Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 05 lipca 2012

Sport jest jak bajka, niekończąca się opowieść, teatr emocji i popisy gladiatorów, boskie igrzyska. Póki trwało Euro bohaterami byli najpierw Szczęsny (przez 50 minut), Lewandowski, Błaszczykowski (przez tydzień), a potem Polska, Biało-Czerwoni, cała drużyna narodowa od Adamiaka Adama zaczynając. Flagi narodowe łopotały na samochodach z taką dumą, jakby były amerykańskie. Po raz pierwszy chyba od 1989 r. Polska mogła być tak dumna przed światem z tego, jaka jest.

Jeszcze Szpakowski nie skończył komentować finału, a już odezwał się polityk wieczny krytyk, że klęska, że wina Tuska, że na pohybel. Jak śpiewał Dezerter (z pamięci cytuję, sorry): narodowi katolicy wietrzący wszędzie spisku/ modlący się o klęskę, żeby ich było na wierzchu. Mam alergię na ten teatr, popisy polityków, niekończącą się demagogię.

Świat bez polityków nie mógłby istnieć, z anarchizmu wyrosłem parę dekad temu. Ale lepszy byłby świat, w którym politycy spokojnie by administrowali, spieraliby się w otoczeniu ekspertów o wydłużanie wieku emerytalnego, ulgi podatkowe, finansowanie służby zdrowia. A nie o samolot.

Ja z tego świata, który znów zaczął wylewać się z telewizora, kiedy zaczęły się transmisje, emigruję. Emigruję do świata sportu, przed nami olimpiada, a przede mną olimpijski temat do opisania. Dziś będę trenował w Spale rzut dyskiem z mistrzem, a wieczorem boks w schronisku Strzecha Akademicka z mistrzynią.

u

Uda mi się jeszcze chociaż przez kilka tygodni pobyć w świecie sportu, bo potem nie tylko olimpiada, ale i obóz biegowy w Rabce. A od przyszłego tygodnia zaczynam przygotowania pod maraton. Na razie zaczynam podbiegiwać. We wtorek z bankowcami zrobiliśmy - na zamówienie grupy - rozgrzewkę pod postacią minimeczu piłki nożnej, a potem podbiegi i zbiegi za piłką. Adam, który zwykle podbiega dużo wolniej niż może tak się rozochocił, że dopadał piłki pierwszy, a przez to trenował najefektywniej. W środę z ubezpieczeniowcami rytmy, biegaliśmy dwusetki lekko z górki w tempie poniżej 3:00 na kilometr. A na zdjęciu czworo ubezpieczeniowców na mecie niedzielnego biegu na 10 km w piekarniku. Kto rozpozna fińską mniejszość na blogu czyli Kwasnaali?

Dobrze się czuję. Czuję nowe połączenia neuronowe - zamiast między mięśniami i mózgiem, to między mięśniami i sercem, mięśniami i duszą. Neurony urojone, ale efekt prawdziwy. We wtorek wygrałem z Dzikim w ping ponga, pierwszy raz w tym roku.

Zadzwoniła wczoraj Marysieńka, znajoma, postać, znamy się ze sztafety Polska Biega, kiedy biegłem na południe kraju żenić się z Moją Sportową Żoną. Robi bieg ze sobą, tak się nazywa: Bieg z Marysieńką. W Pszczewie, 21 lipca. Nie przejadę się przez pół Polski, żeby przebiec się 10,5 kilometra, ale obiecałem Marysieńce napisać na blogu, bo wiem, że ma fajną energię. - Napisz jeszcze, że kobiety będą miały wyższe nagrody - rzuciła Marysieńka, bo zazwyczaj na biegach jest odwrotnie, a ona lubi być kontrowersyjna.

Powiem Wam, że podobny tekst olimpijski pisałem też osiem lat temu, też trenowałem z nadziejami medalowymi, pisałem o ich życiu i o sporcie. Miałem wtedy trudny czas, wychodziłem ze złej miłości toksycznej, miesiącami chodziłem ponury jak Jarosław Kaczyński na mównicy. Czy to te endorfiny, czy co innego - ale wróciłem z objazdu z zupełnie nową energią, inną perspektywą życiową, odmieniony. Pół roku później poznałem MSŻ.

Polityka może zmieniać świat. Może się zdarzyć, że na lepsze. Sport chyba prawie zawsze zmienia życie ludzi na lepsze.

00:04, wojciech.staszewski
Link Komentarze (65) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

Upał to nie jest przyjaciel biegacza. Wczoraj zrobiliśmy z Kamilem (d. Tokowy) półtorej godziny powoli po Bielanach, miało być po 5:00, ale wyszło o pół minuty wolniej na kilometrze, bo las zamienił się w piekarnik, a my w kurczaki. Podobny trening zrobił Podopieczny Bartek, ale inaczej - w tempie akuratnym, tylko zmartwił się tętnem, które zahaczało pazurem o drugi zakres.

Kto zrobił lepiej? Zadzwoniłem do Konrada Witka zwanego kiedyś w prehistorycznych czasach SBBP Deckiem, praktykującego fizjologa, żeby mieć pewność. Lepiej zrobił Podopieczny. Nie należy przejmować się w upały wyższym tętnem. Serce pracuje szybciej, bo krew się zagęszcza, serce musi ją szybciej pompować. Ale nie wpływa to na obciążenie mięśni - pracują one jak przy niższym tętnie, nie zakwaszają się w wyższym zakresie.

Natomiast myśmy z Kamilem (d. Tokowy) nie byli w stanie biec szybciej. Żeby trening nie poszedł w niedosyt, zrobiliśmy w Lasku Bielańskim, starym dobrym lasku, lasku jak z piosenki Penny Lane, gdzie każdy mostek, każda ławka mają swoją historię niestarzejących się emocji... więc w tym lasku koło stadionu Hutnika, nie ma już chyba Hutnika, a przynajmniej stadion szczezł, po Euro to już w ogóle nie stadion, nie boisko, nie klepisko... więc właśnie tam na pętelce krosowej, gdzie Dziki kiedyś zgubił okulary, a obok dostał po mordzie od żuli, mnie wtedy nie było, bo też bym dostał... więc właśnie tam zrobiliśmy z Kamilem (d. Tokowy) 20 minut krosu. Nie lubię tego środka treningowego, mało jest dla mnie konkretny, ale przynajmniej trening nabrał jakości.

W piątek rano oddałem krew, bo teraz jest czas. A wieczorem byłem na imprezie urodzinowej u pewnego biegacza, z połowa gości to byli biegacze. Spędziliśmy z Moją Sportową Żoną absolutnie niesportowo pół nocy i też było bardzo, bardzo gorąco.

W niedzielę pojechaliśmy z MSŻ do strefy kibica na przeżyj to sam, nie zamieniaj serca w twardy głaz, ostatni taniec. Dzięki Tomik, za zaproszenie do fajnej strefy. Wystrzeliły te błyskotki pod pałacem, nad pałacem, zamknęliśmy Euro.

W tym tygodniu zaczynam normalnie biegać, już się do biegania stęskniłem. Zacząłem od godzinki po 5:00 z biegającym mistrzem - bo szefem już nie jest, formalnie kolegą z działu, ale skoro ktoś był ci mistrzem zawodu, to nie przestaje. Mistrzem się nie bywa, mistrzem się jest. Spotkaliśmy trenującego wolno, chyba po 4:00, Mariusza Giżyńskiego.

Myślę o swoich przygotowaniach. Mam już pomysł, będzie coś na kształt długich wybiegań wg Greiffa, będą odcinki w tempie maratońskim na koniec. Trochę będzie samodzielnych treningów około 4:00, to już chyba Beztlen zalecał, Deck mnie upewnił w konieczności treningu w strefie specyficznej do przewidywanego wysiłku.

Jeszcze jedna rzecz do zamknięcia: dudkowa licytacja na rzecz akcji Dzikiego/Johnsona na domore. Kamil MnCh - gorące podziękowania za serce i za gest, z radością wysyłam Ci książkę - na adres z ankiety, tak? Podopieczny Bartek - skoro pojawił się na początku odcinka, to musi wypalić jak strzelba na koniec. Za serce i niebywały gest otrzymujesz nagrodę nadzwyczajną (prześlemy pocztą):

dudek

21:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (33) »
czwartek, 28 czerwca 2012

Dzisiaj pierwszy w tym tygodniu dzień bez tenisa stołowego. W poniedziałek grałem z Natalią Partyką, która jedzie na olimpiadę do Londynu. Piszę taki tekst przedolimpijski, będę trenował z olimpijczykami, na własnej skórze, poczuję emocje i zapach znicza. A ponieważ tenis stołowy to moja trzecia miłość po Mojej Sportowej Żonie i bieganiu - to nie mogło go w tym zestawie zabraknąć.

Od Natalii nauczyłem się przede wszystkim serwów. Wiedziałem, że serwuje się zazwyczaj z narożnika bekhendowego także z forehandu, ale kiedy robiłem to z Dzikim, zaraz dostawałem strzał na daleki forehand czyli tam, gdzie mnie nie było. Nie wiem, co zrobiła Natalia, ale teraz - wybiegając trochę w przyszłość do wtorku - potrafię zaserwować tak po to, żeby forehandem kontrolować większą część stołu. Czyli tak jak powinno być. A to był dopiero początek nauki.

- To bekhendem szybko też można? - zapytałem zdziwiony. A Natalia na to: - Wszystko można.

Podchodząc do stołu tenisowego (bo skoro jest tenis stołowy, to musi być też stół tenisowy) człowiek ma takie mocne przekonanie, że wszystko można. Godzina gry z Dzikim regularnie weryfikuje we mnie to przekonanie. We wtorek znów przegrałem, jedenasty mecz z kolei, co oznacza, że Dziki zdobył kolejny nasz wewnętrzny puchar, już trzeci.

Czwarty zaczynamy we wtorek. Tak to jest z miłością, choćbyś ją przeklął w rozpaczy, to będziesz zaraz błagać o wybaczenie.

W środę pograłem z podopiecznym Przemkiem. Podopiecznym w bieganiu, bo w tenisie stołowym jest świetnym przeciwnikiem. Kiedyś trenował, potem wiele lat nie grał. Boję się, że jak odzyska pamięć ruchową, to nie będę nadążał ze zbieraniem piłek, ale na razie jest nieźle. W środę było 1:4 w pierwszym meczu, 4:3 w drugim.

1Tenis stołowy na moim podwórku to taka dyscyplina, w której z kimkolwiek bym nie grał, to na koniec wygrywa Dziki. Tak jak Niemcy w piłkę. Zaraz zobaczymy, ja od czterech lat niezmiennie kibicuję Niemcom, ich orzełkowi, ich Polakom w składzie, naszym sąsiadom. Może to nie jest miłość, ale już im wybaczyłem Czterech Pancernych. Chociaż rozumiem, że mogą być ludzie tak pokiereszowani wojną, wojenną traumą pielęgnowaną w rodzinie - że nie wybaczą.

Dwa słowa o książkach. Bolkowi, biegaczowi, który z rzadka odzywa się z cichociemności opowiadałem o moim ojcu. Efekt jest na videoblogu. Dzięki, Bolek.

Finał mistrzostw w niedzielę. To będzie też finał naszej licytacji. Dudek wspiera Bieszczady i antyautystyczną akcję Dzikiego i Johnsona. Licytację zamykamy o 20:44:59 w niedzielę.

A bieganie? Z tą miłością mamy kryzys. 45 minut po 5:10, jakbym żadnego maratonu właśnie nie pobiegł. Może rzeczywiście nie pobiegłem, tylko przebiegłem koło tego biegu.

 

 

 

20:46, wojciech.staszewski
Link Komentarze (132) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

Cienkie nitki spaghetti z sosami pysznymi, jak z restauracji Antica na naszym Ursynowie wychodzą mi uszami. To będzie moje paliwo. Wystarczy mi go do dwudziestego piątego kilometra. Pierwszy maraton w Gałkowie - trasa piękna jak Moja Sportowa Żona, urocza, urokliwa - skończę z poczuciem klęski.

Zaczyna się dobrze. 6-7 osobowa czołówka wyrywa do przodu, a ja zabieram się z drugą grupką podobnej wielkości, nie wiem dokładnie ilu nas jest, bo biegnę na czele. Przede mną MSŻ na rowerze, która robi za naszego pilota, podpytuje wolontariuszy na krzyżówkach gdzie biec, bo czołówka z oficjalnym pilotem odjechała w zielony las.

Biegniemy na 2:55, tak jak w Łodzi, tam też zaczynałem na 2:55, a skończyło się wyrwanym z zegara 2:59. Na dziesiątym kilometrze patrzę, że grupka nam się skurczyła do czterech osób, odpadł Bogdan B., z którym wygrałem tydzień wcześniej na Siekierkach. Czuję się dobrze niesiony pychą parametrów treningowych, tym niesamowitym tempem z I zakresu - 4:30. Teraz biegniemy po ok. 4:07-4:10.

I nagle sekundy zamieniają się w metry, zaczynam zostawać za grupką, puszczam ich. Nie ma dramatu, biegnę po jakieś 4:20, ale wiem, że muszę zwolnić.

Przegania mnie Dominika S., zaraz za nią Bogdan B., dobiega Renata K. Dyszy tak strasznie, że zaczynam się czuć jak siostra miłosierdzia, kiedy czekam na nią pozwalając się dogonić, żebyśmy mogli biec razem. Pycha rośnie karmiąc się ciągle tamtym parametrem i jeszcze mi wyjdzie uszami.

Na półmetek dobiegamy z Renatą w 1:29:55. Idealnie na złamanie trzech godzin, gdybyśmy potrafili utrzymać. Renata prawie potrafi, a ja prawie się z nią utrzymuję. Odjeżdża do przodu i zostaję po środku mazurskiej puszczy sam na sam z MSŻ. Tempo spada do 5:00, ktoś mnie wyprzedza, spada do 5:15, znów jakiś biegacz depcze mi ego, a tempo spada momentami do 5:30.

Nie wiem, co się dzieje. Można to tłumaczyć różnymi przyczynkami - jeden przyczynek, że rano nie zjadłem fury kanapek tylko jakieś sałatki warzywne, drugi, że za ciepło, trzeci, że morena czołowa, więc jest pod górę i w dół. Ale prócz przyczynków jest chyba jedna duża przyczyna - pycha, która kazała mi mierzyć w miejsce w pierwszej dziesiątce, biec na więcej niż mnie teraz stać, a na co mnie stać pokazała dycha tydzień temu. Nie na pokonanie Bogdana B. o dwie sekundy - to było to, co zdołałem osiągnąć. To na co mnie stać, co mam jak w banku według moich przeliczników, to maraton w 3:05. A jeśli spróbuję zacząć na wynik o 10 minut lepszy, to wyjdzie o 10 minut gorzej.

Przebiegamy nad Krutynią, raz w Iznocie, za chwilę w Nowym Moście. Płynąłem tu kiedyś kajakiem. Ale tam jest ładnie. Ścigać się w takim miejscu to przyjemność. Prawie.

MSŻ na zmianę coś mi opowiada, ale dziś już nie pamiętam co i pyta jak się czuję. Słabo, Kinia. Chcesz wody? Nie. Banana? Daj pół. Najprostsze słowa, bo "dziękuję" albo "poproszę" na trzydziestym piątym kilometrze nie obowiązuje. Zjadam drugi żel i przyspieszam znów do tempa 4:58. Jak nędzne radości sobie dostarczam, chciałem biec raczej o minutę szybciej.

Udaje mi się wyprzedzić jednego z biegaczy, którzy wcześniej mnie wyprzedzili. I to jedyny moment, kiedy wyprzedzam w tym biegu. Docieram w 3:11, ale trasa jest o kilometr krótsza, tak twierdzi Michał D., który trasę na zlecenie organizatorów oznaczał. Na moim garminie brakowało 800 m. Spodziewam się, że realny wynik z pełnego maratonu to okolice 3:15-3:16. To jest tempo wolniejsze niż mój obecny pierwszy zakres. Co się stało? Jestem ponury, nie rozmawiam z nikim, siadam i czekam aż przybiegnie Dziki.

Robimy sobie potem z MSŻ pokazowe rozciąganie. Bo po biegu człowiek się powinien rozciągać nawet na Mazurach. Najpierw czworogłowy uda.

1

To też jest rozciąganie, a nie kama sutra. MSŻ rozciąga sobie przywodziciele, a mi dwugłowy uda.

1

Łydka, wariant fitnessowy - czyli kiedy nie ma drzewa w pobliżu.

1

A na koniec od Beaty Sadowskiej, maratonki, która pełni tu rolę zaprzyjaźnionego z organizatorami VIP-a dostaję pucharek za pierwsze miejsce wśród dziennikarzy. Bo Marcina R. ścięło jeszcze bardziej niż mnie.

1

Po południu siedząc na molo w wiosce Krutyń i mocząc nogi w zimnej Krutyni - dało mi to chyba tyle samo ulgi, co rozciąganie - myślałem już co dalej. Bo Krutynia naprzód płynie. Więc najpierw będzie regeneracja. Jak mi się uda znaleźć czas w tym tygodniu, to jeszcze oddam krew. Zdrowy przecież jestem, ciśnienie po pigułkach 115/75. Lekkie bieganie, może nie roztrenowanie, ale naprawdę lżejszy tydzień. Od lipca zaczynam siłę przygotowywać do jesieni. Utrzymuję regułę przepisowego tempa na długich wybieganiach, bo to dało mi dobrą wytrzymałość teoretyczną. Żeby przełożyło się to na praktykę, zajmę się bardziej rozwijaniem VO2max, już w lipcu dołożę trochę interwałów. Dodam chyba też trochę biegów ciągłych, żeby zaskoczyć organizm nowymi bodźcami.

Na początku września kontrolny start na dychę i bardzo treningowo potraktowany maraton na Festiwalu Biegowym w Krynicy. Gdybym zaczął się napinać, które to miejsce chciałbym tam zająć, postukajcie palcami w monitor, tak, żebym to pukanie usłyszał. A potem atak na życiówkę w maratonie - i nie biegnę w upale, choćbym miał do grudnia przekładać główny start.

00:05, wojciech.staszewski
Link Komentarze (53) »
czwartek, 21 czerwca 2012

Jestem chory. Wisiało to nade mną od kilku lat, w końcu to nie przypadek, że mnie parę razy odsyłali z punktów honorowego krwiodawstwa. Ale trzymałem się myśli, że to wartości graniczne, że można nic nie robić, biegać sobie, ruszać się i będzie dobrze. Tylko na początku maja zrobiło się całkiem niedobrze, kosmiczny ból głowy (zresztą chyba migrenowy, z innej beczki) zmusił mnie do sięgnięcia po ciśnieniomierz. Wyszło coś koło 160 na 110, a następnego dnia 170 na 115.

Poddałem się. Nie mogę się już dłużej oszukiwać, że nie mam nadciśnienia. Mam. I mam do tego dziedziczne predyspozycje, mama osiągała w tej dziedzinie Himalaje i w wieku 50 lat umarła na zawał, ojciec jest po serii mikroudarów i na lekach.

Uległem Mojej Sportowej Żonie, która od paru lat z mniejszym lub większym ciśnieniem wysyłała mnie do kardiologa. Żeby lekarz nie zaczął od XIX-wiecznego zakazu ruchu poszedłem do Centralnego Ośrodka Medycyny Sportowej, do profesora, z którym parę lat temu robiłem wywiad o wpływie sportu na serce. Profesor pokiwał głową i wysłał na badania.

To było miesiąc temu - i muszę Wam powiedzieć, że miałem wtedy trzydniowy zjazd. Tylu ludzi ma nadwagę, pali, pije, nie rusza się - i nic. A ja, chodzący katalog prozdrowotnych zachowań, jestem chory.

Co z treningami? Co ze startami? Powinienem ograniczyć siłę biegową, przy której ciśnienie idzie do góry jak cholera? Startować na pół gwizdka? Nie wolno będzie pójść na siłownię, gdyby mi kiedyś przyszła ochota? Dlaczego? Dlaczego ja?

- Nie ma co się obrażać na chorobę. Trzeba ustawić leki i żyć dalej - powiedział mi profesor. Ale potrzebowałem trzech dni, żeby tę teoretyczną mądrość wprowadzić do swojego życia. Zacząłem o tym rozmawiać ze znajomymi biegaczami, bo większość moich znajomych to biegacze. I okazało się, że ktoś też bierze pigułki, jeden, drugi. Nie mówią: jestem chory, tylko biorę pigułki.

Więc od jutra zmieniam swój status, jak to się mówi na Fejsbuku - z "jestem chory" na "biorę pigułki". Dziś byłem u profesora z wynikami badań, mam przepisane lekarstwo, takie samo, jak bierze mój ojciec, tylko zdaje się, że mniejsza dawka. Jutro rano pierwsza pigułka.

Zadałem profesorowi te wszystkie pytania - o bieganie, o każdy rodzaj treningu. Mogę wszystko. Kiedy pigułki wyrównają mi ciśnienie, będę mógł robić wszystko to, co zdrowi ludzie. Rozochocony spytałem, czy będę dzięki pigułkom szybciej biegał, ale profesor tylko z rozbawieniem pokiwał głową.

Więc po pierwsze w sobotę wystartuję w Maratonie Mazury. Boję się, żeby nie było jak z Polską reprezentacją, która grała jak nigdy, a skończyła, jak zawsze - ale formę mam naprawdę jak nigdy. Dziś ostatni rozruch przed startem, 5 km w pierwszym zakresie, z tętnem średnim 147. Wiecie jakie wyszło tempo średnie? 4:40, a z korektą na błędy pulsometru powiedziałbym nawet 4:38. To jest tempo na 3 h 15 min. w maratonie. A maraton pobiegnę z tętnem o 20 oczek wyższym. W jakim tempie? Zobaczymy na ile pogoda pozwoli.

Spytałem jeszcze profesora, co by było gdybym nie biegał? Czy już bym nie żył? To może wiedzieć tylko Pan Bóg, jeśli jest. Ale według profesora ważyłbym 15-20 kilo więcej i ciśnienie miałbym o kolejne 15-20 kresek wyższe. Piszę to na wszelki wypadek, żeby Wam żaden laik nie wmawiał, że bieganie szkodzi, bo taki np. Staszewski ma NT. Nadciśnienie tętnicze, tak to się określa na skierowaniach i w diagnozach.

Życie biegnie dalej.

a

A teraz zapowiadane Wydarzenie rodem z Krakowa. Byłem w środę na wyczekiwanym wywiadzie z Jurkiem Dudkiem. Świetny facet, kiedyś poprowadzi polską reprezentację do sukcesów, pamiętajcie, że w 2012 roku to napisałem.

Dudek w swojej starej książce pisał, że stara się pomagać różnym fundacjom. Więc poprosiłem go o dedykację na nowej książce dla darczyńcy akcji "Przebiegniemy Bieszczady dla osób z autyzmem". Książka "Pod presją" trafi do osoby, która zadeklaruje najwyższą wpłatę na rzecz akcji licząc od teraz do rozpoczęcia finałowego meczu Euro 2012 (liczy się godzina zapisania deklaracji przed 20:45 w dniu 1 lipca) - i zostanie wysłana po dokonaniu wpłaty na konto domore.

Mam nadzieję, że wszystko jasne. Deklaracje składamy publicznie w komentarzach pod blogiem.

Czas start.

Ciekaw jestem, czy jest nas tu więcej nadciśnieniowców.

 

20:30, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
poniedziałek, 18 czerwca 2012

Sportowa sobota. Jak się kończyła - każdy wie. Zacząłem ją w przyjemnych sportowych okolicznościach.

Najpierw wieczór, niedobry wieczór. Wyjeżdżamy z Ursynowa do strefy kibica, przeżyć to o własnych gardłach, własnymi uniesionymi do góry rękami i sercami, co też się unoszą do góry w wielkim balonie z napisem Polska Biało-Czerwoni. I nikt mi tego nie zabierze, żadna reprezentacja niemocy.

Nie wiem, skąd ta niemoc. Nie będę się wymądrzał, kto jest winien - jedenastu piłkarzy, jeden Smuda, drugi Lato, czy wszystkie leśne dziadki. Czy po prostu fakt, że naszym sportem narodowym nie jest futbol - ale klęski, nieudane powstania, rozbiory Polski, katastrofy lotnicze, a jeśli już zwycięstwa, to tylko moralne.

1

Tak wyglądamy przed strefą kibica. Jagna, Biuti, dzięki za telefoniczne próby kontaktu, ale kto był ten wie, że znalezienie się na miejscu nie było możliwe.

Tłum jest stutysięczny, a nawet 165-tysięczny, jak policzy Ratusz. Jest jak na Woodstock, jest jak na Papieżu, jest jak w niebie. Tylu ludzi, którzy są dumni z Polski - w jednym miejscu, na raz, nie przeciwko komuś, bo przecież nie ma żadnego głupiego kibolstwa, Czechów lubimy, szanujemy i chcemy z nimi wygrać. Polska, ojczyzna. Przedszkolaki się powinno w takie miejsce przyprowadzać zamiast dawać im do nauczania dziewiętnastowieczne wierszyki.

Pękam z dumy, aż balon pęka. Wracamy z kacem, wagon metra pełen takich jak my - obrandowanych Polską, przygaszonych smutkiem. Nikt nie śpiewa, że nic się nie stało, bo się stało. Jeden gość, który nadużył, wyśpiewuje tylko "Polacy, jest jak zwykle".

Ale rano jest inaczej. Polska wygrała. Nie wiem, jak Wy to czujecie, ale zobaczyłem, że bal trwa. Nie tańczymy na parkiecie, ale jesteśmy ciągle gospodarzami. Wygrywamy zdaje się w opinii gości z Ukrainą, wygrywamy w ich oczach z wizerunkiem Polski przaśnej, zacofanej i kokoko.

Nie zdejmuję flagi biało-czerwonej z samochodu. Jestem dumny z Polski, chociaż nie z polskiej reprezentacji piłkarskiej.

Na zdjęciu pierwszy od lewej stoi Przemek. Rano pojechaliśmy razem na Siekierki, wystartować na dychę. Temperatura coś pod trzydzieści stopni, to nie jest pogoda dla biegaczy, ale tego nie zmienisz, tak jak wyniku z Czechami. Więc startujemy.

Mój plan - złamać 38 minut, bo to wg moich przeliczników przepustka do łamania trójki. Są odstępstwa, jak półtora roku temu pobiegłem 2:49 w maratonie, ledwo to 38 minut złamałem, ale wtedy miałem wytrenowaną mega wytrzymałość.

Zakładam sobie pulsometr, na pierwszym kilometrze tempo 3:45, tętno 166. Niestety na drugim tętno rośnie, tempo spada. Ale nieznacznie, mówię Przemkowi cześć i wyprzedzam ludzi, wyprzedzam. Przede mną Jacek G., rywal z kategorii wiekowej, którego pokonałem chyba tylko raz w życiu, ale sobie tego nie wyrzucam, bo on kiedyś biegał tak, jak grają Niemcy, dychę w 32 minuty. Wyprzedzam go, ale jeszcze przez dobre dwa kilometry słyszę jego tupot.

Patrzę do przodu, tam Bogdan B., drużynowy mistrz świata w maratonie w kategorii wiekowej wyższej od mojej, trójkołamacz, za tydzień biegniemy razem w Maratonie Mazury. Gonię, gonię i wyprzedzam. Tempo mam już 179, a tempo około 3:55 na kilometr. Wyprzedza mnie ktoś z tyłu, ale to nie mój rywal, znów ktoś, a kilometr przed metą wyskakuje ktoś jak Łukasz Podolski w pole karne przy pierwszym golu z Danią, prawie sprintem. Jacek G., potem powie pół żartem, że go zmobilizowałem, a ja będę pół żartem żałował, że nie wziąłem koszulki bez napisu Kancelaria Sportowa Staszewscy.

1

Finiszuję 12 sekund za Jackiem. Ale na ostatniej prostej już się nie daję, Bogdan B. kończy 2 sekundy za mną. Na zdjęciu od lewej tak jak było na mecie - Jacek, ja i Bogdan.

Wynik - 38:54 - się mniej liczy, bo w upale wszyscy biegną słabiej niż w normalnych warunkach. Miejsce mam zaskakująco dobre, piętnasty to ja w tych biegach dawno nie byłem. Walka z Jackiem jest trochę jak remis z Rosją. Wygranie z Bogdanem, to jak minimalne zwycięstwo z Czechami.

Jest dobrze. Jadę na Mazury z nadzieją na lepszy wynik niż osiągnęła reprezentacja. Zdaje się, że wieczorem przed maratonem Niemcy grają z Grekami. Całym sercem pod flagą biało-czerwoną kibicuję teraz sąsiadom, a dylemat Czechy czy Niemcy chciałbym mieć dopiero w finale, chociaż nie wiem czy to możliwe.

00:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (56) »
czwartek, 14 czerwca 2012

"My byliśmy bardziej maratończykami". Tak mi powiedział wczoraj człowiek, który zatrzymał Peru. Zbigniew Boniek. Młodsi: google, chociaż i tak to Wam wszystkiego nie powie.

Boniek mi tłumaczył, że oni biegali więcej, ale wolniej, bo drużyny były bardziej rozciągnięte. Teraz stoją w środku pola, trzeba robić kilkunastometrowe sprinty, trudniej to podobno wytrenować, więc naszym wytrzymałość siada. No chyba że grają z Rosją, wtedy w końcówce dostają husarii i cudu nad Wisłą.

Kupiłem przed wywiadem piłkę w miniaturce i poprosiłem na koniec o autograf.

1

Wywiad ma być w sobotniej gazecie. Zobaczymy, jaki mi dadzą tytuł. Ja dałem "Przemecz", bo Boniek mówi, że Lewandowski rozegrał z Rosją nie mecz, a przemecz. Że walczył jak samotny biały żagiel, jak błędny rycerz, prowadził osobną bitwę z całą Rosją.

Przed Bońkiem pobiegałem godzinę w tempie około 5:00. Fajnie się w nim teraz czuję, za to interwały mnie przerastają. We wtorek przed rytualnym ping pongiem (przegrana 1:4, ja byłem Czechami, a Dziki Rosją) zrobiłem trzy razy 1,5 km nad Wisłą, pobiegłem sobie przy tym pod stadion, żeby otrzeć się o mistrzostwa. Tempa ok. 3:40-3:45. Takie same, jak dzisiaj miał na pięciominutówkach Podopieczny Bartek, który rano przesłał mi radosnego esemesa. Czuję jego oddech.

Wtorkowy trening z bankowcami odwołaliśmy, bo jednak przed meczem i w trakcie przedmeczu to nie miało sensu. Przełożyliśmy go na przed maratonem, wtedy się bardziej przyda.

Właściwie wszystko można by teraz przełożyć na jesień. Posiedzenia Sejmu, konferencje prezesa Kaczyńskiego, Wimbledon, akcję Szkoła z Klasą, akcję Polska Biega, mistrzostwa Wrocławia w chodzie sportowym i wszystkie maratony poza mazurskim.

1

W sobotę idziemy z Moją Sportową Żoną do strefy kibica przeżyć Euro gromadnie, stadnie, atawistycznie.Dołączycie? Serio, może ktoś chciałby się z nami wybrać z Ursynowa i pokrzyczeć dla Polski. Albo umówić się pod strefą w centrum. Skontaktujcie się na mail albo telefon - przez stronę Kancelarii. Będzie nam miło oglądać piłkarzy w gronie polskobiegaczy.

A na koniec Jaromir Nohavica z Czeskiego Cieszyna o futbolu.

 

21:32, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 11 czerwca 2012

W sobotę nie mówiłem po tym, jak w piątek namiot kibica w Piszu oszalał tak, że moglibyśmy stawać do konkursu z Tomaszem Zimochem. Jest coś w tym teatrze piłkarskim, pewna długodystansowość emocji. Żaden z kilkudziesięciu rzuconych koszy albo punktów zdobytych w siatkówce nie podnieci człowieka w taki sposób, jak jedna wyczekiwana bramka. Zwłaszcza jeśli czeka się na tę bramkę od pięciu lat. I że ona jednak pada.

Te zwroty akcji, czerwona kartka, bramka, czerwona kartka, karny, obrona... To coś takiego, jakby reguły maratonu przewidywały trzęsienie ziemi co kwadrans, po którym zawodnicy biegnący z Maratonu do Aten znajdowali się niespodziewanie w Sparcie, Termopilach albo na Akropolu.

Przeżywałem to jeszcze w sobotę rano, chociaż nie mówiłem. Tylko słuchałem w radiu na empetrójce. Kiedy nasza ekipa jeszcze odsypiała świętowanie - bo świętowaliśmy potem po polsku, szeroko, z wódką, z piwem, tylko bez śpiewu - ruszyłem z Nowych Gutów na północ, nad Śniardwami, potem w las za Okartowem do wioski Zastrużne, powrót przez Cierzpięty i Górę dookoła jeziora Tyrkło. 35 kilometrów, trzy godziny i dziewięć minut. Trochę mi zabrakło do tempa 5:00, wyszło ostatecznie 5:24, ale nie narzekam, na tyle mi starczyło koncentracji i siły w odwonionym przecież lekko organizmie.

Taki bieg może wyczyścić w człowieku całą spiżarnię. Przez pół dnia byłem ponury i mało odzywający się. Owszem - pograłem w siatkówkę z ekipą, bo nad Śniardwami jest piaskowe boisko z siatką. Pojechaliśmy po południu na kajaki na Krutynię tak ładnie, tak dziko, że żałuję, że zdjęć nie porobiłem. Ale trauma po Wadągu powoduje, że na wodzie wszystko co mam chowam w kajakarski foliowy woreczek.

Moja Sportowa Żona popływała na desce, chociaż żałowała, że wiatru nie ma i wychodziło trochę, jakby sobie pojechać w Alpy na narty, ale z powodu zagrożenia lawinowego wpuszczaliby tylko na oślą łączkę. MSŻ realizowała się za to jako instruktorka windsurfingu dla Sabiny, jej córki oraz córki 3klasistki. Niektórzy ludzie mają talent do sportu, pojmują sporty w lot. Inni muszą umiejętności wytupać, wybiegać. Nic na skróty.

Po wiosennych niepowodzeniach coraz bliższy jestem takiej myśli: nic na skróty. Jeden mocny akcent w tygodniu. I dużo, dużo tupania.

To nie jest recepta. To jest zmiana bodźca treningowego, jakiej - czuję to - w tej chwili potrzebuję. Za dwa tygodnie wracam na Mazury - na maraton.

A teraz... już się zaczął mecz.

 

18:13, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
czwartek, 07 czerwca 2012

Mistrzostwa pojutrze. Rzeźnik też. Pierwsze będę oglądał, a o drugim myślał na Mazurach.

Mazury były z mamą. Raz pojechaliśmy, ale pamiętam jezioro w Mrągowie i małe rybki przy drewnianej łodzi. Łodzie były wtedy drewniane, jak w piosence Kelusa.

Z ojcem były góry, to wiecie. W górach była piłka. Piłka to wtedy było coś. Dostałem do kopania piłkę do siatkówki, bo piłki do nogi nie udało się rodzicom dostać. Nie dociera to już do mnie, jak to możliwe, że się nie udało dostać, zamazał mi te peerelowskie puste półki obraz supermarketów wypełnionych teraz po sufit biało-czerwonymi piłkami po dwa pięćdziesiąt.

1

O piłce pierwszy raz usłyszałem w górach. Schodziliśmy z ojcem z Suchej Doliny do Kosarzysk koło Piwnicznej i ktoś powiedział po drodze, że przegraliśmy z NRF-em. To był 1974 rok, mistrzostwa świata i trzecie miejsce. Wtedy piłka to był Deyna w telewizji, Lubański na podwórku, a nie kibole i zatrzymania przez CBŚ.

W Bieszczadach byliśmy pięć lat później. Pamiętam, że na Połoninie Wetlińskiej strasznie wiało. Że kamienie na Krzemieniu wystające z ziemi pod kątem 45 stopni dały mi większe pojęcie o geologii niż lekcje geografii z panią Krosnowską w liceum. Chciałbym znów pójść na Tarnicę, 1346 m, pamiętam ten czubek jakby doklejony do wielkiej góry. Ale nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, pewnie na Tarnicę prędzej wbiegnę kiedyś na Rzeźniku niż znów wejdę.

Mam do Rzeźnika respekt. Wiem, że słabo biegam po górach, ale boję się nie słabego wyniku, tylko tego, że góry by mnie pokonały. Zweryfikowały plany, które na płaskim starcie są jednak w dużym stopniu przewidywalne. Spróbuję ten lęk nadgryźć we wrześniowym treningowym maratonie podczas Festiwalu Biegowego w Krynicy, pewnie też płasko nie będzie. Ale na Bieg 7 Dolin, śladem Johnsona się nie poważę pewnie nigdy.

Dziki biegnie w Rzeźniku (na rzecz walki z autyzmem, czy ktoś mógłby wkleić link pod blogiem, bo już dziś nie zdążę?). Z Dzikim w piłkę nie graliśmy, może zdarzyło się z raz albo dwa na łączonym wuefie w liceum, ale tak, żeby razem umówić się na granie, to się nie zdarzyło. Za to chodziliśmy po górach, najwięcej po Beskidzie Żywieckim.

W Beskidzie Żywieckim byliśmy z ojcem, kiedy Polska w MŚ w 1982 r. znów zdobyła trzecie miejsce na świecie. Plecie mi się we wspomnieniach ta piłka z górami, stare przyjaźnie i stary ojciec. Wszystko zszyte bieganiem.

Żyję teraz tą narodową sprawą, doczepiłem dziś chorągiewki do samochodu, biało czerwone. Nawiasem mówiąc może powinni zrobić takie chorągiewki z napisem "Nic się nie stało". Albo od razu białe.

Sorry, taki żarcik jak z kabaretu. A naprawdę chcę wierzyć, że jest powrót do tamtych triumfalnych emocji. Może nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki, ale może da się po raz trzeci wedrzeć wyżej niż kibice mogli się spodziewać.

We wtorek na treningu z bankowcami i w środę z ubezpieczeniowcami w przerwie między odcinkami biegowymi robiliśmy deskę. Znacie? Opierasz się na przedramionach, pozycja jak do pompki. I nic. Wytrzymaj ile się da. Założyliśmy maks 2 minuty.

Ustaliłem takie wróżby (ale mówiłem o nich pod koniec ćwiczenia). Ile osób z 16-osobowej grupy bankowców wytrzyma 2 minuty, tyle bramek Polska strzeli w grupie. Wyszło pięć. A wczoraj w piątkę z ubezpieczeniowcami wróżyliśmy liczbę bramek w pierwszym meczu. Wyszły dwie. Reszta w nogach piłkarzy.

Będę to oglądał z Mazur. Jedziemy z biegaczką Sabiną, która wzięła z domu buty do biegania. Wojtkiem, który pewnie będzie chciał przejechać się nad Śniardwami na rowerze. Dominiką, która zobaczymy. A Moja Sportowa Żona już się szykuje na deskę, surfingową.

Można by zrobić wróżbę, że przez tyle minut, prze ile MSŻ nie wpadnie do wody, Polska nie straci bramki.

00:07, wojciech.staszewski
Link Komentarze (83) »
poniedziałek, 04 czerwca 2012

Bieg Ursynowa - miłe zaskoczenie. Ale chcę Wam opowiedzieć o niedzieli, bo czegoś takiego dawno nie przeżyłem. A może nigdy, może to zostało mi dane wyjątkowo. Bardziej wyjątkowo niż maraton albo dobra piątka.

Pobiegłem tę piątkę na czwórkę. Zdaje się, że na brązowy medal. Życiówkę mam wywalczoną zębami jesienią na Siekierkach - 17:51. Wiceżyciówkę też stamtąd 18:09 albo 18:10. A teraz było 18:11.

Z niczego, nie zrobiłem żadnych interwałów w ostatnim tygodniu, tylko trochę siły biegowej i długich wybiegań pod Maraton Mazury. Poprzedni mój szybki trening to był nieudany Ekiden w poprzednią niedzielę.

To dało mi po buddyjsku do myślenia. O tym, żeby trenować ze spokojem w sercu. Żeby iść swoją drogą. Że jeśli robi się dobrze, to przy okazji wszystko się dobrze układa.

Podopieczni wrócili z obwarzankiem życiówek. Piotr (na blogu ok123) atakował 25, a pobiegł w 22. Krzysztof, który na bieg przyjechał prosto z sali operacyjnej (gdzie operował) atakował 25 i złamał o 15 s. Tomik 21:45, 11 sekund przed nim Zbyszek, a prawie minutę przed Zbyszkiem jego syn Kuba, wszyscy podopieczni. Zbyszek z Kubą zostali fajnie uwiecznieni w filmie z imprezy na MaratonyPolskie.pl.

1

A sam film z MaratonyPolskie.pl świetny. Pokazuje atmosferę, walkę Henryka Szosta (wyrównał życiówkę 13:58) z rywalami, nas, amatorów .

Z tego biegowego rytmu wytrąciła mnie niedziela. Kończę długie wybieganie po okolicy, dobiegam na własne podwórko, ktoś mnie klepie po ramieniu. Córka 3klasistka. Czeka na mnie na dworze, bo nie ma kluczy. Problem tylko, że ja też nie mam kluczy. Klucze ma tylko Moja Sportowa Żona - na drugim końcu miasta, siedzi na uczelni, zajęcia ma czasem do 17, a czasem do 20.

Więc jest 13:30, a my bez kluczy stoimy jak dwa słupki i nie wiemy co robić. Nie mamy pieniędzy, nie mamy telefonu, nie mamy kluczyków do samochodu. Nie mamy niczego.

Najpierw załamka. Potem działanie. Idziemy do sąsiadki, dzwonimy z jej komórki do MSŻ. Oczywiście MSŻ nie odbiera, pisze kolokwium, jak się później okaże.

Idziemy na plac zabaw. I nagle: Alleluja, szczęście z nieba. Córka 3klasistka znajduje w kieszeni 3 zł 11 groszy, resztę z loda, której mi zapomniała oddać. W jednej chwili zamieniamy się w paniska. Możemy iść do osiedlowego sklepu i kupić sobie obiad.

Wybieramy rozważnie, starannie. Nie tak jak zwykle, że się idzie i wrzuca do koszyka z grubsza to, na co człowiek ma ochotę. Nie, nie. Kajzerka 35 groszy, rogal maślany 1,40. Więc mamy jeszcze prawie półtorej złotówki. Kupić picie? Nie trzeba, w moim bidoniku z biegania jest jeszcze 125 mililitrów wody. To co? Banan na spółkę. Ważymy go zaśmiewając się przy tym, jak dzieci, bo nagle robimy się strasznie weseli, nagle mamy tylko siebie, ojciec z córką, a półki pełne kuszących, kolorowych dóbr nas nie dotyczą. Żadnych roszczeń, obrażań się, walk partyzanckich o chipsy, lizaki. Mamy skarb, banana za 1,25.

Zostaje nam jeszcze 11 groszy reszty. Znów pękamy ze śmiechu.

Włóczymy się po osiedlu, córka 3klasistka się do mnie przytula jak psiak. Przypomina mi się klimat takiego filmu z Willem Smithem, przy którym każdy Kowalski musi płakać kilka razy, bo ja płakałem - "W pogoni za szczęściem". Nie znacie, to obejrzyjcie, podobno na faktach, Smith z dzieciakiem bieduje po noclegowniach i walczy o pracę maklera.

Wiem, że to nie to samo, że moje ubóstwo skończy się za kilka godzin, kiedy wróci MSŻ, odzyskam dostęp do kluczy, kluczyków, kart, komórek - ciekawe, że wszystkie rzeczy, bez których "nie da się żyć", są na "k", nawet car. Wiem, że to nie to samo, ale tym bardziej mocno to przeżywam, bo to doświadczenie jest mi dane tylko na te kilka godzin.

Najpierw się trochę złoszczę, że mam w domu pracę na komputerze, muszę pojechać do ojca, załatwiać, załatwiać - a zamiast tego lumpuję na osiedlu. A po godzinie widzę, że wreszcie odpoczywam, po raz pierwszy nie wiadomo od kiedy. Bo nawet, gdybym nie miał niczego do roboty, to usiadłbym pewnie przez portalem, telewizorem albo z książką w ręku. A teraz naprawdę nie mam niczego, tylko córkę i 11 groszy reszty.

Idziemy do galerii, do Euro, oglądamy laptopy, telewizory, empetrójki. Nawet miksery stają się zajmujące. Śmiejemy się z sokowirówki, że taka pękata, zachwycamy gofrownicą do prawdziwych gofrów i jak dzieci wpatrujemy się przez magiczne okulary w trójwymiarowe telewizory.

MSŻ wraca po trzech godzinach. Tyle co biegnę maraton. Te trzy godziny chyba bardziej zapamiętam. Na maratonie człowiek zwykle ma na ręku stoper. Tu nie mieliśmy naprawdę niczego, poza sobą.

21:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (34) »
| < Listopad 2014 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam