Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
czwartek, 27 grudnia 2012

Dobrze zrobiłem na koniec roku. Godzinny, spokojny bieg od którego zacząłem górskie treningi, to był dobry pomysł. Biegacz powinien się trochę pieścić ze sobą.

Dwie godziny biegania zrobiłem dopiero w drugi dzień świąt. Znów sarny, znów żadnej nie sfotografowałem. I trans na przestrzeni ćwierćwiecza. 25 lat temu szedłem do Rabki od strony Babiej Góry, drogą, której nie mogłem sobie przypomnieć. Pod koniec zmyliłem ścieżki, zszedłem przez łąkę, piłem wodę ze źródła między trawami, szosą dotarłem do Rabki. I nie wpadłbym na to, że kiedyś tu mnie doprowadzi ścieżka, droga, neostrada.

Fajne dwie godziny, tętno między 145 a 160 poza odcinkami, gdzie trzeba było zbiegać po lodzie, bo wtedy ostrożnie, powoli. Porządny krosowy trening, mało aktywny, silnie transowy. Na uszach "Niewierni" Severskiego, rozmach wart Beskidów, Warszawa, Sztokholm i teraz doszedł Jemen.

W bieganiu jest mnóstwo przyjemności, które się w Garminie nie mieszczą.

Biegi Górskie dla stacjonarnych Warszawiaków ruszają w sobotę w Falenicy. Paru podopiecznych się wybiera, trzymam kciuki za to, żebyście tam znaleźli coś więcej niż trening. Bo góry, to góry.

A w sobotę za dwa tygodnie dziki bieg górski, Rodzinny Bieg Górski w Choszczówce. Wybieram się tam, bo mam tam emocje. Z Dzikim biegamy więcej niż ćwierć wieku, więc już zapisując się na jego bieg czuję się transowo. Polubiłem tę trasę - najpierw jakby się biegło po puszczy, tylko nieznanej, potem po wydmach tylko mazowieckich, a na koniec po płytach szybkich jak z tartanu.

Dziś nie było biegania, cały dzień spisywałem tekst do Wysokich Obcasów, który ma się ukazać w dniu biegu w Choszczówce. Zrobiłem za to pół godziny brzuszków, pompek itp. Nie byłem też na nartach, ale jedziemy jutro.

Moja Sportowa Żona na nartach wygląda tak (zdjęcie z soboty, ze Spytkowic):

a

A pojedziemy do Kluszkowców:

Dobranoc.

 

21:31, wojciech.staszewski
Link Komentarze (57) »
poniedziałek, 24 grudnia 2012

Największa osiągnięta prędkość - 60 km/h. Dystans treningu 17,5 km. Co to za zagadka?

W piątek przywiozłem do Rabki warszawskiego doła. Tak mi się nic nie chciało, że jedyne, co mi się chciało, to napisać na Facebooku, że mi się nie chce.

Z takiego punktu w życiu są różne drogi. Szeroka do depresji. Boczne do nowych wrażeń. Albo standardowa, pójść swoim rytmem treningowym, sportowym, życiowym.

W sobotę rano pojechaliśmy na narty. Garmin zapamiętał to jako gruby warkocz. Od Mojej Sportowej Żony i nieBiegaczki Sabiny dostałem potwierdzenie, że wreszcie nauczyłem się krawędziować. W skiŚwiecie to chyba odpowiednik złamania 3:30. Prędkość zjazdów dochodziła do 1:48 na kilometr (nie mam cierpliwości tego przeliczać na kilometry na godzinę, może ktoś jest np. aktuariuszem i ma liczydło biegowe w głowie?), a najwyższa zanotowana prędkość momentowa - pewnie przed jakimś wejściem w zakręt - to 64,2 km/h.

Po nartach MSŻ podrzuciła mnie kawałek w stronę Rabki i pobiegłem sobie przez Piątkową i przez Krzywoń do Rabki. Nie uległem pokusie hasania po górach, bo pamiętam, że jak puścić się nagle na półtorej-dwie godziny, to się kończy słabo. Godzina w tempie 7:43 (to nieważne) ze średnim tętnem 142, a maksymalnym 161 (czyli spokojnie, nawet ciut za spokojnie). Na polach koło Piątkowej spotkałem pięć saren, ale żadna nie podeszła na odległość, w której dałaby się złapać aparatem. Więc zdjęcie z Krzywonia.

 k

I zaczęły się święta, najdłuższe święta XXI wieku. Już w niedzielę wykończyliśmy pierwszą blachę sernika, ale teściowa (po kontuzji na nartach, ale w tapingu, bo znaleźliśmy jej taką specjalistkę w Rabce) już upiekła kolejną. Były narty na Harendzie pod Zakopanem, półtoragodzinny bieg po górach w drodze powrotnej z górnej Rdzawki przez Stare Wierchy i Maciejową do Rabki (biegacze z naszych obozów wiedzą o co chodzi - w zimie trzeba bardziej uważać na zbiegach). Dziś rano ostatnie narty przed odwilżą i podbiegi na Krzywoniu, każdy poprzedzony 30 wspięciami na palce, 15 podwójnymi wykrokami i 30 podwójnymi skipami A.

Gdzieś mi wróciła radość dnia, radość działania. I tego Wam życzę. Żebyście w słabszych, gorszych, dramatycznych, smutnych i w różny sposób kiepskich momentach umieli znaleźć ścieżkę, którą da się wybiec do radości.

15:46, wojciech.staszewski
Link Komentarze (29) »
czwartek, 20 grudnia 2012

Dwa maratony w jednym mieście? Koniec świata.

Mam z tym problem myślowy i emocjonalny. Nie potrafię jeszcze wyrobić sobie jasnego stanowiska, nie potrafię nawet dobrze nazwać swoich uczuć. W Warszawie w 2013 roku będą dwa maratony - jesienny i wiosenny.

Mógłbym napisać inaczej: Warszawski i Benzynowy. Albo trzydziesty któryś Maraton Warszawski i Pierwszy Maraton Naftowy. Mógłbym łatwo wyciągnąć worek z rózgami i wyzłośliwić się na koncernie, że może by sobie lepiej zrobił maraton w Płocku. I mam w sobie takie emocje też.

Ale mam też emocje zupełnie przeciwstawne: że świetnie, bo będą w Warszawie dwa wielkie biegi. Wiosenny głównie dla twardzieli, którzy przetrenują zimę. I jesienny głównie dla tych, którzy wiosną zamiast grypą zarażą się bieganiem. Może przy rosnącej popularności biegania, przy losowaniu do Nowego Jorku, przy rozchodzącym się w dwie godziny limicie miejsc w Berlinie - może w każdej światowej metropolii będą się odbywały po dwa maratony? To możemy być tylko dumni, że stolica Polski jest w światowej awangardzie. Dwa maratony ma chyba tylko San Francisco, ale drugi jest tylko dla kobiet.

Rozum mówi, że wiosenny maraton wcale nie musi się gryźć z jesiennym. Że bardziej może się to odbić na frekwencji fajnie zapowiadającego się w zeszłym roku kwietniowego maratonu w Łodzi albo rosnącego z roku na roku maratonu w Krakowie. Że może nie ma racji Marek T. denerwując się wiosenną konkurencją, bo to żadna konkurencja.

Na to zaraz rozum odpowiada, że coś jest nie tak - przychodzi duży koncern i jak gracz, jak pokerzysta, jak szuler przebija nasz maraton. Nasz, wytupany w chudych latach, wybroniony w kryzysie biegowym i kryzysie niemocy WOSiR-u na początku wieku. Przychodzi i kradnie show. Chciałby człowiek usiąść z Markiem T. i śpiewać partyzanckie piosenki na pohybel.

I ten sam rozum dopowiada, że maraton to przecież jest show. I świetnie, że pojawia się bogaty sponsor, który chce dać nam - biegaczom, a także mieszkańcom, bo wstępne plany imprezowo-koncertowe mają rozmach - na wiosnę świetną imprezę. Biegaczu, szanuj sponsora. Bo to dzięki sponsorom nie ganiamy dziś po lasach w bawełnie, jak jacyś Tarahumara. Uważam, że nikt w Polsce nie zrobił tyle dla biegania, co Tomasz Hopfer, Jerzy Skarżyński oraz Nike - organizując pierwszy naprawdę masowy bieg Run Warsaw z potężną reklamą adresowaną do każdego, komu w duszy gra bieganie. Dopiero, gdy rzeka żółtych koszulek przebiegła przez miasto, rozpoczęła się biegowa lawina.

Serce się włącza. Z Markiem T. jesteśmy zakumplowani, jestem zapraszany na oficjalne bankiety po Maratonie Warszawskim, a kiedy wpadam do redakcji papierowego Biegania, to wypijamy nieoficjalnie kawę. Dlaczego ci z Orlenu wrzucają mu pod nos taką petardę, bombę, minę?

Na to znów rozum odpowiada, że ci z Orlenu to nie są kosmici. Nie znam dyrektorów kwietniowego maratonu, ale w ekipie organizatorów jest Jarek Ż., trener z naszej Kancelarii, chłopak solidny, podchodzący do biegania profesjonalnie, sam przy tym biegacz z poziomu, o jakim nie marzymy (połówka w 1:04!). Znam też jednego biegacza z zarządu Orlenu, Jacka M., mojego podopiecznego w grupie bankowców, cieszę się, że ze znajomymi z Choszczówki zwolnili trochę na weekendowych wybieganiach i myślę, że Jacek ma już szanse złamać wiosną 4 godziny - pewnie w Warszawie.

Ja też chyba wystartuję, nie będzie mi się chciało jechać do Łodzi, skoro mam bieg na miejscu. Wystartuję, bo jestem tego biegu ciekaw. Wystartuję, bo przyciąga mnie jak magnes Henryk Szost, pościgam się z nim z założeniem 45-minutowej bonifikaty. Wystartuję, bo tak.

Miałem taki sen - jak mówił w historycznym kazaniu Martin Luther King - miałem sen, że do kwietnia ułożyłem sobie to wszystko i w sercu, i w głowie. Miałem taki sen, że ułożyło się to wszystko w świecie biegowym. Miałem sen, że można biegać nie przeciwko jakiemuś biegowi lub za jakimś biegiem, tylko biegać po moim mieście. Mam tak samo jak ty...

18:40, wojciech.staszewski
Link Komentarze (58) »
poniedziałek, 17 grudnia 2012

Tap tap, ksza, ksza, dżab, dżab. Nie ma w ludzkim języku głosek, które fonetycznie oddałyby chrzęst stóp na śniegu. Ale kiedy usłyszałem znów dziś rano ten dźwięk, to poczułem, że wróciłem na swoją drogę. Taka prosta scena: biały śnieg, lekko zlodowaciały pod stopami, drewniane drzewa, lekko zmoczone deszczem i tap, tap, ksza, ksza.

Poczułem, że wyznacza mi to rytm życia w podobnym stopniu, co oddychanie, co bicie serca. Ksza, ksza, dżab, dżab. Godzina sam na sam ze sobą. Godzina z książką na uszach. Godzina z naturą, w której chętnie widziałbym Boga (jeśli jest).

Matematycznie wyglądało to tak:

g

Kto ciekaw - niech kliknie. Ja byłem ciekaw, jak mój organizm zareaguje na miesiąc przerwy w treningu. Zapaści nie ma. Tempo treningu wyszło o minutę z kawałkiem wolniejsze niż przed roztrenowaniem, ale to mnie nie martwi. Po pierwsze zmieściłem się w szóstce. Po drugie wynik zaburzył zlodowaciały śnieg, nawierzchnia, przy której każdy krok jest ćwiczeniem siły i propriocepcji jednocześnie. A po trzecie średnie tętno 146 to trochę za nisko - powinienem biec przynajmniej o pięć kresek szybciej. Tylko, że nie byłem za bardzo w stanie. To chyba jakiś nieznany parametr treningowy: współczynnik lenistwa, ogranicznik wysiłku do poziomu relaksu czy coś w podobie. (Pamiętacie, że się tak kiedyś mówiło: w podobie?).

Wieczorem miałem drugi, nie do końca planowany trening. Najpierw musiałem pobiec do miejsca, gdzie na mapie z Garmin Connect zaczynał się poranny trening - odebrać samochód stojący pod warsztatem (czujnik cofania, zrobili na gwarancji). Wyszło 15 spokojnego biegu. Potraktowałem to jako rozgrzewkę aerobową, bo w domu czekał mnie trening wzmacniający, którego nie zdążyłem zrobić w dzień. 30 minut łojenia ze sztangą pod postacią gymsticku, serie po 20 powtórzeń na naramienny i czworoboczny na zmianę.

W zeszłym tygodniu też były postanowione trzy treningi, ostatni w sobotę. Pierwszy raz robiłem w nim deski na boku. Granica masochizmu: 1 min., dalej nie doszedłem.

Dobrze być w treningu. Trening jest jak puls - tylko na skalę tygodni, miesięcy, lat.

23:38, wojciech.staszewski
Link Komentarze (50) »
czwartek, 13 grudnia 2012

Wiecie jak powinna wyglądać piłka nożna dla biegaczy? Drużyny 5-osobowe, a boisko powinno mieć z 500 metrów długości. Coś w tym stylu uprawialiśmy we wtorek na koniec treningu z bankowcami z RBS.

Bankowcy wzięli sobie roztrenowanie do serca, na treningu była nas tylko piątka. Pobiegaliśmy krótko, bo teraz bieganie zeszło na dalszy plan i wzięliśmy piłki. Najpierw siatkowa, żeby dogrzać obręcz barkową i ramiona. Potem ciężka-lekarska, trochę rzutów w parach, a później konkurs na boisku. Bo trening robiliśmy na bocznym boisku na Agrykoli, długim na 100 m, oświetlonym śniegiem. Konkurs był taki, że rzucaliśmy piłką do tyłu (tak jak w szkole) - kto pierwszy dotrze do przeciwległej bramki (ale nie na czas, tylko na liczbę rzutów).

Wygrał Jarek przed Mirkiem. Za karę byli jedną dwuosobową drużyną, a my przeciwko nim we trzech. Możecie sobie wyobrazić te akcje? Kopiesz i lecisz. Śnieg chrzęści, bo przeciwnik też leci, dopadasz do piłki, kopiesz przed siebie i lecisz dalej. Nie masz siły - kopiesz do partnera, który też leci z tobą pół boiska.

Zawsze powtarzam podopiecznym, że jestem wrogiem grania w piłkę przy treningu biegowym, zwłaszcza w BPS-ie. Ale taka piłka, interwałowo-przebieżkowa, to piłka dla biegaczy.

Środę zacząłem od deski, a właściwie od sześciu desek. Moja siłownia wyglądała tak: 6 razy 1 min. deska (plus 10 pompek na początku i na końcu), a między tym 30 razy rozciąganie gumy z tyłu (na mięśnie grzbietu). Pół godziny z hakiem.

A potem niechcący zrobiłem trening. Nagrywaliśmy z Anitą z Canal Plus kolejny odcinek "O co biega". Pozorowaliśmy podbiegi, ale jak pozorujesz podbiegi do telewizji i kamerzysta mówi, że jeszcze potrzebuje przebitek, jeszcze ujęcia między drzewami, jeszcze z tyłu, jeszcze z przodu, jeszcze na zbliżeniu - to robi się z tego trochę biegania. Porzucaliśmy też ciężką piłką (też z przodu, z tyłu, na zbliżeniu). A potem podogrywaliśmy ćwiczenia do robienia między podbiegami.

Przekonałem się ze zdziwieniem, że umiejętność robienia pompek nie wszystkim jest dana. Dlatego namawiam wątpiących - wzmacniajcie się. Nikt nie musi dążyć do bycia kulturystą (chyba, że się szykuje do triathlonu), ale biegacz nie piłkarz - musi mieć mięśnie, a nie tylko włosy na żel (ok, to może nadmierna złośliwość, ale nie mogłem się powstrzymać).

Tyle w nas maksymalnie może być siły, ile mięśni. Głowa mięśni nie zastąpi, chociaż może je wspomagać na 40 kilometrze.

W piątek będzie trzeci trening wzmacniający w tygodniu. Tym razem deski na boku, żeby wzmocnić mięśnie skośne brzucha. Od przyszłego tygodnia wracam do treningu biegowego.

22:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (54) »
poniedziałek, 10 grudnia 2012

Stajemy w finale olimpijskim w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne. W odróżnieniu od prawdziwego finału nic już nie zależy ode mnie. Tylko Michał Kobosko z jury Grand Press, z którym graliśmy kiedyś w piłeczkę, odczytuje wynik: Wojciech Staszewski.

Wow!

W ogóle nie wiedziałem, że startuję w tych zawodach. Dziś było rozstrzygnięcie konkursu Grand Press, takiego polskiego Pultizera, jedną nagrodę główną dostaje Dziennikarz Roku - w 2012 to Jurek Jurecki - a oprócz tego jest bodaj siedem kategorii. Wiedziałem, że mam nominację w jednej - za to prestiżowej - czyli w publicystyce. Nominowany był mój tekst "Czy jesteście normalni". Tym żyłem od tygodnia, ale trochę jak Polacy przy Kenijczykach - że sam udział w finale jest już mega sukcesem.

Dopiero dziś na gali dowiedziałem się, że mam jeszcze drugą nominację - w kategorii dziennikarstwo specjalistyczne za tekst o wychowaniu fizycznym "Matapiłkagrajta". A potem, kiedy Michał odczytał listę nominowanych i ogłosił zwycięzcę byłem najbardziej zaskoczonym w kilkusetosobowej grupie dziennikarzy zgromadzonych na gali.

Dzień zacząłem od treningu, ponieważ teraz nie biegam, to była siła. Jestem od tygodnia fanem obwodów. Ustalić kilka ćwiczeń, zrobić jedno po drugim, a potem powtórzyć obwód jeszcze dwa razy. Na sobotę Moja Sportowa Żona przygotowała mi zestaw ćwiczeń z ciężarkami, piłką, matą, gumą - ale nie pamiętałem dokładnie techniki ich wykonywania, a MSŻ była na studiach. Wiec zrobiłem po swojemu. Sześć ćwiczeń na mięśnie brzucha z matą albo górę z taśmą - każde po 1,5 minuty. Dziś było podobnie  - sześć ćwiczeń z niby-sztangą GymStick. Kolejno: martwy ciąg, barki, triceps, naramienny, biceps, piersiowe; powtórzone trzy razy.

Wiedziałem, jakie zawody intelektualne mam na koniec dnia, ale jeszcze bardziej wiedziałem, że muszę zacząć dzień od tych ćwiczeń. Trening strukturalizuje mój dzień.

Tekst, za który dostałem nagrodę mówi o grzechu rodziców. Przez redakcję Press został opisany jako tekst o bylejakości lekcji WF w szkole, ale to nieprawda. Te lekcje raz są lepsze, raz są gorsze. Ale zło zakażające dzieci tkwi w nas, rodzicach. Najbardziej jaskrawym tego przykładem jest pomysł rodziców z klasy córki 4klasistki, żeby zorganizować dzieciom dowóz z basenu do szkoły (750 m). Temu nie zdołaliśmy się w II klasie przeciwstawić, ale kiedy teraz, w IV klasie batalia wróciła - żeby przekonać rodziców do zorganizowania transportu z kortów tenisowych do szkoły (850 m) zdołaliśmy przypomnieć rodzicom, że takie "trudności" są do pokonania dla dziesięciolatka.

Jeżeli zabieramy dzieciom ruch - zabijamy je. I tak siedzą przy komputerze, a my się dodatkowo boimy, żeby wypuścić je na podwórko (bo tam same niebezpieczeństwa i czyste zło). Czujemy się złymi rodzicami, jeżeli nie zapewnimy im podwózki pod szkołę, na zajęcia, do domu, wszędzie. I dzieci robią się grube, niesprawne, nie wierzące we własne siły. Jak to piszę, to aż mi wstyd, że takie banały wypisuję - tylko dlaczego miliardy rodziców o tym nie wiedzą na co dzień?

Jak się dostaje złoty medal w marynarce, to się wygląda tak:

a

23:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (40) »
czwartek, 06 grudnia 2012

Dzień, w którym wybuchła wojna, był dla mnie fantastycznie sportowy. Na środę wyznaczyłem sobie drugi trening wzmacniający, a to dla mnie teraz ważne. Pierwszy raz w życiu, może oprócz szóstki lorda Vadera, zrobiłem wzmacnianie w sposób przemyślany i ustrukturalizowany. Dotąd to było takie rzucanie się na sprzęty i ćwiczenia. Coś jakby biegacz z dziwnym zespołem zrobił jeden podbieg, zaraz pół interwału przerywając to długim wybieganiem, a potem dodał jeszcze trzy serie skipów i siedemnaście rytmów.

Tym razem tak nie było, tylko jasna struktura. Sześć powtórzeń deski po 2 min., ale bezpośrednio przed deską 10 pompek. W przerwach wypoczynkowych - rozciąganie taśmy Thera-Band, 20 powtórzeń, przed nieparzystymi deskami z tyłu, przed parzystymi z przodu.

Dawno się tak dobrze nie zmęczyłem. Tętno pod koniec każdej deski dochodziło do 150, a w ostatniej próbie osiągnęło 152. Ciekawe, ile desek musi zrobić człowiek i jak długich, żeby wejść w II zakres?

Wieczorem miałem trening z ubezpieczeniowcami z Uniqa. Większość grupy ma roztrenowanie, więc po rozgrzewce zrobiliśmy po 120 różnych rzutów ciężkimi piłkami, a później pograliśmy aerobowo w piłkę. Przez 20 minut, bo tyle trwał mecz, przebiegłem na bardzo małym boisku trochę ponad półtora kilometra.

gsMecz rozbiegaliśmy jeszcze po Górce Szczęśliwickiej, ale nie żaden podbieg, tylko spokojnie na luzie. Widok z górki jest niezły sam w sobie. I kiedy zbiegałem z góry, i patrzyłem na park, Warszawę w tle znalazłem w sobie ogromną radość z biegania.

Biegacz ma miasto. Miasto, zmarznięte zimowe miasto, gdzie ludzie uciekają do ciepłego - do domów, samochodów, autobusów - to miasto należy do biegaczy. To jest moje miejsce, gdzie robię swoją robotę. Gdybym nie biegał, nie byłoby żadnego innego powodu, żeby wyjść w zimowy wieczór do Parku Szczęśliwickiego i czuć się tam, jak u siebie w domu.

Te radości biegowe wszyscy przeżywamy w parkach, w lasach, na osiedlach, stadionach, co kto lubi. Przeżywają je też Dziki i Ewa, chociaż poróżnili się okrutnie o Rodzinne Biegi Górskie w Choszczówce (na Facebooku widać ślady ruchów wojsk).

Mam z tą wojną, z tą bitwą pod Choszczówką duży problem. Dziki jest moim przyjacielem od lat, od serca, od biegania po Puszczy, kiedy byliśmy młodsi od naszych starszych dzieci. Ewę cenię za Ortoreh, klinikę, w której nie banują biegaczy, tylko uruchamiają. Znam napięcia wokół Rodzinnych Biegów Górskich, jak w źle dobranej rodzinie. Ale nie chcę być sędzią w tej sprawie; dzięki mądremu telefonowi Adama zwanego Fredziem może będę mógł się lepiej przysłużyć sprawie - w bardziej konsyliacyjnej roli. Każda wojna ma to do siebie, że się kiedyś kończy, o ile nie toczy się w Strefie Gazy.

Za wcześnie dziś dla mnie na deklaracje, co dalej z Choszczówką. O tym będzie czas mówić, kiedy będzie po wojnie. Wojna nie jest dobra sama w sobie, ale może się dobrze skończyć.

Jak teraz nie biegam, mnóstwo przesiaduję na Facebooku. Wziąłem się za lubialność Kancelarii i po moim ostatnim wpisie polubiło nas z 50 osób. W tej chwili Kancelarię lubi 269 osób a stronę Rodzinnych Biegów Górskich - 271. Pomożecie w tym wyścigu?

Na fali postanowiłem założyć fanpage ojcu - konkretnie książce "Ojciec.prl". To taka moja prywatna anarchia wobec korporacji. Wydawnictwo kiedyś stwierdziło, że nie ma sensu zakładanie takiej strony, bo kto tam będzie zaglądał, kto będzie pisał. Na razie ojca.prl lubi 51 osób. A piszę ja, taki jakby mikroblog.

Jak człowiek nie biega, to pisze. W sobotniej "Gazecie" będzie mój wywiad z dyrektorem z NBP o pieniądzach. Dyrektor opowiadał fascynująco, więc tekst wyszedł chyba ciekawie. A kiedy już do dyrektora zadzwoniłem, to się okazało, że dyrektor biega, kiedyś spotkaliśmy się w Powsinie i przez godzinę odbijaliśmy piłkę do siatkówki razem z Moją Sportową Żoną.

Bieganie łączy.

23:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (70) »
poniedziałek, 03 grudnia 2012

Można by zrobić wśród biegaczy sondę, czego bardziej nie lubią - siłowni czy basenu. Wiem, że są tacy, którzy lubią, przepadają, wyrasta w nich mały triathlonista, chociaż sami o tym nie wiedzą. Ale mówię o tabunach przemierzających Las Kabacki czy Bielański. Kto lubi pływanie albo trening siłowy - ręka do góry.

Na basen chodzę więc z rzadka i to jest atrakcyjne. W sobotę Moja Sportowa Żona zabrała mnie do swojego Gold's Gymu, woda tam ciepła jak w Morzu Południowochińskim, na basenie pusto, bo wszyscy siedzą na siłowni, raj-wypas. Znalazłem tam wiele przyjemności, najgorętszą była sauna fińska, lubię ten drewniany zapach. Ale gdybym miał mówić o przyjemności samego wiosłowania rękami w wodzie i niezbyt udanych prób nietonięcia - to byłoby gorzej. Nie wyobrażam sobie przyjść i pływać godzinę dla fanu. Kilkanaście odcinków interwałowych w basenie z odpoczynkami przy ściance zupełnie wystarczyło.

W pływaniu zdaje się, że mam tylko jedno tempo - interwałowe. Nie potrafię powiedzieć sobie, że teraz będę płynął szybciej, a teraz spokojniej. To zawsze ta sama walka o życie. Dwa razy ścignąłem się z córką 4klasistką żabką i dwa razy przegrałem.

W niedzielę byliśmy z MSŻ na treningu z gumami z grupą Euro prowadzoną przez trenera Jarka. A dziś miałem swój pierwszy trening.

Mam już plan na początek roku. Wiosną będzie maraton, tylko gdzie. Ptaki ćwierkają już bardzo głośno o maratonie w Warszawie, chociaż on ciągle nie może się wykluć. Jeśli nie, to pewnie Łódź, bo Kraków za późno. Wcześniej półmaraton w Warszawie. Oprócz tego trochę startów kontrolnych w Kabatach i Choszczówce. Chomiczówka zdaje się koliduje z Choszczówką, wypytam jutro Dzikiego i zobaczę.

Treningi biegowe zaczynam za dwa tygodnie, w połowie grudnia, w Rabce będę więc już po tygodniu treningów. Do tego czasu może uda się jeszcze jakiś rower albo rolki plus trochę ruchu z bankowcami i ubezpieczeniowcami na treningach. No i siłownia.

Siłownia nie na siłowni, tylko w domu. Może kiedyś pójdę do sali wypełnionej metalowymi ciężarami, na razie będę jednak wierny filozofii bezpiecznego treningu wzmacniającego w domu. Bezpiecznego, bo bez dużych obciążeń, z dużo mniejszym ryzykiem kontuzji. Taśmy Thera-Band, mata do brzuszków i grzbietów, Gymstick, może wezmę się też za lekkie hantle. Trzy treningi w tygodniu do połowy grudnia. A potem zobaczymy - pewnie przejdę na dwa i spróbuję to utrzymać przez cały okres przygotowawczy.

Dziś było 30 min. ćwiczeń z taśmą. Dałem odpocząć nogom, zająłem się wyłącznie górą, a skończyłem trzema seriami martwego ciągu - na grzbiet. Tu mam swoją piętę Achillesa. Nie mogę się już doczekać środowego treningu - będzie w całości na macie.

Hm, chyba okłamałem samego siebie w tym blogu. Zacząłem od tego, jak bardzo nie lubię basenu i siłowni. A potem się mi napisało się o przyjemnościach związanych z wyprawą na basen. I doszedłem do tego, jak bardzo nie mogę się doczekać kolejnego treningu wzmacniającego w domu.

Chyba tak jest, że jak człowiekowi sport w duszy gra, to potrafi się cieszyć nawet tymi dyscyplinami, które są jego piętą.

21:24, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
czwartek, 29 listopada 2012

Odkrywam przyjemności sportu dla przyjemności. Tego, w którym satysfakcję daje nie oczekiwany wynik, a sama aktywność.

Pewnie, że wynik się liczy. Ale po wtorkowym ping pongu z Dzikim, chociaż w świat idzie wynik na miarę reprezentacji piłkarskiej - nic się nie stało, Staszewski, nic się nie stało - byłem jakoś zadowolony. Stoczyliśmy chyba największy bój ever, pięć setów na przewagi, Dziki wygrał trzy, ja dwa, skończyło się 4:2 dla Dzikiego, bo on nie przespał początku meczu. Gonitwy punktowe, przemyślane zagrania kątowe, kilka akcji na poziomie i walka, walka, walka. Lubię to.

We wtorek wieczorem na treningu z nielicznymi bankowcami, którzy zdołali się w ten deszcz w środku roztrenowania zmobilizować zaplanowałem gry i zabawy sportowe. Piłeczka (pamiętacie, jak chcieliśmy na wuefie, żeby pan dał piłeczkę) czekała w bagażniku, ale było nas za mało na granie, zrobiliśmy za to solidny, prawie półgodzinny trening z taśmami Thera-Band.

W środę z kolei umówiliśmy się z Chłopasiem na badmintona. Wystąpiłem w roli trenera bez papiera, bo Chłopaś pierwszy raz odbijał lotkę przez siatkę. A potem pogadaliśmy przy kawie o internecie, Kancelarii, nowym projekcie, który niebawem odpali Chłopaś, a ja też maczałem w nim palce. Tu Chłopaś występował w roli eksperta. A Kancelaria ma od wczoraj nową stronę internetową, nie wiem, jak Wam, ale nam się bardzo podoba. Lubimy to.

Wyznaczyłem sobie oczekiwany wynik, który chciałbym uzyskać na koniec przyszłego roku w sprawach kancelaryjno-internetowych. Chciałbym, żeby naszą stronę na Facebooku lubiło więcej niż tysiąc ludzi. Nie mam pojęcia, jak do tego doprowadzić. Przecież nie wyjdę na ulicę i nie będę się pytał ludzi, czy mnie lubią, a potem podsuwał im komórki z Facebookiem, żeby to udowodnili kliknięciem. Zawsze chciałem być znany i lubiany. Stan lubienia na dziś: 218.

Wiecie - może to jest banał, to lajki, te kliki bez sensu, ten jeden jedyny przycisk unifikujący wszystkie możliwe emocje. Ale jest coś w tym fajnego, że na Facebooku jest tylko przycisk Lubię to, a nie ma Nie lubię tego. Nie lubisz? Ok, zostań w pokoju, idź w pokoju, biegnij w pokoju. Nie musimy ze sobą walczyć ani nic. Lubisz? Kliknij.

Dzisiaj był dzień bez sportu. Tylko dyscyplina dodatkowa: wyprawa z ojcem do dentysty. Ojciec uprawia chód niesportowy za to szalenie widowiskowy, cała poczekalnia w przychodni nie może oderwać oczu. Ale daje radę, nie przewraca się, dochodzi do krzesła, do drzwi, na fotel. Podziwiam to.

20:59, wojciech.staszewski
Link Komentarze (47) »
poniedziałek, 26 listopada 2012

Aerobowo ruszyłem się w niedzielę. Na rower i po samochód z Ursynowa do Wawra. 14 km w 49 minut. Średnie tempo ruchu wyszło 3:15, czyli szybciej niż byłbym w stanie biec. A tu się chyba nie przemęczałem, bo tętno średnie wyszło 124, a maksymalne 142. Wszystko jest tutaj.

Rower został po imprezie, na której byli sami biegacze. Wszyscy świętowaliśmy roztrenowanie. Więc nie ma się co dziwić, że w pewnym momencie zgadało się o piątkowym treningu wzmacniającym Kancelarii, który poprowadziła Moja Sportowa Żona, tak że wszyscy wyszliśmy jak rycerze z żelaza, trochę sztywni, ale mocni w sobie. Wzmacnianie, nie siłownia, ale proste ćwiczenia, które człowiek powinien łoić, żeby mocnym się stać. Włączam to na stałe od grudnia, póki zapału starczy.

Pierwszy zapał poczuliśmy stadnie i ludycznie podczas świąt roztreniowaniowych. Padło hasło: robimy konkurs w desce. Żałuję, że nie mam zdjęcia, bo musiało to fajnie wyglądać. Kilkanaście osób, dziewczyny w sukienkach albo bluzeczkach, faceci w koszulach albo koszulach, wszyscy walą się na podłogę i zaczynamy.

Deska to moje ulubione ćwiczenie. Jest tak nieskomplikowane, że nie musiałem pięć razy pytać MSŻ o technikę. A przy tym tak bezwzględne. Teoretycznie na mięśnie brzucha, ja bardziej czuję przy nim grzbiet. Pozycja podobna do pompki, ale wolę wariant z oparciem na przedramionach, a nie na wyprostowanych rękach. I trzymamy skurcz izometryczny.

Po minucie już było wesoło, już połowa uczestników wstała i przeszła do roli kibiców. Po dwóch minutach z kawałkiem MSŻ wygrała kategorię kobiet, pierwszy złoty medal dla Kancelarii. Po sześciu na parkiecie zostaliśmy tylko ja i Tomek. A po 6:18 zdobyłem drugi złoty medal - w kategorii open.

Robimy deskę? Codziennie trzy serie po ile kto może - po pół minuty, po minucie, po dwie? A raz w tygodniu na rekord - dociągnąć do czterech, pięciu, minut. Ćwiczenia siłowe to nie jest najfajniejsza rzecz, ale rywalizacja jest fajna. Napiszcie w komentarzach, kto wchodzi w akcję "Cała Polska robi deskę".

Na szczęście dla amatorskiej zabawy w desce nie wystartowała Monika P., tyczkarka, olimpijka, która również uczestniczyła w zabawie. Powiedziała mi za to, jak tyczkarze robią deskę. W wariancie z wyprostowanymi rękami, kilka serii po 30 sekund. Spróbowałem w domu, ale takiej pozycji normalny człowiek nie jest w stanie przyjąć ani na chwilę.

Monika P. powiedziała mi jeszcze ważną rzecz o hemoglobinie. Żelazo to nie wszystko, za jej tworzenie odpowiedzialna jest jeszcze witamina B12. Poczytałem i postanowiłem dziś kupić. Tak oto ja, sceptyk w kwestii suplementacji, łykam już Biofer, witaminę B12, jem czerwone mięso, natkę, wyjadam MSŻ orzechy z szafki i wcinam kabanosy, bo one są całe z żelaza, jak wynika z jednej tabelki, którą znalazłem. Boję się pić większości tego, co lubię, jadę głównie na mięcie, a colę łyknę sobie dopiero na dobranoc.

Dobranoc. A o pożarach - w komentarzach.

PS. Jednak mam zdjęcie. Fot. Dominika.

a

21:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (42) »
| < Październik 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31        

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam