Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 21 marca 2016

Przybiegła chyba rzutem na taśmę. Jeśli chciała złamać czwórkę, to dobiegła w 3:59, jeśli trójkę, to 2:59, a jeśliby chciała złamać dwójkę - bo w końcu mogła chcieć złamać dwójkę - to byśmy musieli na nią czekać chyba do maja, bo by jej się nie udało.

Ale dała radę. Że dobiegła na czas zauważyłem dziś w drodze do pracy przed estakadami w Dolince Służewieckiej.

Wiosna. Inaczej się oddycha. Można zdjąć rękawiczki. Jest przyjemnie, można już - no prawie - opalać się w słońcu w trakcie treningu.

Dobiegłem na kolegium zaliczając po drodze sześć podbiegów. To na początek ostatniego intensywnego tygodnia przed pierwszym naprawdę ważnym biegiem sezonu. Półmaraton w Warszawie. Zrobię wiosenne szaleństwo (wiem, Bezlten, co napiszesz i nawet będziesz miał rację, ale i tak zrobię). Dość już tych biegów rozpoczynanych z rozsądkiem i kończonych z mocną trójką albo słabą trójką w sensie stopnia szkolnego. Jeśli bieganie jest pogonią za odchodzącą młodością - a czym jestem starszy, tym mocniej czuję ten komponent - to chcę pobiec jak wariat.

Maciek, trener z Kancelarii, prowadzi grupę na 1:20. Ruszę z nimi i jak skończę w 1:22, to będę zadowolony, jak w 1:23 to będzie ok, jak gorzej, to napiszę sto razy "Beztlen, miałeś rację". A i tak kiedyś jeszcze bryknę.

W sobotę przy zimowej temperaturze były kolejne Kabaty. Wyszło pół minuty szybciej niż dwa tygodnie temu. Pierwszy raz wygrana z Szymonem D. Zadowolenie, chociaż do realizacji celu zabrakło 12 sekund - wyszło 38:42.

Pamiętam trzy lata temu, ostatnie sprawdziany wróżyły klęskę. Liczydło teraz też pozwala myśleć o połówce ledwo w 1:25. I pojechaliśmy przed połówką na Wielkanoc do Rabki, tak jak teraz jedziemy. I robiłem dzień w dzień wycieczkę biegową po górach. I teraz też tak zrobię.

Fotki wrzucę na fejsa: zapraszam :-)

A ponieważ tydzień wielki i świąteczny - to na koniec życzenia. Podopiecznym - samych życiówek, niech się sypią, jak w ostatni weekend od Gdyni po Kraków. Wszystkim biegaczom - żeby na drodze widzieli cel, do którego warto biec. Wszystkim - tego samego z drogą i celem, ale w sensie życiowym. Może nie jest to sens życia wg Monty Pythona albo według świętego Łukasza, ale według Staszewskiego.

18:23, wojciech.staszewski
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 14 marca 2016

Fajny był piątek. Tekst skończyłem nad ranem, a taki ładunek prawdy, mocnych historii w nim był, że pachniało misją. Krótki sen, ostatni szlif, tekst mailem do redakcji, plecak na plecy, na to kurteczka biegowa i w drogę. Z Kabat do Konstancina parę rundek po parku zdrojowym, zrobili tam jakieś pomosty po bagnach. W książce na uszach pojawiły się akurat wątki kryminalne, więc zrobiło się cliwo, jak mawia Moja Sportowa Żona, kiedy odzywa się w niej Podhale.

Powrót przez las do Warszawy i przez Ursynów do Mordoru. Nie ma to jak trzydziestka z rana, a przynajmniej przed pracą. Tekst przeszedł jak bażant przez szczeble redagowania, a ja poszedłem do jaskini Lisa na ważną rozmowę z własnej inicjatywy. I czuję, oględnie mówią, że wiosna przyszła. Chociaż w Wawie właśnie sypnęło śniegiem i to solidnie, wigilijnie.

Piątek był dniem zorientowanym na przyszłość. I tę zawodową, i biegową - z tej trzydziestki ma się urodzić dobry maraton.

Fajny był też czwartek. Zorientowany na przeszłość, czyli to, co bażanty lubią najbardziej. Byłem w redakcji "Biegania" zaproszony przez fajną Kaśkę na debatę z okazji setnego numeru. Debata polegała na tym, że Marek Tronina rzucał prowokacyjne pytanie, a my w trzy osoby włączaliśmy się do dyskusji. Z tym, że na ogół zgadzaliśmy się ze sobą. Może to i lepiej, bo zamiast kłócić się ze sobą, jak w telewizorze usiłowaliśmy coś opowiedzieć o świecie. Misji może w tym nie było, ale prawdziwe obserwacje.

A co z tą przeszłością? Dziesięć lat splecione z bieganiem, to kawał życia. Wygląda na to, że jestem z tą gazetą mniej więcej tyle samo, co z MSŻ. Comiesięczne "Życiówki" czyli opowieść o ciekawym człowieku. Napisałem o setce ciekawych biegaczy! Więcej nie napiszę, już dość (chociaż trochę żal, że nie zdążyłem o Adamie, o Przemku, o paru osobach, które miałem na myśli). Ostatnia Życiówka będzie w kwietniowym numerze, specjalna.

Prócz życiówek było trochę reportaży, wywiadów, sylwetek. Najbardziej pamiętam - i to najmocniej przeżywam patrząc tu za siebie - jak Marek zadzwonił, że jest dwóch takich młodych biegaczy, jeden został właśnie mistrzem Polski w maratonie i wicemistrzem w półmaratonie, a drugi na odwrót. I żeby o nich napisać.

Miałem wtedy nową brykę, Peugeota 206 z komisu, miał nie być bity, ha ha ha. Musiałem karnąć się jednego dnia do Poznania, gdzie stacjonował już wtedy Henryk w klubie wojskowym, a potem do Bydgoszczy, gdzie trenował Paweł. Henryk Szost został wiadomo kim, Paweł Ochal parę nagród wygrał, ale na international level nie wskoczył.

Na całodzienną wyprawę tak wypasionym autem wziąłem Janka. Pojeździliśmy sobie, jak w filmie drogi. Nie był wtedy jeszcze fotografem, więc zdjęcia są moje.

Na pierwszym Henryk. Na drugim Paweł. A na trzecim - to nie moje, wzięte z internetu (www.remiza-pawlowice.pl) - bażant.

22:11, wojciech.staszewski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 marca 2016

Sobota rano, szybko śniadanie, szybko z Małym Yodą na bazarek na małe zakupy i obowiązkową bułę do natychmiastowej konsumpcji, bo Yoda to węglowodanowy chłopczyk. Jak nie je dłużej niż półtorej godziny dostaje ściany.

Zostawiamy Yodę z córką gimnazjalistką i truchtamy z Moją Sportową Żoną na start biegu w Kabatach. MSŻ ma zadanie - zacząć w 5:00 i przyspieszyć pod koniec. Właściwie to cel tego treningu jest głębszy: opanować startową histerię, która każe jej wypruwać flaki, żyły i wkładki do butów już od pierwszego kilometra. Spokojnie do celu.

Moje zadanie: tym razem złamać 40 minut. Znów dzień wcześniej było dwugodzinne wybieganie, ale nawet w tych warunkach czterdziestka musi pękać u progu sezonu startowego. Zaczynam w 3:55-3:57, trzymam się około 4:00, z tajemniczym piątym kilometrem na którym wszystkim wychodzi o kilkanaście sekund wolniejsze tempo, jakby tam jakiś szpiegowski satelita napieprzał z nieba dezinformacją. Dobiegam w 39:10, tniemy się na końcu z Darkiem, odpuszczam go na ostatniej prostej. I dziś pluję sobie w brodę, bo gdybym się go przytrzymał, nawet przegrywając o kilka sekund, to złamałbym 39 minut. A o tym nie śniłem.

Śniła mi się praca. Coś się tam właśnie przewala, grzmi i wzbiera. Ale mam już na to siłę, właśnie ją zebrałem. I stąd też chyba te ładne 39 minut.

MSŻ wyprzedzałem z półtora kilometra przed metą. Teraz w Kabatach kobiety startują 10 minut wcześniej, to fajne. Przypomina mi te zabawy interwałowe albo podbiegowe ze wspólnych treningów Kancelarii i z obozów. Gonimy dziewczyny!

MSŻ dobiegła w 49:11. I wygrała w ten sposób ze mną. Bo umówiliśmy się na rywalizację - moje miejsce w open kontra jej miejsce w klasyfikacji kobiet. Wyszło 29:28 dla MSŻ (czyli: ona była 28).

Zdjęć z Kabat nie mam, ale mam z promocji nowego buta Nike. But nazywa się Nike LunarEpic Flyknit. Promocja nazwana została "premierą", odbyła się w planetarium Centrum Nauki Kopernik, obejrzeliśmy but w akcji w filmiku wyświetlonym na kopule, a ludzie z Nike nie mówili o bucie inaczej niż "nasz bohater".

Potem te buty dostaliśmy plus fajowe niebieskie ubranka biegowe. I pobiegliśmy na tzw. testowanie.

Staszewski drugi od prawej. Obok, w czarny, Kuba Wiśniewski, trener z Nike, jeden z najbardziej pozytywnych ludzi w bieganiu, jakich znam. Na testowym treningu mieliśmy bardzo fajne ćwiczenie rytmizujące, powiedziałem Kubie, że będę wykorzystywał na treningach Kancelarii, ale zawsze z podziękowaniem dla Nike.

A sam but? Podoba mi się jego ideologia. To jakby dziecko Nike Free, tylko bez towarzyszącej mu narracji (sorry, takie modne słowo, ale tu pasuje, jak do stopy) biegania naturalnego. Ponieważ nie wierzę w bieganie na palcach, tylko w energetyczne przetaczanie ciężaru ciała z pięty na palce i wybicie z przodostopia, to ta legenda akurat mi przeszkadzała. Te buty mają podciętą piętę, żeby umożliwić właśnie płynne przetoczenie. A jednocześnie są pozbawione tego arsenału wzmocnień i dodatkowych amortyzacji. Dziwnie się w nich stoi, jakby bujały człowieka na boki. Biega się nieźle.

But ma dodzierganą cholewkę, co ma wspomagać propriocepcję (w uproszczeniu: równowagę). To budzi moje wątpliwości, bo moja ideologia jest taka, żeby but nie wspomagał, a tylko nie przeszkadzał. Jak ktoś chce poprawić propriocepcję, to niech ćwiczy na poduszce równoważnej.

Cholewką na pewno się wyróżnia, nie pomylisz tego buta z żadnym innym butem biegowym. I nie wiem, czy to nie o to chodzi w tej cholewce. Żeby każdy, kto cię zobaczy w takim bucie, wiedział, że było cię stać na wywalenie na buty do biegania - uwaga - 750 pln.

Tyle bym w życiu nie dał, nawet gdyby miały miniaturowe silniczki, jak w którejś części Tytusa (nie wiem, której, ale Dziki na pewno będzie wiedział). No ale mogę się teraz pochwalić: mam najdroższe buty w domu. Nie sądzę, żeby najbardziej wymyślne kozaki MSŻ na szpilce (wymyśliłem takie buty, nie wiem, czy istnieją), kosztowały więcej.

W środku Joanna Jóźwik. Niezorientowani: google.

17:56, wojciech.staszewski
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 29 lutego 2016

Ale żeśmy Agnieszce tej kawy pozazdrościli. Napisała tak przy jakimś maratońskim weekendzie, że sobie zrobiła kawę i usiadła śledzić bieg znajomych w internecie. Kurcze, skąd ludzie mają tyle czasu, pomyśleliśmy sobie z Moją Sportową Żoną.

To jest kawa na moim stanowisku pracy. Pracę to ja mam w domu. A redakcję mam głównie po to, żeby do niej dobiegać. Opowiadałem już o tej logistyce? Więc krótko: tydzień zaczyna się w środę, wtedy jadę do Newsweeka (w cywilnych ciuchach) z rzeczami biegowymi i drugim kompletem cywilnym w torbie. Wracam biegiem (a w redakcji zostają dwa komplety ubrań cywilnych w torbie oraz samochód). Czwartek to dzień pisania, nie ma biegania. W piątek po wysłaniu tekstu i zrobieniu pierwszych poprawek biegnę do Newsweeka (długie wybieganie), zakładam pierwszy komplet cywilny. Po robocie wracam do domu samochodem z rzeczami biegowymi w worku. Zostaje jeszcze drugi komplet cywilny. Przybiegam do redakcji w poniedziałek rano (dziś było 10 km easy, ale na początku 6 podbiegów po 30 s., a w drugiej części 6 razy 1 min. wieloskoku) i zakładam drugi komplet cywilny, wracam metrem z torbą z rzeczami biegowymi.

Proste? Jak opowiadałem to Dzikiemu po ping pongu, to przerwał mi przypominając jedną z najlepszych scen polskiego kina - dialog "Ja to proszę pana mam bardzo dobre połączenie" z "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz" Barei.

Opisuję to, bo coś się stało z czasem. Uleciał i wyparował? Pobiegł do przodu i każe nam za sobą nadążać? Wygotował się w niespodziewanie gorącej politycznie zimie?

Weekend nas zabił. Piąteczek zainaugurowaliśmy pięćdziesiątką kolegi (kolega z klasy, ale rok starszy, bo po drodze raz nie zdał). Kurcze, pięćdziesiątką. Wróciliśmy o wpół do trzeciej, ranek był bez kaca, ale na mocnym zmęczeniu, zwłaszcza, że Mały Yoda postanowił, że weekendzik zaczniemy wcześniej. Pobiegałem rano - włączając to w treningowy parkrun (20:13 w tych warunkach to nieźle) i bieg po zostawiony po imprezie samochód. A potem usiadłem do pisania planów dla Podopiecznych, bo koniec miesiąca.

No i manifestację KOD-u odpuściliśmy. Zamiast tego było pisanie planów i - przyznam się - chwila drzemki, bo i poprzednia noc była zarwana przez pisanie do drugiej tekstu do Newsweeka. Taki tryb pracy.

Głupio mi z tego powodu. I żałuję, bo chciałbym pójść w tym marszu wolnych ludzi, być w środku, a nie oglądać w telewizji. Ale tym razem nie dałem rady. Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana - wybacz.

Niedziela, trzecia zarwana noc, bo córka gimnazjalistka jechała na turniej tańca do Inowrocławia i zbiórka była o 4.50. Z odwożeniem padło na mnie, MSŻ przywoziła córkę późnym wieczorem - szczęśliwą z powodu drugiego miejsca ich tzw. mini formacji przy mocnej obsadzie.

Ale niedzielę zrobiła nam Agnieszka, ta od kawy. "Dziewczyna, która na obozie podbiegi robi razem z chłopakami" - jak napisałem na naszej poobozowej stronie na Facebooku. Opłata promocyjna za tegoroczny obóz w Rabce miała obowiązywać do 1 marca i tradycyjnie przedłużamy ją do 31 marca (i tradycyjnie jest to jedyne przedłużenie terminu). Agnieszka biegła w Tokio, a przygotowanie do maratonu w lutym, to jest wyzwanie. Szybkie treningi na mrozie zmieniają sens pojęcia "wentylacja płuc" z pali na pali i mrozi jednocześnie. Kot Schrodingera.

Po trzech czy czterech wynikach coraz bliższych 3:30 (ale brakowało ciągle dwóch, trzech, czterech minut) wreszcie to mamy: 3:29:38. Duża radość w Kancelarii. A potem w jednym oknie pootwierane plany dla Podopiecznych, a w drugim kolejne wyniki. Wiązowna, raczej treningowo i jeszcze słabo - bo w tej fazie treningu szybkość się jeszcze nie składa z wytrzymałością. I na koniec dnia świetny bieg Pawła w Skaryszaku - życiówka na dychę, bo Paweł idzie teraz mocno do góry.

U mnie za tydzień kolejny sprawdzian na dychę w Kabatach. Znów zrobię w piątek długie wybieganie. Ale jak znów nie złamię 40 minut, to chyba się przerzucę z biegania na ping ponga. Tam też ciągle przegrywam, ale przynajmniej jestem na to przygotowany.

18:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (11) »
poniedziałek, 22 lutego 2016

Mały Yoda rozpoczął sobotę przed siódmą. Było mi to akurat bardzo na rękę, bo plan był taki: wybiec o 7.30 i spędzić godzinę z książką na uszach w lesie. Oczy też się przydały, bo gałęzie były ośnieżone, jakby profesor Zin domalował im kredą białe krechy. O 8.30 podbiegłem pod dom po Moją Sportową Żonę i na chwilę zahaczyliśmy o las, bo chciałem pokazać jej zimę zanim stopnieje. I dobiegliśmy okrężną drogą na parkrun. Zdanie: znaleźć Szkieleta i MSŻ.

Lubię ten bieg, bo jest taki mój, domowy, kabacki, legendarna Mel jako szefowa przypomina mi czasy Lasek Kabackich, kiedy byłem młody w bieganiu. I miałem ledwo złamaną trójkę w maratonie, tempo 4:13. Teraz chociaż stary ze mnie w bieganiu kocur, powalczę o 4:00. Na razie po półtoragodzinnym (prawie, bo wyjście się o parę minut opóźniło) podkładzie w wolnym tempie powalczyłem o to tempo na 5 km. Wyszło 19:53.

Wiosną pojawiają się na drzewach pączki. Widziałem je już na jakimś krzaku, ale nie miałem akurat telefonu, żeby zrobić fotę i posłać Dorosłej Córce - bo ona ciągle pamięta, jak jej w drodze do przedszkola opowiadałem, że w lesie są już pączki i je zobaczymy i ona bezskutecznie wypatrywała tych pączków w sensie cukierniczym. A w mojej głowie pojawiają się liczby. Zaczynają wyglądać lepiej, bardziej sensownie, przynoszą więcej nadziei na dobre starty. Po paru mocniejszych akcentach doklejonych do długich biegów (tak jak ten parkrun) albo wplecionych (jak radzi Bezlten) w easy poprawiają mi się tempa. Dziś w drodze do pracy miałem sporo kilometrów po 5:20-5:30. Tak szybko w pierwszym zakresie to dawno nie biegałem.

Zwiększam objętość, co wymaga niezłej logistyki, jeśli nie chce się zaniedbać, tego, co rośnie w domu. Dobrym rozwiązaniem jest bieganie do pracy albo z pracy. Teraz biegnę do pracy 10 km w poniedziałek, tam mam worek z rzeczami, który przywożę sobie w środę, umywalka, cywilne ciuchy i powrót metrem, co też jeszcze jest okazją na nabicie kilku kilometrów w drodze do metra i z metra. We wtorek staram się dobiegać na Trening Wspólny z Podopiecznymi Kancelarii. W środę jadę do pracy samochodem, przywożę sobie dwa komplety ubrań cywilnych i wszystko - ciuchy i samochód zostaje w pracy. W piątek wysyłam rano tekst i w drodze do pracy robię długie wybieganie, umywalka, ciuchy, poprawki i piąteczek.

A w sobotę Mały Yoda robi za mały, złośliwy budzik. I dobrze. Od kiedy mam w głowie znów walkę o życiówkę, o szybkie bieganie, mam plan na trening poukładany jak z klocków Lego, odzyskałem biegową ambicję - lepiej się czuję w życiu. Taki budzik się przydaje.

18:26, wojciech.staszewski
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 15 lutego 2016

Oglądam wasze plecy i wkurza mnie to. Wiem, że tak dziś może być, że dopiero buduję formę, a większą wagę przykładam do periodyzacji niż moi biegowi znajomi. Wiem, że jeśli się dzień wcześniej zrobiło dwugodzinny trening, to nie jest się w optymalnej dyspozycji startowej. Wiem, wiem, ale chciałbym być szybszy, wygrywać, wyskoczyć wam zza tych pleców i polecieć windą do nieba.

No więc tak. Staję na starcie w Kabatach i myślę, że bardzo te biegi lubię. Tłumek, ale nie tłum. Większość to nieznajomi, ale co chwilę jakaś twarz ze "starego biegania", jak mawia mój biegowy znajomy (też ze starego biegania), który dziś doradza prezydentowi. Organizatorki wprowadziły dobrą zmianę - kobiety startują osobno, 10 minut wcześniej. Miała wystartować też Moja Sportowa Żona, zrobić taki start treningowy z zadaniem negative splitu, ale choroba, która zamieszkała z nami na początku stycznia dopadła tym razem ją. W czwartek MSŻ jęczała, w piątek zdrowiała, w sobotę nie wystartowała. Zastanawiamy się na ile dołącza się tu czynnik psychosomatyczny. Może rzeczywiście Bieganie Głową jest ważniejsze niż mi się wydaje.

No więc staję na tym starcie i ruszam z zamiarem, że biegnę po 4:00 i ma być negative split. Trudno w tym zakłamanym świecie stwierdzić na ile mi się udało - drzewa zaburzyły wskazania Garmina i trasa wyszła o 200 m krótsza, a nie wiem też, czy jest dobrze zmierzona, wiem za to, że na pewno źle były poustawiane kilometry. Z tabliczek na 5, 7, 8 kilometrze (takie widziałem) wynikało około 39:40-39:45 na mecie. A nagle po 9 kilometrach tabliczka pokazała, że lepiej niż 40:15 za Chiny nie będzie. Było za to gorzej, 40:22.

Świetne zdjęcia zrobił Sylwek. Na pierwszym z Darkiem K. (bluza ergo) wyglądamy jak w M70, kategoria dodatkowa: wiedźmini.

Drugie wygląda jak wideoanaliza na finiszu. Bronię się, chociaż oczy wznoszę ku górze - tam gdzie wisi poprzeczka, której w tę sobotę nie dałem rady przeskoczyć.

Po biegu poszedłem to roztruchtać i nabić trochę kilometrów - bo po dwóch tygodniach z 70 plus na liczniku groziło mi, że nie przebiegnę w tym nawet 42 km. Wyszło ostatecznie 49. I na tej dokrętce spotkałem exPodopiecznego Bartka z Beztlenem. Pobrałem inspiracje od Beztlena - żeby w długie treningi wrzucać odcinki i skrawki stymulujące, i mieszać trochę w beztlenie.

Będę biegał w Kabatach w tym roku, na każdym Grand Prix, na którym się da. Będę się złościł dobiegając za Darkiem K., exPodopiecznym, Szymonem D. i aż tyle czasu za Radkiem S. Będę w tym szukał napędu do przełożenia wytrzymałości na radości.

19:37, wojciech.staszewski
Link Komentarze (14) »
poniedziałek, 08 lutego 2016

Staszek ma trzydzieści parę lat, to jest najlepszy wiek w życiu człowieka. Jeszcze młody, a już mocny. Już we własnych kontekstach, ale jeszcze nie "zamarznięty" w nich (używając frazeologii z "Lodu" Dukaja). Już zdefiniowany, ale jeszcze nie do końca. I zazwyczaj najbardziej sprawny w życiu.

Ja teraz biegam szybciej od Staszka, jestem trójkołamaczem i wynik 38:45 na 10 km odbieram jako porażkę. A Staszek marzył o złamaniu 3:20 w maratonie - latami, bezskutecznie - i złamaniu 40 minut na dychę. Pisałem teraz o Staszku, więc wiem.

Na urlopie domowym udało mi się nieźle szarpnąć do przodu "Zbójeckie lata". To będzie kontynuacja Ojca.prl, o trzydziestoparoletnim Staszku. Czym dalej w historię, tym więcej zmyślenia, ale prawdziwego jak w Poetyce Arystotelesa. Więc Staszek biega, chodzi nawet na swoiste SBBP - Sobotnie Bielańskie Bieganie Poranne - które w książce nazywa się SBB i akurat tu nie ma żadnej zbieżności między postaciami z realu i z fikcji.

Jak ja wtedy absurdalnie biegałem. Trochę tak, jak się pisze o Kenijczykach - każdy trening to gonitwa, a ciężarówka zabiera po drodze tych, co nie dają rady. Dobrze, że nie miałem na treningu ciężarówki, bo pewnie ciągle by mnie musiała zabierać i nie wystawiłbym siebie na żadnych zawodach.

Nie ma tego na żadnych Garmin Connectach, bośmy Garminów wtedy nie mieli. Ale pamiętam, że z Dzikim staraliśmy się w Puszczy walczyć zawsze o tempo 5:00 (wg drogowskazów, na których między dwoma punktami było np. 4,8 km - czyli powinno wyjść w 24 min.). Pamiętam, jak z Wojtkiem S., lepszym ode mnie (ale ciut, więc mogliśmy rozmawiać o podobnych tempach treningowych) rozmawialiśmy o tempie (może on już miał Garmina, a może wyznaczał to na wymierzonych w lesie kilometrach, znaliśmy takie) i on opowiadał, że robi taki trening BNP (bieg z narastającą prędkością) i że zaczyna bardzo wolno, po 5:00.

A wtedy to było tempo szybsze od mojego maratońskiego.

Łapią mnie takie nostalgie za tym, co się nie wróci. Byliśmy z Moją Sportową Żoną na "Zjawie". Przydługi film, niezredagowany, niepodobieństwo superbohaterstwa już po półtorej godzinie zaczyna żenować (a to chyba połowa filmu). Ale jednak zapadł we mnie, bo to ten świat pionierstwa, XIX-wiecznego Dzikiego Zachodu. Gdyby dziś skóry jeleni były tak cenne, międzynarodowa korporacja wykupiłaby połać, zainwestowała w budowę mega fermy, wszystko maksymalnie zekonomizowała i podliczała zyski w Excelu. A nie wyprawiała się z kilkoma strzelbami na tereny zajęte przez wojownicze plemię Indian.

Dobrze żyć w wygodnym świecie XXI wieku. Dobrze trenować wg rozsądnie ułożonych środków treningowych. Siebie i Podopiecznych. Ale kiedy siadam do książki i odświeżam tamte lata, co minęły (a tak naprawdę, to odświeżałem je od kilku tygodni, żeby móc przez nie płynąć po otwarciu pliku z książką), to nie jestem pewien, czy nie żal czegoś. Tej spontanu w bieganiu, bez planu, bez periodyzacji, bez siły biegowej. Podbiegi pokazał mi kiedyś Dziki, pobiegliśmy na Marchewkę przy stadionie Hutnika. Nie wiedziałem nawet po co to, stwierdziłem, że nie umiem biegać pod górę, więc nie będę tego robił.

Coś za coś. Teraz bym wiedział, że skoro nie umiem, to właśnie to jest powód, żeby robić. Przybyło mi mądrości - treningowej i nie tylko. Straciłem jakiś spontan - treningowy. I nie tylko.

Może coś o bieganiu na koniec? 76 km, taki przebieg już w drugim tygodniu z rzędu. Trzecie miejsce na mojej tygodniowej tabeli znajomych w Garmin Connect. Złamałem się trochę, wprowadziłem śladowe wprawdzie, ale jednak, szybsze odcinki, bo mnie żenuje bieganie długich wybiegań blisko 6:00. Jest szybciej, ale już wystarczy jeszcze pociągnę trochę na ręcznym.

W sobotę będzie sprawdzian - zaczynają się biegi w Kabatach. Teraz już moich Kabatach i to byłby wystarczający powód, żeby się na tym cyklu skoncentrować. Ale zrobię to raczej przez nostalgię, Staszek startował tam prawie w każdym biegu, ta rozmowa z Wojtkiem S. była właśnie na mecie w Kabatach. Spróbuję w sobotę w tym lesie poczuć się trochę, jak w tamtym.

Na górnym zdjęciu - BZPR - bieg z przykurczonymi rękami. Na dolnym - rozmawiam przez telefon z MSŻ, właśnie ją poznałem, chwalę się wynikiem. Oba zdjęcia zrobił Entre - człowiek, który wprowadzał tutaj Garminy.

17:58, wojciech.staszewski
Link Komentarze (14) »
wtorek, 02 lutego 2016

Lubię ten moment, kiedy staję przy drewnianym stole na tarasie Villi Gorczańskiej w Rabce Zdroju i patrzę na dwudziestkę biegaczy, którzy przyjechali na Podhale. I każdy jest jak tabula rasa - niewypełniony schemat treningowy na tydzień.

No przesadzam, bo zwykle połowa biegaczek i biegaczy, którzy przyjeżdżają do nas na obóz, to nasi już znajomi. Byli rok temu, a nierzadko dwa razy z rzędu, są naszymi Podopiecznymi na co dzień, spotykamy się też na treningach. Społeczność, lubię to słowo. Spotykająca się czasem na pasta przed biegami, na after po biegach i na co dzień na Facebooku.

 A jednak jest to jakieś sportowe święto. Kiedy staję przy tym stole i witam wszystkich, to czuję się, jakbyśmy razem zaczynali lot w jakiejś kapsule czasu, statku Sokół Millenium albo pirackim okręcie. To będzie nasz tydzień. Pobiegniemy wszędzie. Przetrenujemy wszystko. A na koniec rozciągniemy, żeby starczyło do kolejnych wakacji, kolejnego biegania w Rabce czy po górach, czy gdziekolwiek na łonie.

Obóz jest jak biegacz - też ma dwie nogi, na których stoi. Druga to Moja Sportowa Żona, początkowo tylko rozciągała, wzmacniała i organizowała, a od zeszłego roku biegamy razem, razem prowadzimy treningi. I jest cieplej.

 

Mam w pracy tydzień urlopu, mieliśmy jechać do Rabki na narty, ale w związku z nagłym wystąpieniem ABS (absolutny brak śniegu), zrezygnowaliśmy z wyjazdu. Pierwszy dzień urlopu miałem spędzić na pisaniu książki, a spędziłem na pisaniu kilku jeszcze planów treningowych dla Podopiecznych (skończył się miesiąc treningowy), na wstawieniu na stronę Kancelarii informacji o sierpniowym obozie w Rabce, na zakupach przed wieczornym męskim spotkaniem (przez co po raz pierwszy nowy odcinek nie ukazał się w poniedziałek). No i na treningu. Mam teraz 17 minut biegiem do podbiegu Słonika. Za blisko, żeby podjeżdżać samochodem (co pewnie zajęłoby z 7 minut, więc kompletny bezsens). Robi mi to jednak dodatkowe pół godziny biegu - pożądaną obudowę siły biegowej. Zawsze byłem zwolennikiem maksymalnej ekonomizacji treningu, w tygodniu robiłem zawsze dwa krótkie, półgodzinne tylko akcenty. Ale teraz walczę o kilometry, to będzie nowy bodziec.

Odkryłem na Garmin Connect tygodniową tabelę wyników - wszystkich moich znajomych. Był moment w niedzielę koło południa, kiedy byłem pierwszy. To efekt piątkowej trzydziestki, podczas której zwiedzałem południowe okolice Warszawy - od Kabat przez Konstancin po Mordor. Ale wyprzedził mnie na koniec dnia Podopieczny Mariusz z Kielc, a pierwszy był trener Maciek z Kancelarii. Dawno jednak nie przebiegłem ponad 80 km w tygodniu. Więcej robię chyba tylko na obozie w Rabce.

Galeria z zeszłorocznego obozu. Informacja wisi od wczoraj, a już jedno miejsce jest zajęte :-)

Do zobaczenia :-)

 



10:29, wojciech.staszewski
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 25 stycznia 2016

Hej, hej, jak nazywa się twój Bóg? Na imię ma Zgiełk, Przypadek czy Przepaść? Znacie to? To moja młodość dogoniła mnie właśnie, w epoce, kiedy coś się kończy, mija, przechodzi do przeszłości, bo świat biegnie do przodu. Biegnij Forrest.

Skończyły mi się wszystkie książki w empetrójce i puściłem sobie na bieganiu muzykę, pierwszy raz od niepamiętnych treningów w Rabce chyba zeszłej zimy. W innej Polsce w każdym razie.

Wrzuciłem Pidżamę Porno i znów miałem trzydziestkę z hakiem. Znów mogłem szykować się na dychę w 37 minut przynajmniej na trasie w Kabatach, a nie mieliśmy wtedy jeszcze Garminów, żeby wiedzieć, że trasa jest o 160 metrów krótsza. Biegałem jak rakieta krótkiego zasięgu - na dychę szybki, ale łamanie trójki w maratonie było daleko za moim zasięgiem.

To była moja druga młodość. Zdawałem sobie z tego sprawę, ale dopiero tamte riffy podpaliły we mnie tamte emocje. Po to chyba ludziom muzyka. Byłem wtedy już po życiowej rewolucji, w trakcie ewolucji po której stałem się tym Staszewskim, jakiego znacie z bloga, z biegania albo z tego, co pisze. Tamtego zna chyba tutaj tylko Dziki. Czasy, kiedy w samochodzie jadąc na bieganie do Puszczy K. puszczaliśmy głośno Pidżamę P. A potem biegaliśmy półtorej godziny o kobietach, naszych i nie naszych.

"Jak ja nienawidzę Twojej generacji/ Zwykła nienawiść dymi wam z dyni/ Młodzi policjanci, młodzi kibice/ Kretyni kontra kretyni". Grabaż prorok? Nie było wtedy jeszcze hejtu internetowego, a na PiS (był wtedy już PiS czy jeszcze AWS?) głosowały mohery, nie dzieciaki. Generacja dorosła i wybrała nam Sejm, który zamyka tamtą Polskę element po elemencie.

Właśnie na ekranie z widzami pożegnał się Tomasz L. Nie żebym był nałogowym widzem, ale widzę, jak moja Polska, europejska, ta w której żyłem każdą nową kasetą (tak!) Grabaża - znika, jak w tym opowiadaniu Lema o maszynie, która usuwała wszystko na m (dzięki Johnson za erratę i wzmiankę o niezapomnianych murkwiach). Coś się kończy. I nigdy nie będzie już dychy w 37 minut na luzie.

Droga do życiówki w maratonie wymaga teraz u mnie mocnego przyduszenia i mocnego odbicia. Trening siłowy poprawiam siłowym jak nałogowiec. Obudowuję spokojnym biegiem, czego nie robiłem z braku czasu. Teraz wiem, że nie mam dużo czasu, bo przyjdzie pięćdziesiątka i wycofa mnie z czołówki bez odwołania. Więc muszę dołożyć więcej mądrości, żeby zwyciężyć.

Fajny trening w sobotę rano, kiedy Małego Yodę zostawiamy z córką gimnazjalistką i biegniemy w zaśnieżony Las K. z Moją Sportową Żoną na godzinę easy. Potem MSŻ wraca, a ja dokładam jeszcze pół godziny i spotykam - już drugi raz - ze trzydzieści psów husky w uprzężach, część właścicieli na rowerach, bajeczny sabat. A potem akcent na koniec.

Ta zima, ta plucha, to się jakoś w literaturze nazywa, związek sympatyczny bodaj - że przyroda oddaje nastrój życia. Ciemna noc stanu wojennego bez czołgów, bo to wojna plemienna. Ciemnogród górą. Tak to widzę, wiem, że pół Polski widzi to inaczej, koń jest dla każdego inny, ale to moja marchew w butonierce.

Noc ogranicza nam tu pole do uciekania. Biegnij Forrest.

Odcinek bez zdjęcia, bo przy tych psach nie miałem aparatu telefonicznego. Podgłaśniamy i puszczamy Pidżamę P.:

https://www.youtube.com/watch?v=io0LgE7fQ6k&list=RDio0LgE7fQ6k

https://www.youtube.com/watch?v=LBedISPe3S8&list=RDLBedISPe3S8

Te dwie piosenki obszernie tu cytowałem.

A tę lubię chyba najbardziej: https://www.youtube.com/watch?v=WQvGlsO0t7U

Było, minęło, opiszę w drugiej książce.

23:33, wojciech.staszewski
Link Komentarze (38) »
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Wstajemy i jest bajka. Dość ciepło, jak na zimowy styczeń, nie ma wiatru, co w Dniu Chomiczówki może zadziwiać. Nie padało, więc pewnie trasa będzie odśnieżona - widziałem poprzedniego dnia zdjęcie Pani Dyrektor Biegu na Facebooku, jak jechała w pługu śnieżnym. Nie mam też już żadnych oznak choroby poza oblepionym czymś gardłem. Zapamiętuję tydzień pod znakiem czosnku jako alibi na wszelki wypadek.

Wypadek dogania mnie w połowie trasy. Po dziewiątym kilometrze miałem jeszcze kilka sekund nadróbki nad planem 59:59, ale na dziesiątym zatrzymała mnie niemoc. Przebiegłem go w 4:23 i pożegnałem się z gąską, chociaż strata była tylko 15 sekund. Ale wiedziałem, że nie mam mocy, żeby nadrabiać, tylko niemoc, żeby tracić.

Wtedy za plecami usłyszałem "cześć". Ex-Podopieczny Bartek. Spotkaliśmy się na starcie, mówił, że robi tylko trening na 1:05, chyba że go podkusi. Wiedziałem, że go podkusi na pewno, jak zobaczy moje plecy, ale spodziewałem się go zobaczyć, jak mnie wyprzedza pół kilometra przed metą i szykowałem się, że wtedy jednak powalczymy.

Jednak nie powalczyliśmy. Bartek powiedział, że będzie trzymał tempo i żeby się z nim zabrać. Stąd jeden jeszcze ładny kilometr. Ładny, choć 4 sekundy powyżej pierwotnego planu. Bieganie to czasem apteka, lubię to, kiedy liczby są w grze. Przekalkulowałem je i stwierdziłem, że nie mam motywacji. Wypruwać z siebie, żeby i tak skończyć na tarczy? A Bartek i tak poza zasięgiem, czułem, bo szedł jak maszyna. Jeszcze zachęcał, ale zostałem sam. Sam pośród półtora tysiąca biegaczy. Sam z myślami, które początkowo biegły stadami, a uporządkowały się dopiero za metą.

Dobiegłem w 1:02:01, bo dopiero na ostatniej prostej zorientowałem się, że nie idę na 1:02:15, tylko mam szansę na złamanie 1:02. A zawsze warto złamać, jeśli to możliwe. Co zresztą dla mnie okazało się niemożliwe.

A potem spotkaliśmy się z grupką Podopiecznych w pobliskim Bakłażanie. I wtedy ułożyła się cała historia. Opowieść o konsekwentnej periodyzacji. Teraz robimy - i ja, i Podopieczni - tyle siły i wytrzymałości, że nie damy rady biegać szybko na zawodach. Nie ma z czego. Bo nie ma beztlenu.

W zasadzie wszyscy pobiegli 2-3 minuty poniżej oczekiwań, tego co wynikałoby z wyników na jesieni. Z wyjątkiem Agnieszki, która jest w innej fazie przygotowań - za sześć tygodni startuje w maratonie. A że Agnieszka najlepiej czuje się w warunkach chłodniczych, to ten start będzie głównym startem wiosny, a raczej przedwiośnia. I na ten start szykujemy formę. I Agnieszka zrobiła życiówkę. Zmartwiona zresztą strasznie, bo do złamania 1:08 zabrakło jej trzech sekund.

W tym roku będzie dużo o sekundach na blogu. Mnie w niedzielę zabrakło 122 sekund do zadowolenia. Jeszcze będzie przepięknie, jak śpiewa się na demonstracjach KOD-u.

[Foto: Pierwsze zdjęcie, faceta który ładnie biegnie i trudno go ostro uchwycić w locie - Dziki. Drugie zdjęcie - świetny serwis ze starych czasów biegania Maratonczyk.pl]

20:08, wojciech.staszewski
Link Komentarze (22) »
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam