcy z Uniqa sami chcieli mieć trening na Agrykoli, robimy sztafety, ale czterystumetrowe. Też biegam. Tak i tak. Jest ściganie, jest trening.

Czwartek bez biegania. Robię ostatnie poprawki do sporego tekstu o korporacjach (ma iść w następną sobotę), oglądam "Rok diabła", żeby się przygotować do wywiadu z Jaromirem Nohavicą. Dzwoni Radek (maratończyk) ze sportu z Gazety - żeby porozmawiać z himalaistą. Umawiam się z Piotrem Pustelnikiem na piątek rano, Piotr musi sobie ułożyć emocje. Wieczorem obchodzimy z Moją Sportową Żoną Dzień Kobiet, jest naprawdę gorąco.

Piątek - przychodzi mróz. Planuję godzinę treningu przed pracą, której mam akurat niezłą ciężarówkę. Nie wyrabiam się, robię 45 min. biegu zmiennego (dar Beztlena). Wychodzi średnio głównie dlatego, że strasznie wieje od wschodu, idzie zima, a ja latam po mało przyjaznej okolicy na Siekierkach.

Po bieganiu czyste szaleństwo. Rozmawiam z Pustelnikiem ponad godzinę przez telefon, jeszcze w dresie, ale przez telefon nie widać. Przebieram się za dziennikarza i jadę na spotkanie z Nohavicą. Dla mnie to bardziej niż gdybym się spotkał z Dylanem albo Cohenem. Świetny facet, taki czeski, trochę polski, mądry i nie zadufany w sobie. Rozmawiamy na Agrykoli, bo odbieram go z Trójki, mówię mu, że tu obok jest stadion Legii, która raz grała z jego ukochanym Banikiem Ostrava i wygrała 2:0. I rozmowa płynie jak mecz, półtorej godziny i to bez przerwy na zejście do szatni.

Wracam, spisuję rozmowę z Pustelnikiem, przesyłam do autoryzacji i jadę na trening. Trener Jarek prowadzi zajęcia z naszą nową grupą ING, jadę ich przywitać i pomęczyć taśmami Thera-Band. Wracam, czekam na autoryzację.

Zachodzę do Polska Biega i dowiaduję się, że akcja Polska Biega właśnie zrezygnowała ze zlecania mi pisania bloga w ramach stosunku pracy. To jest zrozumiałe, ale przeżywam jednak pewien szok emocjonalny. Czuję się - kto czyta uważnie ten od miesięcy to widzi - czuję się coraz bardziej na aksamitnym rozdrożu.

Macie tak czasem jadąc samochodem, że trudno Wam rozpoznać, czy to jeszcze jedna droga, czy już dwie równoległe? Ja w samochodzie tak nie mam.

Biegniemy dalej. Odpowiedzialność za blog przejmuje Kancelaria Sportowa Staszewscy. Na naszej stronie możecie dowiedzieć się o obozie biegowym w Rabce Zdrój, o treningach dla firm i planach dla biegaczy. Ale możecie też za free pooglądać filmiki instruktażowe i zarazić się od nas np. miłością do rozciągania.

kancelaria sportowa staszewscy

W sobotę dwugodzinne wybieganie z wydłużającą się szybszą końcówką - tym razem już 5 km. Wszędzie biało, zima wróciła, ścięło, zamarzło - więc trudno powiedzieć, czy tempo rzędu 5:45 to tylko słabo, czy już dramat. Końcówkę chciałbym przyspieszyć do tempa półmaratońskiego - mam nadzieję na tempo około 3:50 - ale nie udaje mi się nawet do maratońskiego, walcze, żeby kilometry były poniżej 4:30.

Niedziela bez biegania. Martwi mnie pobolewający dwugłowy, robię dodatkowe rozciąganie oraz mrożenie, pomaga. Podejmuję decyzję: kupuję sobie rower. Kiedyś chyba przyjdzie wiosna i będzie można z przyjemnością podjechać do Gazety. Albo gdzie indziej.

Taki był mój biegowy tydzień. Sprawozdanie z kolejnego - w następny poniedziałek, 18 marca. Kancelaria postanowiła po długim namyśle, że utrzyma regularność w pisaniu bloga - ale raz w tygodniu. W każdy poniedziałek.

Do zobaczenia w komentarzach.

I od razu prośba o deklaracje. Za dwa tygodnie święto wiosny - Półmaraton Warszawski. Spotkajmy się znów w makaronowej knajpce na Saskiej Kępie - w sobotę 23 marca. Zarezerwuję stoliki, tylko proszę o wstępne deklaracje, kto się wybiera - żebym wiedział na ile miejsc zamawiać stolik. Szczegóły - czas i miejsce akcji - na blogu za tydzień.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (152) »
| < Grudzień 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam