Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 23 sierpnia 2012

1

Miała być taka ładna fotorelacja - córka 3klasistka biegająca po Łebskiej Górze (pewnie znów pomyliłem nazwę, tak jak z książką Dukaja i numerkiem autostrady, ale trudno, mapę mam na dole w samochodzie i nie zejdę), Moja Sportowa Żona rozciągająca się na tle sąsiedniej wydmy, potem obie na surfingu na Jeziorze Sarbskim bodajże. Ale system zassał tylko jedno zdjęcie, jak ja biegam po wydmie.

Fotkę zrobiliśmy we wtorek, bo rano system nie zassał słońca, więc wybraliśmy się na rodzinną wyprawę do Słowińskiego Parku Narodowego. Podjeżdża się pod Jezioro Łebskie bodajże, kupuje bilet do parku, potem wypożycza rower, oczywiście obowiązku nie ma, można iść na nogach albo podjechać meleksem i jedzie się z siedem kilometrów do innego świata, jak z Innych Pieśni.

We wtorek może jeszcze był to świat jak z bajki, ale kiedy pobiegłem tam w środę rano - długie wybieganie, półmaraton w 2:15 częściowo po plaży - z Innymi Pieśniami na uszach, to czułem się, jakbym zbliżał się do Skrzywienia. Wiatr oszalał. Czym bliżej byłem wydm, tym bardzie napierał, prosto w twarz, jak bałwan z morza, jak potępieniec z piasku. Po plaży wirowała mgła z piaskowych drobinek, a rozpędzone powietrze wyjąc mi prosto do ucha próbowało zagłuszyć tekst. Jakby wrogi strategos pod anthosem Neptuna sprzysiągł się przeciw Dukajowi i robił wszystko, żebym nie mógł słuchać książki.

Pięć minut przed wydmami rzeczywiście się poddałem i zapauzowałęm empetrójkę. Podbiegłem na Górę, zasysając ten widok w siebie, nie widziałem jeszcze nad morzem tak ładnego miejsca. A potem odwrót na wschód, z wiatrem w plecy, z w miarę satysfakcjonującym tempem rzędu 5:30 na kilometr i z Dukajem znów na uszach.

Wakacje nad morzem zawsze były dla mnie walką o przetrwanie. O przetrwanie nieprzebranej toni wiecznej nudy. Bieganie po plaży, a potem fala za falą nuda, nuda, nuda. Teraz jest inaczej. Łeba to fabryka bodźców, do morza udało mi się raz wejść i pozorować pływanie, lasy niezbadane jeszcze. Jezioro, na którym MSŻ uprawia surfing, a córka 3klasistka pobiera pierwsze lekcje też ciekawe. We wtorek chciałem wypożyczyć sobie kajak, ale powiedzieli, że wiatr za duży i nie wypożyczą, więc zrobiłem interwały dookoła Sarbska. W środę wiatr już tak dowalił, że nawet desek nie wypożyczali, lekcje zostały zawieszone.

Dziś ciągle wiało za mocno, uciekliśmy znad morza, ale mamy karnet na basen w hotelu, taki gratis od pani z naszej kwatery, więc tam spędziliśmy pół dnia. Córka 3klasistka w wodzie, a my na leżakach z lekturą - MSŻ pochłania Zwierciadło, a ja Murakamiego. Więcej na tych wakacjach czytam niż biegam. Dziś pobiegałem znów krótko, pół godziny treningu siłowego z wykorzystaniem wiatru i plaży - 6 razy 1 min. szybko i boso po piasku i pod wiatr.

Pod wieczór był tenis, potem rybka, potem lody. A teraz jesteśmy mocno zmęczeni całodziennym wypoczynkiem.

Nie mogę się doczekać kolejnego treningu z Dukajem. Wakacje to reset. Czuję, że tym razem to nie tylko reset zmęczonej głowy, zestresowanego ciała. Tym razem to reset systemu. Że na jesieni nic nie będzie takie samo - Kancelaria, Gazeta, pisanie. Inna rzeczywistość, jak w roku 1Q84 Murakamiego. Nowa morfa jak u Dukaja.

21:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Prawie tysiąc kilometrów w jedną dobę. To nie rekord galaktyki w ultramaratonie, tylko przelot samochodowy przez Polskę. Jeszcze w sobotę rano robiłem ostatni trening w górach, a właściwie już nie po górach, tylko na stadionie KS Wierchy. Interwały, piramidka, 1 okrążenie, 2, 3, 4, 5, 4, 3, 2 i na koniec znów jedno na trzyminutowych przerwach. Tempo za wolne, 100 proc. VO2max nie osiągałem, ale co wypracowałem, to się na kolejnych treningach będzie okazywać.

Z górami pożegnałem się tak naprawdę w piątek. Z Rabki pobiegłem do matecznika czyli na Maciejową, stamtąd przez nowe ścieżki spróbowałem przebić się do sąsiedniego pasma i przez Grzebień wróciłem do Rabki. Jestem w lesie, pachnie żywicą, stamtąd wybiegam na łąki, pachnie trawą, potem na pola, pachnie zbożem i gnojem, a potem między chałupy, pachnie gnojem i spaliną. Rytuał zejścia. Pamiętam go z dzieciństwa, tak kończyły się wakacje, ostatnia wycieczka i do samochodu, do pociągu, do domu.

Teraz wsiedliśmy w samochód, przespaliśmy się w domu, zajechaliśmy do mojego ojca, a potem na północ, na Gdańsk, na wakacje. Autostradą A2 nieopodal Torunia dojeżdża się do Gdańska z Wawy w cztery godziny, na wieczór byliśmy w Łebie, znaleźliśmy pokój i dziś pobiegałem sobie po plaży. Nie miałem jeszcze ochoty na wycieczkę krajoznawczą, jutro wybieram się do Słowińskiego Parku Narodowego, obczaję go biegiem, zanim wybierzemy się tam z rodziną na biletowaną wycieczkę. Dziś było tylko pół godziny siły biegowej boso po plaży.

Potem rybka, pojechaliśmy obczaić windsurfing dla Mojej Sportowej Żony, córka 3klasistka też się będzie uczyć i nawet chyba ja stanę, żeby zobaczyć jak to jest. Spacer po deptaku, atrakcja w postaci labiryntu luster, naprawdę fajne, lody na kolację i mamy wakacje.

21:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

"Inne światy" Dukaja (już wiem, że "Inne pieśni", tłumaczenie się w komentarzach) na uszy i w góry. Bez podopiecznych, bez towarzyszy, bez ludzi. Tylko Hieronim Berbeleck i jego sprawy. Przesłuchałem na bieganiu prawie ćwierć książki, bo zrobiłem sobie naprawdę długą wycieczkę biegową.

Wycieczki biegowe to coś, co dla siebie odkryłem całkiem świeżo. Długie bieganie po górach, ale bez imperatywu nieustannego biegu. Z podchodzeniem przy dużych stromiznach, z dopuszczalnymi odpoczynkami w schroniskach.

Moja Sportowa Żona przerzuciła mnie tranzytem na drugą stronę Gorców, za Lubomierz, na przełęcz Przysłop do wioski Rzeki.

1

Na początku mały bieg na dezorientację. Szlak wspina się drogą, ale po 10 minutach szlak sobie, a droga sobie. Brnę pod górę wzdłuż wyciągu narciarskiego, stromo jak diabli, a w dodatku przyplątał się pies. Pod morfą małego pieska, jak by to powiedział Dukaj w "Innych światach", ale przecież nie wiadomo, co w nim drzemie, jakie ma zamiary. Oglądam się na niego co chwilę, piesek bawi się chyba w raz dwa trzy baba jaga patrzy, bo nieruchomieje. Biegnę do góry, oglądam się, piesek za mną, coraz bliżej i znów nieruchomieje.

Bawimy się tak z 15 minut, przez kolejne 30 brnę stromą ścieżką pod górę. I nagle jestem w innym świecie. Widoki jak bieszczadzkie połoniny, takich po naszej stronie Turbacza, koło Rabki, przy Starych Wierchach i Maciejowej nie zobaczysz. Coś jak ciemna strona księżyca.

2

Góry księżycowe - identyfikuję Mogielicę, najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego, gdzie zawędrowałem raz, kiedy mój syn był w wieku mojego wnuka, a mój wnuk właśnie skończył rok. Dalej na południe chyba Radziejowa, a potem chyba nawet Jaworzyna. Nie mogę się oderwać od książki, Hieronim Berbeleck zaczyna właśnie śledztwo. Inne światy.

3

Mijam bajeczne szałasy i docieram na Kudłoń.

4

Poznaję tę podszczytową polanę, jakieś 28 lat temu byłem tu z ojcem, zrobiłem mu w tej trawie zdjęcie. Kiedyś zdjęcia miały wartość, na kliszy było 36 klatek, każda była ważna, do każdej się ustawiało aparat, przesłonę, migawkę, głębię ostrości. To zdjęcie mam na siatkówce oka.

5

Rezerwat przyrody na Kudłoniu.

6

I bajkowa, dla mnie znów z innego świata, polana za Turbaczem. Krzyżują się na niej ścieżki z różnych stron świata, stoi ołtarz papieski, a religia w górach jest jak strój regionalny, jak gwara, jak oscypek. Jeszcze trzy minuty biegu i jestem na Turbaczu - po 2 godzinach i 40 minutach biegu.

7

Z Turbacza dzwonię do ojca, bo akurat ma dzisiaj urodziny. Chociaż nie za bardzo to rozumie.

8

I jeszcze ostatnie zdjęcie świata za Turbaczem - długa polana, na której była kiedyś chatka studencka, spałem tam raz, kiedy mój syn był w wieku mojego wnuka, a mój ojciec był tylko o piętnaście lat starszy niż ja teraz, wszystko jarzył i jeszcze pojechał sobie połazić po górach.

To był inny świat.

Dziś były interwały na płaskiej, jak na standardy Rabki, drodze nad Poniczanką.

20:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Pod koniec wszyscy gromadzą się dookoła nas dwóch, naprawdę tłumek kibiców, widzę po nogach, bo wyżej nie mam czasu spojrzeć. Ruszamy się jak w transie i nie zauważamy w końcu, kto pierwszy popadł w niedoczas, a zawodnik musi to zobaczyć sam. Czyli remis.

Czuję, że serce mi bije, no może nie jak na finiszu maratonu, ale jednak wyraźnie szybciej. Nie mam pulsometru, ale pewnie dochodzi do pierwszego zakresu, bo kiedy trzy minuty później mierzę sobie tętno wychodzi 90.

W niedzielę zagrałem pierwszy raz w życiu w turnieju szachowym. Czadowo, mówię wam. Szachy wyczynowe, z zegarem, to zupełnie inna bajka niż stolikowa gra domowa. O turnieju dowiedziałem się dzień wcześniej od biegacza z Rabki, działa tu takie koło szachowe. I naprawdę jest czadowo. Jak mi wysiądą stawy do biegania i do tenisa stołowego, przerzucę się na szachy.

Na partię każdy z graczy miał po 15 minut. W pierwszej zauważyłem w połowie, że nagle mi zostaje do końca 6 minut, a mojemu doświadczonemu przeciwnikowi 11. Zdyscyplinowałem się z myśleniem, a przy okazji zagrałem najlepszą partię w swoim życiu, w dodatku czarnymi. Mój król w końcówce wciśnięty w kąt na h8, ale srogo nękany przez hetmana o krok od mata, a król mojego przeciwnika wyciągnięty na trzecią linię szachowany z obu stron hetmanem lub wieżą. W błyskawicznej końcówce, kiedy obaj mieliśmy po niecałej minucie najpierw straciłem wieżę, potem zbiłem przeciwnikowi hetmana, mogłem nawet dać mata w jednym ruchu, ale go nie zauważyłem. To był trans - ruch figurą i natychmiastowe wyłączenie zegara, koniecznie tą samą ręką. Do dziś to przeżywam.

Charakterystyczną cechą tej dyscypliny jest mała ilość zawodników w wieku produkcyjnym. Dominują dzieci i emeryci.

Wygrałem jedną partię z nieźle grającą siedmiolatką, a oprócz pierwszego remisu przegrałem jeszcze dwie z dorosłymi. Gra się systemem szwajcarskim. Najpierw komputer losuje przeciwników, a w drugiej rundzie wygrani grają z wygranymi, przegrani z przegranymi, ci co zremisowali ze sobą. W kolejnej znów komputer kojarzy tych, co mają tyle samo punktów i tak w kółko. Dzięki temu czym dalej, tym bardziej jest szansa, że grasz z przeciwnikiem na twoim poziomie.

Rund było siedem, ale podziękowałem po czwartej, żeby zobaczyć jak Henryk Szost zdobywa Londyn. I tyle o bieganiu, bo złapałem grypę żołądkową i ostatnia doba zamieniła się w koszmar gastryczny.

Po odzyskaniu świadomości zacząłem myśleć, czy nie dałoby się systemu szwajcarskiego zastosować w bieganiu. Może na obozie za rok zamiast imitujących interwały sztafet rozegramy takie zawody. Myślimy już o przyszłym roku, mamy nowe pomysły, tylko musimy podjechać z Moją Sportową Żoną do Zakładu Przyrodoleczniczego.

19:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (24) »
czwartek, 09 sierpnia 2012

Podobno jest dwa razy ciężej niż w zeszłym roku. Tak mówi trójka naszych weteranów, którzy byli na wszystkich dotychczasowych obozach biegowych w Rabce. To nie mój dowcip, tylko Grzesia - bo teraz trwa druga edycja.

1

Grześ stoi pierwszy z lewej. Obok Jacek, mało biega, bo kontuzja. Michał, biega szybko, w czołówce, jeszcze przed maratonem, będzie debiutował na jesieni - jak się posłucha i zacznie na 3:44, będzie pięknie, jak wystrzeli na 3:30, zapłaci frycowe. Damian - taping od początku. Piotr - o kilka treningów interwałowych od złamania czwórki, profesor z Lublina, zna się z biegaczami z dzikiego maratonu. Grześ - też weteran obozów, biega z dowcipem. Asia - etatowy zając na maratonach, w Wawie biegnie na 4:45.Na dole klęczy Paweł, poznaliśmy się na treningach w Centrum Biegowym ERGO. Obok Michał, mało mówi, dobrze biega. Kamil, dużo mówi, w dowcipie prześciga Grzesia, w bieganiu też. Marcin, zwycięzca konkursu adidasa, ten sam, który nie wygrał (początkowo) pakietu startowego na Festiwal Biegowy w Krynicy, bo chciał odpowiedzieć za dobrze. Leży Alicja - miała jechać na obóz eksternistycznie z noclegiem gdzie indziej, ale też wygrała konkurs adidasa. Facet w pomarańczowej koszulce to ja, a dziewczyna w okularach obok to Moja Sportowa Żona. Na dole Janusz, z zeszłorocznej polskobiegowej drużyny z wózkami, Amelka też jest na obozie, ale nie uczestniczy. Biegaczka Sabina, gość specjalny treningu. W ciemnych okularach Ania, biega ile może. Ewa, trzecia siostra, gość specjalny w Polsce, przyjechała z Irlandii na wakacje w ciepłym kraju. Karolina, nasza prawie sąsiadka z Ursynowa, jeszcze przed maratonem, właśnie dziś pokonała najdłuższy dystans w swoim życiu - i to po górach. Leszek, znielubił bieganie, bo na ostatnim maratonie poprawił życiówkę tylko o cztery minuty, ale dziś stwierdził, że obóz mu pomógł w wyjściu z nielubienia.

Obóz to nie tylko bieganie. Obóz to nie tylko ćwiczenia - tak jak piłki lekarskie poniżej albo rozciąganie jeszcze niżej. Obóz to też poznawanie się ludzi. Musiałem się bardzo streszczać z tymi opisami, bo każdy człowiek to akapit, a niektórzy to biegająca opowieść.

3

4

5

Obóz to też motywacja. Na tym zdjęciu wyruszamy prawie całą grupą na Turbacz. 1310 m nad morzem, 26 kilometrów po górach. Był krótszy wariant, ale wszyscy, których wywieźliśmy do górnej Rdzawki zdecydowali się przelecieć Gorce na wskroś. Wężyk rozciągał się przy tym nieznacznie, końcówka przybiegała do kolejnych schronisk ledwie kilka minut za czołówką. Wszyscy skończyli w dobrej formie, z uśmiechami, równe 26 kilometrów po górach - chociaż niektórzy nie przebiegli wcześniej nawet półmaratonu.

To mi się w akapicie nie mieści.

21:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (108) »
poniedziałek, 06 sierpnia 2012

Ósma rano śniadanie, dziesiąta pierwszy trening. Dziś była wytrzymałość, długie wybieganie na Krzywoń. Ania, nasza przewodniczka z Rabki z grupką z przodu, ja z grupką z tyłu, wbiegamy, na grzbiecie, długim, niemal płaskim, niemal stworzonym do efektywnego średniowysokogórskiego treningu robimy pętelkę. Nadbiegają najszybsi, wśród nich Kamil spod bloga, Leszek spod bloga, za chwilę Alicja spod bloga, wszyscy znów w gromadzie dobiegamy do szczytu. A na szczycie zakopianka. Taka lokalna specyfika, droga od morza do Tatr, kręgosłup Polski, ojczyzny naszej prowadzi przez szczyt Piątkowej zwany przez miejscowych szczytem Krzywonia.

Wracamy inną drogą, a właściwie innymi drogami. Najpierw rusza Ania z wolniejszą grupką, ja tym razem z szybszą robię kółeczko blisko grzbietu, potem biegnę za Anią, a potem zwyczajowo jak na Krzywoniu mylę ścieżki i dobiegamy na dół drogą od Chabówki. Dobre 15 minut dodatkowego biegu i to w beskidzkim słońcu. Widoki byłyby piękne, gdyby nie zalewał ich pot z czoła. Pokazuję Śnieżnicę, górę pod którą urodziła się Justyna Kowalczyk. I Luboń Wielki, na który pobiegniemy jutro.

W domu oglądam olimpiadę, ktoś chyba biegnie, jakieś kajakarki przechodzą do kolejnej rundy. A potem Moja Sportowa Żona, która też od rana załatwiała (taksówki pod Luboń na jutro, bus do term na środę, rzeczy na ognisko na wieczór), budzi mnie tradycyjnym góralskim zapytaniem, czy zagrzać mi zupę. Mnie też wymęczyło.

Może kiedyś zapuszczę wąsa i będę na dwudziestym drugim obozie biegowym w Rabce stał przy drodze i dawał ludziom na karteczkach rozpisany trening. Ale mam nadzieję, że nigdy. Mam nadzieję, że zawsze będzie mnie rajcowało to ganianie z grupą po górach. To wspólne wkładanie serca w każdy podbieg albo odcinek marszu dynamicznego lub wykrocznego. Przed chwilą zrobiliśmy popołudniowy trening siłowy, razem z dobiegami, rozgrzewką i rozciąganiem nie było więcej niż półtorej godziny, a zmęczyliśmy się bardziej niż na dwugodzinnym bieganiu rano. A jak się bardziej zmęczyliśmy, to jesteśmy bardziej szczęśliwi.

Wczoraj rano też było długie wybieganie, bo wytrzymałość to podstawa. A po południu trening na stadionie. MSŻ poprowadziła trening z taśmami, ja zrobiłem rytmy, piłki lekarskie czyli siłę dynamiczną, a potem MSŻ skończyła stretchingiem. Chyba się podobało, bo jak grupa inicjatywna wybrała się wieczorem posiedzieć "Pod Kasztanami", to wysłali nam esemesa, czy zajrzymy.

f

Lecę. Zaraz ognisko. Oj, będzie się dymiło.

18:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
czwartek, 02 sierpnia 2012

Śpimy jeszcze, chociaż zza okna wlewa się już góralska fototapeta, domki, pola, łąki i las gorczański, wszystko zalane słońcem. Drzwi się tylko otwierają i biegaczka Sabina wychodzi ubrana w polskobiegową koszulkę, którą dostała od nas - wychodzi pobiegać sobie rano drogą do Ponic.

Śniadanie w Rabce. I wreszcie czuję, że są wakacje. Przez okno wpada gorący zapach traw, kanapki z szynką smakują wreszcie jak kanapki z szynką, a nie jak z wędliną z supermarketu lub z delikatesów. Odpisuję na maile, bo człowiek jest teraz w internecie 365 dni na dobę, ale potem wypijam dodatkową szklankę coli, Moja Sportowa Żona podwozi mnie do centrum Rabki, skąd przez Słone biegnę na Maciejową. Szukam najlepszej drogi, to ma być nowy wariant na obozie, nie chcemy powtarzać wyłącznie tych samych tras, żeby uciec od rutyny.

Obóz zaczyna się w sobotę. Na poprzednim wysoko zawiesiliśmy sobie poprzeczkę emocjonalną - atmosfera była świetna. Chcemy doskoczyć równie wysoko. Teraz będzie bardziej profesjonalnie, mamy dla obozowiczów koszulki od adidasa, mała ciężarówka przywiozła dziś kilka zgrzewek Powerade na treningi na stadionie. Zrobimy dużo, żeby serca, serdeczności było nie mniej.

Z najlepszą drogą na Maciejową jest problem. Prawie godzinę krążyłem po zboczu badając kolejne warianty. Trzeba przebiec 20 metrów strumieniem, ale da się to zrobić po kamieniach suchą nogą. Gorzej, że droga idzie w górę, zamienia się w dróżkę, w ścieżkę, ścieżynkę a w końcu niknie między paprociami. Trzeba przejść po ściółce lekkim trawersem w prawo i tam znajduje się ścieżkę na grzebiet. Pięknie jest tak pokluczyć, ale z grupą tego nie zrobimy.

Zadzwoniłem do Ani z Rabki, która będzie nam towarzyszyła na treningach jako przewodnik. Trzeba będzie dołożyć dwa kilometry i skręcić wcześniej ze Słonego na Grzebień, stamtąd ścieżką rowerową na Szumiącą, gdzie złapiemy zielony szlak na Maciejową. Obiegam to jutro.

Drugi obóz biegowy w historii Rabki Zdrój. Naprawdę nie sięgaliśmy tak daleko myślą, kiedy półtora roku temu w ciepły zimowy wieczór zaczynaliśmy z MSŻ zakładać Kancelarię. A teraz to się dzieje naprawdę. MSŻ dopina ostatnie formalności w pensjonacie, z busami, z taksówkami. Za 48 godzin będziemy już po pierwszym treningu.

21:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (100) »
poniedziałek, 30 lipca 2012

Nie wiem, co się dzieje. Nie odcina mi prądu, niby jadę, ale jakby się jakiś zawór zatkał. Na podbiegu na czwartym kilometrze zwolniłem świadomie, tempo spadło do 4:12 na kilometr - bo ja się na podbiegach nie ścigam, ja staram się nie zaszaleć, nie doprowadzić do nagłego zakwaszenia mięśni. Wcześniej było nieźle, czas po pięciu kilometrach 19:13, niewielkie opóźnienie do planu - przebiec w 38 minut.

I co się dzieje. Dysza zatkana, silnik niie może wrócić do poprzednich obrotów. Garmin pokazuje cyfry, ktrym nie wierzę, walczę koło pomnika Powstańców, ale już poniżej 4:00 nie zejdę na żadnym kilometrze. Nawet tam, gdzie zbiegamy w dół z Karowej będzie 4:04.

Będę ostatni. Ostatni, który złamie 40 minut - o sześć sekund. Uciekłemw ostatniej chwili spod gilotyny kompromitacji. To jest moje tempo z życiówkowego maratonu sprzed dwóch lat. Teraz walczę o nie na ćwiartce maratonu.

Staję za metą i pocieszam się widokiem znajomych za mną. Piotrek K., z którym walczymy z różnym skutkiem wyłania się z mroku po jakiejś minucie. Podopieczny Przemek, Fil z kabackiego towarzystwa też podobnie. Nikt nie złamał, wszyscy mniej lub bardziej podłamani. Kamil, z którym nie widzieliśmy się sto dni, idzie z taką miną, jakby nie wiedział, czy to bieg, czy powstanie. Wołam go serdecznie, bo pamiętam ten stan u siebie sprzed trzystu uderzeń serca, staje, rozciągamy się przy barierce i wypatrujemy razem.

To nie jest pogoda do biegania. Muszę chyba zacząć się interesować takim parametrem, jak wilgotność (a może leci z nami meteorolog względnie geograf?). Zawsze człowiek patrzy na temperaturę i żeby powietrze nie było ciężkie, ale ta ciężkość jest chyba też mierzalna. Tylko kto to słysza, żeby na naszej szerokości geograficznej o 21. panowały takie warunki?

Nie ja jeden odnotowałem porażkę w weekend. Z moich rozmówców na razie wystartowała Natalia Partyka. Na 2+1 = dwa razy dała radę i raz nie. Piękne jej mecze były, jaka ona jest agresywna w grze i spokojna w duchu, jaki dramatyzm niestety zakończony ”The Endem” w trzecim odcinku. Przed nią jeszcze walka drużynowa, a tu dziewczyny mają większe szanse.

Siatkarze plażowi, z którymi bezkutecznie usiłowałem się przez miesiąc spotkać - polegli. Agnieszka Radwańska - smuci się Polska od Tatr aż do Gdańska. Mocni wioślarze - też. Ciężarówki - też.

I jak z innej bajki w ten weekend porażek wjechali siatkarze. Wjechali i rozjechali Włochów, a my przed telewizorem z Moją Sportową Żoną i dwoma kibicami skakaliśmy z radości. Jak oni to robią?

Odpowiedź jest zdaje się jedna: trenują. Mocno, rozsądnie, systematycznie. Okres akumulacji jak przyjęcie, intensyfikacja, jak wystawa, a transformacja jak atak. Ja właśnie kończę letnią akumulację, fazę intensyfikacji zacznę na naszym obozie w Rabce, a przekształcenie doprowadzi do Warszawy.

Dziś była siła na Arbuzowej, mało czasu miałem, bo musiałem naprawić plombę przed wyjazdem, a dentystka wyznaczyła mi wizytę ”za godzinę”. Wymyśliłem sobie to jeszcze inaczej. Cztery ćwiczenia siłowe, ale każde po pięć minut ciurkiem. Już nie oglądam się na sobotniego przegranego seta, na przegrane Powstanie - tylko patrzę do przodu.

14:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
czwartek, 26 lipca 2012

Zorbo, ty byś pewnie nie biegał, przynajmniej nie w świecie nowożytnych igrzysk olimpijskich. Ani w Londynie, ani w Pekinie, ani w Berlinie. Może w tych starych, ateńskich, sprzed tysięcy lat, gdzie liczyło się męstwo, nie trening.

Ale ja biegałem dziś z tobą, biegałem z tobą od dwóch tygodni, a dziś doszedłem do końca, do ostatniej strony, a raczej ostatniego pliku mp3. I powiem ci, Zorbo, że to dobre bieganie było. Dwie i pół godziny, weekendowe długie wybieganie przesunięte na czwartek z powodu Biegu Powstania. O powstaniach, Zorbo, sporo wiesz, nasze było inne niż wasze, bo każde jest przecież inne, zawsze inne są racje, inne nacje.

Zrobiłem to wybieganie trochę za wolno, bo tempo wolnego, 23-kilometrowego odcinka to ledwie 5:54, ale cieszę się, bo to trochę szybciej niż tydzień temu i przede wszystkim nie zwalniałem. A na koniec przyspieszenie, już 3 kilometry w tempie maratonu. Znów za wolno, bo w ok. 4:10, a chciałbym w 3:55. Ale dużo z siebie dałem. Jak mężczyzna, powiedziałbyś Zorbo, gdybyś umiał docenić sport.

Poruszyła ta książka coś we mnie na koniec. Miałem ją wczoraj, na godzinie w tempie 5:10. Miałem dobiegając na wtorkowy trening z bankowcami - były taśmy Thera-Band, a potem seria mocnych podbiegów z bardzo mocnymi zbiegami, krótko i konkretnie. Miałem ją w sercu przez dwa tygodnie. No i poruszyła.

Trochę się żarliśmy w ostatnich dniach z Moją Sportową Żoną, normalne, kiedy sielanka wyobrażeń zderza się z rzeczywistością, kiedy trzeba podopinać wszystko w pracy oraz przed obozem w Rabce. Ale pies to trącał, powiedziałbyś Zorbo. Kiedy spojrzeć na to z perspektywy dojrzałego mężczyzny, jakim jesteś w tej książce, to tylko machnąć ręką. To nasze najpiękniejsze lata, tak kiedyś będziemy na ten czas patrzeć. Świat jest taki barwny, dziewczyny mijane na bieganiu (chyba mijałem dziś same dziewczyny) kolorowe jak motyle, moja żona jest księżniczką, królową tej łąki, a ja szczęśliwy jak paź królowej z rodziny paziowatych (Papilionidae). Biegać nie umierać.

Obóz w Rabce zaczynamy za dziewięć dni. Adidas ma jeszcze last minute ostatniej szansy dla jednej biegaczki i jednego biegacza. Wykupili wcześniej dwa miejsca (dlatego od kwietnia czy maja już nie mieliśmy wolnych miejsc) i teraz możecie je wygrać. Z radością widziałbym na obozie cichociemną i cichociemnego lub biegaczy jawnych, jak policje z wiersza Norwida. Szczegóły tutaj oraz tutaj.

Greku Zorbo, dziękuję Ci za to wspólne bieganie. I biegnę dalej. Sprawdzę się teraz w Biegu Powstania. A w sobotę rano o 9.30 prowadzę gościnnie trening u Pawła Januszewskiego w ramach Biegam Bo Lubię - na stadionie Skry, wstęp wolny. Trochę to niezręcznie przed startem, ale mam już pomysł jak z tego sensownie - nie tylko dla mnie, ale dla wszystkich startujących - wybrnąć.

W przyszłym tygodniu muszę sobie kupić jakąś dobrą książkę na mp3. Nie będę przecież sam biegał po Gorcach.

19:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 23 lipca 2012

Serce od zawsze miałem w górach, hej! Ale Warszawa ma płuca na Mazurach. Oddychałem tymi płucami przez trzy dni w Wejsunach koło Rucianego, a Moja Sportowa Żona - koło Augustowa na obozie sportowym z uczelni.

Mieli pecha - na cały miesiąc upałów trafili w jeden zimny tydzień, a obóz pływacki. Przede wszystkim pływali w jeziorze Necko, uczyli się na nartach wodnych (MSŻ wróciła z uprawnieniami instruktora nart wodnych, bo jako instruktorka narciarstwa zjazdowego miała jednak trochę łatwiej), a wieczory mieli takie, że MSŻ się teraz snuje smutno po domu.

Na zdjęciu krioterapia:

n

My - z synem fotografem córką 3klasistką - mieliśmy trochę więcej szczęścia. Przynajmniej ostatni dzień, niedziela, był niezły. Syn fotograf zrobił mi zdjęcie na kajakach na Krutyni.

k

W tej rzece jest tak niesamowity podwodny "las", jakby ktoś urządził pieczołowicie milion zadbanych akwariów.

Niedziela była pierwszym w ostatnim tygodniu dniem bez biegania. Po siłowo-szybkościowym początku tygodnia była wytrzymałościowa końcówka. Nie wytrzymałem jej zbyt dobrze. 1 h po 5:00 w piątek wieczorem między deszczami po nowym rejonie Puszczy Piskiej (bo zawsze zatrzymywaliśmy się w Rucianem i biegałem koło Jeziora Nidzkiego) poszła nawet nieźle. Kolejnego dnia poranne 2,5 h zacząłem ostrożnie, po 5:30, a i tak ledwo udało mi się obronić tempo poniżej 6:00 na koniec. I to głównie dzięki końcówce - 2 km (co tydzień jeden dodaję) w tempie maratońskim. Zresztą to tempo też maratońskie do końca nie było.

Boję się, że powtarza się historia z wiosny, że coś nie leży, że czegoś brakuje. Mam nadzieję, że hemoglobiny i że się zdoła odbudować przez sierpień.

W sobotę biegnę w Powstaniu. Zobaczymy, jak pójdzie ten sprawdzian.

22:14, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
| < Luty 2015 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28  

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam