Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 09 sierpnia 2012

Podobno jest dwa razy ciężej niż w zeszłym roku. Tak mówi trójka naszych weteranów, którzy byli na wszystkich dotychczasowych obozach biegowych w Rabce. To nie mój dowcip, tylko Grzesia - bo teraz trwa druga edycja.

1

Grześ stoi pierwszy z lewej. Obok Jacek, mało biega, bo kontuzja. Michał, biega szybko, w czołówce, jeszcze przed maratonem, będzie debiutował na jesieni - jak się posłucha i zacznie na 3:44, będzie pięknie, jak wystrzeli na 3:30, zapłaci frycowe. Damian - taping od początku. Piotr - o kilka treningów interwałowych od złamania czwórki, profesor z Lublina, zna się z biegaczami z dzikiego maratonu. Grześ - też weteran obozów, biega z dowcipem. Asia - etatowy zając na maratonach, w Wawie biegnie na 4:45.Na dole klęczy Paweł, poznaliśmy się na treningach w Centrum Biegowym ERGO. Obok Michał, mało mówi, dobrze biega. Kamil, dużo mówi, w dowcipie prześciga Grzesia, w bieganiu też. Marcin, zwycięzca konkursu adidasa, ten sam, który nie wygrał (początkowo) pakietu startowego na Festiwal Biegowy w Krynicy, bo chciał odpowiedzieć za dobrze. Leży Alicja - miała jechać na obóz eksternistycznie z noclegiem gdzie indziej, ale też wygrała konkurs adidasa. Facet w pomarańczowej koszulce to ja, a dziewczyna w okularach obok to Moja Sportowa Żona. Na dole Janusz, z zeszłorocznej polskobiegowej drużyny z wózkami, Amelka też jest na obozie, ale nie uczestniczy. Biegaczka Sabina, gość specjalny treningu. W ciemnych okularach Ania, biega ile może. Ewa, trzecia siostra, gość specjalny w Polsce, przyjechała z Irlandii na wakacje w ciepłym kraju. Karolina, nasza prawie sąsiadka z Ursynowa, jeszcze przed maratonem, właśnie dziś pokonała najdłuższy dystans w swoim życiu - i to po górach. Leszek, znielubił bieganie, bo na ostatnim maratonie poprawił życiówkę tylko o cztery minuty, ale dziś stwierdził, że obóz mu pomógł w wyjściu z nielubienia.

Obóz to nie tylko bieganie. Obóz to nie tylko ćwiczenia - tak jak piłki lekarskie poniżej albo rozciąganie jeszcze niżej. Obóz to też poznawanie się ludzi. Musiałem się bardzo streszczać z tymi opisami, bo każdy człowiek to akapit, a niektórzy to biegająca opowieść.

3

4

5

Obóz to też motywacja. Na tym zdjęciu wyruszamy prawie całą grupą na Turbacz. 1310 m nad morzem, 26 kilometrów po górach. Był krótszy wariant, ale wszyscy, których wywieźliśmy do górnej Rdzawki zdecydowali się przelecieć Gorce na wskroś. Wężyk rozciągał się przy tym nieznacznie, końcówka przybiegała do kolejnych schronisk ledwie kilka minut za czołówką. Wszyscy skończyli w dobrej formie, z uśmiechami, równe 26 kilometrów po górach - chociaż niektórzy nie przebiegli wcześniej nawet półmaratonu.

To mi się w akapicie nie mieści.

21:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (108) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Ósma rano śniadanie, dziesiąta pierwszy trening. Dziś była wytrzymałość, długie wybieganie na Krzywoń. Ania, nasza przewodniczka z Rabki z grupką z przodu, ja z grupką z tyłu, wbiegamy, na grzbiecie, długim, niemal płaskim, niemal stworzonym do efektywnego średniowysokogórskiego treningu robimy pętelkę. Nadbiegają najszybsi, wśród nich Kamil spod bloga, Leszek spod bloga, za chwilę Alicja spod bloga, wszyscy znów w gromadzie dobiegamy do szczytu. A na szczycie zakopianka. Taka lokalna specyfika, droga od morza do Tatr, kręgosłup Polski, ojczyzny naszej prowadzi przez szczyt Piątkowej zwany przez miejscowych szczytem Krzywonia.

Wracamy inną drogą, a właściwie innymi drogami. Najpierw rusza Ania z wolniejszą grupką, ja tym razem z szybszą robię kółeczko blisko grzbietu, potem biegnę za Anią, a potem zwyczajowo jak na Krzywoniu mylę ścieżki i dobiegamy na dół drogą od Chabówki. Dobre 15 minut dodatkowego biegu i to w beskidzkim słońcu. Widoki byłyby piękne, gdyby nie zalewał ich pot z czoła. Pokazuję Śnieżnicę, górę pod którą urodziła się Justyna Kowalczyk. I Luboń Wielki, na który pobiegniemy jutro.

W domu oglądam olimpiadę, ktoś chyba biegnie, jakieś kajakarki przechodzą do kolejnej rundy. A potem Moja Sportowa Żona, która też od rana załatwiała (taksówki pod Luboń na jutro, bus do term na środę, rzeczy na ognisko na wieczór), budzi mnie tradycyjnym góralskim zapytaniem, czy zagrzać mi zupę. Mnie też wymęczyło.

Może kiedyś zapuszczę wąsa i będę na dwudziestym drugim obozie biegowym w Rabce stał przy drodze i dawał ludziom na karteczkach rozpisany trening. Ale mam nadzieję, że nigdy. Mam nadzieję, że zawsze będzie mnie rajcowało to ganianie z grupą po górach. To wspólne wkładanie serca w każdy podbieg albo odcinek marszu dynamicznego lub wykrocznego. Przed chwilą zrobiliśmy popołudniowy trening siłowy, razem z dobiegami, rozgrzewką i rozciąganiem nie było więcej niż półtorej godziny, a zmęczyliśmy się bardziej niż na dwugodzinnym bieganiu rano. A jak się bardziej zmęczyliśmy, to jesteśmy bardziej szczęśliwi.

Wczoraj rano też było długie wybieganie, bo wytrzymałość to podstawa. A po południu trening na stadionie. MSŻ poprowadziła trening z taśmami, ja zrobiłem rytmy, piłki lekarskie czyli siłę dynamiczną, a potem MSŻ skończyła stretchingiem. Chyba się podobało, bo jak grupa inicjatywna wybrała się wieczorem posiedzieć "Pod Kasztanami", to wysłali nam esemesa, czy zajrzymy.

f

Lecę. Zaraz ognisko. Oj, będzie się dymiło.

18:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
czwartek, 02 sierpnia 2012

Śpimy jeszcze, chociaż zza okna wlewa się już góralska fototapeta, domki, pola, łąki i las gorczański, wszystko zalane słońcem. Drzwi się tylko otwierają i biegaczka Sabina wychodzi ubrana w polskobiegową koszulkę, którą dostała od nas - wychodzi pobiegać sobie rano drogą do Ponic.

Śniadanie w Rabce. I wreszcie czuję, że są wakacje. Przez okno wpada gorący zapach traw, kanapki z szynką smakują wreszcie jak kanapki z szynką, a nie jak z wędliną z supermarketu lub z delikatesów. Odpisuję na maile, bo człowiek jest teraz w internecie 365 dni na dobę, ale potem wypijam dodatkową szklankę coli, Moja Sportowa Żona podwozi mnie do centrum Rabki, skąd przez Słone biegnę na Maciejową. Szukam najlepszej drogi, to ma być nowy wariant na obozie, nie chcemy powtarzać wyłącznie tych samych tras, żeby uciec od rutyny.

Obóz zaczyna się w sobotę. Na poprzednim wysoko zawiesiliśmy sobie poprzeczkę emocjonalną - atmosfera była świetna. Chcemy doskoczyć równie wysoko. Teraz będzie bardziej profesjonalnie, mamy dla obozowiczów koszulki od adidasa, mała ciężarówka przywiozła dziś kilka zgrzewek Powerade na treningi na stadionie. Zrobimy dużo, żeby serca, serdeczności było nie mniej.

Z najlepszą drogą na Maciejową jest problem. Prawie godzinę krążyłem po zboczu badając kolejne warianty. Trzeba przebiec 20 metrów strumieniem, ale da się to zrobić po kamieniach suchą nogą. Gorzej, że droga idzie w górę, zamienia się w dróżkę, w ścieżkę, ścieżynkę a w końcu niknie między paprociami. Trzeba przejść po ściółce lekkim trawersem w prawo i tam znajduje się ścieżkę na grzebiet. Pięknie jest tak pokluczyć, ale z grupą tego nie zrobimy.

Zadzwoniłem do Ani z Rabki, która będzie nam towarzyszyła na treningach jako przewodnik. Trzeba będzie dołożyć dwa kilometry i skręcić wcześniej ze Słonego na Grzebień, stamtąd ścieżką rowerową na Szumiącą, gdzie złapiemy zielony szlak na Maciejową. Obiegam to jutro.

Drugi obóz biegowy w historii Rabki Zdrój. Naprawdę nie sięgaliśmy tak daleko myślą, kiedy półtora roku temu w ciepły zimowy wieczór zaczynaliśmy z MSŻ zakładać Kancelarię. A teraz to się dzieje naprawdę. MSŻ dopina ostatnie formalności w pensjonacie, z busami, z taksówkami. Za 48 godzin będziemy już po pierwszym treningu.

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (100) »
poniedziałek, 30 lipca 2012

Nie wiem, co się dzieje. Nie odcina mi prądu, niby jadę, ale jakby się jakiś zawór zatkał. Na podbiegu na czwartym kilometrze zwolniłem świadomie, tempo spadło do 4:12 na kilometr - bo ja się na podbiegach nie ścigam, ja staram się nie zaszaleć, nie doprowadzić do nagłego zakwaszenia mięśni. Wcześniej było nieźle, czas po pięciu kilometrach 19:13, niewielkie opóźnienie do planu - przebiec w 38 minut.

I co się dzieje. Dysza zatkana, silnik niie może wrócić do poprzednich obrotów. Garmin pokazuje cyfry, ktrym nie wierzę, walczę koło pomnika Powstańców, ale już poniżej 4:00 nie zejdę na żadnym kilometrze. Nawet tam, gdzie zbiegamy w dół z Karowej będzie 4:04.

Będę ostatni. Ostatni, który złamie 40 minut - o sześć sekund. Uciekłemw ostatniej chwili spod gilotyny kompromitacji. To jest moje tempo z życiówkowego maratonu sprzed dwóch lat. Teraz walczę o nie na ćwiartce maratonu.

Staję za metą i pocieszam się widokiem znajomych za mną. Piotrek K., z którym walczymy z różnym skutkiem wyłania się z mroku po jakiejś minucie. Podopieczny Przemek, Fil z kabackiego towarzystwa też podobnie. Nikt nie złamał, wszyscy mniej lub bardziej podłamani. Kamil, z którym nie widzieliśmy się sto dni, idzie z taką miną, jakby nie wiedział, czy to bieg, czy powstanie. Wołam go serdecznie, bo pamiętam ten stan u siebie sprzed trzystu uderzeń serca, staje, rozciągamy się przy barierce i wypatrujemy razem.

To nie jest pogoda do biegania. Muszę chyba zacząć się interesować takim parametrem, jak wilgotność (a może leci z nami meteorolog względnie geograf?). Zawsze człowiek patrzy na temperaturę i żeby powietrze nie było ciężkie, ale ta ciężkość jest chyba też mierzalna. Tylko kto to słysza, żeby na naszej szerokości geograficznej o 21. panowały takie warunki?

Nie ja jeden odnotowałem porażkę w weekend. Z moich rozmówców na razie wystartowała Natalia Partyka. Na 2+1 = dwa razy dała radę i raz nie. Piękne jej mecze były, jaka ona jest agresywna w grze i spokojna w duchu, jaki dramatyzm niestety zakończony ”The Endem” w trzecim odcinku. Przed nią jeszcze walka drużynowa, a tu dziewczyny mają większe szanse.

Siatkarze plażowi, z którymi bezkutecznie usiłowałem się przez miesiąc spotkać - polegli. Agnieszka Radwańska - smuci się Polska od Tatr aż do Gdańska. Mocni wioślarze - też. Ciężarówki - też.

I jak z innej bajki w ten weekend porażek wjechali siatkarze. Wjechali i rozjechali Włochów, a my przed telewizorem z Moją Sportową Żoną i dwoma kibicami skakaliśmy z radości. Jak oni to robią?

Odpowiedź jest zdaje się jedna: trenują. Mocno, rozsądnie, systematycznie. Okres akumulacji jak przyjęcie, intensyfikacja, jak wystawa, a transformacja jak atak. Ja właśnie kończę letnią akumulację, fazę intensyfikacji zacznę na naszym obozie w Rabce, a przekształcenie doprowadzi do Warszawy.

Dziś była siła na Arbuzowej, mało czasu miałem, bo musiałem naprawić plombę przed wyjazdem, a dentystka wyznaczyła mi wizytę ”za godzinę”. Wymyśliłem sobie to jeszcze inaczej. Cztery ćwiczenia siłowe, ale każde po pięć minut ciurkiem. Już nie oglądam się na sobotniego przegranego seta, na przegrane Powstanie - tylko patrzę do przodu.

14:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
czwartek, 26 lipca 2012

Zorbo, ty byś pewnie nie biegał, przynajmniej nie w świecie nowożytnych igrzysk olimpijskich. Ani w Londynie, ani w Pekinie, ani w Berlinie. Może w tych starych, ateńskich, sprzed tysięcy lat, gdzie liczyło się męstwo, nie trening.

Ale ja biegałem dziś z tobą, biegałem z tobą od dwóch tygodni, a dziś doszedłem do końca, do ostatniej strony, a raczej ostatniego pliku mp3. I powiem ci, Zorbo, że to dobre bieganie było. Dwie i pół godziny, weekendowe długie wybieganie przesunięte na czwartek z powodu Biegu Powstania. O powstaniach, Zorbo, sporo wiesz, nasze było inne niż wasze, bo każde jest przecież inne, zawsze inne są racje, inne nacje.

Zrobiłem to wybieganie trochę za wolno, bo tempo wolnego, 23-kilometrowego odcinka to ledwie 5:54, ale cieszę się, bo to trochę szybciej niż tydzień temu i przede wszystkim nie zwalniałem. A na koniec przyspieszenie, już 3 kilometry w tempie maratonu. Znów za wolno, bo w ok. 4:10, a chciałbym w 3:55. Ale dużo z siebie dałem. Jak mężczyzna, powiedziałbyś Zorbo, gdybyś umiał docenić sport.

Poruszyła ta książka coś we mnie na koniec. Miałem ją wczoraj, na godzinie w tempie 5:10. Miałem dobiegając na wtorkowy trening z bankowcami - były taśmy Thera-Band, a potem seria mocnych podbiegów z bardzo mocnymi zbiegami, krótko i konkretnie. Miałem ją w sercu przez dwa tygodnie. No i poruszyła.

Trochę się żarliśmy w ostatnich dniach z Moją Sportową Żoną, normalne, kiedy sielanka wyobrażeń zderza się z rzeczywistością, kiedy trzeba podopinać wszystko w pracy oraz przed obozem w Rabce. Ale pies to trącał, powiedziałbyś Zorbo. Kiedy spojrzeć na to z perspektywy dojrzałego mężczyzny, jakim jesteś w tej książce, to tylko machnąć ręką. To nasze najpiękniejsze lata, tak kiedyś będziemy na ten czas patrzeć. Świat jest taki barwny, dziewczyny mijane na bieganiu (chyba mijałem dziś same dziewczyny) kolorowe jak motyle, moja żona jest księżniczką, królową tej łąki, a ja szczęśliwy jak paź królowej z rodziny paziowatych (Papilionidae). Biegać nie umierać.

Obóz w Rabce zaczynamy za dziewięć dni. Adidas ma jeszcze last minute ostatniej szansy dla jednej biegaczki i jednego biegacza. Wykupili wcześniej dwa miejsca (dlatego od kwietnia czy maja już nie mieliśmy wolnych miejsc) i teraz możecie je wygrać. Z radością widziałbym na obozie cichociemną i cichociemnego lub biegaczy jawnych, jak policje z wiersza Norwida. Szczegóły tutaj oraz tutaj.

Greku Zorbo, dziękuję Ci za to wspólne bieganie. I biegnę dalej. Sprawdzę się teraz w Biegu Powstania. A w sobotę rano o 9.30 prowadzę gościnnie trening u Pawła Januszewskiego w ramach Biegam Bo Lubię - na stadionie Skry, wstęp wolny. Trochę to niezręcznie przed startem, ale mam już pomysł jak z tego sensownie - nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich startujących - wybrnąć.

W przyszłym tygodniu muszę sobie kupić jakąś dobrą książkę na mp3. Nie będę przecież sam biegał po Gorcach.

19:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 23 lipca 2012

Serce od zawsze miałem w górach, hej! Ale Warszawa ma płuca na Mazurach. Oddychałem tymi płucami przez trzy dni w Wejsunach koło Rucianego, a Moja Sportowa Żona - koło Augustowa na obozie sportowym z uczelni.

Mieli pecha - na cały miesiąc upałów trafili w jeden zimny tydzień, a obóz pływacki. Przede wszystkim pływali w jeziorze Necko, uczyli się na nartach wodnych (MSŻ wróciła z uprawnieniami instruktora nart wodnych, bo jako instruktorka narciarstwa zjazdowego miała jednak trochę łatwiej), a wieczory mieli takie, że MSŻ się teraz snuje smutno po domu.

Na zdjęciu krioterapia:

n

My - z synem fotografem córką 3klasistką - mieliśmy trochę więcej szczęścia. Przynajmniej ostatni dzień, niedziela, był niezły. Syn fotograf zrobił mi zdjęcie na kajakach na Krutyni.

k

W tej rzece jest tak niesamowity podwodny "las", jakby ktoś urządził pieczołowicie milion zadbanych akwariów.

Niedziela była pierwszym w ostatnim tygodniu dniem bez biegania. Po siłowo-szybkościowym początku tygodnia była wytrzymałościowa końcówka. Nie wytrzymałem jej zbyt dobrze. 1 h po 5:00 w piątek wieczorem między deszczami po nowym rejonie Puszczy Piskiej (bo zawsze zatrzymywaliśmy się w Rucianem i biegałem koło Jeziora Nidzkiego) poszła nawet nieźle. Kolejnego dnia poranne 2,5 h zacząłem ostrożnie, po 5:30, a i tak ledwo udało mi się obronić tempo poniżej 6:00 na koniec. I to głównie dzięki końcówce - 2 km (co tydzień jeden dodaję) w tempie maratońskim. Zresztą to tempo też maratońskie do końca nie było.

Boję się, że powtarza się historia z wiosny, że coś nie leży, że czegoś brakuje. Mam nadzieję, że hemoglobiny i że się zdoła odbudować przez sierpień.

W sobotę biegnę w Powstaniu. Zobaczymy, jak pójdzie ten sprawdzian.

22:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
czwartek, 19 lipca 2012

To niegrzeczne głupku jest do mnie, do Staszewskiego. Ale prawie każdy biegacz może sobie to sam powiedzieć w twarz przed lustrem. Nie jesteśmy joginami, rozciąganie to nie nasza bajka, tylko cudza. Przynajmniej do czasu, bo jak trwoga to do jogi, do stretchingu, do rozciągania.

Pisałem o bolesnych achillesach zwłaszcza przyczepów piętowych ścięgna Achillesa. Już wyciągnąłem sobie książkę Skarżyńskiego, pamiętam, że tak było coś o ostrogach piętowych, może to coś takiego. Ale nie miałem czasu przeczytać, bo zabiegany w tym tygodniu byłem mocno. Musiałem skończyć tekst o Maratonie Warszawskim do Biegania. Wiecie, że maraton w tym roku - kiedy wraca na Stadion Narodowy d. Dziesięciolecia - będzie rozgrywany dokładnie tego samego dnia, co pierwszy, ten spod Stadionu Dziesięciolecia epoki przedbazarowej - 30 września.

Kończyłem tekst, robiłem ostatnie poprawki i uzupełnienia do tekstu o trenowaniu z olimpijczykami (będzie w Dużym Formacie za tydzień, w czwartek), miałem masę treningów firmowych - grupa wtorkowa, środowa i zastępstwo za naszego Maćka w czwartek, bo Maciek na Suwalszczyźnie się zaszył na tydzień. A to wszystko razem z opieką nad córką 3klasistką, bo Moja Sportowa Żona właśnie zamienia się w syrenkę. Są w Augustowie na obozie pływackim z uczelni. Mówi, że siedzą w wodzie po cztery godziny (MSŻ zawsze przesadza, więc pewnie chodzi o trzy godziny - i tak hardcore), deszcze nie deszcz, ludzie w swetrach z pomostu patrzą na nich jak na skazańców.

I zanim zdążyłem się dowiedzieć czy mam ostrogę, zrobiłem po wtorkowym treningu z bankowcami bardzo porządne rozciąganie, bo mieliśmy najpierw płotki, a potem sztafety-interwały. Była nieparzysta liczba biegaczy, więc musiałem biegać do pary, dzięki czemu zrobiłem sześćsetki w tempach, jakich sam bym nie osiągnął.

Ponieważ ciągle powtarzam, jak ważne jest rozciąganie, po ciężkim, eksploatującym treningu zrobiłem naprawdę porządny stretching. I we wtorek rano jeden achilles pobolewał leciutko, a drugi całkiem zapomniał o problemach.

Tyle razy przerobiłem na swoich mięśniach, że trzeba się porządnie rozciągać. Tyle razy powiedziałem lub napisałem to zdanie biegaczom. Argumentując o szybszej regeneracji, o zmniejszeniu ryzyka kontuzji. Tyle razy brałem się za rozciąganie jak wzorzec z Sevres, więc co się działo potem? Zapał umierał, przytrzymania pozycji się skracały, liczba ćwiczeń zmniejszała, liczba opuszczonych stretchingów (bo dziś wyjątkowo nie mam czasu) wzrastała. I masz babo Achillesa.

Pamiętajcie, rozciąganie. Kiedyś tu filozofowaliśmy o życiu, była fatalna maksyma ze złej terapii "Nie wiesz, co masz zrobić, to nie rób nic", była lepsza "Nie wiesz, co masz zrobić, to zrób cokolwiek". To ja teraz proponuję: "Biegaczu, nie wiesz co masz zrobić, to się rozciągaj".

To nie jest prawda bezwzględna, bo jeśli mięsień jest naderwany rozciąganie, zwłaszcza histeryczne, mocne będzie go nadrywać jeszcze bardziej. Ale to bezwzględnie jest prawda. Nie wiesz, co masz robić - to się rozciągaj, ale naprawdę.

W środę z ubezpieczeniowcami była siła biegowa bez górki. I porządny stretching na koniec.

Dziś z Polsatem podbiegi, bo taki trening był w planach Maćka, a nie przyszedłem tu zmieniać, tylko zastępować. I porządny stretching na koniec. I czuję, że za trzy dni nie będę pamiętał o alarmie achillesowym. A już czułem się jak biegacz, który złożył podanie o wcześniejszą emeryturę. W końcu mam przebieganych już 16 lat, mundurowi z takim stażem już chyba mogą się starać o częściowe emerytury.

Rozciągajmy się po treningach. Spokojnie, z namiastką jogi, 5-7 minut, każdą pozycję przytrzymujcie po 30 sekund. Pięciosekundowe ćwiczenia niczego nie rozciągną, bo mięsień nie zapięta nowej długości i zadziała jak rozciągnięta na chwilę sprężyna - skurczy się jeszcze bardziej.

Zaobserwowałem u olimpijczyków sporą olewkę na stretching. Są moimi idolami, chciałbym mieć taki ogień w nogach, jak Piotr Małachowski, waleczność jak Karolina Michalczuk, siłę Adriana Zielińskiego, technikę Pawła Korzeniowskiego i jeszcze grać w ping ponga tak jak Natalia Partyka (zagraliśmy we wtorek z Dzikim piłkę życia, odebrałem niewiarygodnie dla mnie samego 4-5 jego świetnych ataków, przeszliśmy do odbijania, po czym kontratak posłałem w siatkę - i potem już przegrałem 3:4 w setach). Podziwiam ich, ale nie rozumiem, dlaczego rozciąganie jest dla nich dodatkiem, jak broszka, a nie lekturą obowiązkową, jak "Chłopi". Może wąsaci trenerzy ich tego nie nauczyli, może załatwia im to wieczorem masażysta, a może Beztlen to wyjaśni.

Rozciągajcie się z pasją, z przyjemnością, z wiarą. Spójrzcie na naszą stronę - na filmik o rozciąganiu. Udało nam się z MSŻ znaleźć chyba niezły kompromis między fitnessowymi łabędziami, a biegowym drewnem. Staraj się rozciągać tak ładnie jak MSŻ, ale jeśli nie umiesz, tylko potrafisz tak brzydko, jak ja - to rób. To nie jest konkurs, w którym sędziowie podnoszą tabliczki za styl. Czym bardziej czujesz się podczas rozciągania łamagą, tym bardziej się do tego przykładaj, bo to znaczy, że jesteś bardzo przykurczony.

Posłałem przed chwilą tekst do Biegania i trochę już padam. Nie zdołam zwalczyć pokusy odłożenia prasowania na jutro o świcie. Nie cierpię prasować, ale umówiłem się z MSŻ, że wyprasuję, co wyschnie. Jeśli ktoś też tak nie cierpi rozciągania, to mamy problem.

23:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (61) »
poniedziałek, 16 lipca 2012

Dziadkowie i babcie z wszystkich ścieżek! Pokażcie co potraficie! Co potrafimy!

W bieganiu odtwarza się dla mnie przyrodnicza cykliczność świata osadzona w kulturze tradycyjnej, tak naturalistycznie opisana przez Reymonta w ”Chłopach” (młodsi: Kindle). Ruszam do przygotowań do kolejnego sezonu, a krzewy buchają żywotnością, całym gorącym lipcem - jak piersi Jagny, jak Lipce Reymontowskie. Czuję się tak pierwotnie, jak zwierzę głodne biegania, głodne sukcesów na jesieni. Biegnę w sobotę przez Las Kabacki dwie pętle, z dobiegiem dwie i pół godziny, bo taki sobie wymyśliłem teraz kręgosłup planu treningowego, biegnę jak dziki i myślę o Reymoncie.

Dlaczego tak jest, że jak przyroda odtwarza wszystko w rocznym cyklu, to my też w cyklach półrocznych wszystko musimy odbudować? Przystępuję do treningów i wiem, że dwadzieścia lat biegania siedzi mi w nogach (w achillesach w okolicy przyczepu piętowego czuję to ostatnio w dość nieprzyjemny sposób). Ale czuję, jakbym zaczynał wszystko od nowa.

Tempo długich wybiegań 5:00? Spokojnie, to obowiązywało w czerwcu, to teraz mogę utrzymać przez godzinę biegu spokojnego. Długie wybieganie jestem w stanie zrobić po 5:30, to i tak o 30-60 sekund lepiej niż w najlepszym moim sezonie maratońskim dwa lata temu. Przyspieszenie na ostatni kilometr do tempa maratonu? Spokojnie, udaje mi się tylko 4:08, chociaż powinno być poniżej 4:00 i to tylko dlatego, że było z górki.

Wygrzebuję się z jakichś mielizn, dołów, stogów siana. I nie do końca odbudowana hemoglobina po oddawaniu krwi nie do końca mnie tłumaczy.

Dziś była praca u podstaw, podbiegi na Arbuzowej, 10 razy 1 minuta. Potem do Gazety, w drodze telefon, Wyborcza.pl namawiała, żeby jeszcze dać jakiś odpór w kwestii „wykańczania babć i dziadków”, ale nie wchodzę w to bardziej, linkować nie zamierzam.

Ale uwaga, uwaga - biegające babcie, biegający dziadkowie! Do wtorku czekamy na wasze zgłoszenia na maraton wrocławski, warszawski, poznański - na polskabiega@agora.pl. Pokażmy, że masa paskudnych stereotypów, które jak rzepy przyczepiły się do społecznych wyobrażeń o byciu babcią/dziadkiem - jest nieaktualna. Pięćdziesiątka, to już nie jest sędziwy wiek, jak za Reymonta, to po prostu następna kategoria wiekowa w maratonie. Ja jestem już M-45. Dziadek to aktywny gość z doświadczeniem życiowym, tygrys, władca, samiec, maratończyk. Babcia to kobieta dojrzała wybujale jak Jagna, ale w odróżnieniu od niej wiedząca czego chce, tygrysica, maratonka. Pokażmy tym, co dopiero dzieci niańczą, na co stać Brygady Tygrysa (młodsi: google).

Po angielsku to brzmi lepiej. Grand Father, Grand Mother - Wielki Ojciec, Wielka Matka. Bycie dziadkiem jest pełne wielkości. Może kiedyś będzie się mówiło w zglobalizowanej polszczyźnie "Jestem grandem".

I jeszcze jedno ogłoszenie na koniec. Z dumą współpracujemy z Festiwalem Biegowym w Krynicy - biegnę tam treningowy maraton i szybką dychę i udzielimy się na miejscu z Moją Sportową Żoną. Festiwal przesłał nam trzy pakiety startowe in blanco uprawniające do zapisania się na biegi – dla jednej lub kilku osób - do sumy 150 złotych. Warunek: trzeba zarejestrować się do końca tygodnia.

Kto chciałby wygrać taki pakiet? Wystarczy odpowiedzieć na pytanie konkursowe: kto jest rekordzistą Polski mężczyzn w maratonie? Odpowiadamy pod blogiem, trzy pierwsze prawidłowe odpowiedzi oznaczają, że się wygrało. Jak nie chcemy biec w Krynicy, to nawet jak wiemy, to nie piszemy. Czas - start!

Do zobaczenia w Krynicy między 7 a 9 września.

16:52, wojciech.staszewski
Link Komentarze (100) »
czwartek, 12 lipca 2012

Rano zrobiłem niezłą wiochę. Spodziewałem się tego, ale jej rozmiarem byłem jednak zadziwiony. Ruszamy z Bartkiem w drogę o piątej i o dziewiątej dziesięć jesteśmy w Oświęcimiu, gdzie na basenie trenuje właśnie Paweł K., nie mylić ze znanym medalistą w chodzie.

Przebieram się w kąpielówki, okularki na głowę, czepka przecież nie muszę i proszę o lekcję. Tylko z drugiej strony basenu, bo tu gdzie stoimy jest 3,80. Paweł odpowiada, że z drugiej strony jest 2,80, więc i tak kryje. A we mnie włącza się jakiś paniczny program, co będzie jak pokryje, zakryje na wieki, mokry horror, wilgotna trumna, płuca pełne tlenu, ale związanego śmiertelnie z wodorem. Wiecie, że Paweł K. ma pojemność płuc 11 litrów, 2-3 razy więcej niż zwykły człowiek.

Udaje mi się popływać trochę na skrajnym torze. O kraulu możemy zapomnieć, swojej życiówki (przepłynięte 10 metrów, serio) nie poprawię, ale skoro styl dowolny, to wybieram żabkę. Paweł stoi nade mną i pokazuje jak wodę zagarniać, a nie głaskać. Technika ruchu liczy się w każdym sporcie, mają sens też u nas rozważania na temat punktu lądowania - i lekki nacisk, żeby punkt ten przesuwać lekko do przodu, ale bez napinania.

Chyba znów wyciągnąłem dla siebie jakąś naukę, będę musiał sprawdzić się z córką 3klasistką.

A potem jedziemy znów do Spały, do ciężarowców. Polska robi się mała, docieramy dwie godziny przed czasem, więc zostawiam Bartka z laptopem (zauważyłem, że fotograf dużo więcej pracuje teraz z laptopem niż z aparatem), a sam idę pobiegać. W Spale, jak człowiek widzi tę fabrykę sportu ukrytą między drzewami, serce się wyrywa, jak w młodej piersi. Na głównym stadionie zamierzam pobiegać coś w tempie maratońskim. Niestety jest ono u mnie tak blisko interwałowego, a ja po ostatnim oddawaniu krwi jeszcze nie odbudowałem chyba hemoglobiny - że perspektywa biegu przez pół godziny po 4:00 jest dla mnie równie nierealna, jak wskoczenie na 3,80 na główkę.

Postanawiam zrobić dwa razy po 4 km w tempie okołomaratońskim. Za pierwszym razem wychodzi tempo 4:08, za drugim 4:06, dobrze, lubię, jak drugi odcinek jest szybszy. Nie mam pojęcia, jak dziesięć miesięcy temu pobiegłem dokładnie w takim tempie maraton. I nie wiem, jak pobiec go za dwa miesiące jeszcze szybciej.

W drodze powrotnej kolejny hot dog na stacji benzynowej. I zabawny eufemizm: karmnik deratyzacyjny. Brzmi pięknie i troskliwie, jak karmnik ze słoninką dla sikorek. A chodzi o trutkę na szczury.

k

PS. Mam do przeczytania książkę o bieganiu - "Jedz i biegaj" Scotta Jurka, tego słynnego amerykańskiego ultrasa. W pliku wordowskim, bo mnie wydawnictwo poprosiło o trzy zdania na okładkę. Ponieważ komputer jest w domu jeden, więc żeby nie toczyć bojów z Moją Sportową Żoną, kupiłem sobie czytnik, wreszcie był pretekst. Najbardziej wypasiony, mercedesa wśród czytników - kindle. I nie umiem. Nie umiem go rozgryźć. Nie wiem, jakie ma zaawansowane możliwości, bo na razie nie potrafię pokonać najprostszej - wrzucić pliku .doc, tak żeby było widoczny w kindle'u.

Do kindla z tym :-( Może nie jestem starym biegaczem, ale chyba jestem starym człowiekiem. Młodsi - pomożecie?

PS. II A w piątek w Gazecie Wyborczej ogłaszamy jesienną akcję maratońską. Jak zwykle z jakimś profilem. Młodsi tym razem nie za bardzo... Szczegóły w Gazecie a potem na PolskaBiega.pl

20:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (121) »
poniedziałek, 09 lipca 2012

Jedziemy z Bartkiem fotografem do Spały, do ośrodka przygotowań olimpijskich, przygotowuje się tam do olimpiady Piotr Małachowski, dyskobol polski. Rzuca dyskiem 50 razy, cięższym od startowego, 2,5-kilogramowym. Upał straszny, Małachowski bez koszulki, stoję obok z trenerem i pytam, czy ten brzuch, wielki, cięższy od startowego nie przeszkadza Małachowskiemu w rzutach. Trener, że nie, bo Małachowski ma ogień w nogach.

Na koniec treningu Małachowski ma zapisane trzy przebieżki po 40 metrów. Oczywiście się ścigamy. Małachowski dwa razy cięższy ode mnie, przypomnę. Ruszamy i zostaję w tyle, Małachowski wygrywa. Do kolejnej ja wydaję komendę startową, prowadzę do 20. metra i znów przegrywam. Trzecia, daję z siebie wszystko, ale wszystko kończy się na 30. metrze, znów przegrywam.

Naprawdę mnie to zaskoczyło.

Spała, miejsce przesiąknięte sportem i lasem. Nie wytrzymuję, kiedy Małachowski idzie pod prysznic, żeby usiąść do rozmowy w stanie świeżości, robię coś odwrotnego - idę na stadion zrobić piętnastominutową namiastkę sensownego treningu. Cztery raz czterysta, a na środku ćwiczą tyczkarze, prawdziwi sportowcy.

Wsiadamy w samochód i w Polskę jedziemy, wieczorem jesteśmy w Karpaczu, ruszamy pod górę, spać będziemy w Strzesze Akademickiej. Trener kadry bokserek urządził tam salę treningową, mówi się Stajenka Piotrowskiego. Dzień spędzam z Karoliną Michalczuk, która jedzie do Londynu z szansami i znów głównie biegamy, trochę się nawet ścigamy, ale korespondencyjnie. Rano dwa razy pętla Strzecha-Samotnia-Strzecha, ja robię szybszą w 9:37, Karolina ma życiówkę o minutę lepszą. Inna liga. Po południu robimy kros na Równię pod Śnieżka i nad stawem, powrót koło Pielgrzymów. Tu Michalczuk dokłada mi podobno kilkanaście minut.

Bieganie, ogień w nogach, wielki piec w płucach, to podstawa sportu. Trzymam za nich kciuki.  Bartek zrobił mi symboliczne zdjęcie z biegania z Karoliną. Ja na krótko i w czapce, bo upał. Karolina na długo i w czapce, bo robi wagę czyli nieustająco wypaca wszystko. W tle trener Piotrowski, przodem. Bokiem młode bokserki, nasze nadzieje na Rio, to z nimi zaraz będę biegł po Karkonoszach.



W sobotę odpocząłem od wszystkiego. W niedzielę pobiegałem sobie po Puszczy Kampinoskiej, bo Moja Sportowa Żona na studiach - znów została najlepszą studentką na roku , no może razem z Anką - a córka 3klasistka na kolonii tanecznej.

A dziś zaczynam drogę do mojego igrzyska, do jesiennego maratonu. Była siła biegowa bez podbiegów - marsz z wypadami, marsz dynamiczny, skipy A, B, C, wieloskok - dwuminutowa seria powtórzona sześć razy.

21:36, wojciech.staszewski
Link Komentarze (49) »
| < Styczeń 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 31  

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam