Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 02 listopada 2015

Udałem się na emigrację chyba. Tak to czuję, kiedy czytam gorącą politykę na podblogu. Telewizji nie oglądam, bo w zasadzie mało oglądam. Biegam tyle o ile da się biegać, po przegranym sezonie. To coś takiego jak tworzyć klub parlamentarny po tym, jak się przegrało wszystkie wybory swoje i nie swoje - niby trenujesz, ale czujesz, że to bez sensu i myślisz o kolejnym sezonie.

No i wyprowadziłem się fizycznie. Na kraniec miasta. 250 metrów do lasu w linii prostej, ale trzeba naokoło, obiec naziemną stację metra, więc wychodzi 1150 m. Ale już naprawdę nie ma sensu podjeżdżać na trening w lesie, samochodem razem z parkowaniem i krążeniem po małych uliczkach wyszłoby dłużej.

Wyprowadziłem się do kraju-baju. Jestem chłopak z Bielan. Tam mam korzenie, ale od dorosłości ciągnęło mnie na Ursynów. Kiedy tu zamieszkałem, poczułem klimat ścieżek rowerowych w wąwozach między 12-piętrowymi blokami i ducha lasu - zaczęło mnie ciągnąć do południowej części Ursynowa, wymarzonych Kabat, z domami ślicznymi, jak jakiś Erefen. Tutaj liberałowie czują się jak u siebie, tutaj PiS nie wygrywa. Są chłopaki w bluzach Legii, ale nie chodzą po ulicach krzycząc, że jebać Tuska, wypierdalać, Wisła to kurwa, Lech to Bolek, Donald matole i nie mają w głowie tej sraczki o kondominium, fałszowanych przez osiem lat wyborach, wyborach przez pomyłkę, zdradzie narodowej i ojczyznę wolną. Lepiej to napisał Hołdys w ostatnim Newsweeku.

Ja się na to właśnie nie godzę. I ja się wobec tego werdyktu społecznego czuję bezsilny. Po roztrenowaniu biorę się za treningi z nowym zapałem i nowymi celami. Ale na razie wiem, że czeka mnie tylko oczekiwany wpierdol 11 listopada. Tak, wiem, że wpierdol to brzydkie słowo, ale dokładnie tego oczekuję. Rano będzie porażka wynikowa na Biegu Niepodległości, a wieczorem Polska pokaże swoją najgorszą twarz - czystej nienawiści. Może nasz kraj jest jak Śwatowid, ma cztery twarze. Liberalna się opatrzyła, teraz głos ma agresywna, zostały jeszcze dwie.

W sobotę zrobiłem interwały obiegając stację metra (naziemną, ona ma z 1,5 km długości) i osiedle przy Wełnianej. Nieznacznie poniżej 4:00. Chyba będę walczył o łamanie 40 minut na dychę. A złamanie 39 będę musiał uznać za sukces, tak jak widziałem tę racjonalizację w sztabie PO po tym, jak się stało.

Dziś wracając przez las z podbiegów biegłem ścieżką starej kabackiej dychy. I przypomniało mi się, jak tu na tej trasie biegłem na 35:22, moją kabacką życiówkę, najlepszy bieg na dychę w życiu. To było z dwa-trzy tygodnie przed wyborami, w których społeczeństwo odsunęło PiS od władzy po dwóch latach nierządów. Ok, to też brzydkie słowo w tym kontekście ale mierzi mnie ta hipokryzja - partia, która nazywa siebie Prawem i Sprawiedliwością jest tak wysoko w rankingach bezprawia (czyli naginania prawa pod swoje cele taktyczne) i niesprawiedliwości. Więc pozwolę sobie na taką figurę retoryczną.

Osiem lat, kawał czasu, inna rzeczywistość. Historia zatoczyła wielkie półkole, a ja zjechałem w dół po równi pochyłej. Ciągle jeszcze wierzę w powrót do formy, może już trudno będzie łamać 38 minut na dychę, ale o życiówkę w maratonie jeszcze bym zawalczył. Tylko że coraz częściej myślę, czy to nie jest takie zaklinanie rzeczywistości, jak zapowiedzi Palikota o zwycięstwie w wyborach. Czy dam radę odwrócić to, co ekonomia nazywa trendem spadkowym.

Jeszcze mi zależy. Może o to w życiu chodzi, żeby zależało.

Na Polsce, wolnej, otwartej na świat, życzliwej dla sąsiadów i z życzliwymi sąsiadami też mi zależy. Ale na razie muszę to przebiegać, poszukać dobra między drzewami. Drzewa nie mówią, kto powinien wyjechać na Madagaskar albo do Izraela. Drzewa się zielenią, a nawet jak zgubią liście, to zazielenią się piękniej. Wiosna - nie wiem, która, ale wierzę - nasza.

Budujemy nowy dom. Nie własnymi rękami oczywiście, bo do robót, to jestem noga. I nie dom, tylko mieszkanie w bloku z cegły. Ale w środku mamy biały dom. To mnie cieszy. Mam tydzień urlopu, cieszę się nowym miejscem, nową okolicą i kartonami, które jeszcze leżą na podłodze, bo jutro przyjedzie ekipa z szafami, półkami i biurkiem. I tak roboty mnóstwo. Ale biorę oddech.

PS. A mały samochód to Janka.

22:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (29) »
poniedziałek, 26 października 2015

Co za jesień. Staszewski przegrał wszystkie biegi, a Platforma wszystkie wybory. Jakoś na jesieni nie było polityki na blogu, za to o porażkach Staszewskiego - sporo.

Byłem wczoraj służbowo, niusłikowo, w sztabie Platformy Obywatelskiej (powinny z tego być filmiki na Newsweek.pl). Nie widziałem tam rozpaczy ani klęski, tylko porażkę. I nawet relatywne zadowolenie, że nie jest tak źle, jak by mogło być. Zawsze przecież mogli mieć 10 procent albo spaść za Kukiza.

Podobnie czułem się na mecie sobotniego parkrunu. Nawet ucieszyłem się z trzeciego miejsca, chociaż w optymalnej formie powinienem być w sobotę drugi, a w maksymalnej trzeci. A przecież miałem mieć teraz szczyt formy.

Czas 19:25 mocno średni. Ale ucieszyłem się, że tydzień po maratonie złamałem 19:30. Chciałbym w tym tempie pobiec w Biegu Niepodległości. Normalnie złamanie ledwo 39 minut uznałbym za porażkę, ale w takim sezonie, to jest jak przekroczenie 20 procent w wyborach. Czyli relatywnie.

Córka gimnazjalistka była na parkrunie wolontariuszką. Ale nie chciała zdjęcia z przodu, więc jest fota, jak stoi na mecie i wręcza kolejne numerki finiszującym. W tle - finiszująca.

O maratonie już zapomniałem. Zostawiłem za cały ten ból. I smutek porażki, bo trzeba się kiedyś odbić dna, tak jak będzie to musiała zrobić Zjednoczona Lewica (co za pi-arowiec im wymyślił nazwę, całkiem jak Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, ale teraz mam nadzieję, że się rozwiodą z towarzyszami z PZPR).  I cały ból mięśni. Tutaj mam nowo odkryty patent na pomaratoński ból mięśni: rolowanie. Rolkę dostałem rok temu na urodziny (za pieniądze, bez partnerowania), czasem stosuję, ale pierwszy raz poczułem rewelacyjny efekt teraz - po Maratonie Kampinoskim. Zrobiłem rolowanie po powrocie do domu i po prysznicu, kiedy mięśnie było lekko rozgrzane, plastyczne. Naprawdę zero bólu.

Testowaliście? Jak spróbujecie, to napiszcie, plis. Stworzymy kapitał wiedzy społecznościowej.

Następny odcinek będę pisał już nie z Imielina, tylko z Kabat. Dobre to było 15 lat. Przeprowadziłem się tu ze złamanym 3:30 w maratonie w trakcie wieloletniej walki o 3:19. Dalej moja wyobraźnia nie sięgała. Biegów na swobodne złamanie trójki nie potrafiłem sobie wyobrazić w ogóle. Tak jak zamieszkania na Kabatach.

I teraz mi się spełni marzenie. Do Lasu Kabackiego będę miał już nie trzy kilometry, ale kilometr z haczykiem. Już przebieram nogami, bo nie wiem, jak Platforma (to zresztą już nie mój problem, po 15 latach głosowania na Platformę wybrałem inną listę), ale ja nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa.

Jesień wasza, zima wasza, wiosna moja.

18:42, wojciech.staszewski
Link Komentarze (42) »
poniedziałek, 19 października 2015

Gdyby nie Dziki, to bym zginął. Prawdziwych przyjaciół poznaje się dygocąc w namiocie zwanym szatnią męską, kiedy stoi się w mokrej bluzie (przemokła od razu), mokrej koszulce (przemokła 20 km temu), mokrych spodenkach (na 25. kilometrze przestałem je czuć, myślałem, że wyparowały albo spadły, a one po prostu oblepiły uda jak leginsy) i wszystkim mokrym jakby było uszyte z mikrofibry i wrzucone do jeziora. A to tylko jezioro padało nam na głowy przez - dla mnie - prawie trzy i pół godziny podczas sobotniego Maratonu Kampinoskiego.

Plan był prosty: biec po 4:30. Cel też był prosty: dobiec w 3:10. Te 10 minut postanowiłem sobie dołożyć za trudności techniczne trasy oceniając, że płaski maraton byłbym w stanie pobiec w 3:00.

I tu pierwszy błąd: nie byłbym w stanie. Chyba.

Cel był jeszcze prostszy. Wstydziłem się tydzień temu zdradzić swoje marzenia, dziś w dniu biczownika zrobię to z perwersyjną rozkoszą: podium. Czas 3:10 w zeszłym roku dawał trzecie miejsce. To mi się marzyło.

Były jeszcze mniejsze cele: być w szóstce (to tzw. szerokie podium), być w ósemce (stypendium olimpijskie), być w dziesiątce (minimum przyzwoitości).

Co dalej? Przypomnijcie sobie swój najgorszy start i nie musicie czytać dalej: tak właśnie było. Strzegłem tętna, żeby nie przekraczało granicznych u mnie 169 uderzeń, ale już przed półmetkiem okazało się, że problem jest inny: tempo spada o kilka sekund poniżej założeń, ale tętno również i nie daje się podciągnąć go do 167-168. Wtedy byłem jeszcze szósty i czekałem, co będzie, jak się zacznie maraton. Ile będę miał siły i czy biegacza przede mną (zniknął mi z oczu po jakichś pięciu kilometrach) będę mógł dogonić. Biegł tak nietechnicznie, przechylony na boku, że obstawiałem, że tak.

Godzinę biegłem sam. Ani widu (z przodu), ani słychu (z tyłu), tylko ja i moja puszcza dziecięca. Tu byłem z moim tatą i z takim jednym Robertem, na rowerach. Wiele lat nie wiedziałem gdzie to, aż dobiegliśmy tam kiedyś z Dzikim, to droga do Wierszy.

A tu jechaliśmy z Jankiem, ja biegłem, a on na rowerze. Marudziłbyś dzisiaj. No nie marudziłbym. Jak byś nie marudził, skoro wiem, że tak. Nie na deszcz, bo z tym byś dał radę, tylko na błoto i wertepy. Ale rozumiem, bo Ci ciężko było, krótkie dźwignie miałeś w nogach, to się ciężej pedałuje. Akurat dzień wcześniej była rocznica śmierci Janka, smutna jesień to jest jego pora. Zima wasza, wiosna nasza, jesień biegaczy - ale ta złota. Ta szara, z liśćmi, to Janka. Przebiegłem z nim w sobotę więcej dystansu niż tu opisuję.

Na półmetku dogania mnie dwóch gości: czarna bluza i żółta. Żółty trzyma się parę metrów za nami, z czarnym będziemy się napędzać. Zjadam dwie garście rodzynek, bo czuję, że goni mnie kryzys, dostaję kopa na osiem kilometrów.

I wtedy, na 29. kilometrze kryzys mnie dogania. Żółty przyspiesza, zabiera ze sobą czarnego, a ja zostaję, przez dwa kilometry myślę, a raczej bezmyślę i w końcu sięgam znów po rodzynki. Zaczynam gonić. Widzę ich przed sobą, no i widzę przekrzywionego, którego nie widziałem od blisko dwóch godzin. Przekrzywionego złapię na pewno.

W bieganiu nie ma nic na pewno. Prawie nic. Jeśli świetnie przygotujesz się do biegu, staniesz na starcie, to nie można przewidzieć, czy na mecie będziesz się cieszył, czy smucił. Jeśli przygotujesz się słabo, to na mecie na pewno będzie słabo.

Bo gdzieś tam, gdzie niedoświadczeni maratończycy wpadają na ścianę, ja w swoim 60. maratonie w życiu wbijam się w nią z łoskotem. Nie przechodzę do marszu, ale tempo zawstydza mnie tak że ujawnić je mogę tylko w dniu biczowania. O ile pamiętam, nie na każdym kilometrze schodzę poniżej 6:00, zwalniam więc o ponad półtorej minuty. Szczegóły są tutaj, na Garminie.

Maraton krosowy - a ten jest naprawdę bardzo krosowy, mazowieckie piaski to gorsze podłoże niż mazurskie moreny, ale pokonywane po szutrowych drogach - a więc maraton krosowy, to bieg całkiem bez odpowiedzialności. Zwolniłem o półtorej minuty? Tłumaczę sobie, że może drzewa coś zaburzają, może tu więcej piachu albo błocka, tu nie da się porównywać sekund. Nie odpowiadam przed sobą za takie zwolnienie, jak na asfaltowym maratonie, gdzie metr to metr, a sekunda to sekunda.

Bieg bez odpowiedzialności, ale z konsekwencjami. Konsekwencje są takie: pokrzywiony znika, zapamiętam go jako sylwetkę na ścieżce między drzewami. Przegania mnie Patrycja, mistrzyni Polski w biegu 24-godzinnym, więc żaden dyshonor (poznaliśmy się, kiedy pisałem o ultrasach tekst, którego mi w Newsweeku nie postawili, tylko dali do internetu), ale jednak tracę kolejne oczko, jestem dziewiąty. I zimno jest, morko i przenikliwie, drugi raz w życiu marznę na maratonie. I przegania jeszcze jeden maratończyk, kilometr przed metą spadam na 10 miejsce.

Do tej pory najwyżej byłem na 11. pozycji - na Mazurach. Obrona tej dziesiątki jest dla mnie ważna, jakby to była Częstochowa. Ale wiem też, że o żadnej obronie nie ma mowy, mogę liczyć tylko, że Szwedzi są zbyt daleko, żeby nadciągnąć nim dobiegnę do mety.

Dobiegam w 3:26:59. Ponad kwadrans poniżej celu. A gdyby trasa miała pełne 42,2 km, to byłoby 3:30. Takie słabsze biegi się zdarzają. Tyle, że to był dla mnie docelowy start jesieni. Na ten bieg szykowałem formę. Wyszła wspaniała. Jak gówno łosia.

Miejsce dziesiąte. 3:10 i tak nie dałoby w tym roku podium. Nic nie ma sensu, przynajmniej wtedy, za linią mety. Maraton, który zapamiętam. I wiem, że będę tęsknił do tych pagórków leśnych, ale nie wtedy, nie tam na mecie. Tam jestem tylko porażką.

Jestem w szponach kryzysu. Mam jeszcze w tym roku Bieg Niepodległości. Nie poddam się przed nim, będę walczył o jak najlepszy czas, o rekord życiowy w kategorii "zajebisty kryzys". Ale i tak wiem, że będzie beznadziejnie. Powinienem zwolnić, zjeść kilka garści rodzynek - tylko jak tę metaforę przełożyć na życie. Pracę, rodzinę, przeprowadzkę i Małego Yodę. Może w grudniu po premierze VII części znajdę inspirację.

Wybieramy się na premierę z Dzikim, jak przy wszystkich trzech częściach z drugiej serii. Dziki przyszedł na metę. Zrobił mi zdjęcie, które pokazuje mnie w lepszym stanie niż rzeczywisty. A potem poprosiłem go, żeby mi przyniósł suche rzeczy z parkingu. I stanąłem sobie w namiocie, żeby spokojnie podygotać nad swoim życiem.

21:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (23) »
poniedziałek, 12 października 2015

Armia Poznań zwyciężyła. Za tydzień zobaczymy, co z Armią Kampinos. Każdy ma taki start docelowy, na jaki ma ochotę.

W pierwszy weekend zimy, która przyszła bezpośrednio po totalnym lecie, miałem mnóstwo powodów do słonecznego uśmiechu. Biegłem w Poznaniu oraz Włocławku - korespondencyjnie, z Podopiecznymi, którzy tam startowali. Śledząc międzyczasy Maćka, Szczepana, Michała i Grażyny w Poznaniu na 25, 30 czy 35 kilometrze nie mogłem wyjść z podziwu, jak rewolucja informatyczna zmieniła nasze życie. Bo ja ciągle pamiętam, kiedy wyniki biegu można było dostać w formie drukowanej na jakichś dużych zawodach kilka tygodni później. Np. z wrześniowego Maratonu Warszawskiego - na styczniowym Biegu Chomiczówki. A teraz widziałem na każdym punkcie kontrolnym, że jest dobrze, a czym dalszy był punkt, tym było lepiej.

Maciek powtórzył złamanie trójki, chociaż Picta nie pokonał - więc Pict z 2:55 został w tym roku i mistrzem podbloga, i mistrzem Kancelarii w maratonie. Zrobił życiówkę, chociaż skromniejszą niż ja się spodziewałem, ale taką, jakiej sam oczekiwał. Może jednak bywa tak, że biega się głową i Maćka głowa była tylko na 2:57.

Dalej też radości i wyniki w punkt. A to - może to jakiś mój brak skromności w pracy trenera - moja największa radość. Jak Szczepan ma złamać 3:30 i biegnie 3:29. Jak Michałowi piszę, że mu baloniki uciekną na 38 kilometrze i dokładnie tak się dzieje, a Michał dobiega zgodnie z założeniami w 3:33. Jak Grażynie piszę 4:19 i jej wydaje się na mecie, że pobiegła w 4:24, bo nie skojarzyła, że netto ma właśnie 4:19.

Bajka. A jeszcze Przemek we Włocławku złamał 1:40 na połówce - przez przeziębienie skromniej niż miało być, ale złamał.

Chciałbym umieć powiedzieć sobie: Wojtek, w Puszczy Kampinoskiej 3:09. I z taką samą zegarmistrzowską punktualnością w to trafić.

Ale moja forma jest dla mnie w najlepszym przypadku zagadką, a w najgorszym powodem do potężnych zmartwień. Walczę jak w slalomie między brakiem regeneracji, brakiem czasu na treningi, stresem w pracy, metryką o wektorowej charakterystyce i treningami. Sporo zrobiłem teraz wytrzymałości, w piątek wracałem z pracy biegiem półtorej godzin, więc mam alibi dla sobotniego parkrunu, który robiłem jako akcent po godzinie biegania - i wyszło tylko 20:05. Dwa razy robiłem już parkrun po godzinnym biegu i było o kilkadziesiąt sekund lepiej.

Ucieszył mnie tylko fajny finisz z biegaczem, którego doganiałem przez ostatni kilometr. 300 m przed metą zaczął mi kibicować! Krzyczeć: dawaj, dawaj. Doszedłem go z 50 m przed metą i z kolei ja go zachęciłem do walki. Wyprzedziłem już o dobre półtora metra, kiedy on z uśmiechem skontrował.

I z uśmiechem zafiniszowaliśmy. Niebieski wygrał o fotofinisz.

Fot. parkrun Warszawa-Ursynów

Maraton w Kampinosie to mój główny start pokręconego sezonu. Nie miałem na jesieni żadnych oczekiwań od żadnych zawodów, wszystko to były starty nawet nie kontrolne, treningowe. Bezpośrednio po godzinie wolnego biegu albo dzień po długim wybieganiu. Formę przyszykuję na 11 listopada, a przede wszystkim na sobotni Kampinos.

Cel: złamać 3:10, o ile trasa będzie miała rzeczywiście ok. 42,2 km. Marzenia i chęci: być wysoko w klasyfikacji. Mam to określone w głowie, ale nie będę wypisywał, bo nie mam odwagi, żeby to wystukać czarno na monitorze.

Akapit promocyjny. Biegnę w terenowych Brooksach z serii Pure, bo to moje najulubieńsze buty (mam właśnie terenowe grit i najbardziej free connect). Startówki, które mam na sobie na zdjęciu, to też zresztą Brooksy, ale to przypadek, bo jeszcze nie odkryłem butów startowych na twardą nawierzchnię, które robią różnicę. A Pure'y robią. Są wygodne, zgrabne, dynamiczne w naturalny sposób, jako przedłużenie kończyny. Przyjemnie pisać o swoim partnerze, kiedy naprawdę wierzy się w jego produkt.

Moja Sportowa Żona też biega w connectach. I wyglądają tak (sorry, że się tak pochwalę):

19:36, wojciech.staszewski
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 05 października 2015

Nie ma to jak pokłócić się z żoną rano w dniu swoich urodzin. Ponieważ chodzi o Moją Sportową Żoną, to kłótnia była ze sportem w tle. MSŻ szła na bieganie, a ja po wczorajszym starcie na 10 km na Siekierkach, który zakończył okres kilku dni treningów z rzędu, miałem z nią jechać na rowerze z Małym Yodą w siedzonku.

Mieliśmy wyjść o 9.00, wiedziałem jak ta umówiona godzina jest dla MSŻ ważna, ale w przypływie szaleństwa o 8.56 zabrałem się za przykręcanie poluzowanej od tygodni baterii. I kiedy o 9.16 kończyłem zmywanie naczyń, MSŻ pękła. Że idzie sama biegać, bo nie będzie już czekać ani sekundy i że jest jej tak smutno, że nie wiem. No i poszła.

A ja wytaszczyłem rower do windy, Mały Yoda nie pomagał, ale dał się na szczęście kierować i pełen złych myśli pojechałem do Lasu Kabackiego. Tam Mały Yoda zawsze ma przerwę, chodzi po ścieżce i medytuje o tym i o owym. A ja zrobiłem - niestety obciążony tymi złymi myślami - to, co teraz lubię robić najbardziej. Mówiłem już? Drążek. Uwielbiam podciągać się na drążku. Mógłbym to oczywiście nazwać prostymi ćwiczeniami kalistenicznymi i znaleźć jakieś karkołomne przełożenie tego treningu na bieganie, uzasadnić go. Ale po co? Po prostu bardzo dużą przyjemność sprawia mi podciąganie się na drążku.

Po to jest chyba sport, żeby sprawiał przyjemność. Z regularnością niemal zegarka sprawiam przyjemność Dzikiemu przegrywając niemal co tydzień w ping ponga. Mam nadzieję, że Lewandowski z kolegami sprawią nam wszystkim przyjemność wygrywając ze Szkocją i Irlandią. No i cieszę się z podciągania na drążku.

W domu drążek jest we framudze sypialni, przykręcił go tam jeszcze Janek, bo jak ja przykręcałem to zjeżdżał, a tak to wisi. Już ponad dwa lata. Już ponad dwa lata.

A w lesie drążek jest na ścieżce zdrowia. Tu jest większa swoboda ruchu, opuszczam się do kąta zdecydowanie rozwartego w łokciu. Zrobiłem w niedzielę 6 serii po 6 podciągnięć i czuję przyjemne kłucie w piersiowych.

Jak kogoś boli, to czuje, że żyje. Tak samo jest zresztą z kłótnią małżeńską. Jak boli, to małżeństwo żyje, a nie tylko trwa.

Pogodziliśmy się koło południa.

A to zdjęcie - na którym cieszę się z biegania - zrobiła mi MSŻ poprzedniego dnia. Wystartowałem, jeśli nie liczyć naszych ursynowskich parkrunów na dystansie 5 km, pierwszy raz od niechlubnego Biegu Truskawki, gdzie nie złamałem 40 minut. W sobotę złamałem, choć czas 39:32 jest dużo poniżej moich oczekiwań. Alibi takie, że poprzedniego dnia biegłem ponad godzinę do pracy (w szufladzie mam cywilne ciuchy, a łazienkę blisko swojego pokoju - to mój nowy/stary patent na zwiększenie kilometrażu) z przyspieszeniem na ostatnich 2 km. Pocieszenie mam takie, że wygrałem i to sporo z Jackiem N., moim rywalem i byłem sekundę przed Darkiem K. z Ergo. Ale alibi ani pocieszenia nie sprawiają, że ten wynik staje się rezultatem na miarę moich ambicji. Bo chciałbym mieć 37 minut.

Do startu - Maraton w Puszczy Kampinoskiej to mój główny start jesieni - dwa tygodnie. Kupiłem sobie żelazo, bo moja hemoglobina zawsze w dolnej granicy normy. Ale powinienem więcej biegać (w tym tygodniu przynajmniej, jeszcze tyle mogę poprawić) i więcej spać. A nie pisać odcinek o 23:30 mając w perspektywie Życiówkę do Biegania.

23:37, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 28 września 2015

Stajemy na starcie w zielonej strefie. W zielonej dawno nie stałem. Będziemy biec na złamanie 4:15. Sabina i ja.

Sabina - zwana tu i biegaczką, i szwagierką - na wiosnę dojrzała do tego, żeby zostać maratonką. Może ja tym drzewkiem trochę potrząsnąłem, ale jabłuszko spadło. Pół roku treningów z planem i narastającą intensywnością, i stajemy na starcie Maratonu Warszawskiego. Ostatni taki maraton z metą na stadionie, przekonywałem Sabinę, że musi to przeżyć. A że na stadion lepiej jest wpadać z celem, a nie przypadkiem - cel był ambitny: złamanie 4:15. Czyli tempo praktycznie to samo, co przy wiosennym półmaratonie Sabiny w Krakowie.

Zaczynamy od wycieczki po Saskiej Kępie, opowiadam trochę co mijamy, kiedy przybijam z kimś piątkę, opowiadam, kto to jest, w ogóle dużo gadam, jak zwykle w pierwszej połowie treningu. Robię bardzo długie wybieganie, ale z bardzo dużym obciążeniem. Obciążenie jest takie, żeby pomóc Sabinie ukończyć dobrze pierwszy maraton. W tym zdaniu są co najmniej dwie pułapki. Bo "ukończyć dobrze" to znaczy dobiec poniżej założonego limitu, ale także w dobrym stylu. A pomóc, to znaczy tak prowadzić, motywować Sabinę, żeby jej nie obciążyć, tylko sprawić, że dofrunie do mety.

Tak Sabina frunie w jednej trzeciej dystansu:

Za chwilę słońce się schowa i zrobi się pięknie. Na połówce będzie heroicznie, bo Sabina osiągnie czas w granicach życiówki w półmaratonie (chociaż paru sekund jednak zabraknie). A potem miniemy trzydziesty kilometr i niepostrzeżenie zacznie robić się ciężko. W miejsce lekkich pogawędek wpełznie ciężka cisza.

Maraton to ciekawy bieg. Przez trzydzieści kilometrów biegniesz, biegniesz i nie wiesz, jaka to będzie historia. Ta jest chyba o górnikach. Sabina zapada się w siebie coraz bardziej i fedruje z coraz większym uporem. Tempo z okolicy 5:55 spada nam do 6:10-6:15, ale mamy zapas, możemy biec nawet po 6:20.

Przez ostatnią godzinę nie rozmawiamy już wcale. To znaczy, ja spokojnie, jakbym mówił do Małego Yody mówię, że trzeba jeszcze zjeść kawałek banana albo jakie mamy tempo i jak mało już zostało do końca. A Sabina mówi tylko przed bufetami w zasadzie jedno: "Woda, dwa kubki".

Po 4 godzinach 13 minutach i 31 sekundach Sabina zostaje - jak głosiło kiedyś hasło reklamowe maratonu - Bohaterem Narodowego. Tak finiszuje:

Jak przeżywa za metą - a takiej kaskady emocji nie widziałem i nie słyszałem od dawna - nie ma na zdjęciach. A jakby było i tak bym nie wstawił, bo to już nie moja opowieść, tylko Sabiny. Nie mogę jej napisać, mogę najwyżej odczytywać, ile w tym nowo zbudowanej wiary w siebie, bólu tkanek i radości endorfin.

Trochę tego widać jeszcze w oczach, kiedy już szczęście zostaje zaklęte w medalu:

W Warszawie (i w Berlinie) startowało tego dnia więcej naszych Podopiecznych, tych, których ja prowadzę i tych, których prowadzą trenerzy Kancelarii. Pogoda sprzyjała radościom na mecie i radościom trenerów z sukcesów Podopiecznych. Wszystkim przybijam wirtualną piątkę, ale na miejscu przeżyłem jeszcze dwie historie.

Pierwszą radosną. Alicja, zwana tutaj mniejszością fińską albo proście kwasnaali, wreszcie złamała czwórkę. Radość tym większa, że to pierwsza życiówka po porodzie. Były mocne wiceżyciówki na piątkę, dziesiątkę, w półmaratonie też by było dobrze, gdyby nie sierpniowy upał. Ale brakowało kropki nad biegiem. I Alicja ją postawiła z trzyminutowym hukiem.

A drugą historię... no nie wiem, jak to nazwać. Przemek na obozie wyprzedzał wszystkich. Też pozaliczał w sezonie mnóstwo wiceżyciówek przy każdej pisząc, jak lekko przyszła. Biegł na pięciominutową życiówkę maratońską - 3:09. Biegł jak po swoje do 39 kilometra. I wtedy poczuł taki trans, w którym można albo trwać, albo stracić przytomność.

W tym momencie Przemek podjął najprzytomniejszą decyzję w swoim życiu: zszedł z trasy.

Nie zrobiłem Przemkowi zdjęcia, bo siedzący już w cywilnych ciuchach, blady, smutny, rozczarowany nie kojarzył się z Bohaterem Narodowego. Ale czym dalej od zgiełku stadionu, tym bardziej widzę to bohaterstwo. Jaka to musi być trudna decyzja, zobaczyć, że za kilka metrów jest nie ściana, tylko czarna dziura. I naprawdę nie wiadomo, co w niej może być: kroplówka nawadniająca czy OIOM.

Zawsze powtarzam, że z trasy się nie schodzi. Ale nie schodzi się z powodu zwątpienia albo zmęczenia. Schodzi się - to już pisałem - z powodu kontuzji. Achillesa, łydki, dwugłowego czy czego tam chcecie. Schodzi się też - i do tego domyśliłem się dopiero po tym biegu - z powodu kontuzji serca, kontuzji żył i tętnic, kontuzji mózgu zagrażającej udarem, niedokrwieniem, zawałem.

Sabina i Alicja dobrze pobiegły - cieszymy się z tego na zdjęciu. Przemek dobrze biegł i dobrze, że zszedł. Bohaterowie narodowego.

22:21, wojciech.staszewski
Link Komentarze (17) »
poniedziałek, 21 września 2015

Życie nie jest sprawiedliwe. W sobotę zrobiłem godzinę powoli z podopiecznym Adamem, więc wyszło przyzwoiciej niż zwykle. Nie odpływałem w odmęty "Złego" do Warszawy mojego ojca.prl, której nostalgiczny powolny rytm wyznaczany majestatycznie sunącymi zatłoczonymi ogórkami (młodsi: Google) powoduje, że tempo spada do 5:50.

W ostatniej chwili wpadłem na start ursynowskiego parkrunu, żeby zrobić mocny akcent na koniec. W zasadzie wyszło: o 4 sekundy złamałem 20 minut. Ze złamania jestem zadowolony, z wyniku mniej, bo na podobnym treningu na wiosnę miałem coś koło 19:15. Ale na mecie się i tak cieszyłem, bo zająłem trzecie, więc medalowe, miejsce. O dwa oczka lepsze niż dwa tygodnie temu, kiedy pobiegłem prawie o pół minuty szybciej.

Gdzie tu sprawiedliwość?

Przynajmniej Moja Sportowa Żona zrobiła mi fajne zdjęcie.

Teraz mam doła, bo wymyśliłem wczoraj wieczorem dwa fajne tematy, ale na kolegium okazały się niefajne, szefowa wilczym okiem łypie, że nie wymyślam dobrych tematów, a dobre to są te, które przechodzą. Tyle, że kolegium w Borussi nie jest proste jak bieganie: że od startu do mety, liczy się czas i kolejność na mecie. Jeszcze się tych reguł nie nauczyłem, nie wiem, kiedy temat zyskuje akceptację, a kiedy pada jak maratończyk, który zaczął za szybko. Nie wiem, dlaczego temat, który wymyśliliśmy raz z podopiecznymi na treningu na Szczęśliwicach w jednym tygodniu jest świetny, tylko mam go odłożyć, bo robię inny, bardziej niusowy, a w kolejnym tygodniu okazuje się, że już nikogo nie interesuje.

Zaletą mojej pracy jest artystyczny nieład, który mogę, a wręcz muszę wkładać w każdy projekt. Nie wiem, czy dla Was artykuły Newsweeka są ciekawsze od projektów wykorzystania środków- ale dla mnie na pewno ich tworzenie jest ciekawsze. Wadą tej pracy jest ten sam artystyczny i nie do końca zdefiniowany nieład na kolegiach.

Jeszcze rano zgrzyt z MSŻ. Recepta na ciężki poniedziałek gotowa.

A na koniec tygodnia mamy w rodzinie święto. Biegaczka Sabina zostanie Maratonką. Już przebyła maraton od fajnej laski, ale z wyraźną otyłością - bo na oko nie była to już nadwaga - przez dziewczynę, która myśli o bieganiu, zaczyna truchtać, biegać, trenować po biegaczkę przygotowaną do maratonu na 4:14-4:19. Na taki wynik pobiegniemy. Wszystko w rękach słońca.

W końcu wstawiam zdjęcie. Babia Góra, obóz 2015. Sabina to ta, która pokazuje ręką kierunek - teraz już z górki.

15:57, wojciech.staszewski
Link Komentarze (55) »
poniedziałek, 14 września 2015

Pękło mi serce. Nie w sobotę na 34 kilometrach najkrótszego odcinka Siedmiu Dolin na Festiwalu Biegowym w Krynicy. I nawet nie przez to, że start był z mojej Piwnicznej, nieopodal łukowatego mostu na Popradzie, przez który szliśmy z moim ojcem.prl na wycieczkę na Kicarz, kiedy miałem pięć lat, sześć lat, osiem lat, dziewięć i dziesięć. Bo zawsze szliśmy na Kicarz, w każde wakacje spędzane w Piwnicznej.

A teraz zaczęliśmy - z grupą pięciuset nieznajomych, których widać w tle na zdjęciu od podbiegu na Kicarz. A raczej podejścia, bo stromizna jest tam niezła, ciekawe jak sobie radził tam pięcioletni chłopczyk.

Zaczynam z Marcinem, obozowiczem z drugiej bodaj edycji obozu biegowego w Rabce, który wtedy w bieganiu nie stawiał jeszcze kroków, a dopiero raczkował. Potem spotkaliśmy się na maratonie w Krynicy, Marcin pobiegł w cztery godziny z małym kawałkiem. Rok temu spotkaliśmy się znów, wtedy Marcin po przebiegnięciu 66 km w Siedmiu Dolinach stawiał mnie na nogi, żebym dokończył setkę. Tutaj jest napisane. Trochę gadamy, trochę próbuję się go trzymać. Nadrabia na podbiegach, to oczywiste, ale na zbiegach dochodzę go z trudem, a w połowie dystansu przestaję. I zostaję.

Przede mną wąż ludzi. Za mną mój Beskid Dzieciństwa i wąż pościgowy. Ale ja się tu z nikim nie ścigam, musiałbym się poddać już na starcie. Ja tutaj biegnę sam. Sam z myślami. Że znowu okazałem się za słaby na góry. Że mój brak predyspozycji do podbiegania wyłazi boleśnie. Nawet w marszu mnie ludzie wyprzedzają pod górę, chociaż ja po górach, tych górach łaziłem od dziecka.

Rozmawiam ze sobą, jak trener z trenerem. No nie da się. Nie da się dobrze biegać, jeśli się nie nabiega kilometrów. Dobrze jest zrobić interwały w mocnym tempie, dobrze jest pierwszy zakres biegać, a nie truchtać. Ale to niewiele da, jeśli się nie przebiegnie - przy moich ambicjach wynikowych - tych 60-70 km tygodniowo. A jakbym u siebie dobrze zliczył, to wyjdzie ledwie maraton.

Biegi górskie to naprawdę miękkie masełko. Nie ścigasz się z czasem, ja nie ścigam się też z rywalami. Ciągle podchodzisz, bo jest stromo pod górę. A jak nie jest stromo, to podejście zmienia się w niezłe alibi.

Łapię siebie na tym idąc - momentami - po drodze do Bacówki nad Wierchomlą. Tam naprawdę jest łagodnie, nawet rok temu zdychając na pełnym dystansie Biegu Siedmiu Dolin i uciekając przed limitem, prawie cały ten odcinek przebiegłem. Teraz idę, bo tak naprawdę mam ściankę. Małą, niepoważną, ale taką, której nie chce mi się pokonywać i daję się jej pokonać.

Aż wyprzedza mnie dziewczyna w łososiowej koszulce. Zagaduję, bo lubię w połowie trasy jak wampir podczepić się do mocnej dziewczyny i poderwać do lotu. Ale łososiowa nie wchodzi w kontakt, rwie do przodu. Za nią biegnie biała. Po chwili się znamy - Karolina, Wojtek. Jesteśmy zresztą znajomymi na Facebooku, tyle że nie kojarzyłem. Gadamy i gonimy, bo Karolina ma o co walczyć, jest w czołówce kobiet. Łososiowa na podbiegach nam odchodzi, ale Karolina mówi, że na zbiegach ją dochodziła.

Moja Sportowa Żona czyta - to od razu zaznaczę, że nie tutaj mi serce pękło. Ale stworzyliśmy z Karoliną fajny team, zrezygnowałem przy bacówce z opychania się kolejnymi garściami rodzynek, żeby ruszyć z nią na trasę. Krótkie podejście pod Runek, łososiowa z 200 metrów przed nami, a potem pogoń.

Karolina tak była uszczęśliwiona Beskidem, czasem lepszym niż się spodziewała, że w pewnym momencie to mnie chyba bardziej zależało na dogonieniu łososiowej. Dopadliśmy ją przed przełęczą, potem było małe podejście, łososiowa odeszła, ale nie więcej niż na 100 metrów. I zaraz ją mieliśmy.

Człowiek musi mieć cel. Nawet jak nie widzi sensu albo widzi bezsens, to powinien sobie znaleźć cel. Jak już zrealizowaliśmy cel: łososiowa, to pożegnałem Karolinę, żeby nie uciekło mi złamanie czterech godzin. Niby to niewymierne, przecież trasa mogła być wytyczona innym reglem i czas byłby o 10 minut gorszy albo lepszy. Ale jednak złamanie, to zawsze złamanie.

Wyszło 3:54. Niecałą minutę za mną wpadła na metę szczęśliwa Karolina. A Marcin, walczący ze skurczami na zbiegu, był tylko dwie minuty przede mną.

Można by to zdjęcie na deptaku nazwać "krynica radości".

A serce pękło mi następnego dnia. Jechałem po płotki i piłki, które zostawiliśmy po obozie w Rabce, bo wszystko nam się w samochodzie nie mieści. Jak zawsze przez Piwniczną.

Zwykle oglądam tam rynek, na którym kawiarnia Smocza Jama zamieniła się w niezłą restauracyjkę, w której coś zjadam. Patrzę na Czercz, w którym się kąpałem jako dzieciak albo na placyk zabaw, na który chodziłem kolejno ze wszystkimi swoimi dziećmi. Ale teraz podjechałem na Węgierską.

Campingu, na którym obozowaliśmy z ojcem.prl, kiedy miałem 15 czy 16 lat już nie ma. Są domki campingowe, ale tam gdzie rozbijaliśmy namiot jest jakaś dziwna instalacja. Ale serce pękło mi minutę później.

Dojechałem do tego drewnianego domku, pomalowanego na paskudny pomarańcz, w którym spędzaliśmy wakacje, kiedy miałem kilka lat. W zasadzie rok w rok, cały miesiąc w Piwnicznej. Takie moje miasto jest. Popatrzyłem na balkon naszego pokoju, który zazwyczaj dostawaliśmy. Jaka fizyka mogłaby sprawić, żeby tam wyszedł mój tata? Nie ojciec.prl zmitologizowany w książce, tylko tata, tatuś. W dżinsach, w czarnych chodakach, bo taka moda była, w kolorowym swetrze, którego nie potrafię opisać, choć widzę cały wzorek albo brązowej koszuli, gdyby dzień był cieplejszy. Czterdziestoparoletni, niedogolony (chyba na wakacjach się nie golił codziennie), sprawny.

Przywiozłem kubek z Piwnicznej, podrzucę mu w tygodniu. Ten, który mu dałem rok temu z napisem "Krynica" popękał.

23:22, wojciech.staszewski
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 07 września 2015

Tamto zdjęcie chłopca kojarzycie. Nie będę przypominał, bo łapie mnie nieprofesjonalnie za gardło. Dwa dni temu zdałem sobie sprawę, że mam w komputerze podobne.

Mały Yoda na zeszłorocznych wakacjach w Łebie, ma tu ze trzy miesiące.

Na uchodźcach się nie znam, trochę znam się na dzieciach. Dzieci nie powinny tonąć na plażach, tylko wypoczywać. Nie może być zgody w sercu Europy na to, żeby dzieci, które miały nieszczęście urodzić się akurat w Syrii, a nie w Polsce były wyrzucane martwe na plażę. Obojętne czy bezpośrednią przyczyną jest brawura ojca, dziurawa łódź, zaniedbanie przemytników, czy co tam jeszcze miało miejsce.

Wiem, że jest druga strona. Na uchodźcach się nie znam, więc mogę snuć rozmaite teorie. Więcej, snuję je sobie od dawna. W drugiej książce - którą piszę, a jakże, w tytule będą "zbójeckie lata" - wpisałem głównym bohaterom dialog o muzułmańskiej Europie przyszłości z muzułmańskimi premierami i parlamentami wybranymi przez muzułmańską większość. Z tego powodu też zdecydowałem się na chrzest Małego Yody - wprawdzie przypuszczam, że Boga nie ma, ale gdyby jednak był i gdyby mały Yoda chciał się nad tym kiedyś w dorosłości zastanawiać, to chcę, żeby wizualizował sobie go pod postacią białobrodego starca w rajskim ogrodzie. Tak jak pamiętamy z katechizmu.

Tylko co innego efektowne dialogi w literaturze, a co innego dzieci, które naprawdę... Nie wiem, jakie jest rozwiązanie. Wiem, że Europa to nie tylko dotacje i brak kontroli granicznych, ale też wartości wywodzące się z pogańskiej Grecji, chrześcijańskiego Rzymu itd. I że trzeba znaleźć rozwiązanie. I że posłów i europosłów wybieramy nie po to, żeby pobierali diety, ale żeby szukali rozwiązań. Czy my w preambule Konstytucji nie mamy zapisanego Dobra, Prawdy i Piękna wywodzonych z chrześcijańskich oraz innych wartości?

Dużo o tym myślę. Więcej niż biegam. Biegam za mało, za wolno, za słabo. W niedzielę pierwszy raz w życiu przegrałem z Przemkiem K. na parkrunie. Czas - dramat, 19:31. Nie byłem w stanie szybciej pobiec piątki. Szybciej na wiosnę biegłem w półmaratonie.

Mam problem. Biegam beznadziejnie. Pocieszam się, że to tzw. Pierwszy Start Sezonu - a on jest zawsze na zmarnowanie. To po takim starcie trzeba stanąć przed lustrem, złapać się za jaja i przeprowadzić ze sobą męską rozmowę: to naprawdę musi boleć, naprawdę trzeba dać z siebie dużo, docisnąć. Radość na mecie wymaga wysiłku na trasie. I wysiłku na treningach.

W niedzielę zrobiłem długie wybieganie wreszcie w przyzwoitym tempie - 5:29. Trochę za wolno, ale w końcu bez żenady. Człowiek - tak rozumiem to w świetle "wartości europejskich" - musi sobie wysoko ustawiać poprzeczkę, jeśli chce się doskonalić, rozwijać. Koniec z bieganiem po 6:00. Takie tempo - średnie - chciałbym mieć w sobotę w Krynicy na 34 kilometrach ostatniej części trasy po Siedmiu Dolinach. A potem wyszykować maksymalną formę na jaką mnie stać na maraton w Puszczy Kampinoskiej.

Na tym się znam - lepiej niż na uchodźcach.

 

 

17:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (59) »
poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Co ciekawego robiłeś w weekend - zagadnął mnie w pracy Dawid, najsympatyczniejszy zresztą z całego tego kółka balangowego. Przeleciałem myślą cały weekend, cały mi w sekundzie stanął przed oczami i uznałem chyba, że najciekawsze było, jak wyszliśmy w Moją Sportową Żoną na trening, ona biegła, ja jechałem z Małym Yodą na rowerze, dojechaliśmy do Lasu Kabackiego, ona zrobiła pętelkę, a ja się zatrzymałem, żeby Mały Yoda pospacerował, żebyśmy porzucali piłką, ale też w takim miejscu, żeby zrobić samemu 10 serii po 6 podciągnięć na drążku. Potem MSŻ wróciła z pętelki i razem dotarliśmy do domu.

Nawet zacząłem na to pytanie odpowiadać, ale chyba zacząłem mówić do wnętrza siebie, bo kółko balangowe gdzieś odjechało we wspomnienia gorączki letniej nocy. Bo jak masz powiedzieć komuś, jaką przyjemność sprawia taki trening, skoro on ma w rękawie historyjki, co wciągał, co dmuchał, a co wydmuchiwał ustami oraz nosem.

Jestem teraz w pracy dość zabawnie i ostentacyjnie zarazem wykluczony z grona imprezowego, które wije się tuż koło mnie jak bluszcz. Kurcze, mam chyba tak udane życie, że ku mojemu zaskoczeniu nie dotyka mnie to, bardziej żenuje.

Mam tak udany weekend, że w ostatni zrobiliśmy z MSŻ jeszcze raz to samo. Tyle, że przez jej uraz w kolanie (nabyty najprawdopodobniej przy zrywowych ruchach na tenisie, a nie podczas biegania) oboje byliśmy na rowerach. A ja po tym, jak przez trzy tygodnie czułem masakrę w mięśniach brzucha, nie robię już 10 serii, tylko 4. W tygodniu były po 6 powtórzeń, teraz po 8.

Biegać - biegam. Ale to jeszcze nudniejsze niż ta mała kalistenika, więc sobie daruję.

Jedyne co ciekawe, to rozpoczęcie wojny z brakiem kultury na ulicy. Jak się znów coś wydarzy napiszę, na razie zapraszam do zdjęcia i historyjki z rękami na Facebooku.

Musi być jeszcze zdjęcie, żeby się klikało. W tygodniu niczego nie sfotografowałem, bo mam aparat zapchany surowymi filmikami z obozu i nie mam kiedy usiąść zrobić filmu. Więc jedna fota z obozu:

W tle biegaczka-Sabina, z którą za miesiąc debiutujemy w maratonie z metą na stadionie. Na pierwszym planie butelka wody mineralnej podarowanej nam - oprócz Poweradów - na obóz przez Coca Colę. To dla mnie duża zagadka od dwóch lat. Dają nam wodę i izotonik na treningi na stadionie, chociaż nie jesteśmy biegającymi pannami. A np. Sabina jest mężatką.

Pora się puścić. Z uwięzi. W sobotę startujemy z MSŻ na parkrunie. Mała piątka, a cieszy (przynajmniej przed startem). A za tydzień jadę do Krynicy na 34 km. Ktoś jeszcze jedzie? Paru Podopiecznych się wybierało, ale czym bliżej startu, tym Krynica robi się dalej od wszystkiego, co zresztą rozumiem, bo to naprawdę daleko.

Z Krynicą jesteśmy partnerami. Z parkrunem nie. Ze sobą jak najbardziej, pełne porozumienie sierpniowe.

Ważna informacja - jeszcze przez kwadrans. Na stronie Festiwalu Biegowego jest promocja - można się zapisać za 40 pln, ale tylko do północy. To z okazji rocznicy porozumień sierpniowych (młodsi: google). Trzydzieści pięć lat minęło.

23:44, wojciech.staszewski
Link Komentarze (23) »
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam