Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 20 września 2012

Mógłby Eberhard Mock startować w naszej ekipie dziadków na maraton? Pewnie by sapał, pewnie by dobiegł, ale nie wiem, czy żyje i wydaje mi się, że nie ma wnuków. Nie jestem pewien, bo nie czytałem. Ściągnąłem sobie onegdaj na bieganie z publio.pl tylko godzinną próbkę "Końca świata w Breslau", przesłuchałem i nie mam jasnej decyzji, czy chcę kupić całość. To było zaraz po tym, jak skończyłem "Nielegalnych" Vincenta V. Severskiego, szukałem tych samych emocji, ktoś mi powiedział, że odnajdę je w historiach o Eberhardzie Mocku. Tyle że na empetrójkę nie ma klasycznej "Śmierci w Breslau", ani "Dżumy w Breslau". Jest jeszcze "Festung Breslau", ale nie wiem co to znaczy, bo niemieckiego nie kumam ni w ząb.

Podobnie jak mój syn fotograf. Kiedy był jeszcze gimnazjalistą nauczył się na pierwszej lekcji niemieckiego "Iś hajze Johan, iś vone in Warshau" (nie wiem, jak to się pisze, naprawdę ni w ząb) - i do końca trzeciej klasy nie opanował wiele więcej. Za co mu te dopuszczające na niemieckim stawiali - nie wiem.

Syn fotograf, któremu skończył się właśnie karnet na siłownię, zapisał się teraz na brazylijskie ju-jitsu (też nie jestem pewien pisowni, bo dalekowschodniego też ni w ząb nie znam). Ma jechać na turniej do Łodzi. Każda subkultura ma swoje zloty czarownic.

Co do Eberharda może ktoś mi poradzi, czy ściągać to "Festung Breslau", czy jednak zacząć od "Śmierci w Breslau" na Kindelku. Z tym, że na Kindelku jadę przez Syberię do Kraju Lutych (dzięki waszym radom, dzięki) czyli czytam "Lód" Dukaja, a na uszach skończyłem właśnie "Trociny" Vargi. Sporo tam jest o biegaczach, jak beznadziejnie uciekają przed śmiercią (w Breslau i nie tylko) albo jak się lansują z białymi kabelkami słuchawek zwisającymi z uszu. Akurat, kiedy tego słuchałem na długim wybieganiu w środę, zwisały mi z uszu białe kabelki. A oprócz uciekania przed śmiercią - obserwacja słuszna, ale zostawmy - zajmowałem się gonieniem Daniela Źrebaka.

To był najcięższy trening tego BPS-u. Mimo środków regeneracyjnych chodzę dziś jeszcze jak potłuczony. Najpierw zrobiłem z "Trocinami" godzinę piętnaście powoli po Lesie Kabackim. Powolność była spora, to efekt wtorkowych zbiegów z bankowcami - zrobiliśmy taki trening, żeby jeszcze zrobić siłę, ale już zrobić dynamikę przed maratonem. A po godzinie na metrze Kabaty spotkałem się z Danielem Źrebakiem, zrobiliśmy jeszcze pół godziny powoli, a potem się zaczęło.

Nie wiem, jak można robić długie odcinki w tempie maratońskim. Kiedyś można było. Jak się biegało maraton w cztery godziny - tempo 5:40, to ganialiśmy z Dzikim po puszczy "tamtych chłopców". Tamci chłopcy biegli po 5:00, tak sobie wymyśliliśmy, a tempo obliczaliśmy im na zegarkach wskazówkowych według drogowskazów ze szlakami. Czasem traciliśmy do tamtych chłopców parę sekund na kilometrze, ale generalnie bieganie w tempie o pół minuty szybszym od maratońskiego nie było problemem.

Teraz utrzymanie tempa o pięć sekund wolniejszego - niż tempo z życiówki, niż tempo, które chciałbym osiągnąć za dziesięć dni - jest trudem olimpijskim. Pierwszy kilometr ruszyliśmy po 4:00, drugi 4:02, trzeci 4:01 itd. Od czwartego kilometra zacząłem zostawać za Danielem i tak go goniłem kilometrami uciekając przed śmiercią aż dobiegłem - dwie sekundy za Danielem, ile przed śmiercią nie wiem. Najwolniejszy był kilometr przedostatni, wypadek przy pracy 4:09. Najszybszy ostatni, poniżej czwórki. Dziesiątka - na tzw. żółtej trasie, precyzyjnie wymierzonej - w 40:44. Bez Daniela bym tego nie zrobił. A na maratonie mam nadzieję, że każdą dziesiątkę zrobię szybciej.

Moja Sportowa Żona zdała właśnie przełożony przez uczelnię na jesień egzamin z fizjologii i ze średnią 4,55 (chwalę się, bo jestem z niej dumny) została studentką III roku. Sięgnęła po zeszyt i potwierdza to, co już tu kiedyś pisałem o "adrenalinie startowej". W stresowej sytuacji startu wydzielają się substancje zwane mediatorami - nauka zna ich ok. 60, wśród nich jest acetylocholina, dopamina, histamina, adrenalina. Jedne pobudzają, inne hamują wzbudzanie potencjału czynnościowego. Dlatego jedni z nas biegają na zawodach gorzej niż na treningach, stres nas paraliżuje. Inni na zawodach osiągają wyniki nieosiągalne w warunkach treningowych.

Zawsze mówiłem Dzikiemu, że jest lepszym biegaczem ode mnie. Tyle że ja jestem szybszy na zawodach, przez tę adrenalinę. Dziki dostaje wtedy od swoich gruczołów zastrzyk hamującej glicyny.

Jutro interwały. Tylko nie mam czego słuchać. Ściągać Eberharda Mocka? A może coś innego między Dukajem a Murakamim? Między Millenium a Nielegalnymi? Między Wrocławiem a Breslau?

Wczoraj była konferencja Maratonu Warszawskiego. Dla mnie to zawsze jak początek świąt. Święta plonów, jesiennych dożynek.

No i byłbym zapomniał o Jesiennej Lidze. Robs - dzięki, dzięki - szybciej niż zwykłemu człowiekowi zajmuje przebiegnięcie 10 km stworzył i podesłał mi do opublikowania linki do Jesiennej Ligi Maratońskiej.

Wpisujcie się, kto biega: http://tnij.org/r7tr. Wyniki po Poznaniu.

22:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 17 września 2012

Biegnij, Krystyna. Zazdroszczę Ci, dziś to nie moja meta. Jest 13:22, Krystyna, babcia z PolskoBiegowej drużyny na Wrocław finiszuje w maratonie we Wrocławiu. Miała biec tylko na 4:30, bo tydzień wcześniej przebiegła 100 km w Krynicy, a robi zaskakująco dobry czas, 4:19.

Na mecie jest już Halina, która poprawia życiówkę o ponad pół godziny i dobiega w 4:10:05. I Franciszek, najstarszy z ekipy, M-70, który wyprzedza ją na ostatnich metrach o 2 sekundy.

Kołczowałem im przy trasie, a że organizatorzy zaplanowali bieg po schemacie czterolistnej koniczyny, to małym kosztem można było się pojawić i na 12, i na 22 i na 35 kilometrze. W dodatku udało się bezkolizyjnie kołczować trójce podopiecznych. Joasia, weteranka obozów w Rabce zaczęła najszybciej, tuż za balonikami na 3:45. Na połówce dogonił ją Zbyszek, który pod poprzednim odcinkiem wyszedł z cichociemności, a minutę z kawałkiem za nim biegł Tomik. Podkołczowałem kilkaset metrów, poczekałem na polskoBiegaczy, dobiegliśmy w okolice rynku. A tam miałem skrót z 26 kilometra na 36 i wolne pół godziny zanim dotrą podopieczni. Usiadłem na chleb ze smalcem i colę, i popatrzyłem sobie na biegaczy jak kibic. Miło popatrzeć.

Za chwilę pojawia się Zbyszek w towarzystwie Leszka (obóz w Rabce 2012), który robi sobie od półmetka długie wybieganie w roli zająca. Nie jest najlepiej, bo balony i marzenia z napisem 3:45 odpływają w dal, ale nie jest najgorzej, Zbyszek z mozołem, ale wyprzedza po kolei biegaczy. Skończy w 3:46, życiówka o 5 minut. Za nim minutę biegnie Tomik, tryska napędem rakietowym, dotrze ze sporą życiówką w 3:43 na końcówce gubiąc nawet Wyspia, który robi sobie treningowy maraton przed docelowym. Za chwilę Joasia, lekko już niezborna w ruchach, frunie jednak jak pokiereszowany motyl. Złamie 3:50, też życiówka.

1

Życiówek we Wrocławiu mam całą masę, ułożyłby się chyba z nich dziesiątek różańca. Paweł, który przywitał się pół godziny przed biegiem, Paweł, który przywitał się tuż przed biegiem, Maciek, z którym przywitaliśmy się na jego półmetku. Nie mam żadnych zdjęć, tak mnie wciągnęło kołczowanie, że nie wyjąłem z kieszeni komórki, tylko do dzwonienia do Gazety i opowiadania, co słychać. Ale kiedy doszedłem po wszystkim do samochodu, obrandowanego logo Kancelarii, zobaczyłem za wycieraczką kartkę, którą warto uwiecznić, bo trudno o bardziej lapidarne wyrażenie takiego morza emocji.

Miło popatrzeć, miło pokołczować. Ale to jak różnica między jedzeniem kaczki z jabłkami, a oglądaniem Makłowicza gotującego w telewizji, a choćby i na żywo. Kiedy finiszowałem z Krystyną, zobaczyłem zegar, który odmierzał nie mój czas, poczułem taki żal, że to nie mój bieg. Zrobiłem przez to kołczowanie 31 km, pewnie z 5 marszem, 26 biegiem. Może za rok się zarejestruję i będę najwyżej trochę nadganiał i przystawał na trasie między różnymi biegaczami?

A potem blog, podczytałem sobie już trochę waszych relacji - zwanych sztampowo komentarzami - w knajpce podczas powrotu z Wrocławia. Poczytałem smsy, poczytałem maile Kancelarii. Bieganie to nie banał, to nie Korea Północna, gdzie wszyscy są szczęśliwi. Parę życiówek w Tarczynie się sypnęło, ale parę niedosytów, parę tarcz, na których trzeba było wracać do domu też. Gdyby człowiek miał zagwarantowane życiówki w każdych zawodach, to po co byłoby startować?

Tajemniczo, w surowej, smaganej wiatrem i solą estetyce Ziemiomorza zabrzmiał Johnson z tym niespełnieniem po Kotlinie Jeleniogórskiej. Szalony pomysł, żeby obiegać całe krainy, księstwa z rozbicia dzielnicowego bez mała. Podejrzewam, że tak jak maraton jest dotarciem do najgłębszych pokładów energii, tak ultra, górskie ultra zwłaszcza w takim rozmiarze, to dotarcie do pokładów jestestwa. Rozważanie sensu sensu. Bieg po zdrowie emocjonalne. Mają sens rzeczy, które nas zmieniają, po których coś nie jest już takie jak przedtem, a może wiele, a może wszystko. Dobranoc, "Lód" jeszcze poczytam przed spaniem.

22:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (104) »
czwartek, 13 września 2012

Ciągle żyję Krynicą. Dziki, z którym wreszcie wygrałem w tym tygodniu w ping ponga dał mi płytkę ze zdjęciami. To jeszcze jedno zdjęcie z finiszu dychy w Muszynie - tym razem w szerszym kontekście. Widać fazę lotu, w chodzie by mnie zdyskwalifikowali. Pierwszy raz widzę, co się działo za mną, bo na trasie się nie oglądałem.

a

Broniłem tego ping ponga jak niepodległości. We wtorek nie dało rady, bo rano byłem w TVN-ie, aby mówić o opiece nad osobami z racji napisania Ojciec.prl. A potem miałem zebranie w pracy - szykujemy specjalny tysięczny numer Dużego Formatu, więc szukam bombowego tematu do napisania (pomożecie?). Chciałbym, żeby był prosty, jak Skarpetkowo - podłódzki Aleksandrów (a nie Konstantynów, jak napisałem początkowo - dzięki Wilmo za korektę), w którym pół miasteczka zajmuje się produkcją skarpetek, dystrybucją, handlem, nićmi, wzornictwem. Odkryć coś wielkiego, co wszyscy mają pod nosem, ale nikt o tym nie wie.

Bronię ping ponga, swojej przyjemności, swojego odreagowania, swojego wentyla bezpieczeństwa, swojego bezpiecznika. Bronię naszej kawy z Dzikim, która trwa zwykle dłużej niż mecz. Kawy o wszystkim - o pracy, o życiu rodzinnym i towarzyskim, o bieganiu.

Z tym ping pongiem mam jak managerowie z anglojęzycznymi wizytówkami, którzy na tej samej zasadzie wyrywają godziny na treningi biegowe. Kosztem pracy, a częściej pewnie rodziny albo snu. Żeby nie dać się zepchnąć do narożnika konieczności. Jak marionetka robić tylko to, co się musi.

Ciotka złamała nogę, leży już w domu, trzeba było zorganizować system opieki. Tak wyszło rodzinnie, że mieliśmy to na głowie z Moją Sportową Żoną, ale już działa. Tyle że praca mi się przez to ślimaczy, nad prostym tekstem o policji pracuję już drugi tydzień, na szczęście jestem już na finiszu, jak w Muszynie.

Kancelaria nam się gwałtownie rozwija, podopiecznych przybywa, a od jutra zaczynamy treningi z nową grupą. Daliśmy znów ogłoszenie, że poszukujemy trenera/instruktora/trenerki/instruktorki pełnego/pełnej zapału - do biegania i do pracy - oraz z pełnymi kompetencjami w kieszeni. Mamy kogoś na oku, będą rozmowy.

Więc bronię ping ponga. Jechałem przegrać, bo uznałem, że mam taki młyn, że nie zawalczę. A tu niespodziewana wygrana, 4:1, patrzyłem na bezradność Dzikiego w końcówkach setów i jakbym widział siebie z ostatnich tygodni/miesięcy. Ping pong jest dziwny, jakiś chiński. W bieganiu jest prościej - wytrenujesz-pobiegniesz.

Bieganie miało być w tym tygodniu regeneracyjne. A wyszło na to, że poza poniedziałkowym odpoczynkiem trenuję codziennie, tyle że ciut lżej. We wtorek było BNP z bankowcami, ja zrobiłem lekki bieg, bo trochę z wolniejszymi, trochę z nieco szybszymi, ale bieganie z najszybszym Jarkiem (kończył po jakieś 3:30 na kilometr, szybciej niż powinien) sobie tym razem odpuściłem.

W środę podbieg-zbiegi z ubezpieczeniowcami. Znów miałem o tyle lżej, że nie wszystkie powtórzenia z najszybszym Rafałem. To dobry trening - róbcie go nawet ze dwa razy kilka tygodni przed docelowym startem. Pod górę na 90 proc. możliwości, czyli taki łagodniejszy podbieg. A potem na dół: mocno, jak najmocniej, jak najszybciej, byle po bezpiecznej, równej nawierzchni. Zarówno pod górę, jak i w dół robicie siłę biegową (więc w ostatnim tygodniu przed maratonem na taki trening jest za późno). A dodatkowo w dół poprawiacie dynamikę. Tylko nie bać się, że Wam nogi pourywa - puścić je swobodnie, lecieć w dół, frunąć. Nie zapominajcie o biegowej pracy ramion, one zapewnią stabilność.

Dziś z kolei był trening dla naszych indywidualnych podopiecznych. Gratulacje dla trójki, która mogła i chciała oraz nie przestraszyła się deszczu. Zrobiliśmy interwały: na przemian 400 i 800 metrów, w sumie osiem. Krótsze, żeby rozpędzały przed dłuższymi i żeby można było na nich odpocząć. Na przerwach 1 min. (po 400 m) i 2 min. (po 800 m). Te przerwy krótsze niż sakramentalne trzy minuty korciły mnie od dawna, sam robię swoje ulubione 3-minutowe interwały właśnie na 2-minutowych przerwach. Utwierdził mnie w tym Michał Bartoszak, maratończyk-zawodowiec, który miał przed nami wystąpienie na forum w Krynicy.

Więc ogłaszam nowy drogowskaz: odchodzimy od pełnej przerwy wypoczynkowej.

Jutro trenujemy z nową grupą - ubezpieczeniowcy II - od przyszłego tygodnia przejmie ich Maciek. Na początek zrobimy coś... mocnego. A potem natężenie treningów będzie powoli narastać, jak u Hitchocka.

Więc odpocznę dopiero w sobotę w drodze do maratońskiego Wrocławia. A wieczorem marsz do Pierogarni. Do zobaczenia.

21:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (84) »
poniedziałek, 10 września 2012

Do Krynicy jest strasznie daleko. Jeszcze cały rok.

Dojechać do Krynicy to ultramaraton. Porzucasz utarte ścieżki w Kielcach, potem Busko, Brzesko, kluczowe z punktu widzenia nawigacji metropolie rzędu Nowego Korczyna. Zmierzch, noc, wreszcie Krynica.

Rano schodzimy z pensjonatu do miasteczka biegowego. A właściwie idziemy przez biegowe miasteczko. Wszędzie ludzie w dresach, z pakietami w workach. Możesz do obcego podejść i zapytać, co dzisiaj biegnie, a człowiek Ci odpowie, że dychę albo setkę, albo co. Dokładniej to setka trwa już od kilku godzin, 33 km już skończyło, 66 zaczyna finiszować. A my z Moją Sportową Żoną idziemy zobaczyć co ze sceną. Bo MSŻ ma tam prowadzić rozgrzewkę przed dychą.

Fot. Marcin z obozu:

4

Rozgrzewam się również, całkiem sensownie ta rozgrzewka wyszła. Zawsze tym biegowym fitnessem z lekka pogardzałem, robiłem swoje rytuały. Teraz będę miał kłopot, bo dawno mi się tak nie biegało, jak po rytuale MSŻ. Na zdjęciu już końcowe rozciąganie, potem zrobiłem sobie kilka minut truchtu i dwie krótkie przebieżki. A potem na start.

Zaczynam za szybko, 3:30. Moją życiówkę z Warszawy z listopada przebiegłem w średnim tempie 3:39. Ale w Krynicy można poszarżować, bo dycha jest z góry, zbiega się w sumie jakieś 130 metrów czyli prawie z Pałacu Kultury. Drugi kilometr jest najbardziej z górki i wychodzi w 3:20. Na trzecim stabilizuję tempo na 3:36. Wychodzę przed czołówkę kobiet, co zawsze kończy się zgonem. Ale tutaj czuję, że coś mnie napędza. Krynica, Muszyna, czy po prostu Zdrój?

Wyprzedza mnie tylko Darek K., od jakichś trzech lat jest poza zasięgiem. Ale napieram: 3:34, 3:40, 3:38. Aż łapie mnie kryzys, 3:49. Dochodzi do mnie Jurek M., którego wyprzedziłem paręnaście strzałów znikąd wcześniej, też mocniejszy kowboj. Biegnę w grupie, przestaję wyprzedzać, nawet dwóch biegaczy wyprzedza mnie. Ósmy kilometr trochę lepiej, 3:41, mijamy stację PKP w Powroźniku, zbliżamy się do Muszyny, doganiam tamtych dwóch, a potem kolejną dwójkę.

I w tej dwójce jest Jacek G. Facet, który stawał na podium biegów open, kiedy ja zaczynałem biegać. Parę lat temu przeskoczył w amatorskie buty, udaje mi się do niego zbliżać mniej albo bardziej. Ale wygrać się chyba nigdy jeszcze nie udało.

Całkiem, jak - podobno - przed śmiercią przewija mi się w głowie cała historia mojego biegania, napieram i wychodzę na czoło grupki. Zostawiam za sobą Jacka G. Przedostatni kilometr w 3:36. Słyszę za sobą tupot, oddechy. Ktoś mnie wyprzedza bokiem, ale to ktoś obcy - nie moje zawody, nie moje podium, nie moja rywalizacja. Nie jest to ani Jurek M., ani Jacek G.

Muszyna na kilka godzin też zamienia się w maratońskie miasteczko. Czterech gości po cywilnemu krzyczy mi "Wojtek dawaj", z trudem rozpoznaję, że to biegacze z Polsatu, którzy następnego dnia startują w sztafecie maratońskiej. W tym momencie już wszystko z trudem rozpoznaję. Poza sylwetką Jacka G., który wyprzedza mnie z prawej strony. Przecina jak przecinak i już jest dwa metry przede mną.

Nie mam już żadnych zapasów glikogenu w mięśniach. I chyba mózg podejmuje w tym momencie decyzję, że zrezygnuje na pół minuty ze swojej puli glikogenu wątrobowego. Dostaję turbodoładowania. Kontruję i teraz ja jestem z przodu. Malutki metr, może mniej, ale wiem, że się nie dam.

Jacek G. wie, że nie odpuści. Spójrzcie (fot. Dziki):

1

2

3

Wygrywam z nim o sekundę i to pewnie niecałą. Czas robię niebotyczny, 35:50. Wiadomo, że to żadna życiówka, tylko życiówka w kategorii biegów z górki. Ale mam trzecie miejsce w kategorii. A w swoim wyścigu - ze znajomymi, z którymi powinienem zająć czwarte, najgorsze miejsce - jestem drugi.

Opisałem tak dokładnie swój start, bo raz, że czuję, że jest to start roku. A dwa, że każdy przeżył tu mniej albo bardziej podobną historię. Zobaczyć Andrzeja O., jak tuż przed naszą prezentacją Kancelarii Sportowej, uśmiechnięty i świeży kończy setkę poniżej 15 godzin - bezcenne. Usiąść na piwo wieczorem z ultrasami i sztafetą Polsatu, która następnego dnia pobiegnie po czwarte miejsce - bezcenne.

Nigdy w stuletniej historii uzdrowiska Krynica Zdrój nie było na ulicach tylu uzdrowionych.

Dzień po dziesiątce pobiegłem treningowy maraton - długie wybieganie pod Warszawę. Do 25. kilometra biegliśmy z Dzikim i Marcinem, który był w sierpniu na obozie w Rabce. Potem znów się odezwała we mnie sprężyna, zacząłem małe BNP i skończyłem w 3:49. Marcin dobiegł w 4:03, trochę niepocieszony tymi trzema minutami. Ale ludzie, jaka trasa, tu trzeba było biec spokojnie, inaczej człowiek by się wykończył. Na podbiegu między 36. a 39. kilometrem - trochę bardziej stromy niż Sanguszki w Warszawie i z pięć razy dłuższy - biegłem po 7:00 na kilometr.

Maraton boli niezależnie od tempa w jakim się biegnie. I podobnie boli. I podobnie cieszy.

Tak wyglądał Marcin po maratonie:

5

Do Krynicy jest strasznie daleko. Jeszcze cały rok.

Są takie miejsca, gdzie wracają ptaki. I takie, gdzie wracają biegacze.

23:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (42) »
czwartek, 06 września 2012

Krynica leży na końcu Polski, dla niektórych nawet na końcu świata. Dla mnie - 20 kilometrów od Piwnicznej.

Moja Piwniczna, mój ojciec, mój PRL. Moje góry, moje dzieciństwo. A teraz mam w tej mitycznej krainie biegać.

s

To zdjęcie z Wierchomli, w połowie drogi między Piwniczną, a Krynicą, z wędrówki z córką studentką wtedy licealistką. Wtedy zrobiliśmy wycieczkę z Wierchomli do Krynicy - trasą po której w sobotę będą finiszować ultrasi z Biegu Siedmiu Dolin - objadając się koło Runka jagodami. Te krzaczki rosły tam też, kiedy 35 lat temu szliśmy tamtędy z moim ojcem, morze jagód.

Za górami, za morzami, za siedmioma dolinami...

A teraz jadę tam pobiegać. W sobotę szybką dychę, to będzie drugi szybki akcent w tym tygodniu. Jadę z optymizmem, bo forma rośnie, jak te jagody. Dziś pobiegaliśmy godzinę po Lesie Kabackim z Chłopasiem, spotkanie towarzyskie na bieganiu - ja w pierwszym zakresie, a Chłopaś w drugim. To też towarzyska przewaga biegania nad tenisem albo ping pongiem - gdybyśmy byli w różnych zakresach, to nie za bardzo byśmy sobie razem poodbijali.

W ping ponga Dziki we wtorek znów mnie ograł, znów 4:1. Mam poczucie, że grozi mi degradacja do niższej ligi albo Dziki jest na prostej drodze awansu do wyższej.

Z Dzikim biegniemy maraton - spokojnie, Dziki w dozwolonym przez kardiologa pierwszym zakresie (plus niższe strefy drugiego), ja mam nadzieję, że do końca utrzymam pierwszy, biegniemy na złamanie czterech godzin. Dla mnie w górach to wcale nie jest bułka z jagodami. Ale mam nadzieję, że będzie to raczej długie wybieganie niż start. Na pierwszych kilometrach dopisał się do nas Podopieczny Bartek, potem zawróci i dokończy wolny trening. Może ktoś jeszcze dołączy?

Z Moją Sportową Żoną mamy prezentację pod tytułem "Zostań swoim trenerem". W sobotę o 18. Może ktoś zajrzy?

A MSŻ przed Szybką Dychą poprowadzi rozgrzewkę. Proponowaliśmy stretching na mecie w Muszynie, bo rozgrzewkę jakoś tam każdy robi, a rozciąga się po biegu najwyżej tylu biegaczy, ile jagód rośnie na jednym krzaczku. Ale podobno nie da się tego zrobić logistycznie, więc będzie rozgrzewka - lekkoatletyczno-fitnessowa.

A do stretchingu po biegu zachęcam na własną rękę. Zdjęcie z Mazur, ale może w Krynicy ktoś się zainspiruje?

d

21:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (85) »
poniedziałek, 03 września 2012

Jadę na Warszawę. Z Warszawy na Warszawę, głupota ktoś by powiedział, ale ja jadę z Warszawy geograficznej do mentalnej, z miejsca do wydarzenia, z domu na Stadion Narodowy. Chciałbym się tam cieszyć twarzą wykrzywioną z lewej strony w grymasie, który uwieczniają wszyscy znajomi fotografowie od lat. Właściwie można by sobie zrobić jedno zdjęcie i wstawiać w tło. Człowiek na mecie zawsze wygląda tak samo - jak żywy trup.

Jadę na Warszawę nie tylko przez Krynicę i Wrocław. To mój Tour de Pologne. O Wrocławiu na końcu, przeczytajcie koniecznie, bo jest ogłoszenie.

Jadę na Warszawę przez Arbuzową. Zrobiłem sobie dziś rano inną siłę biegową, inspiruje mnie ta myśli od rozmowy z Szostem w grudniu - opowiadał Szost, że właśnie to była nowość u nowego trenera, różne ćwiczenia na siłę biegową, a nie tylko podbiegi i skipy. Na Arbuzowej w lasku pod skarpą zrobiłem sześć serii 30 sekund marszu dynamicznego (defilada) plus 30 s. skipu A. Potem 30 s. depingu (takie piłkarskie deptanie w miejscu, przed Euro to pokazywali w telewizji), nogi odpadają po 15, cudownie, nie możesz, a ciśniesz. Plus od razu 30 s. wykroków na zmianę prawa-lewa. Plus od razu 30 s. podbiegu.

Zrobiłem potem rozciąganie, ale teraz czuję ciągle nogi ciężkie, gorące, obolałe od mikrouszkodzeń, które organizm od obiadu zalepia białkiem z kurczaka po chińsku.

Jadę na Warszawę przez Las Kabacki. W sobotę z Kamilem d. Tokowym pobiegaliśmy 2,5 h po lesie, wolno, po jakieś 5:30, co jest moim najszybszym wolnym treningiem od nie wiem kiedy. Właściwie takiego biegu było 2 h, obgadaliśmy wszystko, a potem przyspieszenie a la Greif - teraz już 6 km w tempie na maraton. I wyszło, pierwszy kilometr w 3:58, najwolniejszy w 4:12, ostatni, kiedy Kamil dołączył do mnie po zaplanowanym skróciku i razem finiszowaliśmy w 3:53.

Miałem potem gorącą głowę, rozpamiętywałem każde łupnięcie stopą o ziemię. Lubię treningi, które się przeżywa. A przy okazji zauważyliśmy obaj sporo ludzi umawiających się na sport - kumple, przyjaciółki, częściej nordickowcy niż biegacze. I my też, ja z moim świadkiem ze ślubu.

Jadę na Warszawę przez Krynicę. W piątek po szkole (córka 4klasistka płakała, kiedy negocjowaliśmy z nią zwolnienie jej z lekcji) ruszamy na Festiwal Biegowy. Ciekawi mnie coraz bardziej, jak tam jest. Czy rzeczywiście po mieście będzie chodziło pięć tysięcy biegaczy? To będzie pewnie jedna czwarta osób przebywających w Krynicy z mieszkańcami włącznie! Czy wszyscy będziemy po biegowemu na 'ty'? Jak szybka będzie szybka dycha? Jak będzie wyglądał maraton po szosach mojego beskidu z dzieciństwa, z wypraw do Piwnicznej z ojcem? Jak będzie nam się biegło z Dzikim, tym razem nie po puszczy, ale po borach? Jak będą wbiegali na metę ultrasi - z gór, z lasów, z innego wymiaru?

Będziemy z Moją Sportową Żoną chodzili po Krynicy w obrandowanych dresach. Więc jak zobaczysz napis Kancelaria Sportowa Staszewscy, to podejdź przybić piątkę. A ja też będę wypatrywał znajomych twarzy, chociaż pamięć do twarzy mam kiepską.

Jadę wreszcie na Warszawę przez Wrocław. Tydzień później nie będę biegł w kolejnym maratonie, ale pojadę kołczować - startuje gazetowo-polskobiegowa drużyna dziadków i babć. Będę więc przy trasie wypatrywał znajomych twarzy, chociaż wierzcie mi, że w tłumie biegaczy, to jeszcze trudniejsze.

Ale we Wrocławiu będzie okazja, żeby się spotkać w szczególnych okolicznościach. Zwłaszcza, jeśli komuś będą kiszki marsza grać.

Marsz, nasz 1.marsz poprosił, żebym udostępnił mu miejsce na zaproszenie do pierogarni:

"Drodzy blogowicze, zbliżający się MW, niezależnie od naszych sportowych ambicji i celów, jest doskonałą okazją do spotkania. Okazją, której nie powinniśmy zaniedbać, dlatego, uzurpując sobie prawo do roli gospodarza frakcji MW, zapraszam Was serdecznie na Podblogowe Pierogi Party, w sobotę (15.09), o godz. 20, do Pierogarni na wrocławskim Rynku.

Do Waszych przedstartowych emocji dołożymy „pakiet pierogowy” (nie ma żadnego „wpisowego”, poczęstunek jest bezpłatny). Będą do wyboru dwa rodzaje pierogów z pieca: ze szpinakiem i serem oraz „ruskie” – no i zobaczymy, jaki będzie efekt  tego „dopingu” na mecie.

Ponieważ, jak wiecie, logistyka jest najważniejsza, muszę wiedzieć ilu z Was będzie chciało i mogło przyjść -  możemy pomieścić w osobnej sali do 40 osób -  proszę więc o zgłoszenia na blogu do 12.09 (środa) do godz. 12.00. Potem będzie można wejść już tylko po znajomości ;-) Cichociemni mają pretekst żeby się ujawnić podwójnie, i w sieci, i w  restauracji.

Mam nadzieję, że nie trzeba Was specjalnie zachęcać. Tym niemniej warto wspomnieć, że nasze spotkanie będzie miało miejsce tuż obok 30/35 km, więc będzie szansa oswoić swoją ścianę dzień wcześniej, i na biegu już tylko przez nią przeniknąć, nie zmagać się.

marsz"

Wrocław marszem stoi, od dawna to wiemy na blogu.

17:11, wojciech.staszewski
Link Komentarze (39) »
czwartek, 30 sierpnia 2012

Jak coś się kończy - a raczej się na razie nie kończy, bo jeszcze mnie jednak z Gazety nie zwalniają i można sobie melancholią pomalować ściany albo dowolny organ - więc niezależnie, czy coś się kończy, czy nie, to coś się zaczyna. Zaczyna się biegowa jesień - od Festiwalu w Krynicy.

Tydzień zaczął się kiepsko. Ciotka, rodzona siostra mojego ojca, złamała nogę i trafiła do szpitala. No i zaraz zrobiło się krwawo. Lekarka, standardowo nieżyczliwa, mówi do mnie i Mojej Sportowej Żony, że jak oddamy krew, to zrobią ciotce konieczną operację, a jak nie, to trzeba będzie czekać. Problem w tym, że od MSŻ nie chcą brać krwi, bo ma zawsze za niskie ciśnienie, a ja oddawałem honorowo dwa miesiące temu (a można co czy). Z dumą wyciągam argument, że jestem honorowym dawcą, mam już brązową odznakę - a okazuje się, że mogę sobie ten argument wsadzić w dowolny organ. Musi być karteczka z Saskiej, że była donacja na rzecz ciotki, nie ma karteczki, czekamy na operację.

Córka studentka karmi, syn fotograf kiedyś brał hormon wzrostu, a to chyba dyskwalifikuje. To co, mam ojcu tę krew wytoczyć? Okazało się na szczęście, że mój zięć oddawał tydzień temu krew, też honorowo i bez wskazania, a przez miesiąc można jeszcze tę krew do kogoś przypisać. Ale i tak - nie wiedząc, czy jedna donacja wystarczy - szykowałem się do napisania odcinka bloga pełnego brzydkich słów na "sk" i in.

A tu nagle niespodzianka. Zięć rano przysyła esemesa, że zawiózł właśnie karteczkę, ale ciotka już właśnie ma zabieg. To po co był ten cały szantaż?

Służby zdrowia nie zrozumiesz. Na tę chorobę jest, tak sądzę, chyba tylko jedno lekarstwo: sprywatyzować i niech zabiegają o kontrakty z NFZ.

Więc dzisiaj o innej prawdzie dotyczącej zdrowia: lepiej zapobiegać niż leczyć. Rano (naprawdę rano, jeszcze przed siódmą) byłem dziś w Polsat News, rozmowa była o Festiwalu Biegowym w Krynicy. Nie zdążyłem w rozmowie rzucić jednej myśli, która przybiegła do mnie tuż przed wejściem do studia. Że Krynica to uzdrowisko. Szacowne, z pijalnią, z sączeniem wód leczniczych, z sanatoriami. Magiczne wody i zabiegi drogą do uzdrowienia narodu.

A że teraz coraz bardziej do narodu dociera, że droga do zdrowia jest inna - przez aktywność, przez ruch, przez sport. Że to szalenie symboliczne, że manifestacja tak rozumianego zdrowia, jaką jest Festiwal Biegowy, odbywa się w uzdrowisku krynickim.

Dotrzemy do Krynicy z MSŻ w piątek wieczorem po szkole, po pracy, po wszystkim. W sobotę MSŻ prowadzi rozgrzewkę przed Szybką Dychą, a ja ją szybko pobiegnę. W niedzielę za to robię długie wybieganie na Koral Maratonie - spróbuję złamać cztery godziny. To godzinę gorzej od moich obecnych możliwości, ale przy moim antytalencie do biegania w górach będzie to coś między wyzwaniem a treningiem. Biegniemy zdaje się ramię w ramię z Dzikim, co będzie dla mnie niezłą wycieczką sentymentalną nad jezioro Garbaś, do Puszczy, na drogi razem przebyte i ścieżki przedeptane.

Mamy też z MSŻ prezentację "Zostań swoim trenerem". To będzie chyba najbardziej stresujący występ na festiwalu.

Jedno pytanie do trenera już padło tutaj - o marsz dynamiczny. To taka energiczna defilada, której sekret polega na mocnym uderzeniu stopą (śródstopiem, a nie piętą) o ziemię. Wzmacniamy mięśnie przez skurcz koncentryczny. Odwrotność skipu A. Ewa W. z Ortorehu ponoć propaguje to, jako najbezpieczniejsze ćwiczenie siły biegowej dla amatorów, bezpieczniejsze od skipów - a ja jej wierzę. Więc rzeczywiście maszerowanie, chód górą :-)

Marsz dynamiczny można zobaczyć tutaj (mylnie nazwany jest zresztą skipem A). A jak niejasne, to pokażę w Krynicy.

19:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (59) »
poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Kusiło, żeby sobie darować. Pierwszy dzień w pracy, trzeba się zebrać, rozejrzeć, nałapać tematów jak motyli w siatkę - to może nie pobiegam. Zwalczyłem to pół godziny po wstaniu. Bo skoro tydzień zaczyna się od podbiegów, to nowy rok - szkolny, pracowniczy czy chiński, jak chcecie - tym bardziej zaczyna się od podbiegów.

Podjechałem pod Las Kabacki do Powsina, żeby nie przechodzić zbyt szokowo na miejskie bieganie. A tam rozgrzewa się przed treningiem podopieczny Przemek, przyjechał z żoną, która już ruszyła na czterdziestominutowe bieganko. Ruchem demiurgosa zmieniłem szybko Przemkowi trening na taki sam, jak sobie wymyśliłem w samochodzie i zaczęliśmy.

Około 100 metrów marszu dynamicznego, potem od razu 100 m skipu A - wszystko lekko pod górę na łagodnym początku podbiegu. Potem podbieg, jakieś 200 m, w tył zwrot i grzała na dół. Mocny trening, taki, który można zrobić na porządnej podstawie. Koncert ćwiczeń na koncentryczny i ekcentryczny skurcz mięśni. Nogi bolą po drugim powtórzeniu, po czwartym nawalają, a po piątym przekraczają granice cenzuralności, chociaż zostaje jeszcze szóste.

I to jest koniec wakacji. Rozciąganie, w czasie którego powinny mi przelatywać przed oczami sceny z wybiegań na Mazurach, treningów z obozu w Rabce, wycieczek biegowych w Gorcach, biegania boso po plaży w Jastarni. Do tego sentymentalna muzyka i gotowa scena do melodramatu klasy B.

Zamiast tego pada deszcz. Wakacje żegnają się ze mną.

W ”Gazecie” robię coś na kształt rozgrzewki. Zejść dwa piętra niżej i uzgodnić, czy mam się brać za pewien duży projekt, czy jeszcze czekamy. Czekamy. Poodpisywać na maile. Odbyć trudną rozmowę z szefem mojego szefa. I wstawić na Facebooka ogłoszenie, że szukam młodej babci. Albo młodego dziadka, do reportażu.

Deszcz przestał padać. Jaka ta Polska mała, jaki czas pozwijany - wczoraj jeszcze robiłem godzinny bieg po plaży, na bosaka, żeby poćwiczyć nieużywane mięśnie stopy, zakończony krioterapią w morzu i siatkówką plażową z Moją Sportową Żoną na koniec. Na koniec wakacji.

Chodzi za mną, biega za mną ten koniec. Nie mogę jeszcze odnaleźć nowego początku, mocnym ciężarem kładzie mi się na mięśniach to, co się kończy. Prawie jak u Sapkowskiego - coś się kończy, nic się nie zaczyna.

A tu środek BPS-u. W sobotę zrobiłem kluczowy trening tego BPS-u - bo zawsze lubię mieć w BPS-ie jakąś myśl przewodnią - dwie i pół godziny powoli, ale z końcówką w tempie maratonu. Przez cztery i pół kilometra byłem podłamany, bo w lesie między Jeziorem Sarbsko a morzem udawało mi się biec tylko po około 4:30 na kilometr. Na szczęście ostatnie pół kilometra po asfalcie w Łebie wyszło po 3:51, to prędkość moich marzeń.

Poprzedniego dnia były interwały. Nieco za wolne, ale już niedosyt był mniejszy. Solidna praca nad silnikiem tlenowym rozwija silnik tlenowy.

Jutro pierwszy od tygodnia dzień bez biegania. Zacznę go ping pongiem.

18:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (49) »
czwartek, 23 sierpnia 2012

1

Miała być taka ładna fotorelacja - córka 3klasistka biegająca po Łebskiej Górze (pewnie znów pomyliłem nazwę, tak jak z książką Dukaja i numerkiem autostrady, ale trudno, mapę mam na dole w samochodzie i nie zejdę), Moja Sportowa Żona rozciągająca się na tle sąsiedniej wydmy, potem obie na surfingu na Jeziorze Sarbskim bodajże. Ale system zassał tylko jedno zdjęcie, jak ja biegam po wydmie.

Fotkę zrobiliśmy we wtorek, bo rano system nie zassał słońca, więc wybraliśmy się na rodzinną wyprawę do Słowińskiego Parku Narodowego. Podjeżdża się pod Jezioro Łebskie bodajże, kupuje bilet do parku, potem wypożycza rower, oczywiście obowiązku nie ma, można iść na nogach albo podjechać meleksem i jedzie się z siedem kilometrów do innego świata, jak z Innych Pieśni.

We wtorek może jeszcze był to świat jak z bajki, ale kiedy pobiegłem tam w środę rano - długie wybieganie, półmaraton w 2:15 częściowo po plaży - z Innymi Pieśniami na uszach, to czułem się, jakbym zbliżał się do Skrzywienia. Wiatr oszalał. Czym bliżej byłem wydm, tym bardzie napierał, prosto w twarz, jak bałwan z morza, jak potępieniec z piasku. Po plaży wirowała mgła z piaskowych drobinek, a rozpędzone powietrze wyjąc mi prosto do ucha próbowało zagłuszyć tekst. Jakby wrogi strategos pod anthosem Neptuna sprzysiągł się przeciw Dukajowi i robił wszystko, żebym nie mógł słuchać książki.

Pięć minut przed wydmami rzeczywiście się poddałem i zapauzowałęm empetrójkę. Podbiegłem na Górę, zasysając ten widok w siebie, nie widziałem jeszcze nad morzem tak ładnego miejsca. A potem odwrót na wschód, z wiatrem w plecy, z w miarę satysfakcjonującym tempem rzędu 5:30 na kilometr i z Dukajem znów na uszach.

Wakacje nad morzem zawsze były dla mnie walką o przetrwanie. O przetrwanie nieprzebranej toni wiecznej nudy. Bieganie po plaży, a potem fala za falą nuda, nuda, nuda. Teraz jest inaczej. Łeba to fabryka bodźców, do morza udało mi się raz wejść i pozorować pływanie, lasy niezbadane jeszcze. Jezioro, na którym MSŻ uprawia surfing, a córka 3klasistka pobiera pierwsze lekcje też ciekawe. We wtorek chciałem wypożyczyć sobie kajak, ale powiedzieli, że wiatr za duży i nie wypożyczą, więc zrobiłem interwały dookoła Sarbska. W środę wiatr już tak dowalił, że nawet desek nie wypożyczali, lekcje zostały zawieszone.

Dziś ciągle wiało za mocno, uciekliśmy znad morza, ale mamy karnet na basen w hotelu, taki gratis od pani z naszej kwatery, więc tam spędziliśmy pół dnia. Córka 3klasistka w wodzie, a my na leżakach z lekturą - MSŻ pochłania Zwierciadło, a ja Murakamiego. Więcej na tych wakacjach czytam niż biegam. Dziś pobiegałem znów krótko, pół godziny treningu siłowego z wykorzystaniem wiatru i plaży - 6 razy 1 min. szybko i boso po piasku i pod wiatr.

Pod wieczór był tenis, potem rybka, potem lody. A teraz jesteśmy mocno zmęczeni całodziennym wypoczynkiem.

Nie mogę się doczekać kolejnego treningu z Dukajem. Wakacje to reset. Czuję, że tym razem to nie tylko reset zmęczonej głowy, zestresowanego ciała. Tym razem to reset systemu. Że na jesieni nic nie będzie takie samo - Kancelaria, Gazeta, pisanie. Inna rzeczywistość, jak w roku 1Q84 Murakamiego. Nowa morfa jak u Dukaja.

21:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Prawie tysiąc kilometrów w jedną dobę. To nie rekord galaktyki w ultramaratonie, tylko przelot samochodowy przez Polskę. Jeszcze w sobotę rano robiłem ostatni trening w górach, a właściwie już nie po górach, tylko na stadionie KS Wierchy. Interwały, piramidka, 1 okrążenie, 2, 3, 4, 5, 4, 3, 2 i na koniec znów jedno na trzyminutowych przerwach. Tempo za wolne, 100 proc. VO2max nie osiągałem, ale co wypracowałem, to się na kolejnych treningach będzie okazywać.

Z górami pożegnałem się tak naprawdę w piątek. Z Rabki pobiegłem do matecznika czyli na Maciejową, stamtąd przez nowe ścieżki spróbowałem przebić się do sąsiedniego pasma i przez Grzebień wróciłem do Rabki. Jestem w lesie, pachnie żywicą, stamtąd wybiegam na łąki, pachnie trawą, potem na pola, pachnie zbożem i gnojem, a potem między chałupy, pachnie gnojem i spaliną. Rytuał zejścia. Pamiętam go z dzieciństwa, tak kończyły się wakacje, ostatnia wycieczka i do samochodu, do pociągu, do domu.

Teraz wsiedliśmy w samochód, przespaliśmy się w domu, zajechaliśmy do mojego ojca, a potem na północ, na Gdańsk, na wakacje. Autostradą A2 nieopodal Torunia dojeżdża się do Gdańska z Wawy w cztery godziny, na wieczór byliśmy w Łebie, znaleźliśmy pokój i dziś pobiegałem sobie po plaży. Nie miałem jeszcze ochoty na wycieczkę krajoznawczą, jutro wybieram się do Słowińskiego Parku Narodowego, obczaję go biegiem, zanim wybierzemy się tam z rodziną na biletowaną wycieczkę. Dziś było tylko pół godziny siły biegowej boso po plaży.

Potem rybka, pojechaliśmy obczaić windsurfing dla Mojej Sportowej Żony, córka 3klasistka też się będzie uczyć i nawet chyba ja stanę, żeby zobaczyć jak to jest. Spacer po deptaku, atrakcja w postaci labiryntu luster, naprawdę fajne, lody na kolację i mamy wakacje.

21:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
| < Kwiecień 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30      

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam