Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 08 października 2012

Zrobię coś głupiego. Zrobię coś głupiego w środę. To jest tak głupie, że nie napiszę dziś, co zrobię, bo byście mnie wszyscy od tego odwodzili.

Piątek i sobotę spędziłem na konferencji w PKOl-u. Dwa dni o kontuzjach sportowców, diecie sportowców, a wreszcie treningu sportowców, nie tylko biegowym. Siedzę teraz nad zeszytem notatek i nie mam jakiejś jednej złotej myśli, którą chciałbym przekazać, ale nie był to czas stracony. Upewniłem się, że nie jestem głupkiem w wielu sprawach. W wielu się douczyłem, to naprawdę ważne, co jemy. Teraz ładuję węglowodany z naciskiem na złożone, żeby lodówka w Poznaniu nie okazała się pusta (wiem, wiem, dwie półki są wymontowane i wrócą z serwisu za miesiąc).

W co wierzysz? W białko? To nie przesadzaj! To myśl z wykładu pani dietetyczki. I zalecenie, żeby jeść kolorowe warzywa, bo różny kolor to różne substancje. Kobiety dowiadują się tego pewnie z pierwszą miesiączką, bo chyba już wtedy uaktywnia im się gen odchudzania. Ale dla mnie była to nowość.

To co opowiadał trener Zbigniew Król zasiało mi w głowie pomysł na zrobienie czegoś głupiego, ale to dopiero w środę.

Dostałem przy okazji jeszcze jeden urodzinowy "prezent" - przybiliśmy ostatecznie piątkę w sprawie współpracy z Garminem. Po pierwsze Kancelaria poczytuje sobie to za zaszczyt. A po drugie mam nowiutkiego Forerunnera 610, poustawiałem sobie wszystkie ekrany podczas nudniejszych wykładów.

Dzisiaj było pierwsze biegane z nowym Garminem - beztlenowy trening, który już pozapisywałem wszystkim podopiecznym. Ale żeby nie było, że to tylko xero pomysłu beztlena - kilka osób dostało już ode mnie taki trening miesiąc temu na wrzesień. O takim biegu zmiennym opowiadał mi kiedyś Słonik, a Słonik biega chyba jeszcze szybciej od Beztlena. Zrobiłem 1,5 h, najpierw powoli, po 5:00-5:15, a potem jeden kilometr w tempie maratońskim i jeden znów w wolnym. Fajne, nowe, ożywcze. Jakaś zmiana - bieg zmienny.

Wiem, że jeden trening nie zmieni biegu Warty. Ale chciałem coś zmienić w treningu już teraz, nie w lutym.

Dzisiejsze bieganie czarno na białym jest TUTAJ. Będę teraz używał Garmin Connecta, zarzucał znajomych co fajniejszymi treningami albo przesyłał od razu na Facebooka.

To, co zrobię w środę, też wrzucę.

Bo to jest tak. Misja Poznań jest skazana na Termopile. Pisałem już, że nie jestem szaleńcem, nie będę atakował życiówki i znów bił się o 2:48. Ale trzy godziny chcę złamać. I piszę to głośno, chociaż wiem, że większe jest prawdopodobieństwo porażki i że Polacy nic się nie stało.

Co zrobić, żeby była szansa na cud nad Wartą? Coś innego. Innego niż zwykle, niż rutyna. Nie wiesz, co masz zrobić, to zrób inaczej. Więc zrobię coś głupiego, w środę.

Acha. Jeszcze ogłoszenie parafialne. Galaktyka, wydawnictwo od Urodzonych Biegaczy i od Jedz i biegaj napisało i prosiło o nagłośnienie: "Organizujemy 2 treningi w Warszawie ze Scottem 16 i 17.10 o godzinie 11:00. Miejsce ścieżka biegowa po prawej stronie Wisły. Początek pod Mostem Poniatowskiego".

Pobiegamy? To we wtorek i w środę w przyszłym tygodniu. Dziki, chyba musimy wcześniej zagrać w ping ponga.

21:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
czwartek, 04 października 2012

Ciąg dalszy nastąpi - zapowiedziałem w poniedziałek. I nie chodziło mi o Poznań, bo to będzie osobna historia. Tylko o Warszawę, miasto moje, a w nim.

To był wrzesień, Saska Kępa pachniała jesienią, ciepły wieczór, szkoda że taki ciepły, bo zapowiada ciepły dzień, a to dzień maratonu. Na Francuskiej dostałem od Was pióro, będę miał czym wpisywać autografy po niemiecku albo rosyjsku dla odmiany. Wino ze Staszewskim, jestem już prawie jak ksiądz Jankowski albo Kopernik, co własną monetę bije (młodsi: Tytus). I wiersz napisany piórem nie do podrobienia z podpisami. Uwieczniam:

a

Makarony z Francuskiej trochę poszły na darmo, w niedosyty. Przeminęły z wiatrem - w twarz. Mało znam osób, które pobiegły w niedzielę na swoją miarę. Przemek, w tej chwili najszybszy w ekipie bankowców - poprawił się z wiosennego 3:28 na 3:18. Marcin z bankowców, który zszedł rok temu, teraz dobiegł w 3:39. Z PolskoBiegowej ekipy dziadków Jerzy zrobił życiówkę, 3:28. W ubezpieczeniowcach Rafał, który nie miał prawa pobiec szybciej niż w 3:30 zrobił w debiucie 3:27. Alicja, nasza Kwasaali, pobiegła równe 4:30:00, co przy kłopotach z hemoglobiną było oczekiwanym maksimum, a żeby było śmieszniej wygrała netto o 1 sekundę z kolegą pracy, chociaż biegli na inne brutto (Mateusz też nieźle zadebiutował). Piotrek z bankowców, który na maraton zdecydował się w ostatniej chwili zrobił 4:22 i wygrał małą ligę pracowników RBS (bo nie wszyscy bankowcy pracują w RBS). Michał z obozu w Rabce, debiut w 3:54.

Podopieczni porobili przeważnie życiówki albo odnotowali niezłe debiuty, ale niedosytów było mnóstwo. Zadowolony był chyba tylko Jacek, który pobiegł zgodnie z planem na 3:44. A np. Marcinowi życiówka 3:28 nie sprawiła radości, podobnie jak Piotrowi ok jego życiówkowe 4:50. Bo Marcin mierzył w 3:20, a Piotr w 4:30.

Bieganie maratonów jest jak skakanie przez poprzeczkę na najwyższej wysokości. Cały rok trenujesz, startujesz kontrolnie - tak jakbyś zaliczał niższe wysokości. Czasem strącisz, ale jednak generalnie zaliczasz. A potem dochodzisz do swojego 2,32 - w centymetrach, co każdemu inaczej przekłada się na minuty - i masz przeskoczyć. I to za pierwszym razem.

Pod blogiem też raczej pogrom. Gepard, który kiedyś ze mną wygrał, teraz zakręcił się gdzieś koło 3:30. Alena nie złamała czwórki o tyle, ile Bolt potrzebuje na przebiegnięcie 100 m. Robs 4:17, a chciał łamać czwórkę, a mógł zrobić 4:05. Biegofanka - wynik jak Everest, 4:49. Jastrząb i Kawonan, regularni czwórkołamacze w 4:07. Sten ponad 4:15. Biuti nieźle, ale tylko wiceżyciówka 3:41. Jeśli kogoś przeoczyłem, to przepraszam, ale czytelnicy już i tak się czują, jak przy lekturze książki telefonicznej (młodsi: gogle).

Nie fiksujmy się tak na liczbach. I kto to mówi? Ja, maniak liczenia, liczydeł i przeliczników.

Nie fiksujmy się na liczbach, bo stracimy radość z biegu. Bieg to przyjemność niemierzalna. Czy jesteś szczęśliwszy po 800 krokach, po 41 minutach, przy tętnie 164? Nie. Jesteś szczęśliwy wolnością biegu przed siebie.

Możesz formować ten bieg w treningi. Wkładać go w ramy odcinków różnej długości i o różnym czasie trwania oraz pod różnym kątem nachylenia. Żeby stawał się lepszy. Możesz się sprawdzać w tym biegu na zawodach. Możesz być wtedy z siebie zadowolonym albo niezadowolonym zależnie z wyniku jaki uzyskasz. Ale najbardziej wartościowe, że możesz się tak sprawdzać - a nie w zawodach nieszlachetnych, podjazdowych, niegodnych, niesportowych, odrażających.

Maraton to nie jest wyścig szczurów. Nie jesteśmy szczurami, jesteśmy urodzonymi biegaczami.

Na koniec parę zdjęć z biegu (dzięki przede wszystkim dla Małgosi S. z Polski B.).

a

Z drużyną dziadków. Jurek, który jutro zrobi życiówkę w koszulce w paski. Nade mną Janek, a nad Małgosią S. Wacek.

a

Most Wzruszeń Pod Mostem. Ciekaw jestem, jakie czasy mieli faceci, których zaraz wyprzedzę. W tle nasz Maciek, w zielonej koszulce Warszawiaka.

a

Tu idziemy z Maćkiem na stracenie, tak jak w poprzednim odcinku pisałem.

a

Podopieczny Przemek ma większego doła niż ja. Liczyłem, że mnie zbierze na trasie i złamie trójkę, ale zabrakło mu sześciu minut.

a

A to jeden z nielicznych zadowolonych. Sfinks, życiówka, tuż za mną. Happy End.

 

 

21:21, wojciech.staszewski
Link Komentarze (95) »
poniedziałek, 01 października 2012

Rozpieprzyli mi lodówkę. Uszkodzili system chłodzenia, wyłamali drzwiczki, a zawartość półek powywalali na ziemię. Trudno znaleźć cenzuralne słowa, żeby opisać to, co zrobili.

9.00 Startujemy z mostu. Mam tak samo jak ty... Miasto moje, nadwiślański brzeg. Wiatr, ale na moście wieje zawsze, kiedy skręcamy w trakt królewski, wiatr przestaje przeszkadzać. Jestem nawet jak okręt pod pełnymi żaglami. Nadrabiam stracone na dwóch pierwszych kilometrach sekundy, na Wisłostradzie doganiam Maćka, trenera z naszej Kancelarii. Ale Maciek biegnie po jakieś 4:03, ja chcę biec po 4:00 na kilometr, odjeżdżam na luzie. Pod mostem szpaler ludzi. Szał, przyspieszam, każdy tu przyspiesza. Gdyby ludzie tak stali przez 42 kilometry, zrobiłbym maraton w 2:30, a potem padł jak Filippides.

Ale nie w głowie mi ułańskie szarże, nie wyobrażam sobie, że jestem koniem w galopie, lokomotywą elektryczną albo wyścigówką. Wizualizuję sobie lodówkę. Jak w tej reklamie piwa, gdzie faceci wrzeszczą z zachwytu na widok lodówki wypchanej browarami. Ja jestem wielką lodówką wypełnioną napojami izotonicznymi, smacznymi węglowodanami, czystą energią.

W jednej trzeciej trasy górna półka zaczyna pustoszeć. I wtedy cud, córka studentka z rodziną i bananem. Biorę, wciągam, biegnę, utrzymuję tempo. Na 15. kilometrze kibicują znajomi. Dostanę potem esemesa, że wyglądałem lepiej niż Kenijczycy.

Najgorsze są te maratony,  w których najlepiej jest na 15. kilometrze.

Dogania mnie nasz Maciek, żartuję, czy nie jesteśmy dwuosobową grupą na złamanie 2:50. Ale my jesteśmy dwuosobową grupą idącą na stracenie. Na półmetku czas dobry, 1:25:02, dwie sekundy szybciej (!) niż na wiosnę w półmaratonie, a z luzem nieporównywalnie większym. Ale zaczynają się kłopoty, Maciek odjeżdża, lodówka znów pustoszeje. Wyciągam żel, odkręcam go (to ważne!), wciągam i biegnę dalej. Tempem zajmę się po podbiegu w Parku Natolińskim. To ładne miejsce, można nawet machnąć ręką na nierówną kostkę na alejkach, a podbieg naprawdę łagodny.

Tempo spadło w okolice 4:20, na górze żel zaczyna działać, ale lepiej niż 4:10 na kilometr się nie daje. Bo dostaję w mordę. Wiatr, który rano się przyczaił teraz wali na odlew. Pierwszy kopniak w lodówkę.

Ursynów to grupki kibiców, jak w mitycznym Berlinie, doping wzdłuż całej KENstrasse. Z lodówką jest coraz gorzej, pustki, pustki, bulgoty w rurkach, przerwy w zasilaniu. Zaczynam obliczać sobie wyrok. Bo odjeżdżającą życiówkę dawno pożegnałem, pożegnałem ją już chyba na zawsze, będzie ze mną na niejednym starcie, ale już coraz mniej w sferze planów, a coraz bardziej w sferze marzeń. Zaczynam obliczać, ile muszę pobiec, żeby uniknąć gilotyny. Jeśli będę robił kilometry po 4:30, nie złamię trójki, muszę biec po 4:20. Tyle że od 30. kilometra już jestem w strefie 4:30-4:40.

Żel! Sięgam do lodówki po ostatni żel. Wyciągam z kieszeni i nie mogę odkręcić. Taki jestem słaby, że nie daję rady. Myślę, żeby poprosić starszego pana, który stoi przy trasie w rejonie Służewa, ale w końcu zakrętka puszcza. Znajomy na rowerze daje mi łyk wody do popicia, ale wątroba już nie za bardzo potrafi zmetabolizować dostawę. Lodówka rzęzi, nie domyka się, lodówka została zrabowana, uszkodzona, rzucali nią o ziemię, rozsypywali węglowodany, a izotoniki wylewali do zlewu. Stałem się ofiarą napaści i w dodatku sprawców nie ujęto. Kto jest winien? Dwie sekundy za mocno na pierwszych kilometrach? Nie, byłem przygotowany na taki wynik, Jurek M., z którym wygrałem o kilkanaście sekund na 10 km w Krynicy zaczynał na 2:52, wyprzedził mnie na Ursynowie i skończył w 2:54. Błędy żywieniowe? Raczej nie. Treningowy maraton sprzed trzech tygodni? Może.

Nie będę już biegał maratonów. Przynajmniej przez jakiś czas. Poznań? Jaki Poznań, nie biega się maratonu co dwa tygodnie, to nierozsądne, a maraton jak nic weryfikuje rozsądek. Nie biega się sercem, tylko głową.

Na 35. kilometrze wiem z pewnością, że w tym roku to koniec sezonu. W ogóle mam dosyć biegania, może pora zająć się trenowaniem, liczę, że "zbierze" mnie po drodze podopieczny Przemek, który szedł na złamanie trzech godzin, na nawrocie koło półmetka był pół minuty przed grupą. A może podopieczny Bartek, jeśli ma dzień konia.

Ścinają mnie nagle. Cień z lewej, cień z prawej, nie podopieczni, tylko czołówka grupy na 3:00. Wdeptują w ziemię mnie, lodówkę, pół roku treningów. Paradoksalnie - na punkcie żywnościowym cztery kilometry przed metą. Przegranemu zawsze wiatr w oczy.

Kilometry spadają poniżej 5:00. Zaczynam układać w głowie blog. Jeśli dobiegnę w 3:10 będę miał efektowny greps: na Stadionie Narodowym padł wynik 10:3 w spotkaniu Maraton-Staszewski. Znajoma biegaczka na rowerze zachęca do wysiłku, że zaraz na moście przestanie wiać, że końcówka z górki. Ale co to za różnica, czy dobiegnę w 3:02 czy 3:07? Odpadam z zawodów. Na niesamowitym, kosmicznym stadionie poniosę klęskę, jak reprezentacja na Euro.

Bardziej przegrany ode mniej jest tylko Maciek. Trzy kilometry przed metą mijam go, kiedy siedzi na krawężniku. Dowlecze się kwadrans za mną.

Ciągnę za sobą na łańcuchu pustą lodówkę. W kieszonkach mam smutek, niosę w sobie doła. Na moście przyspieszam, żeby krócej to trwało, kilometry znów około 4:30. Potem wbiegamy na stadion. Nie walczę o sekundy, więc mogę rozejrzeć się po trybunach. Jestem chyba na igrzyskach, na mistrzostwach. Tysiące ludzi przyszło, żeby zobaczyć, czy nie padnę za metą.

Docieram w 3:03 z haczykiem. Zostałem nawet trzecim dziennikarzem na setkę zgłoszonych do tej klasyfikacji. Ale to nie jest maraton na trójkę, tylko na pałę. Nie muszę zawsze dostać szóstki bić życiówki, ale z takim przygotowaniem powinienem pobiec poniżej 2:55. Pierwszy termin oblałem.

Za dwa tygodnie jadę do Poznania. Cdn

.q

12:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (125) »
czwartek, 27 września 2012

To już naprawdę sześć lat minęło? Kawał czasu, relacja z Moją Sportową Żoną nam wydoroślała. Przybył mi drugi zawód, tak sobie dzisiaj myślałem stojąc na Agrykoli i łapiąc czasy podopiecznym, że zawsze chciałem być trenerem i jestem. I zakiełkował trzeci, bycie pisarzem. Nawet wszystkie życiówki mi się od tamtego czasu popoprawiały. Sześć lat z blogiem.

Szesnaście lat minęło od mojego pierwszego maratonu. To było w Warszawie, złamałem z małym zapasem cztery godziny. Nie nastawiałem się na wynik, tylko na ukończenie, maraton wydawał mi się niebotyczny jak Everest i palma na rondzie de Gaule'a. Ale gdzieś tam pomyślałem, że fajnie byłoby zejść poniżej czwórki, chociaż nie miałem żadnych przesłanek, żadnych startów kontrolnych (maraton to były moje pierwsze zawody). Jedyny punkt odniesienia to byli Tamci Chłopcy - opowiadałem o nich niedawno. Wyobrażaliśmy sobie z Dzikim w puszczy, że oni biegną po 5:00 na kilometr i sprawdzaliśmy na drogowskazach ze szlakami turystycznymi, czy jesteśmy za nimi czy przed.

Teraz liczymy precyzyjnie. Ostatnie interwały pod superkompensację z bankowcami z RBS robiliśmy ja w zegarku: Rober z Piotrkiem biegali 800 m po 3:30, a Marcin w tym samym tempie robił 900 m. Albo poranne interwały z Chłopasiem, też co do sekundy wymyślone. Chłopaś biegał 1000 m po stadionie poniżej 4:30, a ja w tym czasie biegłem 1200 m, tak żeby utrzymywać tempo 3:30, zaczynaliśmy razem, więc kończyłem parę sekund przed Chłopasiem, który robił regularne nadróbki. Co zrobić, żeby uwierzył, że może pobiec maraton w 3:50?

Kocham te liczby. Mogę się nimi napawać całkiem jak ci faceci ze starego dowcipu, którzy zamiast kawałów mówią sobie same numery i zaśmiewają się do rozpuku. Zamiast opowiadać o tym, jak podopieczny Bartek poprawia formę wolę powiedzieć: półtora roku od 4 godzin z hakiem do 3:14, a teraz będzie 3:07.

Zanim odkryłem audiobooki słuchałem muzyki, czasem radia. Ale zanim w ogóle zacząłem biegać z empetrójką, myślałem na bieganiu o liczbach. Można sprawdzić w starych odcinkach bloga. Przeliczałem tempo na wynik, oczekiwany wynik na konieczne tempo, procentową relację między tempem zawodów na różnych dystansach u siebie i biegających znajomych.

Frustrowały mnie długo wyniki, które nie mogły zbliżyć się do prognoz z kalkulatora McMillana ani z książki guru Skarżyńskiego. Z dziesiątki wychodził mi maraton poniżej 3:10, a ja ciągle bujałem się między 3:20 a 3:35. Lat doświadczeń, lat rozmów potrzebowałem, żeby dopuścić do siebie obrazoburczą myśl, że to nie ze mną jest coś nie tak. Tylko z formułami.

Powiem to głośno, chociaż guru to guru, a McMillan to McMillan. Nie można przykładać zawodowych standardów do zwykłych biegaczy. Nie można wziąć wyniku 2:07:39 Henryka Szosta, jego życiówki na 10 km (28:58 na ulicy) i po prostu przemnożyć przez 2, żeby zobaczyć parametry biegacza z poziomu 4:15 w maratonie. Bo kto biega 10 km w 58 minut nie przebiegnie maratonu w 4:15, tylko blisko pięciu godzin, powiedzmy w 4:50.

Jeżeli przelecieliście poprzedni akapit wzrokiem, bo nie lubicie liczb, to proszę wróćcie jednak do niego i go przeczytajcie. Bo to ważne.

Gdzieś w Lesie Kabackim przyplątała się do mnie myśl, że oprócz mnożnika trzeba wprowadzić współczynnik, który będzie się odejmować. Dobierałem, ważyłem to jak alchemik biegów ulicznych. Pytałem ludzi o ich życiówki, badałem swoje z różnych okresów. Podpytywałem na blogu - Misia, Kubola, Ocobiegatu, Mel i innych weteranów ze starych odcinków. Potem zacząłem tak prognozować wyniki znajomym, potem podopiecznym (kiedy zostałem trenerem), a od kiedy Kancelaria nam się rozwija zacząłem myśleć, żeby ten wzór zamienić na kalkulator. A raczej w kancelaryjnym standardzie - na liczydło.

Spójrzcie więc na Liczydło Biegowe - www.LiczydloBiegowe.pl. Wpiszcie wynik z niedawnego biegu na 10 km albo półmaratonu i zobaczcie, co wam liczydło przepowie na maraton. Nawet jeżeli to pierwszy raz i chcecie "tylko ukończyć", a może zwłaszcza wtedy - żeby wiedzieć z jakim zającem zaczynać.

Liczydło może się pomylić. Bo są ludzie z bardzo mocnymi predyspozycjami wytrzymałościowymi - np. podopieczna Joasia - którzy biegają maraton, jak z kalkulatora. Bo może ktoś nie zrobi żadnego treningu wytrzymałościowego i wtedy dziesiątka nie przełoży się na wynik z liczydła, tylko na klęskę. Bo pogoda może nam poodbierać minuty. Bo można mieć dzień konia. Bo bo.

W bieganiu trzeba myśleć. Nawet jeśli nie jest pewne czy biega się głową, to na pewno trzeba biegać z głową. Ale liczydło, głowę daję, może być dobrym drogowskazem w tym myśleniu.

W niedzielę ten drogowskaz prowadzi na Stadion Narodowy, ewentualnie do Bramy Brandenburskiej. Powodzenia.

I do zobaczenia. Przypominam o nieformalnym spotkaniu podblogowym: Repubblica Italiana, sobotę 18.30, stolik na hasło Polska Biega. Knajpka jest przy ul. Francuskiej 44 czyli tutaj.

Proszę pod blogiem o informację kto się wybiera. W razie czego będę zwiększał rezerwację.

22:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (154) »
poniedziałek, 24 września 2012

PolskoBiegaczki, PolskoBiegacze. Spotykamy się znów. Tym razem bez serwowanych przez Marsza pierogów i deserów - tylko we włoskiej knajpie na Francuskiej koło stadionu Narodowego. Tym razem w Warshau.

Jestem bogiem. Z małej litery, bo duża jest zarezerwowana dla Boga, który oby był. Chociaż w tytule filmu piszą inaczej, z dużą literą, tak jak Budda, Mahomet albo Jedi. Poszliśmy dziś rano do kina, wreszcie jest film, polski film, który jest wydarzeniem. Można lubić, nie lubić, ale nie powinno się nie wiedzieć, o co chodzi. Nie rzuca na kolana, ale wprawia w hip hopowe kołysanie. Paktofoniki nigdy nie słuchałem, chociaż mam płytę skopiowaną od syna, na tani nośnik i już się zacina. Ale pamiętam, jak jedziemy z Dzikim na bieganie do Puszczy Kampinoskiej, jest gdzieś tak 2003 rok, puszczam mu pierwszą solową płytę Tedego, na kasecie, ten gościu ma kapitalny flow, historia "Jadę, jadę, trasą lecę..." wciąga. Czujemy, że to nie nasze pokolenie, że to już dzieciaki, które przychodzą po nas. A dziś idę na Paktofonikę do kina i czuję, że to moje czasy były.

Magik, rówieśnik Mojej Sportowej Żony. Wyszliśmy z kina smutni i puściliśmy sobie Paktofonikę w drodze na obiad do gazety.

Trening zrobiłem rano, przed kinem. Taki cymesik przed startem, rytmy. 6 razy 45 s. baaardzo szybko, ostatnie powtórzenie udało się wreszcie w tempie poniżej trójki - w 2:59. Przerwy wypoczynkowe w marszu, lekkich ćwiczeniach. Obszedłem Ursynów, bloki jak z Mikołowa z filmu, polskie blokowisko, krajobraz moich czasów.

W niedzielę odpoczywałem po sobocie, pograliśmy tylko z MSŻ i córką 4klasistką w tenisa. Bo córka 4klasistka jest w klasie tenisowej i już potrafi przebijać na drugą stronę siatki. Chociaż dominujące uderzenie to lob.

W sobotę zrobiliśmy za to fajny trening z Kamilem. W kompromisie między brakiem czasu - Kamil nie mógł wcześniej, bo miał wywiad z prezydentem Polski, a ja musiałem się spieszyć, bo jechaliśmy z córką 4klasistką na występ taneczny Akademii Hakiela - zrobiliśmy 1:15 płynnego BNP, biegu z narastającą prędkością. To taki środek treningowy, który lubię sobie zachowywać na ostatni moment przed maratonem. Zaatakować tym bodźcem organizm tuż przed.

Ładnie poszło. Druga połowa po 4:15, ostatni kilometr 3:39, zadowolenie. Jestem w gazie, chyba zacząłem liczyć na dobry czas. Ciekawe jak to będzie na stadionie. MSŻ chyba nie będzie, zaczyna w ten weekend studia, już trzeci rok, licencjacki. Chyba że jakimś cudem zamieszają coś z zajęciami.

Myślę, że ten finisz na stadionie, przy tysiącach ludzi na trybunach - bo myślę, że przyjdą, żeby poczuć magię trybun, zobaczyć powidoki Euro 2012, wciągać zapach trawy, chociaż trawa będzie zdjęta. Cały naród buduje swoją stolicę, cały naród finiszuje na narodowym i cały naród tam zasiada.

W sobotę cała PolskaBiega przyjeżdża do Warszawy. Będzie druga drużyna dziadków - tym razem tylko męska. Będzie trochę cichociemnych, i jasnogłośnych. Dlatego, skoro dał nam przykład Marsz, Marsz (Dąbrowski) - spotkajmy się też w Warszawie, na Saskiej Kępie, nieopodal stadionu.

W trzyosobowym komitecie - z Dzikim i Tomikiem - wytypowaliśmy makaronową knajpkę Rupubblica Italiana. Mamy tam zarezerwowany spory stół na sobotę o 18.30 na hasło Polska Biega. Knajpka jest przy ul. Francuskiej 44 czyli tutaj.

Do zobaczenia.

Na koniec dwa ogłoszenia. Przypominam o Maratońskiej Lidze Podblogowej by Robss - edycja jesienna. Już wpisałem Krynicę. Link tutaj. A po drugie Kancelaria Sportowa Staszewscy ogłasza, że namiesza jeszcze w tym tygodniu. Tutaj.

22:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (85) »
czwartek, 20 września 2012

Mógłby Eberhard Mock startować w naszej ekipie dziadków na maraton? Pewnie by sapał, pewnie by dobiegł, ale nie wiem, czy żyje i wydaje mi się, że nie ma wnuków. Nie jestem pewien, bo nie czytałem. Ściągnąłem sobie onegdaj na bieganie z publio.pl tylko godzinną próbkę "Końca świata w Breslau", przesłuchałem i nie mam jasnej decyzji, czy chcę kupić całość. To było zaraz po tym, jak skończyłem "Nielegalnych" Vincenta V. Severskiego, szukałem tych samych emocji, ktoś mi powiedział, że odnajdę je w historiach o Eberhardzie Mocku. Tyle że na empetrójkę nie ma klasycznej "Śmierci w Breslau", ani "Dżumy w Breslau". Jest jeszcze "Festung Breslau", ale nie wiem co to znaczy, bo niemieckiego nie kumam ni w ząb.

Podobnie jak mój syn fotograf. Kiedy był jeszcze gimnazjalistą nauczył się na pierwszej lekcji niemieckiego "Iś hajze Johan, iś vone in Warshau" (nie wiem, jak to się pisze, naprawdę ni w ząb) - i do końca trzeciej klasy nie opanował wiele więcej. Za co mu te dopuszczające na niemieckim stawiali - nie wiem.

Syn fotograf, któremu skończył się właśnie karnet na siłownię, zapisał się teraz na brazylijskie ju-jitsu (też nie jestem pewien pisowni, bo dalekowschodniego też ni w ząb nie znam). Ma jechać na turniej do Łodzi. Każda subkultura ma swoje zloty czarownic.

Co do Eberharda może ktoś mi poradzi, czy ściągać to "Festung Breslau", czy jednak zacząć od "Śmierci w Breslau" na Kindelku. Z tym, że na Kindelku jadę przez Syberię do Kraju Lutych (dzięki waszym radom, dzięki) czyli czytam "Lód" Dukaja, a na uszach skończyłem właśnie "Trociny" Vargi. Sporo tam jest o biegaczach, jak beznadziejnie uciekają przed śmiercią (w Breslau i nie tylko) albo jak się lansują z białymi kabelkami słuchawek zwisającymi z uszu. Akurat, kiedy tego słuchałem na długim wybieganiu w środę, zwisały mi z uszu białe kabelki. A oprócz uciekania przed śmiercią - obserwacja słuszna, ale zostawmy - zajmowałem się gonieniem Daniela Źrebaka.

To był najcięższy trening tego BPS-u. Mimo środków regeneracyjnych chodzę dziś jeszcze jak potłuczony. Najpierw zrobiłem z "Trocinami" godzinę piętnaście powoli po Lesie Kabackim. Powolność była spora, to efekt wtorkowych zbiegów z bankowcami - zrobiliśmy taki trening, żeby jeszcze zrobić siłę, ale już zrobić dynamikę przed maratonem. A po godzinie na metrze Kabaty spotkałem się z Danielem Źrebakiem, zrobiliśmy jeszcze pół godziny powoli, a potem się zaczęło.

Nie wiem, jak można robić długie odcinki w tempie maratońskim. Kiedyś można było. Jak się biegało maraton w cztery godziny - tempo 5:40, to ganialiśmy z Dzikim po puszczy "tamtych chłopców". Tamci chłopcy biegli po 5:00, tak sobie wymyśliliśmy, a tempo obliczaliśmy im na zegarkach wskazówkowych według drogowskazów ze szlakami. Czasem traciliśmy do tamtych chłopców parę sekund na kilometrze, ale generalnie bieganie w tempie o pół minuty szybszym od maratońskiego nie było problemem.

Teraz utrzymanie tempa o pięć sekund wolniejszego - niż tempo z życiówki, niż tempo, które chciałbym osiągnąć za dziesięć dni - jest trudem olimpijskim. Pierwszy kilometr ruszyliśmy po 4:00, drugi 4:02, trzeci 4:01 itd. Od czwartego kilometra zacząłem zostawać za Danielem i tak go goniłem kilometrami uciekając przed śmiercią aż dobiegłem - dwie sekundy za Danielem, ile przed śmiercią nie wiem. Najwolniejszy był kilometr przedostatni, wypadek przy pracy 4:09. Najszybszy ostatni, poniżej czwórki. Dziesiątka - na tzw. żółtej trasie, precyzyjnie wymierzonej - w 40:44. Bez Daniela bym tego nie zrobił. A na maratonie mam nadzieję, że każdą dziesiątkę zrobię szybciej.

Moja Sportowa Żona zdała właśnie przełożony przez uczelnię na jesień egzamin z fizjologii i ze średnią 4,55 (chwalę się, bo jestem z niej dumny) została studentką III roku. Sięgnęła po zeszyt i potwierdza to, co już tu kiedyś pisałem o "adrenalinie startowej". W stresowej sytuacji startu wydzielają się substancje zwane mediatorami - nauka zna ich ok. 60, wśród nich jest acetylocholina, dopamina, histamina, adrenalina. Jedne pobudzają, inne hamują wzbudzanie potencjału czynnościowego. Dlatego jedni z nas biegają na zawodach gorzej niż na treningach, stres nas paraliżuje. Inni na zawodach osiągają wyniki nieosiągalne w warunkach treningowych.

Zawsze mówiłem Dzikiemu, że jest lepszym biegaczem ode mnie. Tyle że ja jestem szybszy na zawodach, przez tę adrenalinę. Dziki dostaje wtedy od swoich gruczołów zastrzyk hamującej glicyny.

Jutro interwały. Tylko nie mam czego słuchać. Ściągać Eberharda Mocka? A może coś innego między Dukajem a Murakamim? Między Millenium a Nielegalnymi? Między Wrocławiem a Breslau?

Wczoraj była konferencja Maratonu Warszawskiego. Dla mnie to zawsze jak początek świąt. Święta plonów, jesiennych dożynek.

No i byłbym zapomniał o Jesiennej Lidze. Robs - dzięki, dzięki - szybciej niż zwykłemu człowiekowi zajmuje przebiegnięcie 10 km stworzył i podesłał mi do opublikowania linki do Jesiennej Ligi Maratońskiej.

Wpisujcie się, kto biega: http://tnij.org/r7tr. Wyniki po Poznaniu.

22:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 17 września 2012

Biegnij, Krystyna. Zazdroszczę Ci, dziś to nie moja meta. Jest 13:22, Krystyna, babcia z PolskoBiegowej drużyny na Wrocław finiszuje w maratonie we Wrocławiu. Miała biec tylko na 4:30, bo tydzień wcześniej przebiegła 100 km w Krynicy, a robi zaskakująco dobry czas, 4:19.

Na mecie jest już Halina, która poprawia życiówkę o ponad pół godziny i dobiega w 4:10:05. I Franciszek, najstarszy z ekipy, M-70, który wyprzedza ją na ostatnich metrach o 2 sekundy.

Kołczowałem im przy trasie, a że organizatorzy zaplanowali bieg po schemacie czterolistnej koniczyny, to małym kosztem można było się pojawić i na 12, i na 22 i na 35 kilometrze. W dodatku udało się bezkolizyjnie kołczować trójce podopiecznych. Joasia, weteranka obozów w Rabce zaczęła najszybciej, tuż za balonikami na 3:45. Na połówce dogonił ją Zbyszek, który pod poprzednim odcinkiem wyszedł z cichociemności, a minutę z kawałkiem za nim biegł Tomik. Podkołczowałem kilkaset metrów, poczekałem na polskoBiegaczy, dobiegliśmy w okolice rynku. A tam miałem skrót z 26 kilometra na 36 i wolne pół godziny zanim dotrą podopieczni. Usiadłem na chleb ze smalcem i colę, i popatrzyłem sobie na biegaczy jak kibic. Miło popatrzeć.

Za chwilę pojawia się Zbyszek w towarzystwie Leszka (obóz w Rabce 2012), który robi sobie od półmetka długie wybieganie w roli zająca. Nie jest najlepiej, bo balony i marzenia z napisem 3:45 odpływają w dal, ale nie jest najgorzej, Zbyszek z mozołem, ale wyprzedza po kolei biegaczy. Skończy w 3:46, życiówka o 5 minut. Za nim minutę biegnie Tomik, tryska napędem rakietowym, dotrze ze sporą życiówką w 3:43 na końcówce gubiąc nawet Wyspia, który robi sobie treningowy maraton przed docelowym. Za chwilę Joasia, lekko już niezborna w ruchach, frunie jednak jak pokiereszowany motyl. Złamie 3:50, też życiówka.

1

Życiówek we Wrocławiu mam całą masę, ułożyłby się chyba z nich dziesiątek różańca. Paweł, który przywitał się pół godziny przed biegiem, Paweł, który przywitał się tuż przed biegiem, Maciek, z którym przywitaliśmy się na jego półmetku. Nie mam żadnych zdjęć, tak mnie wciągnęło kołczowanie, że nie wyjąłem z kieszeni komórki, tylko do dzwonienia do Gazety i opowiadania, co słychać. Ale kiedy doszedłem po wszystkim do samochodu, obrandowanego logo Kancelarii, zobaczyłem za wycieraczką kartkę, którą warto uwiecznić, bo trudno o bardziej lapidarne wyrażenie takiego morza emocji.

Miło popatrzeć, miło pokołczować. Ale to jak różnica między jedzeniem kaczki z jabłkami, a oglądaniem Makłowicza gotującego w telewizji, a choćby i na żywo. Kiedy finiszowałem z Krystyną, zobaczyłem zegar, który odmierzał nie mój czas, poczułem taki żal, że to nie mój bieg. Zrobiłem przez to kołczowanie 31 km, pewnie z 5 marszem, 26 biegiem. Może za rok się zarejestruję i będę najwyżej trochę nadganiał i przystawał na trasie między różnymi biegaczami?

A potem blog, podczytałem sobie już trochę waszych relacji - zwanych sztampowo komentarzami - w knajpce podczas powrotu z Wrocławia. Poczytałem smsy, poczytałem maile Kancelarii. Bieganie to nie banał, to nie Korea Północna, gdzie wszyscy są szczęśliwi. Parę życiówek w Tarczynie się sypnęło, ale parę niedosytów, parę tarcz, na których trzeba było wracać do domu też. Gdyby człowiek miał zagwarantowane życiówki w każdych zawodach, to po co byłoby startować?

Tajemniczo, w surowej, smaganej wiatrem i solą estetyce Ziemiomorza zabrzmiał Johnson z tym niespełnieniem po Kotlinie Jeleniogórskiej. Szalony pomysł, żeby obiegać całe krainy, księstwa z rozbicia dzielnicowego bez mała. Podejrzewam, że tak jak maraton jest dotarciem do najgłębszych pokładów energii, tak ultra, górskie ultra zwłaszcza w takim rozmiarze, to dotarcie do pokładów jestestwa. Rozważanie sensu sensu. Bieg po zdrowie emocjonalne. Mają sens rzeczy, które nas zmieniają, po których coś nie jest już takie jak przedtem, a może wiele, a może wszystko. Dobranoc, "Lód" jeszcze poczytam przed spaniem.

22:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (104) »
czwartek, 13 września 2012

Ciągle żyję Krynicą. Dziki, z którym wreszcie wygrałem w tym tygodniu w ping ponga dał mi płytkę ze zdjęciami. To jeszcze jedno zdjęcie z finiszu dychy w Muszynie - tym razem w szerszym kontekście. Widać fazę lotu, w chodzie by mnie zdyskwalifikowali. Pierwszy raz widzę, co się działo za mną, bo na trasie się nie oglądałem.

a

Broniłem tego ping ponga jak niepodległości. We wtorek nie dało rady, bo rano byłem w TVN-ie, aby mówić o opiece nad osobami z racji napisania Ojciec.prl. A potem miałem zebranie w pracy - szykujemy specjalny tysięczny numer Dużego Formatu, więc szukam bombowego tematu do napisania (pomożecie?). Chciałbym, żeby był prosty, jak Skarpetkowo - podłódzki Aleksandrów (a nie Konstantynów, jak napisałem początkowo - dzięki Wilmo za korektę), w którym pół miasteczka zajmuje się produkcją skarpetek, dystrybucją, handlem, nićmi, wzornictwem. Odkryć coś wielkiego, co wszyscy mają pod nosem, ale nikt o tym nie wie.

Bronię ping ponga, swojej przyjemności, swojego odreagowania, swojego wentyla bezpieczeństwa, swojego bezpiecznika. Bronię naszej kawy z Dzikim, która trwa zwykle dłużej niż mecz. Kawy o wszystkim - o pracy, o życiu rodzinnym i towarzyskim, o bieganiu.

Z tym ping pongiem mam jak managerowie z anglojęzycznymi wizytówkami, którzy na tej samej zasadzie wyrywają godziny na treningi biegowe. Kosztem pracy, a częściej pewnie rodziny albo snu. Żeby nie dać się zepchnąć do narożnika konieczności. Jak marionetka robić tylko to, co się musi.

Ciotka złamała nogę, leży już w domu, trzeba było zorganizować system opieki. Tak wyszło rodzinnie, że mieliśmy to na głowie z Moją Sportową Żoną, ale już działa. Tyle że praca mi się przez to ślimaczy, nad prostym tekstem o policji pracuję już drugi tydzień, na szczęście jestem już na finiszu, jak w Muszynie.

Kancelaria nam się gwałtownie rozwija, podopiecznych przybywa, a od jutra zaczynamy treningi z nową grupą. Daliśmy znów ogłoszenie, że poszukujemy trenera/instruktora/trenerki/instruktorki pełnego/pełnej zapału - do biegania i do pracy - oraz z pełnymi kompetencjami w kieszeni. Mamy kogoś na oku, będą rozmowy.

Więc bronię ping ponga. Jechałem przegrać, bo uznałem, że mam taki młyn, że nie zawalczę. A tu niespodziewana wygrana, 4:1, patrzyłem na bezradność Dzikiego w końcówkach setów i jakbym widział siebie z ostatnich tygodni/miesięcy. Ping pong jest dziwny, jakiś chiński. W bieganiu jest prościej - wytrenujesz-pobiegniesz.

Bieganie miało być w tym tygodniu regeneracyjne. A wyszło na to, że poza poniedziałkowym odpoczynkiem trenuję codziennie, tyle że ciut lżej. We wtorek było BNP z bankowcami, ja zrobiłem lekki bieg, bo trochę z wolniejszymi, trochę z nieco szybszymi, ale bieganie z najszybszym Jarkiem (kończył po jakieś 3:30 na kilometr, szybciej niż powinien) sobie tym razem odpuściłem.

W środę podbieg-zbiegi z ubezpieczeniowcami. Znów miałem o tyle lżej, że nie wszystkie powtórzenia z najszybszym Rafałem. To dobry trening - róbcie go nawet ze dwa razy kilka tygodni przed docelowym startem. Pod górę na 90 proc. możliwości, czyli taki łagodniejszy podbieg. A potem na dół: mocno, jak najmocniej, jak najszybciej, byle po bezpiecznej, równej nawierzchni. Zarówno pod górę, jak i w dół robicie siłę biegową (więc w ostatnim tygodniu przed maratonem na taki trening jest za późno). A dodatkowo w dół poprawiacie dynamikę. Tylko nie bać się, że Wam nogi pourywa - puścić je swobodnie, lecieć w dół, frunąć. Nie zapominajcie o biegowej pracy ramion, one zapewnią stabilność.

Dziś z kolei był trening dla naszych indywidualnych podopiecznych. Gratulacje dla trójki, która mogła i chciała oraz nie przestraszyła się deszczu. Zrobiliśmy interwały: na przemian 400 i 800 metrów, w sumie osiem. Krótsze, żeby rozpędzały przed dłuższymi i żeby można było na nich odpocząć. Na przerwach 1 min. (po 400 m) i 2 min. (po 800 m). Te przerwy krótsze niż sakramentalne trzy minuty korciły mnie od dawna, sam robię swoje ulubione 3-minutowe interwały właśnie na 2-minutowych przerwach. Utwierdził mnie w tym Michał Bartoszak, maratończyk-zawodowiec, który miał przed nami wystąpienie na forum w Krynicy.

Więc ogłaszam nowy drogowskaz: odchodzimy od pełnej przerwy wypoczynkowej.

Jutro trenujemy z nową grupą - ubezpieczeniowcy II - od przyszłego tygodnia przejmie ich Maciek. Na początek zrobimy coś... mocnego. A potem natężenie treningów będzie powoli narastać, jak u Hitchocka.

Więc odpocznę dopiero w sobotę w drodze do maratońskiego Wrocławia. A wieczorem marsz do Pierogarni. Do zobaczenia.

21:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (84) »
poniedziałek, 10 września 2012

Do Krynicy jest strasznie daleko. Jeszcze cały rok.

Dojechać do Krynicy to ultramaraton. Porzucasz utarte ścieżki w Kielcach, potem Busko, Brzesko, kluczowe z punktu widzenia nawigacji metropolie rzędu Nowego Korczyna. Zmierzch, noc, wreszcie Krynica.

Rano schodzimy z pensjonatu do miasteczka biegowego. A właściwie idziemy przez biegowe miasteczko. Wszędzie ludzie w dresach, z pakietami w workach. Możesz do obcego podejść i zapytać, co dzisiaj biegnie, a człowiek Ci odpowie, że dychę albo setkę, albo co. Dokładniej to setka trwa już od kilku godzin, 33 km już skończyło, 66 zaczyna finiszować. A my z Moją Sportową Żoną idziemy zobaczyć co ze sceną. Bo MSŻ ma tam prowadzić rozgrzewkę przed dychą.

Fot. Marcin z obozu:

4

Rozgrzewam się również, całkiem sensownie ta rozgrzewka wyszła. Zawsze tym biegowym fitnessem z lekka pogardzałem, robiłem swoje rytuały. Teraz będę miał kłopot, bo dawno mi się tak nie biegało, jak po rytuale MSŻ. Na zdjęciu już końcowe rozciąganie, potem zrobiłem sobie kilka minut truchtu i dwie krótkie przebieżki. A potem na start.

Zaczynam za szybko, 3:30. Moją życiówkę z Warszawy z listopada przebiegłem w średnim tempie 3:39. Ale w Krynicy można poszarżować, bo dycha jest z góry, zbiega się w sumie jakieś 130 metrów czyli prawie z Pałacu Kultury. Drugi kilometr jest najbardziej z górki i wychodzi w 3:20. Na trzecim stabilizuję tempo na 3:36. Wychodzę przed czołówkę kobiet, co zawsze kończy się zgonem. Ale tutaj czuję, że coś mnie napędza. Krynica, Muszyna, czy po prostu Zdrój?

Wyprzedza mnie tylko Darek K., od jakichś trzech lat jest poza zasięgiem. Ale napieram: 3:34, 3:40, 3:38. Aż łapie mnie kryzys, 3:49. Dochodzi do mnie Jurek M., którego wyprzedziłem paręnaście strzałów znikąd wcześniej, też mocniejszy kowboj. Biegnę w grupie, przestaję wyprzedzać, nawet dwóch biegaczy wyprzedza mnie. Ósmy kilometr trochę lepiej, 3:41, mijamy stację PKP w Powroźniku, zbliżamy się do Muszyny, doganiam tamtych dwóch, a potem kolejną dwójkę.

I w tej dwójce jest Jacek G. Facet, który stawał na podium biegów open, kiedy ja zaczynałem biegać. Parę lat temu przeskoczył w amatorskie buty, udaje mi się do niego zbliżać mniej albo bardziej. Ale wygrać się chyba nigdy jeszcze nie udało.

Całkiem, jak - podobno - przed śmiercią przewija mi się w głowie cała historia mojego biegania, napieram i wychodzę na czoło grupki. Zostawiam za sobą Jacka G. Przedostatni kilometr w 3:36. Słyszę za sobą tupot, oddechy. Ktoś mnie wyprzedza bokiem, ale to ktoś obcy - nie moje zawody, nie moje podium, nie moja rywalizacja. Nie jest to ani Jurek M., ani Jacek G.

Muszyna na kilka godzin też zamienia się w maratońskie miasteczko. Czterech gości po cywilnemu krzyczy mi "Wojtek dawaj", z trudem rozpoznaję, że to biegacze z Polsatu, którzy następnego dnia startują w sztafecie maratońskiej. W tym momencie już wszystko z trudem rozpoznaję. Poza sylwetką Jacka G., który wyprzedza mnie z prawej strony. Przecina jak przecinak i już jest dwa metry przede mną.

Nie mam już żadnych zapasów glikogenu w mięśniach. I chyba mózg podejmuje w tym momencie decyzję, że zrezygnuje na pół minuty ze swojej puli glikogenu wątrobowego. Dostaję turbodoładowania. Kontruję i teraz ja jestem z przodu. Malutki metr, może mniej, ale wiem, że się nie dam.

Jacek G. wie, że nie odpuści. Spójrzcie (fot. Dziki):

1

2

3

Wygrywam z nim o sekundę i to pewnie niecałą. Czas robię niebotyczny, 35:50. Wiadomo, że to żadna życiówka, tylko życiówka w kategorii biegów z górki. Ale mam trzecie miejsce w kategorii. A w swoim wyścigu - ze znajomymi, z którymi powinienem zająć czwarte, najgorsze miejsce - jestem drugi.

Opisałem tak dokładnie swój start, bo raz, że czuję, że jest to start roku. A dwa, że każdy przeżył tu mniej albo bardziej podobną historię. Zobaczyć Andrzeja O., jak tuż przed naszą prezentacją Kancelarii Sportowej, uśmiechnięty i świeży kończy setkę poniżej 15 godzin - bezcenne. Usiąść na piwo wieczorem z ultrasami i sztafetą Polsatu, która następnego dnia pobiegnie po czwarte miejsce - bezcenne.

Nigdy w stuletniej historii uzdrowiska Krynica Zdrój nie było na ulicach tylu uzdrowionych.

Dzień po dziesiątce pobiegłem treningowy maraton - długie wybieganie pod Warszawę. Do 25. kilometra biegliśmy z Dzikim i Marcinem, który był w sierpniu na obozie w Rabce. Potem znów się odezwała we mnie sprężyna, zacząłem małe BNP i skończyłem w 3:49. Marcin dobiegł w 4:03, trochę niepocieszony tymi trzema minutami. Ale ludzie, jaka trasa, tu trzeba było biec spokojnie, inaczej człowiek by się wykończył. Na podbiegu między 36. a 39. kilometrem - trochę bardziej stromy niż Sanguszki w Warszawie i z pięć razy dłuższy - biegłem po 7:00 na kilometr.

Maraton boli niezależnie od tempa w jakim się biegnie. I podobnie boli. I podobnie cieszy.

Tak wyglądał Marcin po maratonie:

5

Do Krynicy jest strasznie daleko. Jeszcze cały rok.

Są takie miejsca, gdzie wracają ptaki. I takie, gdzie wracają biegacze.

23:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (42) »
czwartek, 06 września 2012

Krynica leży na końcu Polski, dla niektórych nawet na końcu świata. Dla mnie - 20 kilometrów od Piwnicznej.

Moja Piwniczna, mój ojciec, mój PRL. Moje góry, moje dzieciństwo. A teraz mam w tej mitycznej krainie biegać.

s

To zdjęcie z Wierchomli, w połowie drogi między Piwniczną, a Krynicą, z wędrówki z córką studentką wtedy licealistką. Wtedy zrobiliśmy wycieczkę z Wierchomli do Krynicy - trasą po której w sobotę będą finiszować ultrasi z Biegu Siedmiu Dolin - objadając się koło Runka jagodami. Te krzaczki rosły tam też, kiedy 35 lat temu szliśmy tamtędy z moim ojcem, morze jagód.

Za górami, za morzami, za siedmioma dolinami...

A teraz jadę tam pobiegać. W sobotę szybką dychę, to będzie drugi szybki akcent w tym tygodniu. Jadę z optymizmem, bo forma rośnie, jak te jagody. Dziś pobiegaliśmy godzinę po Lesie Kabackim z Chłopasiem, spotkanie towarzyskie na bieganiu - ja w pierwszym zakresie, a Chłopaś w drugim. To też towarzyska przewaga biegania nad tenisem albo ping pongiem - gdybyśmy byli w różnych zakresach, to nie za bardzo byśmy sobie razem poodbijali.

W ping ponga Dziki we wtorek znów mnie ograł, znów 4:1. Mam poczucie, że grozi mi degradacja do niższej ligi albo Dziki jest na prostej drodze awansu do wyższej.

Z Dzikim biegniemy maraton - spokojnie, Dziki w dozwolonym przez kardiologa pierwszym zakresie (plus niższe strefy drugiego), ja mam nadzieję, że do końca utrzymam pierwszy, biegniemy na złamanie czterech godzin. Dla mnie w górach to wcale nie jest bułka z jagodami. Ale mam nadzieję, że będzie to raczej długie wybieganie niż start. Na pierwszych kilometrach dopisał się do nas Podopieczny Bartek, potem zawróci i dokończy wolny trening. Może ktoś jeszcze dołączy?

Z Moją Sportową Żoną mamy prezentację pod tytułem "Zostań swoim trenerem". W sobotę o 18. Może ktoś zajrzy?

A MSŻ przed Szybką Dychą poprowadzi rozgrzewkę. Proponowaliśmy stretching na mecie w Muszynie, bo rozgrzewkę jakoś tam każdy robi, a rozciąga się po biegu najwyżej tylu biegaczy, ile jagód rośnie na jednym krzaczku. Ale podobno nie da się tego zrobić logistycznie, więc będzie rozgrzewka - lekkoatletyczno-fitnessowa.

A do stretchingu po biegu zachęcam na własną rękę. Zdjęcie z Mazur, ale może w Krynicy ktoś się zainspiruje?

d

21:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (85) »
| < Maj 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam