Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 25 października 2012

Kiedyś to były bale, święta, festyny... Dziś wyszedł 1000. numer Dużego Formatu, mojego miejsca na rynku pracy. Jak przyszedłem do redakcji, to w naszym dziale nie było już wolnych gazet, swój egzemplarz podarowała mi sympatyczna Danusia z korekty (która wszystkie teksty przeczytała już przed drukiem). Balu nie ma, bo gazeta nie Titanic. Impreza jakaś chyba była, zwołana ad hoc, we wtorek szef DF puścił mail, że się spotykamy w środę we Wrzeniu Świata. Ale nie poszedłem się spotkać, bo pisałem o Gintrowskim, pół poniedziałku, cały wtorek i pół środy zbierałem materiał, a w środę o dziewiętnastej usiadłem do pisania, o czwartej skończyłem. Oni wrzeli wyrwanym z tygodnia świętem, ja wrzałem piosenkami Kaczmarskiego, Gintrowskiego, Łapińskiego, pisałem o nich, a potem puszczałem je sobie w środku nocy. Od trzydziestu lat nie słuchałem tej muzyki w środku nocy.

Chleb powszedni, dzień powszedni, powszednia harówka, żadnej odświętności. Postawili mi tekst, ten o normalsach, w tzw. prominentnym miejscu, na otwarciu DF, ale przez to miałem mniej miejsca, bo musiały wejść jeszcze dwa edytoriale. W dodatku Moja Sportowa Żona, która czytała moją wypieszczoną, potężną, dwa razy dłuższą wersję, przeleciała tekst wzrokiem i utwierdziła mnie w przekonaniu, że mi go schrzanili.

To tak, jakbyś się przygotował do maratonu w 3:15, a przyszedłby redaktor, kazał biec na paluszkach i w przebraniu lwa, żeby było fajniej i wyszłoby 3:37.

Trochę lepsza wersja jest w internecie - TUTAJ - dłuższa o jakieś 2-3 tysiące znaków. Jak zwykle w prominentnym miejscu, tym razem na samym początku tekstu, pojawia się Ziggy - ostatnio gwiazda mediów. TUTAJ jest na końcu.

Biegałem za tym Gintrowskim i znów miałem szesnaście lat i całą karierę biegową przed sobą. Pamiętam, jak u Olki usłyszeliśmy z Dzikim pierwszy raz Pamiątki z tym syntezatorowym intro. I nie było wiadomo, czy to piosenka antykomunistyczna, czy Exodus. Aż zachrypiał Gintrowski, a cokolwiek chrypiał, to od razu było przeciw komunie.

Jak się obejrzę za siebie, to widzę, że przebiegłem już niezły maraton w życiu. Tamten kraj - z komuną, XXII LO pod dyrekcją Łaźniczki, dziewczynami ubranymi w Hofflandzie - jest podobnie odległy jak Wyspy Wielkanocne na National Geographic.

Nie pobiegałem w zasadzie w tym tygodniu. Wtorek - ostateczny cios w ping pongu, Dziki znów wygrał puchar, nie dałem mu odporu. Pogadaliśmy trochę (o czym rozmawialiście z Gintrowskim - pytam moich rozmówców, jego znajomych; ale gdybyście spytali mnie, o czym gadamy z Dzikim, to miałbym problem z odpowiedzią). Dziki ma coraz więcej emocji przed biegiem w Choszczówce: SPÓJRZCIE SAMI.

Wieczorem trening z bankowcami. "Na praktyce" był nasz nowy trener Jarek, który w sobotę obejmuje naszą nową grupę. Jarek jest kosmitą, biega maraton w 1:04. Zrobiliśmy siłę - trochę podbiegów po schodach, po Agrykoli, trochę ćwiczeń wzmacniających pomiędzy. W środę z kolei ubezpieczeniowcy - zrobiliśmy interwały, mała piramidka 2, 3, 4, 3, 2, prócz tego taśmy. Ja też biegałem, ale raz z szybszymi, raz z wolniejszymi, wyszły takie niemrawe akcenty.

Na bieganie umówiliśmy się na piątek z Danielem Źrebakiem. Ale do puszczy - gdzie Daniel tydzień temu pobłądził na maratonie - nie pojedziemy, nie ma czasu, kończę tekst o VAT-cie i mam spotkanie z byłą żoną pedanta, bo się już rozwiedli.

Były jeszcze w domu dwa treningi wzmacniające. 15 minut z taśmą, mocno oporującą. I 15 minut na karimacie.

Największym zastrzykiem adrenaliny i sportowej zabawy był zakończony półmaraton temu konkurs Halls z mottem na miarę pułapu tlenowego: "Weź głęboki oddech. Podejmij wyzwanie". Piszę o tym tak dokładnie, żeby kolejne firmy zgłaszały się z zestawami nagród i żebyśmy mieli znów taką zabawę na całą Polskę.

Czuję, że ten tydzień przebiega mi przez palce. Coś się na pewno wydarzy, to jasne...

21:16, wojciech.staszewski
Link Komentarze (92) »
poniedziałek, 22 października 2012

Największy sukces odniósł Baranek Shaun. Ujawnij się baranku! Dziś podsumowanie Jesiennej Ligi Maratońskiej (by Robs). A na koniec zapowiedź konkursu z nagrodami, całkiem jak w telewizji.

Wpisało się 48 "osób", co oznacza trochę mniejszą liczbę ludzi, bo niektórzy mieli do wpisania po dwa biegi. Baranek Shaun poprawił życiówkę aż o 47 minut! Kolejne miejsca - poprawka więcej niż o kwadrans - zajęły kobietybiegaja.pl (20:36), rogal (17:51), który zresztą uznał to za wynik poniżej oczekiwań i cze-cza (15:44).

Całość wyników ligi znajdziecie TUTAJ.

Ja też zostałem liderem - klasyfikacji na bieg najwięcej minut oddalony od życiówki. Moja strata w Krynicy to 59:46, ale było to o tyle zgodne z oczekiwaniami, że to miał być treningowy maraton. Przy okazji okazał się też zabójczym dla moich marzeń o dobrym starcie w Warszawie. I poprawki w Poznaniu też nie zaliczyłem.

Zostałem na drugi rok w tej samej klasie. Powtarzam rok. Nie będzie w przyszłym roku wyprawy w nieznane, na ziemie poza 42 kilometrem, przymiarki do Rzeźnika albo Biegu Siedmiu Dolin. W przyszłym roku będzie trening pod maraton.

Konkretnie siedem treningów w tygodniu, a może osiem. Zaczynam to na próbę już od dziś, jeszcze przed listopadowym roztrenowaniem.

Tu dla zwiększenia dramaturgii zdjęcie Dwóch, którzy poprawiają życiówki w maratonie regularnie jak dwa szwajcarskie Garminy i Jednego, który ich na te życiówki w Poznaniu prowadzi. Wszyscy właśnie wyprzedzili Tę, która Je i Biega.

a

Od lewej: żona Scotta Jurka, Ziggi, Tomik i Johnson na czele.

Z moimi siedmioma-ośmioma treningami w tygodniu nie zwariowałem i nie zamierzam na okrągło biegać, bo to tylko prosta droga do zabiegania. Zostaję przy pięciu treningach biegowych, ale oprócz tego dwa albo trzy razy w tygodniu poświęcę 15 minut na wzmacnianie. Nie do znudzenia, że brzuszki, grzbiety i po trzech treningach czwarty odfruwa mi jak gołąb na dachu. Różnie. Wyciągnąłem spod łóżka gymstick (pamiętacie taki kijek z gumkami, który pokazywałem kiedyś na zdjęciach?). W szafie trzymam bardzo oporującą taśmę Thera-Band. Pod łóżkiem jest też karimata do brzuszków i grzbietów, chociaż grzbiety wolę robić na łóżku, proszę Moją Sportową Żonę, żeby mi usiadła na nogach, a sam wysuwam w leżeniu przodem tułów poza łóżko i wykonuję ruchy góra dół.

Teraz spróbuję jeszcze w Biegu Niepodległości sięgnąć do kapelusza i zobaczę, co z niego wyciągnę - królika albo dwie białe kule i jedną czarną. Ale myślami jestem już przy następnym sezonie.

W ten weekend nie pobiegałem zbyt porządnie. W sobotę nagrałem się do syta w tenisa stołowego i badmintona, mieliśmy korporacyjne mistrzostwa. Tenis stołowy to chyba największa nieodwzajemniona miłość mojego życia. W pierwszej rundzie wpadłem na późniejszego mistrza. I co z tego, że mistrz nie oddał nikomu nawet seta, a ja byłem jedynym, który miał setbola (a nawet trzy setbole, bo prowadziłem w secie 10:7)? Odpadłem do bocznej drabinki. Jestem w ping pongu mistrzem przegrywania.

O dziwo lepsze miejsce zająłem w badmintonie, w którego nie grywam co tydzień, tylko raz do roku na mistrzostwach korporacji. Jak rozejdą się nasze drogi nie będę chyba grał w ogóle.

W niedzielę też nie było usystematyzowanego treningu, bo byłem Panem Profesorem od Biegania. Paweł Januszewski zaprosił mnie w roli wykładowcy na kurs instruktorski, ten sam, który kilka lat temu kończyłem. Żeby ktoś nauczył ich nie o obozach wysokogórskich, z którymi się nigdy nie zetkną, ale o tym, co im się naprawdę przyda przy tym boomie na bieganie - jak to się Januszewski wyraził. Ponieważ niezbyt dobrze się czuję z wysokości katedry, wcieliłem się w 45-letniego amatora, który chce się przygotować do pierwszego maratonu i wspólnie układaliśmy mi trening. A potem wybiegliśmy w teren na siłę biegową i kilka dziwnych ćwiczeń.

Dzisiaj biegania nie było również - tylko zabawa ze sztangą pod postacią gymsticku - bo walczyłem z ostatnimi poprawkami do tekstu o normalsach (będzie w czwartek w DF nr 1000). A potem szybko musiałem się brać za sylwetkę Przemysława Gintrowskiego. Grywaliśmy te kawałki z Dzikim na gitarach w czasach, kiedy nie grywaliśmy w ping ponga.

Na koniec zapowiedź konkursu. Zwrócił się do nas Halls, że chciałby ufundować atrakcyjne nagrody na konkurs dla blogowiczów. A my pomyśleliśmy, że to fajny pomysł, bo blogowicz też człowiek i lubi coś wygrać. Zanim korporacja pomyśli, że uzyskaliśmy dzięki temu korzyść finansową, wyjaśniam, że nie.

Jest więc do wygrania 10 zestawów: czapka, saszetka, bidon, opaska na rękę i pulsometr. Pytanie poza konkursem: którego z elementów nie ma na obrazku ;-)

40

Konkurs zostanie przeprowadzony W NAJBLIŻSZY CZWARTEK O GODZINIE 19.00. Pod blogiem będą pytania, pierwsza prawidłowa odpowiedź to wygrana. Może baranek znów wygra i się nam ujawni?

 

21:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (287) »
czwartek, 18 października 2012

Zmasakrowany tym całym Poznaniem, w którym mi w niedzielę nie poszło, zmasakrowany potem używką i przecierpianym poniedziałkiem, we wtorek przegrałem masakrycznie w ping ponga. Można gdybać, że jeśli piłeczka, która tańczyła na siatce w trzecim secie przeleciałaby na stronę Dzikiego, to wszystko mogłoby się odwrócić, bo miałem wtedy swoje pięć minut, a tak może wyszłoby moje 30 minut; tym się ping pong różni od biegania i dlatego bieganie jest uczciwsze. W ping pongu nie istniałem, dostałem cztery zero. A potem przetruchtaliśmy przez most, żeby pobiec ze Scottem Jurkiem.

Fotka powyżej. Mistrz nie powiedział słowa, które zmienia wszystko, przynajmniej przed treningiem. Więc urwaliśmy się z Dzikim po pięciu minutach na rytualną colę/kawę.

Ale mistrz Jurek napisał ważne słowa, ważną książkę. Przepisy kulinarne podawane na koniec każdego rozdziału z pewnością nie są dla mnie - bo w gotowaniu jestem na 5:40, a już szczególnie, że wszystkie potrawy wegetariańskie i każda ma (jak to zauważył Pict) przynajmniej jeden składnik, po który trzeba by pójść do delikatesów ekologicznych albo sklepu kolonialnego, jak się mówiło przed wojną. Tylko sama myśl, żeby napisać książkę, w której gdzieś pod spodem, jak strumień podziemny, jest myśl, że jedzenie i bieganie mają ze sobą mnóstwo wspólnego - to ważna myśl.

W dzieciństwie byłem chudzinką, młodszym bratem Tadka Niejadka. W Gazecie sam sobie nadałem ksywkę szkielet (a może Wajrak albo Lizut to zrobili, nie pamiętam), wtedy swoją chudość olewałem, cieszyłem się, że mogę jeść, co chcę. A jak zacząłem biegać na serio cieszyłem się tym bardziej. Jedzenie nie było dla mnie nigdy tematem, nad którym bym się zastanawiał pięć minut, ważne, żeby było w miarę smaczne, chociaż ten zmysł też zaczął mi się rozwijać na dobre po wejściu do Unii Europejskiej.

A jedzenie to podstawa energetyczna biegów długich. To już wiem. I wiem, że nic nie wiem. Wiem, że tłuszcz, że glikogen, że węglowodany złożone, o niskim indeksie glikemicznym, że okienko węglowodanowe po treningu, że dieta białkowo węglowodanowa w ostatnim tygodniu. Nie wiem, co przez poprzednie 51 tygodni. Co zrobić, żeby zmagazynować w mięśniach i wątrobie więcej glikogenu? Czego dostarczyć, żeby ułatwić spalanie tłuszczu? BCAA?

A podaż substratów energetycznych to przecież nie wszystko! Jakich mikro i makroelementów dostarczać, żeby przyspieszyć tempo przemian metabolicznych?

Ostatni akapit to już nie z głowy, tylko z książki. Nie "Jedz i biegaj" Jurka, bo tam mnie zapłodniła tylko myśl - wiedzy poszukam w książce "Dietetyczne i Suplementacyjne Wspomaganie Procesu Treningowego" (AWF Katowice), 464-stronicowej cegle ze studenckiej półki Mojej Sportowej Żony.

Postanowiłem to czytać, kiedy wracałem dziś z pracy - biegiem. A raczej truchtem po 6:00, szybciej się nie za bardzo dawało, a i tak po 6,5 km treningu dobiegłem do domu umordowany. To właściwe pierwsze bieganie, bo na wtorkowym treningu z bankowcami (płotki i interwały) więcej podpowiadałem z boku niż byłem w stanie biegać. Nie ma się co dziwić, bo lodówka ma teraz remont i remanent. Ale to tym bardziej powód, żeby przemyśleć strategię kolejnych zakupów, zanim ją znów załaduję.

Jedz i biegaj. I czytaj. Nie tylko książki o bieganiu, nie tylko audiobooki (aktualnie "Idiota" Dostojewskiego, a na Kindle'u czytam "Lód" Dukaja, więc Rosja, Rosja dookoła), ale też książki o jedzeniu.

W weekend mamy korporacyjne mistrzostwa w badmintonie i tenisie stołowym. Ciekawe w czym zajmę wyższe miejsce.

A po weekendzie podsumowujemy naszą ligę. Przypominam, że Robs przygotował formularz z klasą. Wpiszcie TUTAJ swoje wyniki z dumą lub bez wstydu, bo ja bez wstydu wpisałem swoje.

21:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (100) »
poniedziałek, 15 października 2012

Na dziewiętnastym kilometrze czuję, że gilotyna się zbliża. Biegniemy z Tomkiem ze Szczecina, znamy się z biegów, z Facebooka, ale dopiero teraz Tomek mi się zintegrował w jedną osobę. Przeczytał książkę "Ojciec.prl", się mu się podobało, żona czytała. Czy to ja przyspieszyłem, czy ty zwalniasz - pyta. Zwalniam.

Zwalniam, chociaż nie zacząłem za szybko. Jeśli jest na świecie coś, w co zupełnie nie wierzę, to w negative split. Może zdarzyć się, że ktoś przebiegnie szybciej drugą część dystansu. Są nawet osoby, które potrafią to robić. Ale nie można ogłaszać negative split uniwersalną metodą biegania maratonów dla ludzkości.

Więc zaczynam z pewną nadróbką. Wszystko macie TUTAJ jak na dłoni. Kilometry staram się robić po 4:10, ale nie do końca to wychodzi, bo pilnuję też tętna. Chcę zacząć z tętnem 165, tak biegłem wiosenny maraton w Łodzi, a tu co chwila tętno podnosi się do 170-171. To za wysoko, daw lata temu miałem wyznaczony próg anaerobowy na 169, czyli powyżej zaczyna się już kraina Mleczanowej Królewny, niekontrolowany zalew mięśni kwasem mlekowym. Więc staram się zwalniać i biegnę po 4:12, 4:13. Nadrabiam tylko malutkie sekundy do tempa 4:15 - a to gilotyna dla trójkołamacza.

Dziewiąty kilometr jest z górki, tam nadrabiam. Dwunasty i trzynasty już nie, też nadrabiam - ale to dlatego, że tętno się ustabilizowało koło 165, biegnie mi się dobrze. Na osiemnastym zjadam żel, wielki 100-gramowy, węglowodanów tyle, jakbym wsunął miskę makaronu. Dziewiętnasty kilometr wychodzi niespodziewanie wolno - czyżby organizm zajął się trawieniem zamiast bieganiem? Wtedy dogania mnie Tomek, biegniemy razem do półmetka. Zaledwie 18 sekund nadróbki nad gilotyną, 1:29:42. Próbuję trzymać się z Tomkiem, ale tętno mówi, że to za szybko, zwalniam; nigdy jeszcze tak świadomie się nie monitorowałem na biegu.

Pewnie mniej więcej w tym momencie na biegu, na 14. kilometrze umiera człowiek. Smutne. Napiszę potem komentarz do Gazety, nie mogę podlinkować, bo jest w płatnej strefie na Wyborcza.pl. Ale to, że taki wypadek musiał się zdarzyć w Polsce na maratonie, wynika z samej statystyki, skoro w biegach startuje coraz więcej ludzi. To nie znaczy, że bieganie jest niezdrowe, bo kardiologowie powtarzają, że bieganie jest zdrowe i nikt od niego nie umiera - tylko umiera się od chorób układu krążenia, a może się to zdarzyć również na bieganiu. Przypomni mi się amerykańska statystyka z konferencji w PKOl tydzień temu, zadzwonię do Mojej Sportowej Żony, żeby mi sprawdziła - że na 10,5 mln osób, które w USA startowały przez 10 lat w maratonach było 41 przypadków zatrzymania akcji serca. W statystyce wygląda to na kosmiczny margines, ale inaczej, kiedy naprawdę umiera człowiek.

Biegniemy wszyscy w niewiedzy. Będziemy potem ze smutkiem powtarzać sobie to za metą. Smutne i koniec.

Puszczam Tomka do przodu, na 25. kilometrze daję się dogonić stadu słoni czyli grupie na 3:00. I nagle robi się fajnie. Pół żelu na 28. kilometrze, drugie pół na 33., trzymam się z grupą, próbuję nawet jej uciec do przodu, ale jednak jedziemy razem. Może dojadę po złoty medal, czuję zadowolenie w mięśniach i nadzieję w tętnicach.

Kryzys przychodzi na 35. kilometrze. Na podbiegu na Winogradach (trzeba się będzie nauczyć tej nazwy, tak jak kiedyś przy starej trasie Browarnej) zostaję kilkanaście metrów za grupką, tempo kilometra spada w okolice 5:00. To już przesada, doganiam grupkę. Ale i tak robimy kilometr w 4:42. Trasa się wypłaszcza, ale kilometr wychodzi w 4:26. Mózg mam spowolniony, jak stare Elwro, ale dociera do mnie - zając nie daje rady. Trzeba uciekać do przodu. I to równo po 4:15. Uciekam, wychodzi kilometr w 4:15. Tętno sięga 95 proc. HRmax, coś koło 175-177.

Przy trasie Quentino, zaplątany w swoje kłopoty, więc nie biegnie, tylko kibicuje (też mu kibicuję, żeby się wyplątał, pospłacał co trzeba i wyszedł na prostą). Daje mi zastrzyk nadziei - że będą dwa kilometry z górki. Pierwszy robię w 4:01, drugi w 4:10. Jestem strasznie zmęczony, przy trasie Corvus pyta, czy chcę coli, czy herbaty, spontanicznie i niezbyt taktownie odpowiadam, że chcę tylko umrzeć. Ciężko. Kolejny, płaski w 4:23, nadzieja jeszcze biegnie koło mnie, ale powoli zaczyna uciekać do przodu.

Mój maraton kończy się na 40. kilometrze - zrobionym w 4:42. Znów było pod górkę, ale to nie wina górki, tylko pustej, naprawdę pustej lodówki - po drugiej imprezie, goście wypili wszystko, co było. Po spadającym tętnie widać, że się godzę z porażką. Nie odrobię straconych 22 sekund, musiałbym biec końcówkę po 4:00, a na tyle mnie nie stać.

Dlaczego? - pyta za metą ze zdumieniem Tomek ze Szczecina. Mamy TUTAJ fajne zdjęcie, jego radość po złamanej trójce i moje "zrobiłem co mogłem" na twarzy. Zdjęcie jest własnością Agory SA, podobnie jak mój komentarz, więc nie mogę go wstawić, tylko podlinkować.

Zrobiłem, co mogłem - napiszę w esemesach znajomych. Nie żałuję, że pojechałem do Poznania, coś jednak się udało - pobiec lepiej niż w Warszawie prawie od 2,5 minuty. Ale przede wszystkim udało się powalczyć. Walka może być celem.

Co do postulatów - z wieczornej imprezy w Posen, na której świętowaliśmy sukcesy Tomika, Ziggiego i Czepiaka, spod bloga - nie ma mowy. Nie ma mowy, żebym zmieniał swoje emocje i cieszył się z niezłego w końcu wyniku: porażka po walce jest lepsza niż walkower, ale gorsza niż zwycięstwo po walce. A ja przegrałem, nastrój miałem podszyty podłością i ukarałem się strasznie, po polsku, tradycyjnie - cały dzisiejszy dzień był więc brnięciem przez ścianę i to z betonu. Nie ma mowy, żebym został rozsądnym trenerem, takim co siedzi i naucza. Jeśli mam innych czegoś uczyć, to całym sobą - z szaleństwami typu mocny maraton co dwa tygodnie, z emocjami w cyklu treningowym i spokojnym liczydłem podczas startów, które czasem się oczywiście rozreguluje, bo nic nie jest stałe, wszystko w ruchu. Z treningami wpisanymi nie w książkowe schematy, a realne życie. Z ciągłą walką o formę, efekty, wyniki, przyjemność biegania. A tam gdzie jest walka, są nie tylko zwycięstwa, ale i porażki.

Rok 2012 to rok porażek. Poza jednym dobrym biegiem na 10 km w Krynicy reszta startów mieści się między porażką, a klęską. Muszę usiąść ze sobą, żeby pomyśleć o przyszłym sezonie. Mam już nawet pomysł - ale o tym najwcześniej w czwartek.

Tymczasem warszawiacy i przejeżdżający: do zobaczenia z Jurkiem. Może jest Mistrzem i potrafi powiedzieć słowo, które zmienia?

a

23:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (62) »
czwartek, 11 października 2012

Yared Shegumo, z pochodzenia Etiopczyk, z wyboru Polak, aktualny mistrz Polski w maratonie - spotkałem go właśnie na pokazie filmu "Town of Runners". Pokaz był w nowym sklepie biegowym Nike przy kortach Legii, po filmie podeszliśmy z Chłopasiem do Yareda, który akurat oglądał Nike Free do biegania naturalnego. Pytamy po polsku, czy biega z pięty, czy ze śródstopia. Te słowa akurat były za trudne, ale dogadaliśmy się na migi butami.

- Nie mogę się przestawić, jak biegnę maraton, to zapominam - stwierdził Yared. A teraz puenta: Shegumo próbuje przestawić się na bieganie z pięty, bo jak twierdzi to lepsza technika do maratonu. Cała Polska próbuje przestawiać się z pięty na śródstopie lub ma mniejsze bądź większe wyrzuty sumienia z powodu, że nie potrafi. A Yared odwrotnie.

Dzisiaj odcinek o tym, co na odwrót. Zapowiadałem, że zrobię coś głupiego przed Poznaniem. I zrobiłem to w środę: siła biegowa! Głupio jak nie wiem co. Wbrew wszystkim zasadom, żeby siłę robić w okresie podbudowy oraz na początku BPS-u, a czym bliżej startu, tym bardziej przechodzić do dynamiki i kończyć interwałową superkompensacją.

Zainspirował mnie polski trener z europejskiego poziomu Zbigniew Król. Na prezentacji podczas weekendowej konferencji w PKOl-u pokazywał BPS-y swoich podopiecznych i mówił o roli siły biegowej i siły ze sztangą. Opowiadał, jak Lidii Chojeckiej przed jej największym sukcesem, dwoma złotymi medalami w Edynburgu, zalecił siłę biegową na trzy dni przed startem.

Ja zrobiłem swój eksperyment siłowy cztery dni przed, dodałem sobie dzień na regenerację wolniejszą niż mistrzyni. Po truchcie i rozgrzewce zrobiłem 6 podbiegów po 1 min. A przed każdym podbiegiem 2 minuty siłowych ćwiczeń - 30 s. przeskoków wykrocznych, 30 s. depingu, 30 s. marszu dynamicznego i 30 s. skipu A. Schłodzenie z trzema przebieżkami po płaskim, rewelacyjnie lekkimi, po treningu rozciąganie, a wieczorem zimny prysznic na nogi.

Fajnie to czuję dziś w nogach. To nie trening siły był, tylko Mocy.

a

Tutaj siła dynamiczna - z piłką 3 kilo. Mieliśmy bardzo rodzinny wtorek - syn fotograf zrobił mi i Mojej Sportowej Żonie sportową sesję. Jak zaczęliśmy o tym rozmawiać, to chodził mi po głowie lasek, park, trawka - a Janek jednym zdaniem postawił mi to wszystko na głowie. Wymyślił, żeby zrobić zdjęcia w ostentacyjnie miejskiej scenerii. Miały być domy centrum albo bloki Ursynowa, ale Janek po obejrzeniu pokręcił głową, że za dużo samochodów i pojechaliśmy na Starówkę, na tę uliczkę, gdzie w lutym robiliśmy podbiegi z grupą z Centrum Biegowego Ergo (też podlinkuję, bo dziś wszystko linkuję). Strona Janka jest tutaj, gdyby ktoś się zachwycił i też chciał zamówić sesję.

A poniżej wzmacnianie taśmą Thera-Band w wykonaniu MSŻ.2

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Oraz wieloskok.

3

Po tak narcystycznym zdjęciu równie narcystyczny konkurs. Ale przynajmniej nie będzie krytyki, że wynik można znaleźć w internecie. Bo dziś ani jutro, ani pojutrze nie można.

Nagroda to film "Miasteczko biegaczy" (Town of Runners) - od Tomika ze Sportfolio. Zwycięzcą zostanie ten, kto najtrafniej wytypuje mój wynik netto w maratonie w Poznaniu. Idę na złamanie trzech godzin (a w Warszawie było 3:03:17). Liczą się odpowiedzi umieszczone w komentarzach pod blogiem do godziny 23:59 w najbliższą sobotę.

No i pamiętajcie o Jurku.

5

22:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (165) »
poniedziałek, 08 października 2012

Zrobię coś głupiego. Zrobię coś głupiego w środę. To jest tak głupie, że nie napiszę dziś, co zrobię, bo byście mnie wszyscy od tego odwodzili.

Piątek i sobotę spędziłem na konferencji w PKOl-u. Dwa dni o kontuzjach sportowców, diecie sportowców, a wreszcie treningu sportowców, nie tylko biegowym. Siedzę teraz nad zeszytem notatek i nie mam jakiejś jednej złotej myśli, którą chciałbym przekazać, ale nie był to czas stracony. Upewniłem się, że nie jestem głupkiem w wielu sprawach. W wielu się douczyłem, to naprawdę ważne, co jemy. Teraz ładuję węglowodany z naciskiem na złożone, żeby lodówka w Poznaniu nie okazała się pusta (wiem, wiem, dwie półki są wymontowane i wrócą z serwisu za miesiąc).

W co wierzysz? W białko? To nie przesadzaj! To myśl z wykładu pani dietetyczki. I zalecenie, żeby jeść kolorowe warzywa, bo różny kolor to różne substancje. Kobiety dowiadują się tego pewnie z pierwszą miesiączką, bo chyba już wtedy uaktywnia im się gen odchudzania. Ale dla mnie była to nowość.

To co opowiadał trener Zbigniew Król zasiało mi w głowie pomysł na zrobienie czegoś głupiego, ale to dopiero w środę.

Dostałem przy okazji jeszcze jeden urodzinowy "prezent" - przybiliśmy ostatecznie piątkę w sprawie współpracy z Garminem. Po pierwsze Kancelaria poczytuje sobie to za zaszczyt. A po drugie mam nowiutkiego Forerunnera 610, poustawiałem sobie wszystkie ekrany podczas nudniejszych wykładów.

Dzisiaj było pierwsze biegane z nowym Garminem - beztlenowy trening, który już pozapisywałem wszystkim podopiecznym. Ale żeby nie było, że to tylko xero pomysłu beztlena - kilka osób dostało już ode mnie taki trening miesiąc temu na wrzesień. O takim biegu zmiennym opowiadał mi kiedyś Słonik, a Słonik biega chyba jeszcze szybciej od Beztlena. Zrobiłem 1,5 h, najpierw powoli, po 5:00-5:15, a potem jeden kilometr w tempie maratońskim i jeden znów w wolnym. Fajne, nowe, ożywcze. Jakaś zmiana - bieg zmienny.

Wiem, że jeden trening nie zmieni biegu Warty. Ale chciałem coś zmienić w treningu już teraz, nie w lutym.

Dzisiejsze bieganie czarno na białym jest TUTAJ. Będę teraz używał Garmin Connecta, zarzucał znajomych co fajniejszymi treningami albo przesyłał od razu na Facebooka.

To, co zrobię w środę, też wrzucę.

Bo to jest tak. Misja Poznań jest skazana na Termopile. Pisałem już, że nie jestem szaleńcem, nie będę atakował życiówki i znów bił się o 2:48. Ale trzy godziny chcę złamać. I piszę to głośno, chociaż wiem, że większe jest prawdopodobieństwo porażki i że Polacy nic się nie stało.

Co zrobić, żeby była szansa na cud nad Wartą? Coś innego. Innego niż zwykle, niż rutyna. Nie wiesz, co masz zrobić, to zrób inaczej. Więc zrobię coś głupiego, w środę.

Acha. Jeszcze ogłoszenie parafialne. Galaktyka, wydawnictwo od Urodzonych Biegaczy i od Jedz i biegaj napisało i prosiło o nagłośnienie: "Organizujemy 2 treningi w Warszawie ze Scottem 16 i 17.10 o godzinie 11:00. Miejsce ścieżka biegowa po prawej stronie Wisły. Początek pod Mostem Poniatowskiego".

Pobiegamy? To we wtorek i w środę w przyszłym tygodniu. Dziki, chyba musimy wcześniej zagrać w ping ponga.

21:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
czwartek, 04 października 2012

Ciąg dalszy nastąpi - zapowiedziałem w poniedziałek. I nie chodziło mi o Poznań, bo to będzie osobna historia. Tylko o Warszawę, miasto moje, a w nim.

To był wrzesień, Saska Kępa pachniała jesienią, ciepły wieczór, szkoda że taki ciepły, bo zapowiada ciepły dzień, a to dzień maratonu. Na Francuskiej dostałem od Was pióro, będę miał czym wpisywać autografy po niemiecku albo rosyjsku dla odmiany. Wino ze Staszewskim, jestem już prawie jak ksiądz Jankowski albo Kopernik, co własną monetę bije (młodsi: Tytus). I wiersz napisany piórem nie do podrobienia z podpisami. Uwieczniam:

a

Makarony z Francuskiej trochę poszły na darmo, w niedosyty. Przeminęły z wiatrem - w twarz. Mało znam osób, które pobiegły w niedzielę na swoją miarę. Przemek, w tej chwili najszybszy w ekipie bankowców - poprawił się z wiosennego 3:28 na 3:18. Marcin z bankowców, który zszedł rok temu, teraz dobiegł w 3:39. Z PolskoBiegowej ekipy dziadków Jerzy zrobił życiówkę, 3:28. W ubezpieczeniowcach Rafał, który nie miał prawa pobiec szybciej niż w 3:30 zrobił w debiucie 3:27. Alicja, nasza Kwasaali, pobiegła równe 4:30:00, co przy kłopotach z hemoglobiną było oczekiwanym maksimum, a żeby było śmieszniej wygrała netto o 1 sekundę z kolegą pracy, chociaż biegli na inne brutto (Mateusz też nieźle zadebiutował). Piotrek z bankowców, który na maraton zdecydował się w ostatniej chwili zrobił 4:22 i wygrał małą ligę pracowników RBS (bo nie wszyscy bankowcy pracują w RBS). Michał z obozu w Rabce, debiut w 3:54.

Podopieczni porobili przeważnie życiówki albo odnotowali niezłe debiuty, ale niedosytów było mnóstwo. Zadowolony był chyba tylko Jacek, który pobiegł zgodnie z planem na 3:44. A np. Marcinowi życiówka 3:28 nie sprawiła radości, podobnie jak Piotrowi ok jego życiówkowe 4:50. Bo Marcin mierzył w 3:20, a Piotr w 4:30.

Bieganie maratonów jest jak skakanie przez poprzeczkę na najwyższej wysokości. Cały rok trenujesz, startujesz kontrolnie - tak jakbyś zaliczał niższe wysokości. Czasem strącisz, ale jednak generalnie zaliczasz. A potem dochodzisz do swojego 2,32 - w centymetrach, co każdemu inaczej przekłada się na minuty - i masz przeskoczyć. I to za pierwszym razem.

Pod blogiem też raczej pogrom. Gepard, który kiedyś ze mną wygrał, teraz zakręcił się gdzieś koło 3:30. Alena nie złamała czwórki o tyle, ile Bolt potrzebuje na przebiegnięcie 100 m. Robs 4:17, a chciał łamać czwórkę, a mógł zrobić 4:05. Biegofanka - wynik jak Everest, 4:49. Jastrząb i Kawonan, regularni czwórkołamacze w 4:07. Sten ponad 4:15. Biuti nieźle, ale tylko wiceżyciówka 3:41. Jeśli kogoś przeoczyłem, to przepraszam, ale czytelnicy już i tak się czują, jak przy lekturze książki telefonicznej (młodsi: gogle).

Nie fiksujmy się tak na liczbach. I kto to mówi? Ja, maniak liczenia, liczydeł i przeliczników.

Nie fiksujmy się na liczbach, bo stracimy radość z biegu. Bieg to przyjemność niemierzalna. Czy jesteś szczęśliwszy po 800 krokach, po 41 minutach, przy tętnie 164? Nie. Jesteś szczęśliwy wolnością biegu przed siebie.

Możesz formować ten bieg w treningi. Wkładać go w ramy odcinków różnej długości i o różnym czasie trwania oraz pod różnym kątem nachylenia. Żeby stawał się lepszy. Możesz się sprawdzać w tym biegu na zawodach. Możesz być wtedy z siebie zadowolonym albo niezadowolonym zależnie z wyniku jaki uzyskasz. Ale najbardziej wartościowe, że możesz się tak sprawdzać - a nie w zawodach nieszlachetnych, podjazdowych, niegodnych, niesportowych, odrażających.

Maraton to nie jest wyścig szczurów. Nie jesteśmy szczurami, jesteśmy urodzonymi biegaczami.

Na koniec parę zdjęć z biegu (dzięki przede wszystkim dla Małgosi S. z Polski B.).

a

Z drużyną dziadków. Jurek, który jutro zrobi życiówkę w koszulce w paski. Nade mną Janek, a nad Małgosią S. Wacek.

a

Most Wzruszeń Pod Mostem. Ciekaw jestem, jakie czasy mieli faceci, których zaraz wyprzedzę. W tle nasz Maciek, w zielonej koszulce Warszawiaka.

a

Tu idziemy z Maćkiem na stracenie, tak jak w poprzednim odcinku pisałem.

a

Podopieczny Przemek ma większego doła niż ja. Liczyłem, że mnie zbierze na trasie i złamie trójkę, ale zabrakło mu sześciu minut.

a

A to jeden z nielicznych zadowolonych. Sfinks, życiówka, tuż za mną. Happy End.

 

 

21:21, wojciech.staszewski
Link Komentarze (95) »
poniedziałek, 01 października 2012

Rozpieprzyli mi lodówkę. Uszkodzili system chłodzenia, wyłamali drzwiczki, a zawartość półek powywalali na ziemię. Trudno znaleźć cenzuralne słowa, żeby opisać to, co zrobili.

9.00 Startujemy z mostu. Mam tak samo jak ty... Miasto moje, nadwiślański brzeg. Wiatr, ale na moście wieje zawsze, kiedy skręcamy w trakt królewski, wiatr przestaje przeszkadzać. Jestem nawet jak okręt pod pełnymi żaglami. Nadrabiam stracone na dwóch pierwszych kilometrach sekundy, na Wisłostradzie doganiam Maćka, trenera z naszej Kancelarii. Ale Maciek biegnie po jakieś 4:03, ja chcę biec po 4:00 na kilometr, odjeżdżam na luzie. Pod mostem szpaler ludzi. Szał, przyspieszam, każdy tu przyspiesza. Gdyby ludzie tak stali przez 42 kilometry, zrobiłbym maraton w 2:30, a potem padł jak Filippides.

Ale nie w głowie mi ułańskie szarże, nie wyobrażam sobie, że jestem koniem w galopie, lokomotywą elektryczną albo wyścigówką. Wizualizuję sobie lodówkę. Jak w tej reklamie piwa, gdzie faceci wrzeszczą z zachwytu na widok lodówki wypchanej browarami. Ja jestem wielką lodówką wypełnioną napojami izotonicznymi, smacznymi węglowodanami, czystą energią.

W jednej trzeciej trasy górna półka zaczyna pustoszeć. I wtedy cud, córka studentka z rodziną i bananem. Biorę, wciągam, biegnę, utrzymuję tempo. Na 15. kilometrze kibicują znajomi. Dostanę potem esemesa, że wyglądałem lepiej niż Kenijczycy.

Najgorsze są te maratony,  w których najlepiej jest na 15. kilometrze.

Dogania mnie nasz Maciek, żartuję, czy nie jesteśmy dwuosobową grupą na złamanie 2:50. Ale my jesteśmy dwuosobową grupą idącą na stracenie. Na półmetku czas dobry, 1:25:02, dwie sekundy szybciej (!) niż na wiosnę w półmaratonie, a z luzem nieporównywalnie większym. Ale zaczynają się kłopoty, Maciek odjeżdża, lodówka znów pustoszeje. Wyciągam żel, odkręcam go (to ważne!), wciągam i biegnę dalej. Tempem zajmę się po podbiegu w Parku Natolińskim. To ładne miejsce, można nawet machnąć ręką na nierówną kostkę na alejkach, a podbieg naprawdę łagodny.

Tempo spadło w okolice 4:20, na górze żel zaczyna działać, ale lepiej niż 4:10 na kilometr się nie daje. Bo dostaję w mordę. Wiatr, który rano się przyczaił teraz wali na odlew. Pierwszy kopniak w lodówkę.

Ursynów to grupki kibiców, jak w mitycznym Berlinie, doping wzdłuż całej KENstrasse. Z lodówką jest coraz gorzej, pustki, pustki, bulgoty w rurkach, przerwy w zasilaniu. Zaczynam obliczać sobie wyrok. Bo odjeżdżającą życiówkę dawno pożegnałem, pożegnałem ją już chyba na zawsze, będzie ze mną na niejednym starcie, ale już coraz mniej w sferze planów, a coraz bardziej w sferze marzeń. Zaczynam obliczać, ile muszę pobiec, żeby uniknąć gilotyny. Jeśli będę robił kilometry po 4:30, nie złamię trójki, muszę biec po 4:20. Tyle że od 30. kilometra już jestem w strefie 4:30-4:40.

Żel! Sięgam do lodówki po ostatni żel. Wyciągam z kieszeni i nie mogę odkręcić. Taki jestem słaby, że nie daję rady. Myślę, żeby poprosić starszego pana, który stoi przy trasie w rejonie Służewa, ale w końcu zakrętka puszcza. Znajomy na rowerze daje mi łyk wody do popicia, ale wątroba już nie za bardzo potrafi zmetabolizować dostawę. Lodówka rzęzi, nie domyka się, lodówka została zrabowana, uszkodzona, rzucali nią o ziemię, rozsypywali węglowodany, a izotoniki wylewali do zlewu. Stałem się ofiarą napaści i w dodatku sprawców nie ujęto. Kto jest winien? Dwie sekundy za mocno na pierwszych kilometrach? Nie, byłem przygotowany na taki wynik, Jurek M., z którym wygrałem o kilkanaście sekund na 10 km w Krynicy zaczynał na 2:52, wyprzedził mnie na Ursynowie i skończył w 2:54. Błędy żywieniowe? Raczej nie. Treningowy maraton sprzed trzech tygodni? Może.

Nie będę już biegał maratonów. Przynajmniej przez jakiś czas. Poznań? Jaki Poznań, nie biega się maratonu co dwa tygodnie, to nierozsądne, a maraton jak nic weryfikuje rozsądek. Nie biega się sercem, tylko głową.

Na 35. kilometrze wiem z pewnością, że w tym roku to koniec sezonu. W ogóle mam dosyć biegania, może pora zająć się trenowaniem, liczę, że "zbierze" mnie po drodze podopieczny Przemek, który szedł na złamanie trzech godzin, na nawrocie koło półmetka był pół minuty przed grupą. A może podopieczny Bartek, jeśli ma dzień konia.

Ścinają mnie nagle. Cień z lewej, cień z prawej, nie podopieczni, tylko czołówka grupy na 3:00. Wdeptują w ziemię mnie, lodówkę, pół roku treningów. Paradoksalnie - na punkcie żywnościowym cztery kilometry przed metą. Przegranemu zawsze wiatr w oczy.

Kilometry spadają poniżej 5:00. Zaczynam układać w głowie blog. Jeśli dobiegnę w 3:10 będę miał efektowny greps: na Stadionie Narodowym padł wynik 10:3 w spotkaniu Maraton-Staszewski. Znajoma biegaczka na rowerze zachęca do wysiłku, że zaraz na moście przestanie wiać, że końcówka z górki. Ale co to za różnica, czy dobiegnę w 3:02 czy 3:07? Odpadam z zawodów. Na niesamowitym, kosmicznym stadionie poniosę klęskę, jak reprezentacja na Euro.

Bardziej przegrany ode mniej jest tylko Maciek. Trzy kilometry przed metą mijam go, kiedy siedzi na krawężniku. Dowlecze się kwadrans za mną.

Ciągnę za sobą na łańcuchu pustą lodówkę. W kieszonkach mam smutek, niosę w sobie doła. Na moście przyspieszam, żeby krócej to trwało, kilometry znów około 4:30. Potem wbiegamy na stadion. Nie walczę o sekundy, więc mogę rozejrzeć się po trybunach. Jestem chyba na igrzyskach, na mistrzostwach. Tysiące ludzi przyszło, żeby zobaczyć, czy nie padnę za metą.

Docieram w 3:03 z haczykiem. Zostałem nawet trzecim dziennikarzem na setkę zgłoszonych do tej klasyfikacji. Ale to nie jest maraton na trójkę, tylko na pałę. Nie muszę zawsze dostać szóstki bić życiówki, ale z takim przygotowaniem powinienem pobiec poniżej 2:55. Pierwszy termin oblałem.

Za dwa tygodnie jadę do Poznania. Cdn

.q

12:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (125) »
czwartek, 27 września 2012

To już naprawdę sześć lat minęło? Kawał czasu, relacja z Moją Sportową Żoną nam wydoroślała. Przybył mi drugi zawód, tak sobie dzisiaj myślałem stojąc na Agrykoli i łapiąc czasy podopiecznym, że zawsze chciałem być trenerem i jestem. I zakiełkował trzeci, bycie pisarzem. Nawet wszystkie życiówki mi się od tamtego czasu popoprawiały. Sześć lat z blogiem.

Szesnaście lat minęło od mojego pierwszego maratonu. To było w Warszawie, złamałem z małym zapasem cztery godziny. Nie nastawiałem się na wynik, tylko na ukończenie, maraton wydawał mi się niebotyczny jak Everest i palma na rondzie de Gaule'a. Ale gdzieś tam pomyślałem, że fajnie byłoby zejść poniżej czwórki, chociaż nie miałem żadnych przesłanek, żadnych startów kontrolnych (maraton to były moje pierwsze zawody). Jedyny punkt odniesienia to byli Tamci Chłopcy - opowiadałem o nich niedawno. Wyobrażaliśmy sobie z Dzikim w puszczy, że oni biegną po 5:00 na kilometr i sprawdzaliśmy na drogowskazach ze szlakami turystycznymi, czy jesteśmy za nimi czy przed.

Teraz liczymy precyzyjnie. Ostatnie interwały pod superkompensację z bankowcami z RBS robiliśmy ja w zegarku: Rober z Piotrkiem biegali 800 m po 3:30, a Marcin w tym samym tempie robił 900 m. Albo poranne interwały z Chłopasiem, też co do sekundy wymyślone. Chłopaś biegał 1000 m po stadionie poniżej 4:30, a ja w tym czasie biegłem 1200 m, tak żeby utrzymywać tempo 3:30, zaczynaliśmy razem, więc kończyłem parę sekund przed Chłopasiem, który robił regularne nadróbki. Co zrobić, żeby uwierzył, że może pobiec maraton w 3:50?

Kocham te liczby. Mogę się nimi napawać całkiem jak ci faceci ze starego dowcipu, którzy zamiast kawałów mówią sobie same numery i zaśmiewają się do rozpuku. Zamiast opowiadać o tym, jak podopieczny Bartek poprawia formę wolę powiedzieć: półtora roku od 4 godzin z hakiem do 3:14, a teraz będzie 3:07.

Zanim odkryłem audiobooki słuchałem muzyki, czasem radia. Ale zanim w ogóle zacząłem biegać z empetrójką, myślałem na bieganiu o liczbach. Można sprawdzić w starych odcinkach bloga. Przeliczałem tempo na wynik, oczekiwany wynik na konieczne tempo, procentową relację między tempem zawodów na różnych dystansach u siebie i biegających znajomych.

Frustrowały mnie długo wyniki, które nie mogły zbliżyć się do prognoz z kalkulatora McMillana ani z książki guru Skarżyńskiego. Z dziesiątki wychodził mi maraton poniżej 3:10, a ja ciągle bujałem się między 3:20 a 3:35. Lat doświadczeń, lat rozmów potrzebowałem, żeby dopuścić do siebie obrazoburczą myśl, że to nie ze mną jest coś nie tak. Tylko z formułami.

Powiem to głośno, chociaż guru to guru, a McMillan to McMillan. Nie można przykładać zawodowych standardów do zwykłych biegaczy. Nie można wziąć wyniku 2:07:39 Henryka Szosta, jego życiówki na 10 km (28:58 na ulicy) i po prostu przemnożyć przez 2, żeby zobaczyć parametry biegacza z poziomu 4:15 w maratonie. Bo kto biega 10 km w 58 minut nie przebiegnie maratonu w 4:15, tylko blisko pięciu godzin, powiedzmy w 4:50.

Jeżeli przelecieliście poprzedni akapit wzrokiem, bo nie lubicie liczb, to proszę wróćcie jednak do niego i go przeczytajcie. Bo to ważne.

Gdzieś w Lesie Kabackim przyplątała się do mnie myśl, że oprócz mnożnika trzeba wprowadzić współczynnik, który będzie się odejmować. Dobierałem, ważyłem to jak alchemik biegów ulicznych. Pytałem ludzi o ich życiówki, badałem swoje z różnych okresów. Podpytywałem na blogu - Misia, Kubola, Ocobiegatu, Mel i innych weteranów ze starych odcinków. Potem zacząłem tak prognozować wyniki znajomym, potem podopiecznym (kiedy zostałem trenerem), a od kiedy Kancelaria nam się rozwija zacząłem myśleć, żeby ten wzór zamienić na kalkulator. A raczej w kancelaryjnym standardzie - na liczydło.

Spójrzcie więc na Liczydło Biegowe - www.LiczydloBiegowe.pl. Wpiszcie wynik z niedawnego biegu na 10 km albo półmaratonu i zobaczcie, co wam liczydło przepowie na maraton. Nawet jeżeli to pierwszy raz i chcecie "tylko ukończyć", a może zwłaszcza wtedy - żeby wiedzieć z jakim zającem zaczynać.

Liczydło może się pomylić. Bo są ludzie z bardzo mocnymi predyspozycjami wytrzymałościowymi - np. podopieczna Joasia - którzy biegają maraton, jak z kalkulatora. Bo może ktoś nie zrobi żadnego treningu wytrzymałościowego i wtedy dziesiątka nie przełoży się na wynik z liczydła, tylko na klęskę. Bo pogoda może nam poodbierać minuty. Bo można mieć dzień konia. Bo bo.

W bieganiu trzeba myśleć. Nawet jeśli nie jest pewne czy biega się głową, to na pewno trzeba biegać z głową. Ale liczydło, głowę daję, może być dobrym drogowskazem w tym myśleniu.

W niedzielę ten drogowskaz prowadzi na Stadion Narodowy, ewentualnie do Bramy Brandenburskiej. Powodzenia.

I do zobaczenia. Przypominam o nieformalnym spotkaniu podblogowym: Repubblica Italiana, sobotę 18.30, stolik na hasło Polska Biega. Knajpka jest przy ul. Francuskiej 44 czyli tutaj.

Proszę pod blogiem o informację kto się wybiera. W razie czego będę zwiększał rezerwację.

22:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (154) »
poniedziałek, 24 września 2012

PolskoBiegaczki, PolskoBiegacze. Spotykamy się znów. Tym razem bez serwowanych przez Marsza pierogów i deserów - tylko we włoskiej knajpie na Francuskiej koło stadionu Narodowego. Tym razem w Warshau.

Jestem bogiem. Z małej litery, bo duża jest zarezerwowana dla Boga, który oby był. Chociaż w tytule filmu piszą inaczej, z dużą literą, tak jak Budda, Mahomet albo Jedi. Poszliśmy dziś rano do kina, wreszcie jest film, polski film, który jest wydarzeniem. Można lubić, nie lubić, ale nie powinno się nie wiedzieć, o co chodzi. Nie rzuca na kolana, ale wprawia w hip hopowe kołysanie. Paktofoniki nigdy nie słuchałem, chociaż mam płytę skopiowaną od syna, na tani nośnik i już się zacina. Ale pamiętam, jak jedziemy z Dzikim na bieganie do Puszczy Kampinoskiej, jest gdzieś tak 2003 rok, puszczam mu pierwszą solową płytę Tedego, na kasecie, ten gościu ma kapitalny flow, historia "Jadę, jadę, trasą lecę..." wciąga. Czujemy, że to nie nasze pokolenie, że to już dzieciaki, które przychodzą po nas. A dziś idę na Paktofonikę do kina i czuję, że to moje czasy były.

Magik, rówieśnik Mojej Sportowej Żony. Wyszliśmy z kina smutni i puściliśmy sobie Paktofonikę w drodze na obiad do gazety.

Trening zrobiłem rano, przed kinem. Taki cymesik przed startem, rytmy. 6 razy 45 s. baaardzo szybko, ostatnie powtórzenie udało się wreszcie w tempie poniżej trójki - w 2:59. Przerwy wypoczynkowe w marszu, lekkich ćwiczeniach. Obszedłem Ursynów, bloki jak z Mikołowa z filmu, polskie blokowisko, krajobraz moich czasów.

W niedzielę odpoczywałem po sobocie, pograliśmy tylko z MSŻ i córką 4klasistką w tenisa. Bo córka 4klasistka jest w klasie tenisowej i już potrafi przebijać na drugą stronę siatki. Chociaż dominujące uderzenie to lob.

W sobotę zrobiliśmy za to fajny trening z Kamilem. W kompromisie między brakiem czasu - Kamil nie mógł wcześniej, bo miał wywiad z prezydentem Polski, a ja musiałem się spieszyć, bo jechaliśmy z córką 4klasistką na występ taneczny Akademii Hakiela - zrobiliśmy 1:15 płynnego BNP, biegu z narastającą prędkością. To taki środek treningowy, który lubię sobie zachowywać na ostatni moment przed maratonem. Zaatakować tym bodźcem organizm tuż przed.

Ładnie poszło. Druga połowa po 4:15, ostatni kilometr 3:39, zadowolenie. Jestem w gazie, chyba zacząłem liczyć na dobry czas. Ciekawe jak to będzie na stadionie. MSŻ chyba nie będzie, zaczyna w ten weekend studia, już trzeci rok, licencjacki. Chyba że jakimś cudem zamieszają coś z zajęciami.

Myślę, że ten finisz na stadionie, przy tysiącach ludzi na trybunach - bo myślę, że przyjdą, żeby poczuć magię trybun, zobaczyć powidoki Euro 2012, wciągać zapach trawy, chociaż trawa będzie zdjęta. Cały naród buduje swoją stolicę, cały naród finiszuje na narodowym i cały naród tam zasiada.

W sobotę cała PolskaBiega przyjeżdża do Warszawy. Będzie druga drużyna dziadków - tym razem tylko męska. Będzie trochę cichociemnych, i jasnogłośnych. Dlatego, skoro dał nam przykład Marsz, Marsz (Dąbrowski) - spotkajmy się też w Warszawie, na Saskiej Kępie, nieopodal stadionu.

W trzyosobowym komitecie - z Dzikim i Tomikiem - wytypowaliśmy makaronową knajpkę Rupubblica Italiana. Mamy tam zarezerwowany spory stół na sobotę o 18.30 na hasło Polska Biega. Knajpka jest przy ul. Francuskiej 44 czyli tutaj.

Do zobaczenia.

Na koniec dwa ogłoszenia. Przypominam o Maratońskiej Lidze Podblogowej by Robss - edycja jesienna. Już wpisałem Krynicę. Link tutaj. A po drugie Kancelaria Sportowa Staszewscy ogłasza, że namiesza jeszcze w tym tygodniu. Tutaj.

22:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (85) »
| < Lipiec 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
    1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31    

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam