Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 11 stycznia 2016

Pierwszy raz trafiliśmy tam z Dzikim jeszcze w XX wieku. Nie pamiętam, kto się o tym biegu dowiedział, ale pamiętam, że na stoliku po starcie można było dostać numery miesięcznika "Jogging" wydawanego chałupniczą metodą przez współtwórcę Maratonu Pokoju (w Warszawie) Zbigniewa Zarębę i wyniki ostatniego Maratonu Warszawskiego wydrukowane w postaci broszury.

Bywa, że pytają mnie Podopieczni, dlaczego Bieg Chomiczówki jest biegiem kultowym. Właśnie dlatego. Że był wtedy, kiedy po ulicach jeździły maluchy i polonezy, a trenujący po osiedlu biegacze byli zjawiskiem równie rzadkim jak dinozaury. My jesteśmy dinozaury z tamtej epoki.

Pamiętam biegi w brei, biegi w mrozie. Wczoraj siedząc u ojca.prl pytałem, czy on pamięta, jak przyszli mi tam kiedyś kibicować z Jankiem. I Janek - pamiętał to, opowiadał mi dwa i pół roku temu - strasznie zmarzł, więc poszli z dziadkiem na herbatę do Leclerka. Ojciec.prl powiedział, że pamięta i to powiedział tak wyraźnie, jak już dawno mu się nie zdarzyło.

To kultowy bieg, bo to bieg pamięci. Bieg z poprzedniej epoki. Z jury, z kredy, z triasu. Kiedy żaden japiszon nie biegał, bo pojęcie nie istniało w socjologii. Kiedy mój ojciec był tak sprawny, żeby przyjść na bieg z moim synem. Kiedy oglądałem plecy Dzikiego.

Za pierwszym razem - dokładnie to był rok 1998 - pobiegłem 1:08:44 i przegrałem z Dzikim o 33 s. Anka była na mecie i mówiła, że po drugim kółku miałem sporą stratę, ale potem prawie go dogoniłem. Za drugim razem pobiegłem szybciej niż Dziki w poprzednim roku, ale Dziki poszedł w dzikie bieganie i przestał startować. Najszybciej pobiegłem w 2004 - 57:54. Miałem wtedy kompletnego doła, trenowałem jak oszalały, wyłem w życiu jak ranny tygrys, a rok później poznałem Moją Sportową Żonę. Wtedy, w 2005, pobiegłem "tylko" 59:00, bo byłem po mocnym biegu na 5 km (start jest godzinę wcześniej), zrobiłem tylko taki trening.

W 2006 pobiegłem słabo - 1:01:02. Ale mam fajne zdjęcie z finiszu. Dołączyła z grupy kibiców Dorosła Córka, wtedy na styku gimnazjum i liceum, trenująca lekkoatletykę w AZS AWF Warszawa.

Kiedy zaczęła się Kancelaria odkryłem treningowy aspekt tego biegu. To prognoza tempa na wiosenny półmaraton. Przy dobrze speriodyzowanym treningu wiosną da się nawet pobiec 21 km szybciej niż te 15.

Strasznie głupi dystans - 15 km. I w tym jest też urok Chomiczówki. Nigdy nie biegłem innej piętnastki, tylko tu (chyba jest jeszcze w Trzemesznie).

Rok temu wyszło 1:00:04. Jakoś mi ten bieg wypadł z głowy. Naprawdę nie zdołałem urwać pięciu sekund i wrócić do strefy poniżej godziny? Nie pamiętam. Pamiętam, że siedzieliśmy w knajpce nieopodal i Podopieczny Szczepan pokazał mi aplikację, dzięki której można zrzucić bieg z Garmina do sieci za pomocą ajfona.

Wypadałoby złamać godzinę, jeśli mam się wzbić w tym roku ponad wyżyny. Mimo zamulenia siłą i wytrzymałością. Trzeba w tym zamuleniu postarać się wytupać te 59 minut, jeśli myślę jeszcze o 2:49 w maratonie. Bo są starty po szczęście w słońcu (oby za chmurami) i są takie, w których wykuwa się formę w lodzie i na mrozie.

Będzie pewnie zimno. Zobaczmy się więc pod dachem. Będziemy z MSŻ, Dzikiego namówię jutro na ping pongu. Czekamy na spotkanie w Bakłażanie - ul. Conrada 15, jakieś 200 m od startu/mety. Zaczynamy się zbierać od 12.30. Kto się spotka?

17:49, wojciech.staszewski
Link Komentarze (44) »
poniedziałek, 04 stycznia 2016

Szedłem od rana do nocy, a noc zapadała późno. Nie tak jak teraz, w Sylwestra, kiedy trzeba szybko robić poranne wybieganie, bo zaraz po południu robi się ciemno. Bo to był środek lata 1987 albo 1988. Minąłem Mogielicę, najwyższy szczyt Beskidu Wyspowego, ale tak się spieszyłem, że nie zanotowałem jej w sercu, tylko w komputerze - 1170 m npm. Komputerów oczywiście wtedy jeszcze nie było w przeciętnych domach, a zwłaszcza u studenckiej rodziny z małym dzieckiem.

Małym dzieckiem był Jaś. A ja zobaczyłem na mapie, że z Mogielicy schodzę na górę, która nazywa się Jasień. Na Jaśka mówiliśmy wtedy czasem Janeś, prawie tak samo. Więc myślałem sobie tamtego wieczora, czy mama Jasia go kąpie, czy już kładzie, jak minął mu dzień, jak zasypia.

Biegłem z tymi wspomnieniami na Mogielicę teraz, w Sylwestra 2015, taki sobie wymyśliłem czelendż. Bywają głupsze, córka gimnazjalistka mówiła, że na jutubie jest czelendż, żeby rozgnieść banana w spritcie i wypić; podobno się wymiotuje. Trasa na Mogielicę fantastyczna - nowa, nieznana. Bo po trzydziestu latach pamięć komputera by może coś odtworzyła, ale moja nie.

Nie wiem, czy wtedy był taki widok z polany pod Mogielicą. Teraz był.

 

Zjechałem z gór i jest dobrze. Po pierwsze dobra wiadomość: po napisaniu do Pani Dyrektor Biegu Chomiczówki dostałem pakiet z puli dla dziennikarzy/blogerów. Hurra. Będzie za dwa tygodnie weryfikacja moich planów bezczelnego sięgnięcia po życiówkę, która mi się już nie należy. Na razie udało mi się przez kilometr utrzymać tempo progowe - na koniec półtoragodzinnego treningu.

Mój plan treningowy, to więcej zapieprzać - tak jak mówi się brutalnie komuś, kto chce zgubić wagę: mniej żreć. Sobotnia struktura to jedyna rzecz, którą mam w miarę na sztywno ustaloną - 1,5 h powoli (pierwsza godzina z Moją Sportową Żoną, a potem jest jak z bicza) plus odcinek w tempie progowym; zacząłem od 1 km i co tydzień będę dodawał po kilometrze, pewnie do 6 km. Reszta to oczywistości - siła, siła, więcej kilometrów i jak najdłużej na uwięzi, bez włączania szybkości. To cały plan, Sten. A, i jeszcze plan na piątki: kończyć tekst do Newsweeka w czwartek wieczorem albo piątek całkiem rano. A potem robić długie wybieganie w drodze do pracy. Naprawdę długie. W pracy mam ciuchy, będę wymieniał, da się wszystko skleić z pracą. I z życiem rodzinnym.

Znów jest wieczór i znów trzeba kłaść syna spać. Kończę.

18:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 28 grudnia 2015

Śnił mi się dzisiaj Janek, syn fotograf. W tym śnie miał sześć lat, było wiadomo, że umiera, przytulałem go, bo bał się śmierci. Naprawdę w ogóle się jej nie bał, to ja się bałem dwa lata temu.

Ten sen to dobry początek do postanowienia noworocznego, o którym już tu pisałem mimochodem, a teraz chciałbym huknąć z armaty. Chcę w 2016 roku zrobić życiówkę w maratonie. Z dedykacją (nie mam lepszego słowa, może "in memoriam" albo "w imię Janka" byłoby lepsze) dla Janka.

Poprzeczka wisi blisko nieba: 2:49:51. Wysoko.

Sześć dni po diagnozie Janka biegłem maraton. Byłem wtedy przygotowany na złamanie 2:55, przez stres ostatniego tygodnia i mocno ograniczony trening zdołałem pobiec 2:56. Wynik dobry, ale nie taki, żeby sobie go człowiek chciał wpisać na koszulkę. A Maraton Warszawski miał wtedy kapitalną koszulkę - czarną z białymi ósemkami, jak ze stopera; wystarczy na czarno zamazać odpowiednie białe kreski, żeby mieć wynik na koszulce. Naprawdę świetny projekt.

Kiedy przychodziłem do Janka w tych ostatnich trzech tygodniach opowiedziałem mu o tej koszulce. Jaś się zainteresował, miałem ją akurat w plecaku, wyciągnąłem, że mu pokażę. Ale koszulka była zafoliowana, Janek zaczął mnie powstrzymywać, że może nie warto dla niego niszczyć opakowania, że może mi się kiedyś przyda. Synku, ja bym Ci niebo otworzył, a nie tylko koszulkę. Rozerwałem, obejrzeliśmy koszulkę razem, Janek uznał, że zajebisty pomysł graficzny. I zostało mi dużo więcej niż nierozerwana folia - została tamta chwila.

Wróciło to do mnie przed przeprowadzką. Pakowałem koszulki biegowe do pudła, robiłem selekcję. Tej, wiadomo, nie wyrzucę. Ale co z nią zrobić? Trzeba nabiegać wynik, z którego będę dumny - i wpisać go na koszulkę. Nie wiem, czy życiówka jest jeszcze możliwa, ale chcę ją zrobić. Chcę trenować tak, żeby o nią zawalczyć.

W 2015 roku przebiegłem maraton równo o 10 minut wolniej od życiówki. Jeszcze utrzymałem się poniżej trójki, ale nie chcę balansować na tej linie. Chcę trenować lepiej, solidniej, Mały Yoda już podrósł, można przeorganizować życie tak, żeby starczyło czasu na mocniejszy trening. Można wstać wcześniej i pobiegać rano. Można uzgodnić z Moją Sportową Żoną dni, w które nie będzie mnie rano i nie ubiorę Małego Yody do śniadanka, nie zjemy razem i nie umyję mu ząbków. Można biegać do pracy albo z pracy, przy odpowiedniej logistyce ubrań na zmianę, przejazdów metrem, może to się obywać bez dużych kosztów czasowych i wizerunkowych.

Nie można biegać na swoim poziomie, jeśli zmniejszy się i tak niedużą u mnie objętość (standardowo 60-70 km tygodniowo) do poziomu debiutanta. A tak zrobiłem w zeszłym roku. Zwłaszcza, że to tu mam największą rezerwę, tu mogę szukać bodźca do rozwoju.

Moje postanowienie, to biegać - znów - dobrze. Wrócić na swój poziom. Moje cele: Chomiczówka (mam nadzieję, że dostanę jednak numer) poniżej godziny (15 km), półmaraton na wiosnę ok. 1:22, o ile uda się to pogodzić terminowo, a maraton poniżej 2:55, to co miałem zrobić dwa lata temu. To będzie półmetek, będzie się z czego odbić. I na jesieni atak na życiówkę. Którą sobie wpiszę na tamtą koszulkę.

Teraz, w Rabce, robię obóz. Właściwie to sam mi się zrobił, bo szkoda mi odpuszczać w tę grudniową wiosnę, biegam codziennie, sporo z MSŻ i z Sabiną-maratonką, a samemu jeszcze bardziej sporo - rekord to 27-kilometrowa wycieczka górska z Przełęczy Knurowskiej na Lubań.

Wszystko jest na zdjęciach. Podbieg na Maciejową i widok z nartostrady (kiedyś w Polsce padał śnieg i zimą jeżdżono na nartach, młodsi: Google):

Wieża widokowa na Luboniu i facet, który do niej dobiegł w 1:52 i dokładnie tyle czasu wracał na Przełęcz Knurowską. Czas łączny 3:44, a cały trening tutaj:

Na głowie mam zwiniętą kominiarkę narciarską, bo nie wziąłem czapeczki biegowej, a przed bieganiem byliśmy rodzinnie na nartach w Kluszkowcach. Bo Rabka to nie tylko bieganie, ale też narty, rodzina, święta i górskie wycieczki. Wyciągnąłem Małego Yodę - dosłownie, wózkiem - na Maciejową.

I skoro odcinek zaczął się o dzieciach, to niech też się dziećmi skończy:

Dobrego Nowego Roku. Życzę Wam tego, czym starałem się Was tu zainspirować. Biegania, treningów i żeby kochać dzieci. Mały Yoda zjada sernik.

 

16:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 21 grudnia 2015

Na zdjęciu jest to, co mi się dobrego zdarzyło w tym roku. Dobra zmiana. To, co spotkało nas najgorszego, transmitują w telewizji.

Kończy się rok, pora wydać numer świąteczny, świąteczny odcinek bloga. Następny będzie już noworoczny, z nową perspektywą z Rabki Zdroju. A teraz zamykam rok zanim zamknę drzwi na klucz i ruszymy w góry. Te góry. Te co na zdjęciu, no prawie te, bo na zdjęciu jest Babia Góra, a na Babią teraz nie dotrę, najwyżej na Mogielicę.

Na tym zdjęciu jest dużo dobrych rzeczy. Moja Sportowa Żona, którą tu akurat obejmuję, ale na której równie często się opieram. Jak mnie przytłoczy w pracy albo gdzieś indziej, to pomaga mi wszystko odgruzować w sobie. I stać mocno na nogach na tych kamieniach jak na zdjęciu. Tym zdjęciu.

Zdjęcie jest z obozu biegowego w Rabce, to była już piąta edycja, MSŻ pierwszy raz na obozie biegała. Trenuje. Wczoraj byliśmy razem na treningu (szczegóły po kliknięciu w obrazek). Mały Yoda został na godzinę z córką gimnazjalistką, a my pokręciliśmy Easy po Lesie Kabackim, MSŻ wróciła do domu, a ja dokręciłem drugą godzinę, bo szykuję się na dobry sezon. Najbliższy sezon.

Nie wiem dlaczego Garmin uważa teraz, że mieszkam w Piasecznie, a mieszkam na Kabatach i to też była dobra, bardzo dobra zmiana. Jak biegałem po Imielinie, to Garmin uważał, że to Raszyn. Ciekawe, czy jakbym biegał pod Trybunałem Konstytucyjnym, to by uważał, że to Przemyśl.

To zła zmiana. Ta w polityce. Można dyskutować z tą partią czy inną, czy podatek liniowy jest lepszy czy gorszy, czy transfer socjalny 500 zł do rodzin wychowujących dzieci ma sens albo jaki powinien być wiek emerytalny. To są normalne różnice programowe między partiami politycznymi. Kiedy władzę w demokratycznej Polsce przejmowały nowe ekipy, taki spór był naturalny.

Teraz władzę przejęła ekipa z innej galaktyki. Nie chodzi o to, żeby zmienić elementy polityki państwa, tylko, żeby zmienić państwo. Z demokracji na demokrację ludową. I wyprowadzić nas z Europy do mentalnej Azji albo od razu do Królestwa Bożego.

Marsz, marsz, nie samym bieganiem człowiek żyje:

Życzę nam wszystkim, żebyśmy za rok mogli bardziej cieszyć się ze zmian w Polsce. Im wszystkim życzę, żeby zeszli ze ścieżki niszczenia państwa na ścieżkę jego poprawiania. Bo nam życzę też, żebyśmy zobaczyli, co spieprzyliśmy. Dlaczego daliśmy władzy się zdemoralizować, oderwać od zwykłych ludzi i zgodziliśmy się na sytuację, że choć Polska rośne w siłę, są ludzie, którym nie żyje się dostatniej (młodsi: google).

Jeszcze dwie propozycje prezentowe. Wydawnictwo Galaktyka podesłało mi niedawno dwie książki, które mogę z czystym sumieniem polecić - nie za kasę, żeby była jasność - biegaczom, dla których fizjologia, technika i trening liczą się już bardziej niż motywacja i wiatr we włosach w opisach ultramaratończyków ultratrenujących do ultrabiegów. Obie napisał Kelly Starret. "Bądź sprawny jak lampart" jest piękniejsza, ale graniczy już ze studiami licencjackimi z fizjologii. "Gotowy do biegu" - skromniejsza, ale rewelacyjnie zmieniająca myślenie o sprawności biegacza. Nie samym bieganiem biegacz żyje.

To hasło lansuję też na treningach KS Staszewscy. Więc ostatnia podpowiedź prezentowa to nasz bon: na treningi, na plany noworoczne dla biegaczy, na uczestnictwo w społeczności, która się tworzy wokół treningów wspólnych, obozów biegowych albo takich spontanów, jak ostatni Bieg Wolności wymyślony przez Dzieci Turbacza (młodsi: Facebook). Niestety już nie wokół bloga, czego żałuję. Ale może uciekliście stąd masowo, bo się Wam znudziłem, jak Platforma Obywatelska.

Szczegóły po kliknięciu w bon. Zostańcie z bonem.

Nie, jednak zostańcie z życzeniami. Żebyśmy przy świątecznym stole potrafili mówić ludzkim głosem. To jest pierwszy warunek do lepszego roku 2016.

18:47, wojciech.staszewski
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 14 grudnia 2015

Jeszcze przed zdjęciem robimy demokratyczną na radę. Czy zabieramy flagi na trasę i zmieniamy się co 5 minut, czy jednak zostawimy je w samochodzie, bo specjalnie przejechaliśmy te 600 m samochodem. Aklamacja decyduje: flagi po fotce zostają.

Zdjęcie mało wyraźne, bo raz, że deszcz, dwa, że smoleńska mgła nad Polską, a trzy, że nie przestawiłem ajfona na zdjęcia - i przechodząca miła pani zamiast zdjęć zrobiła nam dwa dwusekundowe filmiki. Filmik kręciłem dzień wcześniej pod Sejmem: "Kto nie skacze ten z kaczorem". Kto ma mnie w znajomych na Facebooku, może zobaczyć, a kto nie ma, zapraszam.

Ruszyliśmy w niedzielę rano na godzinną przebieżkę nazwaną Biegiem Wolności. Gdyby Wolność była gigantyczną kobietą wielkości amerykańskiej statui i mieszkającą na Placu Defilad, to nasze bieganie w żaden sposób by jej nie pomogło. Ale wolność jest w ludziach, w relacjach między nimi, a dopiero na kolejnym stopniu w relacjach między ludźmi, a władzą. Poszerzyliśmy sobie pole wolności. Zwłaszcza w sobotę na wielotysięcznym marszu (nie mam lupy w oku, żeby przesądzić, czy było 15 czy 50 tys. - ale na pewno było dużo więcej niż oni się spodziewali i niż my się spodziewaliśmy). Zobaczyliśmy się, nie garstka oszołomów, ale solidny najgorszy sort.

Biegaliśmy wolno.

Moja Sportowa Żona skończyła po jednej pętli w Lesie, a ja miałem wynegocjowane już wcześniej, że dokręcam do dwóch godzin. Trochę przyspieszyłem, ale i tak wyszło wolno. Bieg wolności.

Wszystko mi się teraz z polityką kojarzy, makrocykl treningowy też. Zima wasza, wiosna nasza - napisałem już tu kiedyś, ale teraz myślę o tym inaczej. Nie chodzi chyba o to, żeby zakasować PiS, co latami wmawiała nam PO, w co gorąco wierzyłem. Chodzi o to, żebyśmy kiedyś wszyscy - poza nieuleczalnymi oszołomami - poczuli się, jak w wolnym kraju. Jak to zrobić - nie mam pojęcia. Po Smoleńsku może to być zresztą potwornie trudne. Ale od czegoś trzeba zacząć. Chyba od tego, żeby na zacietrzewienie i wyzwiska o gorszym sorcie uśmiechniętą demonstracją odpowiedzieć.

Zaczynam od kompletnej rozsypki. Pewnie w wyścigu na 10 km miałbym dziś około 41-42 minut, około 3 minut wolniej niż w Biegu Niepodległości. Albo inaczej: zamierzam w takim tempie pobiec wiosenny maraton, a jesienny szybciej. Zaczynam od spokojnego budowania wytrzymałości. A raczej podstawy pod wytrzymałość. Do tego siła, dużo siły. Dziś przed kolegium w Newsweeku były podbiegi na Górce Latawcowej. Ona nie jest może przesadnie wygodna do biegania, zaledwie 45-sekundowa, minutowy podbieg się tu już nie zmieści. Ale kończenie podbiegu z widokiem na zielony las z jednej i domki z klocków Guliwera z drugiej strony - ma swój urok. Zwłaszcza, jeśli potem jadę na kolegium i dostaję temat: jak polityka skłóca rodziny.

Przed świętami jak znalazł. Problem mamy tylko ze znalezieniem takich rodzin. Żona z mężem, mąż z byłą żoną, dzieci i rodzice, dziadkowie, u których spotkamy się na świętach ze szwagrem itp. Do jakiego stopnia można się różnić, żeby dobrze żyć ze sobą w jednym domu.

Jeśli ktoś chce się podzielić - dziś, we wtorek, ewentualnie w środę swoim doświadczeniem - proszę o mail do reportera, oddzwonię: wojciech.staszewski@newsweek.pl.

16:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (12) »
poniedziałek, 07 grudnia 2015

Zbiórka o ósmej rano. Nie ja za tym stoję. Ale ja w tym biegnę. A wymyśliły to i organizują Dzieci Turbacza. Fejsbukowa społeczność naszych obozowiczów. Bieg Wolności na 13 grudnia.

Żeby wejść, należy kliknąć w obrazek

Utopią okazało się myślenie, że zjedziemy się wszyscy w jednym miejscu i pobiegniemy naraz. Chociaż Nadzieja ze Szczecina, która pierwsza rzuciła hasło (Nadzieja to imię, ale trudno nie zauważyć, że brzmi znacząco) była gotowa przejechać pół Polski. Ostatecznie formuła jest taka (o ile dobrze rozumiem to, co wymyślił dyrektor Rafał), że każdy biega u siebie, najlepiej w towarzystwie, a potem wszystko się przez Endomondo zliczy. Można wystartować między 8 a 20., ale są punkty zborne - o 8.00 w Warszawie na Kabatach (stacja metro) i na Młocinach (szlaban przy McDonaldsie), ma być punkt w Szczecinie, Łodzi... A cel jest taki, żeby razem był więcej niż granice Polski nazwane w przezabawnym memie granicami absurdu. Czyli 3511 km.

Naprawdę chyba cel jest inny: zrobić coś, kiedy nic nie można zrobić. Komuna może wszystko. Dygresja: tutaj na piśmie to oczywiście figura metaforyczno-retoryczna, ale w rozmowie z Moją Sportową Żoną całkiem spontanicznie powiedziałem, że komuna chce przejąć media. Komuna, wrogowie Polski. Mieliśmy u władzy cyników, mieliśmy ich dosyć, to teraz mamy komunę - wrogów wolności.

Więc chociaż pobiegniemy. Żeby nie stać w miejscu. Kto stoi, daje się rozwalić komunie.

Kto chce pobiec z nami - ze Staszewskim, z MSŻ, z naszymi znajomymi i nieznajomymi - zapraszamy do grupy Kabackiej. 13 grudnia o 8.00 rano przy stacji metra Kabaty od strony lasu.

Od soboty miałem zacząć treningi. Ale nie wytrzymałem i na regularny trening poszedłem już w czwartek. A w sobotę było już 1,5 h w tolerowalnym jak na dziś tempie 5:38. Wyszedłem z domu dokładnie o 8.00, co oznacza dla mnie pewną mobilizację. Mobilizacja to też dobre słowo na dziś, jak nadzieja.

Zawalczę w rozpoczynającym się sezonie o życiówkę maratońską. Serio. Z nadzieją. Chociaż wiem, że nie zawsze da się wygrać ale sensem jest walka. Walka, nadzieja, mobilizacja. Nie chcemy komuny forever.

17:50, wojciech.staszewski
Link Komentarze (35) »
poniedziałek, 30 listopada 2015

Na razie nie biegam, kończę roztrenowanie, jeszcze tydzień. Zbieram siły i to chyba więcej niż na jeden sezon.

Wstałem po ósmej, bo tak nam ostatnio Mały Yoda pozwala. Skończy się to spanie, jak wrócę do treningów; będę się - może nie codziennie - zrywał rano na bieganie. Zrobiłem core, jak nazwał ostatnio wzmacnianie jeden z moich Podopiecznych. Cztery serie po 10 podciągnięć na drążku - dwie podchwytem, dwie nadchwytem. Między nimi trzy serie po 20 brzuszków. A że mi było mało 60 wymachów kettlem. I poczułem moc, chociaż na chwilę.

Nie jechałem na kolegium do Newsweeka, bo temat ustalony wcześniej, jestem umówiony na jutro na kluczowe spotkanie. W numerze świątecznym będziecie mogli przeczytać o kobiecie, o której często śpiewacie lub nucicie.

Wsiadłem za to rano w samochód i pojechałem do słynnego na całą Warszawę sklepu z "artykułami propagandowymi". Tak to się nazywało jeszcze w epoce książek telefonicznych. Przywiozłem sobie uchwyt na balkon - ale jeszcze wymaga poprawki ślusarskiej. Zna ktoś może zakład ślusarski na Ursynowie? Retorycznie pytam, Google zna.

A przede wszystkim przywiozłem ze sklepu dwie flagi, które łopocą mi w środku. Jak przystosuję uchwyt balkonowy, wywieszę je na zewnątrz. Chociaż na chwilę.

22:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 23 listopada 2015

Roztrenowanie czyli epoka czającego się bólu głowy. Jak dopada, idę pobiegać trochę, żeby się dotlenić. To potrzebny czas do mobilizacji przed skokiem w nowy sezon.

Prawo i Sprawiedliwość tak się zmobilizowało, że w nowym sezonie gra o tron. Skutecznie nad wyraz. Teraz intronizacja Jezusa Chrystusa na Króla Polski przejdzie w Sejmie w jedną noc, jak tylko będą chcieli. Do Jezusa Chrystusa nic nie mam, a kiedy spada mi libido, to nawet coraz mniej znajduję punktów sprzecznych w nauce Kościoła i moim przekonaniu, jak żyć. Więc do Jezusa nic nie mam, ale mam do nocnych posiedzeń, demonstracji siły, skuteczności orbanistycznej na skalę największego bantustanu (młodsi: Google) Europy. Kondominiów uwolnione z kondonów. Z okowów.

Długo bym tak mógł. Układam to sobie na drążku. Cztery albo sześć serii po 10 powtórzeń, jedna seria podchwytem, druga nadchwytem, zakres ruchu w miarę duży szczególnie w początkowych seriach. To moja sportowa mantra na to roztrenowanie, na przeczekanie.

Na innej płaszczyźnie będziemy na tym drążku ćwiczyć pewnie cztery lata. A może jestem optymistą, może nie cztery, tylko czterdzieści, tyle co cały PRL. Polska skręci na brunatne prawo tak bardzo, że za osiem lat będziemy głosować na PiS jako na mniejsze zło.

Trzeba dokończyć roztrenowanie i brać się za nowy sezon. Mam pewne plany, na razie nie ujawnię, muszę je jeszcze ułożyć w głowie. A roztrenowanie kończę na Mikołajki i ruszam do przodu.

Na początku jest głowa. Czyli wyznaczenie celów, przemyślenie strategii ich osiągnięcia, motywacja do pracy. W to wierzę. Wierzę, że Dziki ze swoim nowym pomysłem, o którym usłyszałem po ping pongu może w tym pomóc tym, którzy tej pomocy potrzebują. Gdyby .Nowoczesna chciała nabiegać 2:55 w maratonie z pewnością powinna zgłosić się do Dzikiego. Platforma nie, bo biegała już 2:15, a teraz jedzie na oparach i potrzebuje chyba gruntownego remontu w Muzeum Techniki, z tym, że nie wiadomo, czy jej tam nie zostawią.

Dziki wymyślił Gabinet Biegowy - Bieganie Głową. Więc w gabinet wierzę, ale w to ostatnie, jak wiecie, nie za bardzo. Biega się - na zawodach - fizjologią. Głową można sobie dużo zepsuć, wmówić sobie, że po co się tak męczyć, lepiej zejść, zwolnić, pozostać w strefie komfortu. Poprawić - ponad fizjologiczne możliwości - nie można. Tak uważam.

Kibicuję Dzikiemu, nawet na ping pongu (tak jak on mnie), więc tym bardziej w Gabinecie Biegowym. Dziki to taki Mistrz, który biega i na pewno może pomóc - w bieganiu i w dążeniu do mistrzostwa. Tylko, żeby nie uwierzyć, że czary z głową zastąpią trening, łojenie kilometrów, podbiegi w deszczu, krosy w śniegu i to wszystko. Np. Platforma uwierzyła i zamiast podbiegu ma teraz ostry zjazd.

Na koniec: jak nie biegać? Nie biegać za kogoś. Kiedyś myślałem, że start w zawodach na czyjś numer, to żaden problem. Ktoś nie może, odstępuje albo odsprzedaje numer i wtedy ktoś inny może sobie wystartować np. jako Marcin Chabowski albo Yared Shegumo, albo Jan Kowalski. Wydawało mi się to kiepskie tylko o tyle, że nie można się potem zobaczyć w wynikach.

Historia Agnieszki, podopiecznej Kancelarii, uświadomiła mi inny aspekt. Agnieszka dotarła na metę Biegu Niepodległości na ósmym miejscu w kategorii wiekowej i na 81 wśród kobiet. Pozornie nieźle, ale rok temu podobny czas dał dużo wyższe lokaty. Zaczęła grzebać w wynikach, porównywać to ze zdjęciami z ForoMaratonu. Podobną akcję wykonał na Facebooku Lubelski Biegacz. Okazało się, że sporo "kobiet" z czołówki, to mężczyźni na kobiecych numerach.

Agnieszka napisała, co widziała, w gronie Dzieci Turbacza i nie tylko zachęcaliśmy Agnieszkę do składania protestów. Pewnie było takich sygnałów więcej, bo organizatorzy zaczęli czyścić wyniki. I Agnieszka awansowała już na piąte miejsce w kategorii (trzy oczka w górę) i na 57 wśród kobiet (24 oczka w górę).

Ja wierzę w ludzi, bardziej niż w sprawiedliwość. Mam więc przekonanie, że raczej nie wynikało to z chęci oszustwa - nabiegania koleżance miejsca na szerokim podium itp. Tylko z niefrasobliwości. Nie będzie więc głośnych trąb - tylko dzwoneczek. Niech nam zadzwoni zawsze, kiedy będziemy chcieli pobiec na czyjś numer. Czy przypadkiem nie staniemy wtedy na podium w kategorii K-40, M-80 albo innej. W bieganiu, inaczej niż w polityce, się nie fauluje.

Na FotoMaratonie znalazłem też swoje fotki. Na pierwszej biegnę, na drugiej walczę. Głową.

15:54, wojciech.staszewski
Link Komentarze (60) »
poniedziałek, 16 listopada 2015

Swoje Święto Niepodległości obchodziłem w biegu w koszulkach białych i czerwonych. O tym za chwilę, bo to co się stało w Paryżu spycha bieganie do dalszych akapitów. 11 listopada rano wywiesiłem na balkonie flagę biało-czerwoną, tak żeby córka gimnazjalistka mogła spytać, o co chodzi, a Mały Yoda mógł zobaczyć. Jak patrzyłem po okolicy to chyba jedyna biało-czerwona. Zdaje się, że Kabaty dały sobie to święto, te barwy, tę dumę narodową odebrać. Uznały, że to należy do agresywnych uczestników wieczornych marszów, miesięcznic smoleńskich i meczów Legii Warszawa z Żydzewem Łódź albo Chamami z Litwy. Powinienem tu dać cudzysłów, ale mam nadzieję, że inteligentny czytelnik i tak rozumie.

Otóż ja się na to nie zgadzam. Namawiam ujawnionych i nieujawnionych nowych sąsiadów do ostentacyjnego wywieszania flag narodowych w polskie święta. Polska to biało-czerwoni, a nie brunatni.

W piątek do białego i czerwonego doszedł jeszcze niebieski. Tak wygląda dziś wojna. Pamiętam proroczy komentarz Adama Michnika, że skończył się wiek totalitaryzmów, a zaczął wiek terroryzmu. Oglądam tę wojnę przez okno telewizora i Fejsbuka. Nie czuję - chociaż rozumiem intelektualnie - dramatu Francuzów. Boli mnie natomiast i smuci liczba otwartych frontów między nami, Europejczykami. Wojna polsko-polska pod flagą biało-czerwoną.

Argumenty i kontrargumenty - bo intelektualnie rozumiem obie strony - zawieszam nad klawiaturą. Tylko jedno zdanie wyczytane na Fejsbuku: uchodźcy to nie terroryści, tylko ofiary terroru. I może jeszcze jedno, bo sobie nie daruję, po tym, co palnął przeciw uchodźcom przyszły minister do spraw niewpuszczania uchodźców - zachodnie memy, żeby w takim razie postawić mur przed polskimi złodziejami. Trafiony - zatopiony.

Oj, będzie się człowiek nieraz wstydził za polskiego prezydenta, premiera i prezesa.

Wyniku z Biegu Niepodległości się nie wstydzę. Celowałem w 38 minut. Złamać - bardzo dobrze, pobiec poniżej 38:30 - dobrze, złamać 39:00 - minimum przyzwoitości. Wyszło 38:48 czyli przyzwoicie. Miałem też poczucie, że raczej ja wyprzedzam niż mnie wyprzedzają. Powyprzedzałem znajomych, zrobiłem najlepszy wynik sezonu. Można spokojnie zapomnieć o tym sezonie bez rozdrapywania ran.

 

Kostiumy: Jan Niezbędny (najlepszy patent na zimno przed startem)

Przyjechaliśmy na start z Moją Sportową Żoną i szwagierką Sabiną. Kiedyś się pisało Biegaczka Sabina, ale dziś już nikogo nie trzeba przekonywać, że Sabina jest biegaczką - we wrześniu zaliczyła debiut w maratonie, dołożyła do tego w październiku życiówkę w półmaratonie. A w środę pobiegła słabo. Organizm powiedział, że już dość. Zresztą nie samym bieganiem człowiek żyje i bywa, że życie przeszkadza w optymalnym przygotowaniu, regeneracji przed startem.

To dobrze, bo gdyby wszystko było idealną bajką, końcem historii, to byłoby nudno. Nie byłoby o co walczyć, do czego się mobilizować. Sabina (bo chyba czytasz): na wiosnę łamiemy 50 minut.

 

Modelki: zwyciężczynie w kategorii sióstr?

MSŻ miała jeden cel, bo niuansów nie uznaje: złamać 47:30. Czas: 47:29. To jako trener lubię najbardziej.

Po biegu Dzieci Turbacza zarządziły spotkanie w Jasiu i Małgosi. To fejsbukowa grupa założona przez obozowiczów z Rabki. Siedzieliśmy w tych białych i czerwonych koszulkach nie zaglądając sobie w karty do głosowania jednocześnie z poczuciem, że coś nas łączy: otwartość, życzliwość, braterstwo, wolność, wysiłek, ambicja, trening i wspólne przeżywanie "Pierwszej Brygady" albo hymnu przed startem. Może to nie są dokładnie hasła Rewolucji Francuskiej, ale coś takiego mieści się dla mnie pod flagą biało-czerwoną.

13:11, wojciech.staszewski
Link Komentarze (27) »
poniedziałek, 09 listopada 2015

Wysiadłem z metra, złapałem zasięg i smartfon ogłosił mi skład nowego rządu PiS. I rządu Polski niestety. Piszę niestety, bo nie spodziewam się, żeby pod tymi rządami Polska rosła w siłę, a obywatelom żyło się dostatniej. To taki żart, hasło Edwarda Gierka. Polska, jaką widzę w marzeniach, to kraj uśmiechniętych, życzliwych, otwartych ludzi. Wrażliwych też na tych, którym trudno o uśmiech - pewnie tej wrażliwości nam gdzieś zabrakło, kiedy jak Tytus de Zoo puściliśmy się biegiem od komunizmu, żeby dogonić stracone dziesięciolecia Polski.

Zamiast tego będzie zacietrzewienie i żółć. Czysta nienawiść do tych, którzy biegają z radością, sprzedawana ustami pełnymi świętojebliwości. Kraina łagodności i miłosierdzia z Antonim Macierewiczem na czele armii. Na szczęście decyzję o użyciu sił zbrojnych podejmuje prezydent, którego można lubić lub nie, ale przynajmniej nie sprawia silnego wrażenia niepoczytalności.

I kolejki będą.

Żart, chociaż nie do końca, bo zdaje się, że będą kolejki po te 500 zł na dziecko. Kilka milionów dzieci uprawnionych do ulgi ma obsłużyć kilkaset powiatowych ośrodków pomocy społecznej.

Straszyłem kiedyś kolejkami sąsiadkę - to było przed wyborami w 1991 roku, sąsiadka, nauczycielka z ZNP chciała głosować na komunistów. Mówiłem, że komuna wróci, PRL wróci, kolejki wrócą. W domu miałem wtedy wszystko na biało - ściany, drzwi - kolorystyka odziedziczona po PRL-u. I nie biegałem poza drugim zakresem po puszczy z Dzikim raz w miesiącu.

Historia się zatoczyła. Teraz mam w domu znów biel - ale inną, ajfonową, minimalistyczną, biel z przyszłości. A z Dzikim nie biegamy, tylko gramy w ping ponga, bo Dziki jak w jakimś peerelowskim skeczu "gra w to, w co wygrywa". Przyznał mi się niedawno, że zacznie się znów ścigać, kiedy będzie miał pewność, że ze mną wygra, jak kiedyś.

Jeszcze nie teraz. Jeszcze zawalczę. Może nie ze Staszewskim z najlepszych lat, bo najlepsze lata na Kabatach mam może przed sobą, ale w bieganiu są już za mną. Ale ze swoimi ograniczeniami. Chciałbym złamać 38 minut.

Może jestem skazany na porażkę. Ale człowiek nawet oczekując porażki, nie powinien się poddawać. Ani w bieganiu, ani w opozycji.

Pierwszą kolejkę V RP spotkałem zaraz po ogłoszeniu składu rządu. To była kolejka z poprzedniej epoki, biegającej Polski. Biegająca Polska stała po pakiety na Bieg Niepodległości. Zabawny oksymoron: biegająca Polska stoi. Całkiem jak Minister Obrony Narodowej Antoni Macierewicz.

W Biegu Niepodległości startuje też Moja Sportowa Żona. Właśnie wymyśliłem jeszcze jedną rywalizację: dodaję do swojego wyniku 10 minut. MSŻ byłaby faworytką, bo ona mierzy realistycznie w 47:30. Ale odmówiła podjęcia rękawiczki biegowej. Jak ją znam, to też gra w to, w co wygrywa, jak Dziki.

A kolejka wyglądała tak:



18:56, wojciech.staszewski
Link Komentarze (21) »
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam