Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 15 czerwca 2015

Nie lubię poniedziałków, w których wylizuję się z choroby, w macierzystym klubie mam niedobrą rozmowę z trenerem, a pod wieczór odwożę syna do szpitala opędzając się od złych skojarzeń. I zero czasu na bieganie, bo dopiero wróciłem ze szpitala i padam jak rzęsisty deszcz.

Teraz wszystko jest na Facebooku. A tam oldskulowe "Nie lubię poniedziałków" się nie broni. Dlatego w tytule poniedziałki z przyciskiem, którego nie ma. Zresztą wielki sukces Facebooka polega na mnożeniu pozytywnych emocji. Lubię - naciskam. Nie lubię - idę tam, gdzie lubię.

Posrała się ta wiosna na koniec. Konkretnie zrobił to Mały Yoda w nocy z czwartku na piątek rozpoczynając festiwal biegunki. Równolegle z nim zachorowała MSŻ, a kiedy w piątek na wieczór córka 6klasistka dołożyła swój wariant problemów żołądkowych, było jasne, że jeszcze tylko ja czekam na wyrok od rotawirusa.

W sobotę mieliśmy zamknąć sezon wiosenny startem w Biegu Ursynowa. Jak się ma pod oknem najszybszą piątkę w Polsce, to trudno nie wystartować. Prognozy porażki były jasne jak słońce, ale liczyłem przynajmniej na zaskakująco mocny bieg. Zamiast tego w nocy zerwały mnie na nogi zaskakująco mocne wymioty i zamiast biegać dałem radę tylko dowlec się do balkonu i strzelić kilka fotek. Są na Fejsie, bo teraz wszystko jest na Fejsie. I ten blog też będzie, od dziś każdy odcinek - nadal co poniedziałek - będę wrzucał też na Kancelarię.

Moja Sportowa Żona też nie pobiegła, chociaż przy jej progresie nawet w tych warunkach była szansa na życiówkę. Jako nieco podleczona poprowadziła tylko rozgrzewkę, którą zrobiliśmy dla naszych podopiecznych. W nowych butach.

Najbardziej szanujemy dwie firmy butowe. Nike, która nas nie lubi i Brooks, która jak się okazało odwzajemnia nasze uczucia. Dostaliśmy od Brooksa do tzw. testowania po parze Pure Connect - o takie poprosiłem, bo pamiętałem jeszcze moje pierwsze, zielone Connecty i czułą wygodę serii Pure. Do tego na mega fajną zniżkę kupiłem Pure Drift, żeby zobaczyć, jak ten pomysł sprawdzi się w terenie.

Przetestujemy - napiszemy. MSŻ zrobiła na razie jeden 45-minutowy trening w Connectach i wróciła zachwycona, że wygodne jak pantofelek. Ale to było jeszcze w fajnym i spokojnym poprzednim tygodniu. Ten zaczął się gorzej.

Rano rozważałem bieganie, ale okazało się, że Mały Yoda leci coraz bardziej przez ręce. W sobotę był już po chorobie, ale zaczął słabnąć w oczach. W niedzielę już nie chciał stawać, tylko wołał na rączki. A dziś zjadł małe śniadanie, po czym zaczął zasypiać przy stole.

Ja wiem, że odwodnienie wskutek biegunki, to nie glejak. Ale byłem pół dnia na gorącej linii z MSŻ, czy jedziemy już do lekarza, czy nie. A jak w końcu pojechaliśmy, to wyszliśmy ze skierowaniem do szpitala. Przesiedziałem z Małym Yodą wieczór, przy zakładaniu wenflonu przekonałem się, że jest prawdziwym Jedi - tyleż małym, co mądrym i spokojnym. A na noc w szpitalu została MSŻ.

Jeszcze środek dnia. Zapowiadana wcześniej rozmowa z kierownictwem Bayernu Monachium, indywidualna. Będzie więcej roboty. Oprócz gry na skrzydle (co w piłce w miarę umiem robić, bo tam się dużo biega) kiedy atakujemy, trzeba będzie się wracać do obrony.

To jest taki dzień kiedy chciałoby się to wszystko wybiegać. Wielki szacun dla tych, którzy potrafią się zmobilizować do treningu po dwudziestej drugiej. Ja się mogę zmobilizować najwyżej do napisania bloga.

Pora oddać krew. I zacząć się odbudowywać do walki. Wiosna Lecha, jesień nasza.

No i zapomniałbym o synu na koniec. Mój przyjaciel Dziki, co by nie wymyślił, chwyta mnie za pulsometr. Czerwcowe, świętojańskie BPPW nazwał imieniem Janka Staszewskiego nie tylko dlatego, że Janek dwa lata temu robił na tym biegu zdjęcia. Więc chociaż jak psu nie chce mi się biegać po prawdziwej Warszawie po dwudziestej drugiej, to stawiam się na stacji metra Stare Bielany. Ktoś będzie?

22:43, wojciech.staszewski
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 08 czerwca 2015

Ciało ludzkie. Sprawne, mniej sprawne, grube lub lubieżne. I Boże Ciało, narodowe święto rekreacji, działki i grilla. Lub Biegającej Polski, która jest gdzie indziej. Gdzie indziej niż ja.

Dostałem w 1991 r. taką niebieską książeczkę "Poradnik dla dziennikarzy z Europy wschodniej". Pamiętam do dziś rozdział o lidach. Mogą być informacyjne (kto, co, gdzie, kiedy), proste albo zakręcone, jak grupa Laokoona. Czyli jak ten dzisiejszy.

To mniej sprawne ciało to moje. Nawet nie z tego powodu, że na Bieg Ursynowa za tydzień czekam jak na ścięcie, a nie jak na wyzwanie. Pójdę z głową pod topór na start i dobiegnę ze zwieszoną głową, powoli do mety. Sorry, taką mamy formę.

Mniej sprawne, bo sobie załatwiłem umiejętnie niezłą kontuzję, jak mi dziś wyjaśnił osteopata Wojciech Imroth - polecony przez naszego Michała Chwastowskiego, który przyjeżdża z magicznymi warsztatami na obóz w Rabce i w tym roku też będzie. Dwa miesiące temu założyłem opaskę z telefonem na ramię, a że zjeżdżała mi po bicepsie, ścisnąłem z całej siły (jaką miałem w drugim bicepsie). Podczas biegania pobudziłem krążenie i przykleiłem powięź do tylnego aktonu mięśnia naramiennego. To by się jeszcze jakoś wyleczyło, ale bodaj dwa dni później jechaliśmy do Rabki na Wielkanoc i kilkadziesiąt razy szybkim ruchem głowy (i szyi) w prawo sprawdzałem, co z Małym Yodą na tylnym siedzeniu. Naciągnąłem przez to co się dało i od dwóch miesięcy boli. Lewe ramię mogę unieść do przodu, ale odwiedzenie przekracza granice bólu.

Osteopaci palcami dokonują cudów. Po 10 minutach odpowiednich uciśnięć było lepiej, teraz ma dwa dni poboleć, bo receptory pobudzone, a od czwartku ma być lepiej.

W czwartek było Boże Ciało. Napisałem na Facebooku, że to święto działki i hipokryzji, coś w tym stylu. Uważam, że zaklinaniem rzeczywistości jest udawanie, że cała Polska świętuje wtedy boże (przymiotnik) ciało. Świętuje rekreację, którą zresztą każdy inaczej rozumie. Dla mnie i dla Mojej Sportowej Żony to były rano interwały (w wariancie "on goni ją"), a przed wieczorem wycieczka rowerowa z Małym Yodą. Miałem poczucie, że dla naszych sąsiadów (których rano widziałem pod blokiem z rowerami albo zapakowanych w samochody za miasto) tak samo. Ale nazajutrz na Facebooku sąsiad sprostował, że poszedł do kościoła na 19, a żona na 20. Umówmy się, że tak i tak próbka sondażowa jest zbyt mała i zostańmy przy swoich intuicjach. Ja będę uważał, że Polska zajmuje się własnym ciałem, a Johnson (który też się odezwał pod tamtym wpisem) może uważać, że się Polska w ten sposób modli.

Ponieważ bohaterowie wpisów, jak widać, czytają o sobie, to mam nadzieję, że przeczyta to też gruba biegaczka w czerwonej koszulce, którą spotkałem wbiegającą do Lasu Kabackiego od ul. Alternatywy w niedzielę rano. Pozdrowiłem ją serdecznym czuwaj, ale chciałem w tym geście zawrzeć dużo więcej: podziwiam Cię, że mimo, że jesteś gruba (specjalnie piszę bez znieczulenia), wzięłaś się za wysiłek i widziałem w twojej twarzy tyle zadowolenia, że wierzę, że dasz radę dobiec do swoich celów. Zmienić się w kobietę o zdrowym, sprawnym i ładnym ciele. Kibicuję Tobie i wszystkim grubym dziewczynom i chłopakom, którzy biorą swoje ciało w swoje ręce.

Dla nas punktem głównym weekendu byłby maraton nad Pilicą (MSŻ pobiegłaby dziesiątkę), ale nie był, bo w sobotę byliśmy na weselu Dominiki i Marcina. Sprawcą jest "Ojciec.prl", bo Dominika w Gazecie (pracowałem kiedyś w takim miejscu) zajmowała się promocją książki, była na promocji i kiedy szliśmy to oblewać z najbliższymi postanowiła się dołączyć, żeby poznać MSŻ nie tylko z literatury. A teraz oblewaliśmy jej wesele, na którym MSŻ była świadkową. A ja się lubieżnie wytańczyłem.

Fota z wesela za dnia. Zawsze uważałem, a w drugiej książce będę chciał to pokazać, że cielesność wybucha po zmroku.

Myślałem, żeby pisać krótsze odcinki, ale chyba za dużo we mnie buzuje. Ale już się zbliżam do końca. Coś się skończyło - poczułem to w weekend wchodząc na PolskaBiega.pl i czując się tam już maksymalnie obco. Śladu swojego bloga - który kiedyś był jedynym zmieniającym się elementem na stronie - nie znalazłem. Nawet na liście 100 polskobiegowych blogów, którą otwiera NaDystansie, a zamyka Biegająca Sikoreczka.

Może nie ma się co dziwić, ja też nie zauważyłem, kiedy był majowy weekend Polska Biega. Coś się skończyło, pora na rozwód. Wzniosłem się na informatyczne wyżyny i wywaliłem znaczek ze strusiami z jedynki bloga. Oprócz gazet, które czytam i biegów, które lubię, została tylko Kancelaria.

Zamykamy obozową listę. Kto chętny do zobaczenia się z nami w Rabce w pierwszym tygodniu sierpnia szczegóły znajdzie TUTAJ. Filmik z zeszłego roku TUTAJ, a na naszym kanale na YouTube także inne filmik z ostatnich dwóch lat. A zgłaszać się lub pytać może tu: bieganie@KancelariaSportowa.pl

19:02, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 01 czerwca 2015

- Rozwiedź się ze mną, nie jestem Ciebie godny - poprosiłem Moją Sportową Żonę za metą Biegu Truskawki. Ta cholerna puszcza pokazała w jakiej jestem czarnej dziurze z formą. Tak źle nie było od pięciu lat.

Pięć lat temu zdarzyło mi się nie złamać 40 minut na 10 km. To był bieg sylwestrowy w Krakowie, środek zimy, końcówka roztrenowania. Ale teraz? W mojej sportowej puszczy?

Bieg Truskawki wchodzi na stałe do naszego kalendarza biegowego. Pięknie jak na Mazurach - puszcza to jednak dwa levele wyżej niż mój sympatyczny przecież Las Kabacki. Sympatycznie jak w czasach oldskulowego biegania - bo kto to widział dziś na mecie ciasto truskawkowe. Wszystko na poziomie poza moją formą (acha, no i wyniki mogłyby się już pojawić, bo od półtora dnia bezskutecznie klikam tutaj i trochę jest jak w czasach oldkulowych, kiedy wydruk z wynikami wrześniowego maratonu można było dostać na styczniowej Chomiczówce).

Startuję, sześcioosobowa grupka liderów oddala się nieśpiesznie. Być w szóstce to był mój cel i on mi właśnie odjeżdża. Trudno, przyjechali szybsi. Biegnę na 7-8 pozycji, za chwilę na 8-9, do czwartego kilometra jest nieźle. Jestem dziesiąty, ale dwójkę przede mną mam na celowniku, żeby ich skontrować w drugiej części biegu. Na agrafce w połowie tracę do nich ze sto metrów, a kolejny zawodnik jest 100 metrów za mną.

Kto to jest optymista? Ten, kto wierzy, że tamtych dwóch można dogonić, a że dogonienie przez zawodnika z tyłu nie wchodzi w grę. Szklanka jest do połowy pełna, jedne 100 metrów jest mniejsze od drugich 100 metrów.

Kto to jest realista? Facet, który na ósmym kilometrze orientuje się, że tamta dwójka zniknęła już na polanie powstałej po tornadzie. A facet ukazuje się na zakręcie jakieś 15-20 metrów za nim. Czyli za mną.

"Samo się nie wygra" - pomyślałem, tak jak mówimy sobie z Dzikim na ping pongu, kiedy ktoś prowadzi np. 10:7. Nawiasem mówiąc w maju udało mi się przegrać seta z prowadzenia 10:3, a gra się do 11. Mistrzostwo świata. Wbiegając na pomosty prowadzące przez bagno na dziewiątym kilometrze myślałem ciągle, że samo się nie wygra, myślałem o ustępującym prezydencie i jeszcze o tym, że skoro ucieka mi wszystko - i dobry bieg, i dobry czas (chociaż jeszcze nie wiedziałem, jak będzie zły), i dobre miejsce, to przynajmniej muszę obronić pierwszą dziesiątkę.

Uciekłem sprzed gilotyny. Dobiegłem do mety na 10. miejscu, ale z czasem 40:24. Dno, truskawkowe dno.

MSŻ zrobiła mi niezłe foty. Trochę poprawiłem technikę na jej widok, wreszcie nie ma psa Pluto i człowieka z garbem na plecach:

MSŻ też miała biec, ale rano wymówiła się rzekomą niedyspozycją poimprezową. Przyznała się dopiero na miejscu, że starty ją spinają i to była wymówka, i że bieg wygląda na starcie i mecie tak fajnie, że chciałaby też przeżyć go na trasie. Może za rok, może ja do tego czasu znów zacznę biegać. A nie człapać, truchtać, dyszeć i dmuchać, z brzucha buchać, wlec się, dawać ciała, kompromitować siebie i własną rodzinę.

Samo się nie wygra. Samo się nie wytrenuje. Trzeba zachrzaniać. Przed Biegiem Ursynowa zamierzam się złoić.

Najcenniejsze, co oprócz tej nauki przywieźliśmy z Truskawia, to sesja Małego Yody. Klimat tego zdjęcia strasznie kojarzy mi się z tą fotografią z Mazur na kajakach, którą zrobił mi Janek. Trzy lata temu.

18:20, wojciech.staszewski
Link Komentarze (15) »
poniedziałek, 25 maja 2015

Weekend stał pod znakiem dyscypliny uzupełniającej. Zrobiliśmy na rowerach tradycyjną Wiosenną Wyprawę Wujów.

Za tydzień Truskawka, ciekaw jestem tego biegu. Ale też słodki owoc, który ma w nazwie, nie nastraja mnie do wielkiego wysiłku treningowego. Staram się podtrzymywać formę i popodtrzymuję ją sobie aż Mały Yoda ciut podrośnie i zacznie korzystać z placówek opieki nad dziećmi.

Bo jakieś priorytety są. Nie można wszystkiego pieprznąć i zająć się treningiem, no chyba że się samo rozpieprzyło i trzeba się treningiem ratować. Ale kiedy Mały Yoda jest mały, a Moja Sportowa Żona jest taka moja, a ja taki jej - to nie przygotuję się na maksa. Mogę się przygotować na 2:59, mogę się przygotować na walkę o fajną Truskawkę, ale teraz wszystko jest z ogranicznikiem prędkości.

Jak zatrybi, to się przyspieszy. Będziemy - o ile nie będzie przykrej niespodzianki, a wielu z nas w weekend przekonało się, że przykre niespodzianki się czasem zdarzają - niebawem mieszkać dwa razy bliżej Lasu Kabackiego niż dziś, już mnie kusi nowa perspektywa treningowa. W niedzielę pobiegaliśmy godzinę z MSŻ (na początku biegłem z wózkiem, a potem wózek oddałem i pobiegłem dookoła mocniejszą końcówkę, ale ta moc słabo wyszła ok. 4:25 min./km) - i podbiegliśmy też pod nasze przyszłe gniazdko. To też jest teraz jakiś priorytet, a nie mocny trening.

A sobota była rowerowa. Już trzeci raz udało się na zebrać w kilku dorosłych facetów, odmeldować się w domach, rodzinach bądź pustych ścianach i pojechać prawie na cały dzień na Wiosenną Wyprawę Wujów - w skrócie WWW. Tym razem ruszyliśmy z Kabat najpierw przez tak obiegany Las Kabacki, dalej przez Lasy Chojnowskie na zamek w Czersku i po zwiedzeniu jeszcze jednostki wojskowej w Górze Kalwarii kapitalnym Nadwiślańskim Szlakiem Rowerowym do Konstancina na wypasiony obiad, a stamtąd do Warszawy. Razem 68 km, a Dziki z Wojtkiem (z Ojciec.prl) dokręcili nawet do 74, bo chodziło o poprawienie rekordu Wojtka z pierwszej wyprawy - 70 km.

W tym miejscu najbanalniej na świecie chciałbym podziękować Mojej Sportowej Żonie, że wzięła na barki na cały dzień dwójkę dzieci po to, żebym mógł sobie - jak dziecko - pojeździć z kumplami na rowerze.

A wyglądało to tak:

22:34, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 18 maja 2015

Nie będzie Mazur, nie składa nam się. Usiedliśmy i policzyliśmy: dwa razy po pięć godzin w samochodzie (bo niestety z Małym Yodą tyle się jedzie na Mazury, trzeba zatrzymać się na zupkę, deserek, przewijanie), cztery godziny biegania (podzielone między mnie i Moją Sportową Żonę, która miała pobiec dychę), dzień odpoczynku, masa kasy, jeszcze więcej spinki. A w dodatku córka 6klasistka ma wtedy turniej taneczny w Piasecznie, nie chciałaby go stracić. I jeszcze mamy nadzieję być wtedy dość zaabsorbowani z jeszcze innych powodów. No nie, Maraton Mazury w tym roku nie.

Strasznie mi się jednak chciało pobiec na wiosnę krosowy maraton. Przeszukałem okoliczne lasy. W Chotomowskich nic. W Kampinosie łosie. Maraton nad Świdrem padł, ledwo powstał. Jest nad Pilicą! Ale kurczę, akurat dzień wcześniej mamy wesele znajomych, MSŻ jest druhną. Oczywiście moglibyśmy zachować czystość, wrócić do domu o 23. i pobiec. Ale nie po to jest wesele, żeby post zwyciężał z karnawałem.

W końcu jest rozwiązanie. Maraton pobiegnę tydzień przed obozem w Rabce - pod koniec lipca jest pierwszy Maraton Podhalański z Nowego Targu do Zakopanego. Właśnie się zawahałem, czy na pewno biec, bo trasa jest asfaltowa, ale MSŻ z kuchni powiedziała, że to moje tereny, więc żebym biegł. No skoro dostałem od żony pół Podhala, to biegnę.

A kros będzie za dwa tygodnie w Kampinosie - Bieg Truskawki. Zapisy wprawdzie zamknięte, ale dziękujemy uprzejmie organizatorom za możliwość startu. Obejrzałem mapę. To jeszcze bardziej moje strony niż Podhale, mój matecznik, moje bieganie z Dzikim w liceum. Zapisywaliśmy trasy w zeszycie z napisem "Puszcza to wielki las" na niebieskiej okładce. Pamiętacie te niebieskie okładki?

Teraz wypada pod to potrenować. Wczoraj fajny trening w MSŻ - godzina powoli z Małym Yodą w wózku, a potem samemu pół godziny z końcówką 4 km w tempie startowym. Dziś podbiegi z wieloskokami i przebieżkami. Czuję, że wbrew regułom przez ten kalendarz startowy, w którym wiosna zakończy się na tydzień przed obozem, nie zrobię letniego roztrenowania.

Obóz w Rabce - 2-8 sierpnia. Jeszcze nie zamykamy zapisów, ale powoli, jak w teatrze, zapowiadamy ostatni dzwonek. Tutaj filmik, jak było rok temu. Szczegóły: www.KancelariaSportowa.pl. Zgłoszenia: bieganie@KancelariaSportowa.pl.

Nie pojadę do Wrocławia na dzikie bieganie. Ale mam wielki szacun dla pJacha. Więc dziś na koniec ogłoszenie o Ultra Maćka. Wiecie, to nie jest bieg z wózkiem przez godzinę albo półtorej, tylko przez dziesiątki lat. Paweł napisał:

"Robimy ULTRA MAĆKA - bedzie to sztafetowy bieg 48 godzinny. Startujemy w piątek 29 maja i biegamy do "Biegu dla Maćka" czyli do niedzieli. Ponieważ jest to sztafeta, to biegniemy "ile damy radę", a mogą nam towarzyszyć mieszkańcy Wrocławia. Godzina startu - 10.00

Biegamy po to, aby zebrać kasę na zakup wózka od Hoytów ( kto nie słyszał: https://www.youtube.com/watch?v=Adubrj3yya8 ).

Będzie to pierwszy taki wózek w naszej części świata. Jego koszt wraz ze sprowadzeniem go do Polski, to kwota 4000 USD (dla naszej Fundacji). Wózek będzie wypożyczany, tak by wiele niepełnosprawnych osób mogło z niego skorzystać podczas imprez biegowych.

Nie biegamy po płaskim - pętla biegu zahacza o Górkę PaFaWagu. Tych kilometrów w pionie też się pewnie sporo uzbiera, więc będą z nami znani himalaiści i wspinacze. Uścisk ręki zdobywcy Everestu - bezcenne ;-). Wbiec na Górkę wraz z Olą Niwińską - również. Zorganizujemy prelekcje, może filmy...

Pod tym najwyższym "szczytem" miasta zostanie rozbita prawdziwa himalajska baza - BASE CAMP. Miejsce rejestracji, odpoczynku i wszystkich planowanych (i jeszcze niezaplanowanych) wydarzeń okołobiegowych".

W sobotę byliśmy u ojca.prl, to mój bieg syna z ojcem, już blisko 15 lat. Znalazłem tam stare zdjęcie wydrukowane na ksero, bo chyba wtedy nie było możliwości archiwizacji elektronicznej. Jakieś 17-18 lat temu rozmawialiśmy z Leszkiem Balcerowiczem o bieganiu, a potem przebiegliśmy się po Kępie Potockiej.

W końcu polityka, to temat miesiąca. Zacząłem nawet pisać coś na ten temat, ale... Biegajmy razem.

20:04, wojciech.staszewski
Link Komentarze (21) »
poniedziałek, 11 maja 2015

Największy sukces sportowy Kancelarii, najlepszy rodzinny dzień w roku i największa porażka Bronisława Komorowskiego w historii. To był dzień.

Jedziemy tam no może nie, żeby wygrać, ale żeby zawalczyć o podium. Mamy potencjał na 2:30, w pierwszej, sobotnie turze najlepsza drużyna pobiegła 2:30 z hakiem, zobaczymy, jesteśmy w grze. Ekiden jest jeden, tury są trzy, zespołów 750. My wystawiamy dwa - Kancelaria Sportowa Staszewscy Podopieczni oraz Kancelaria Sportowa Staszewscy Trenerzy.

Ze składu podopiecznych wypadł Staszewski, Maciek Trójkołamacz, Andrzej Ultramaratończyk - nowa świeża krew to podopieczni trochę wolniejsi. Zeszłorocznego 2:48 wiadomo, że nie zrobią, wyznaczamy optymistyczny cel na złamanie 3:00, ale w głowie mam przygotowane pochwały za czas poniżej 3:10. Rusza Adam, biegną też Agnieszka, Henryk, Przemek, Szczepan i Paweł. Pada deszcz, stoimy na zakręcie przed metą i kibicujemy przez cały czas. Mały Yoda w wózku też.

W sztafecie trenerów biegną trenerzy Kancelarii. Prawdziwi, zatrudnieni na umowy cywilno-prawne. Liczyliśmy wcześniej nasze szanse, myśleliśmy, ile moglibyśmy zyskać, gdyby Moją Sportową Żonę zastąpił znajomy średniodystansowiec, a mnie znajomy tego znajomego. Dobre 7-8 minut. Ale to już byłoby startowanie pod szyldem, to byłaby promocja marki, to nie byłaby radosna zabawa w sport, którą uprawiamy wszyscy, jak tu piszemy i czytamy. Więc biegniemy autentycznym trenerskim składem.

Zaczyna Maciek, nasz trener od prawie 4 lat, dziś prowadzi Polsat i Liberty. Robi 7 km w tempie 3:33! Tak jak miało być. Dzięki niemu Kancelaria od początku naszej serii prowadzi.

Tak Maciek wygląda na ostro i na nieostro.

Drugi biegnie Kamil, trener RBS i Smyka. Kamil był drugi w ubiegłorocznym Biegu Konstytucji, ale tu już przed startem uprzedza, że to będzie pierwszy bieg po dwutygodniowej przerwie po kontuzji łydki. Wychodzi 36:16, słabiej niż liczyliśmy. Ale ciągle prowadzimy.

Dalej Marek, trener firmy informatycznej o tak trudnej nazwie, że jeszcze się jej nie nauczyliśmy (bodaj Proservice). Jako jedyny śmiga w tempie poniżej 3:30, ale też mówi, że nie trenował ostatnio przez coś. Potem Moja Sportowa Żona; jako jedyna bije rekord życiowy - 23:16 na piątkę. Ale spadamy na drugie miejsce, Jarek trener m.in. Euro AGD i Societe nie nadrabia do prowadzącej ekipy CzasNaBieganie.pl i kiedy staję w boksie do ostatniej zmiany i widzę biegnącego u nich na ostatniej zmianie guru Skarżyńskiego, to tylko podchodzę i gratuluję mu zwycięstwa. Moja satysfakcja jest tylko taka, że biegnę zaledwie 11 sekund wolniej od guru.

Po dwóch seriach jesteśmy na trzecim miejscu. Ale kiedy dojeżdżamy po południu (po obiedzie we włoskiej knajpce na Żoliborzu i odwiedzinach u ojca.prl) na miejsce, okazuje się, że Entre wymiata tak, że zmiata nas z podium z hukiem. Wyprzedzają nas jeszcze dwie ekipy i spadamy na szóste miejsce.

To jest najlepsze, najbardziej wywalczone, przynoszące mi największą dumę szóste miejsce w moim życiu.

Maciek, Jarek, StaszewskiBiega, MSŻ, Marek i Kamil. Zaklinamy jeszcze na palcach trójkę jak trzecie miejsce, a będzie szóstka. Jak bieg na szóstkę - a to też znaczące.

Na deser zostają jeszcze emocje z finiszu sztafety Podopiecznych.

Całą ekipą (poza Adamem, który pojechał wg jednej wersji po psa, a wg drugiej po dziecko) Podopieczni wybiegli do zakrętu po Pawła i zafiniszowali razem. Tyle zdołałem sfotografować, bo przyznam, że o tej godzinie jeszcze się ich nie spodziewałem.

Złamali trzy godziny! Złamali barierę o 12 sekund! Zaraz przypomniało mi się, jak na Orlenie łamałem to o 6 sekund, ta dzika radość z wygranej walki. I aż mnie wzruszenie złapało za aparat mowy.

Od lewej: Heniek, MSŻ w zastępstwie Adama, Paweł-finiszer, Agnieszka-obozowiczka, Przemek i Szczepan.

Spędziliśmy na bieganiu i kibicowaniu prawie cały dzień. Daliśmy radę zrobić to z Małym Yodą w wózku, chociaż to przecież nie ułatwia życia ani biegaczowi, ani kibicowi. MSŻ jeździła ze mną na biegi dziesiątki razy, ale tym razem było szczególnie. Bo oboje biegliśmy, bo kibicowaliśmy też dziesiątce naszych bliźnich w bieganiu, bo emocji było więcej niż w garncu. Przeżywaliśmy i chwile triumfu (Kancelaria na czele), i porażki (spadamy w klasyfikacji), i zawodu (że jednak nie dało to podium), i radości (że to jest nasze, zasłużone, najlepsze z możliwych szóste miejsce), i dumy (że Podopieczni złamali trójkę, zrealizowali plan maksimum po prawdziwej walce). Niedziela pełna dobrych chwil i nawet TVN24 nie był mi w stanie tego zepsuć o 21.01.

Tak wygląda MSŻ Na Medal:

18:55, wojciech.staszewski
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 04 maja 2015

Dla ludzkości, to niezauważalne. Dla człowieka, to przejście w inny wymiar - wymiar Ludzi, Którzy Chodzą. Mały Yoda mając 1 rok, 1 miesiąc i 1 tydzień zrobił pierwszy krok. W Krutyni na Mazurach.

Te pierwsze kroki były już oczywiście wcześniej. Nawet po trzy, po cztery. Ale jeśli mam zapamiętać moment, w którym Mały Yoda zaczął chodzić, to będzie to majówkowa sobota w Krutyni. Jeszcze dopijałem kawę w restauracji (tej ze strzechą na dachu, polecam), a córka 6klasistka wyszła na z Małym Yodą pobaraszkować na trawniku - i tam Mały Yoda zdecydował się, że będzie chodził kontrolując ruch. Wcześniej przebiegał półtora metra i padał na ziemię.

Nad stawem w Mrągowie przy pensjonacie (z sidingiem na elewacji, może być), gdzie mieszkaliśmy zrobiłem zdjęcia pierwszych kroków. Koncentrujmy się kochać dzieci, żeby jak najmniej nam uciekło.

Mało jest dla mnie tak ważnych rzeczy, jak wyjeżdżanie z rodziną. Nawet, kiedy kasy starczało w życiu tylko na spanie pod namiotem nad jeziorem Nidzkim albo kiedy w schronisku na Markowych Szczawinach zamawiało się na obiad zupę i koniec, to to jeżdżenie było dla mnie strasznie ważne. Kiedy nie mieszkałem już z Jankiem i Córką Studentką (Wieczną Studentką ;-), to było Ruciane, była Nova Lesna, było Zakopane, a potem Gorce, Zawoja, Piwniczna, Gawrych Ruda...

Piszę o tym tyle, bo w pracy dziś było o urlopach i zaczęły się tradycyjne firmowe zapasy. Fakt, właśnie wróciłem z Mazur, ale moje serce tam zostało i czeka aż po nie wrócę. Może jeszcze przed wakacjami na mój Maraton Mazury. Wybiera się ktoś?

Córka 6klasistka nad Jeziorem Czarnym w Mrągowie. Jestem z niej bardzo dumny, bo dzień przed wyjazdem poszła złożyć papiery do gimnazjum, sama oczywiście, bo uważamy z Moją Sportową Żoną, że dzieci powinny jak najbardziej chodzić same, a nie być prowadzane za rękę do osiągnięcia pełnoletności. I na korytarzu usłyszała komentarz woźnej "Wreszcie dziecko samo przyszło", co upewnia mnie, że to nie jest standard, tylko powód do dumy właśnie.

Bieganie? Po maratonie przede wszystkim odpoczynek. Czym więcej mam lat, tym bardziej doceniam ten element treningu. Na Mazurach półtora treningu: siła biegowa (serie: marsz wykroczny, skip B w marszu, skip A) na spacerze z Małym Yodą prowadzonym w wózku przez Córkę 6klasistkę. I jedno BNP w pięknych okolicznościach.

Na Mazurach trenowałem teraz najbardziej bycie ojcem. Bo MSŻ trenowała - zupełnie osobno, razem z Biegaczką Siostrą Sabiną - serwisy na obozie tenisowym. Najpierw Sabina w białej koszulce Kancelarii z obozu w Rabce:

A na koniec MSŻ w czarnej bluzie jeszcze z epoki adidasa. Piłeczka wysoko podrzucona, wyleciała poza kadr:

 

18:46, wojciech.staszewski
Link Komentarze (19) »
poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Właśnie napisałem długą jak maraton relację z niedzielnego Orlenu. I sześć sekund przed publikacją, komputer mi ją zjadł. Gdyby Bóg istniał, to w ten sposób chciałby uratować Was przed zanudzeniem podczas czytania.

To będzie historia o trzech muszkieterach, którzy chcieli złamać trójkę: Kubie, Maćku i Staszewskim. Zacznę od siebie.

Skopałem ten maraton. Sądząc po półmaratonie, po tempie interwałów, po tempie pierwszego zakresu, powinienem pobiec spokojnie 2:57. I pobiegłbym, gdybym tę formę ugruntował większą liczbą naprawdę długich wybiegań i to robionych w tempie easy, a nie lazy.

Skopałem go najpiękniej jak można - fundując sobie walkę zakończoną w dodatku sześciosekundowym happy endem. Teatr sensacji, teatr jednego aktora i teatr jednego widza w jednym. Nie umiem tego pokazać tak, jak to przeżyłem, choćbym użył we wpisie tyle słów, ile maraton ma jardów.

Cały bieg jest tutaj: na Garmin Connekcie. Dla mnie to też ciekawe, bo przebiegłem zgodnie z nową, lekko spontaniczną strategią - mniej patrzeć na zegarek. Do 30 kilometra naprawdę nie częściej niż co 5 km. Biec na tyle, ile można, wiedząc co mnie czeka.

Na ostatnich 10 km już patrzyłem, już liczyłem. Wiedziałem, że muszę robić kilometry nie wolniej niż po 4:20, żeby złamać. Nie zawsze się udawało.

Ta historia jest dla mnie sinusoidą energetycznych dołków, bananów, żeli, kubków wody, dobrych słów i dobrych mobilizacji. Historia jak o zjawach i dobrych duchach, które pojawiały się w moim biegu dokładając do mojego złamania trójki małe cegiełki.

Na początku biegnę przed Kubą (naszym Pictem) i Maćkiem (pierwszym trójkołamaczem w historii Kancelarii), Kuba przechodzi mnie na podbiegu, Maciek później, na zbiegu. Będę ich wypatrywał i czym bardziej nie będę ich widział, tym bardziej się będę cieszył.

Spotykam Krzyśka zwanego Walczakiem, wyprzedzam go, będę próbował się z nim zabrać na 40. kilometrze, ale będzie za szybki. Może podrywając się z nim do boju zyskałem jedną, dwie, trzy sekundy.

Spotykam Andrzeja, ojca z klasy córki 6klasistki, mojego stałego rywala; pójdzie szybciej, dogonię go na 39. kilometrze, będę podrywał, że uciekająca nam grupa na złamanie trójki ma 1,5 minuty nadróbki, więc nie wszystko stracone, ale Andrzej utrzyma się za mną tylko 150, powie, że szkoda zdrowia, po czym pojawi się kilometr przed metą i pociągniemy razem mocno, żeby pokonać już nie jeden drugiego, tylko trójgłowego smoka.

Spotykam Tomka zwanego Lisem, który w piątek odgrażał się, że będzie rozdawał wodę koło półmetka w Powsinie. I rzeczywiście to robi, po raz pierwszy widzę go nie jak zarządza i dowodzi, tylko zachrzania wydając kubki. Fajne to.

Pod domem stoi Moja Sportowa Żona z Małym Yodą w wózku. Przynieśli banana, którego bierze od niej Przemek, z którym ostatnio ścigamy się na parkrunach. Przemek dołącza na kilka kilometrów, a że banan zadziałał energetycznie świetnie - daje mi na pukcie drugiego. Przebiegnę z nim chyba z siedem kilometrów i dam sobie kopa.

Jeszcze muszę wspomnieć Jarka o nazwisku jak popularne warzywo i niezły kiedyś maratończyk. Niegdyś podopieczny z firmy, którą trenowałem w pionierskich czasach Kancelarii. Doszedł w końcu do złamania trójki, kiedy dogania mnie w kryzysie (zjadam właśnie żel i jęczę), każe popić wodą (trzyma butelkę w ręku), a przede wszystkim podrywa, oddaje całą energię, którą kiedyś włożyłem w podrywanie go do walki na interwałach czy podbiegach.

Dobiegam w 2:59:54. Szczęście na szóstkę. Na sześć sekund.

Za metą potrójna euforia. Kuba i Maciek czekają już na mnie na mecie. Maciek z życiówką, a jeszcze dwa miesiące temu wydawało się, że nie odbuduje życiówkowej formy, bo jak człowiek ma małe dziecko, to priorytety się zmieniają. Kuba z trzema sekundami niedosytu, ale jednak z wielkim bananem, że tak mu się przyjemnie biegło i widzi realnie 2:55 w Berlinie.

Kiedy spojrzałem na nas tam na żwirowisku pod Stadionem Narodowym, zobaczyłem trzech muszkieterów w złocistych opończach.

A z bliska wyglądaliśmy tak:

 

19:27, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Kiedy w niedzielę o 11.00 stanąłem koło niej na starcie Biegu Stonogi w Milanówku na dystansie 10 km, poczułem się szczęśliwy jak w komedii romantycznej. Opowiem Wam o MSŻ, Mojej Sportowej Żonie.

Poznaliśmy się dzięki przypadkowi i zapomnianemu już komunikatorowi gadu-gadu, kto nie zna historii, to opowiadamy ją zawsze podczas obozowej mega-imprezy w Siwym Dymie albo Hulaj Duszy. Przyjechałem do Rabki i oniemiałem, że jest na świecie dziewczyna zakręcona na punkcie sportu co najmniej w tym samym stopniu, co ja. Że zmęczenie prowadzi do przyjemności, a trening jest naturalnym nawykiem. Każdy trening - poza biegowym.

W okresie zwanym dziś randkowaniem wybraliśmy się wprawdzie raz na bieganie nad Poniczanką, ale to incydent. Kiedy MSŻ zrozumiała, że nie musi dla mnie być biegaczką na siłę, zrzuciła biegową koszulkę. Chodziła regularnie na fitness, na narty, w przeszłości sportowej miała treningi judo i szkołę przetrwania. Najchętniej sporty głośne i grupowe. A biegania raczej unikała.

Gdy zamieszkaliśmy w mieście Legii i Polonii MSŻ została instruktorką fitness, sporo jeździliśmy razem na rolkach, zapisaliśmy się na badmintona. Kiedy wracałem z treningu wypytywała mnie, gdzie byłem i jakie miałem międzyczasy, aż byłem zdziwiony, że to może kogoś interesować. Wbiła mi do mięśni, że rozciąganie - ale prawdziwe, rzetelne rozciąganie - jest bardzo ważne zwłaszcza dla biegaczy i sam zacząłem to głosić w Gazecie Wyborczej, Polska Biega, a potem wobec podopiecznych Kancelarii Sportowej Staszewscy.

Ale żeby samemu wyjść na bieganie - nigdy w życiu. To miało być moje, a MSŻ stwierdziła, że tak nudnego sportu uprawiać nie będzie.

Aż wreszcie - trwało to blisko dekadę - uznała, że nie musi podkreślać swojej niezależności awersją do biegania. Tym bardziej, że żyliśmy bieganiem już razem dzięki Kancelarii. I kiedy już po urodzeniu Małego Yody chciała wyjść się poruszać, to - po cichutku, niemalże w tajemnicy - założyła znów biegową koszulkę.

I w tej koszulce stanęła w niedzielę na starcie biegu na 10 km.

Najpierw rozgrzewka. No nie mogła sobie darować tej małej kontestacji. Zamiast lekkoatletycznego truchtu z wymachami ramion, wprowadzeniem cwału bocznego i przeplatanki - fitnessowy heel back w sali. Ok, każdemu jego pajacowanie (chociaż MSŻ przekonywała mnie, że to najlepiej realizuje podstawowe cele rozgrzewki).

Potem start. Emocji tyle, że foty nie ma.

Idziemy na złamanie 50 minut. A nawet po ostatnich treningach, po tempie interwałów, myślimy o złamaniu 49 minut. Ale wiem, że to MSŻ może osiągnąć dłuższym finiszem. Jest z tej mniejszości biegowej, która potrafi zrobić negative split.

Jak MSŻ wygląda na drugim-trzecim kilometrze? Fota była, ale nieładna, więc na blogu nie będzie. Ale tak wygląda dwa-trzy kilometry przed końcem:

Musicie mi na słowo uwierzyć, że można by z tego zrobić zagadkę "znajdź dziesięć różnic". Albo chociaż jedną. Zaimponowała mi MSŻ, że w debiucie pobiegła z taką rozwagą. Siły rozłożone idealnie, tempo cały czas równe, zero spontanu biegających panien, tylko sportowa rasa. Zakochałem się w MSŻ jeszcze bardziej.

Po przyspieszeniu na finiszu wyszło netto 48:29. I jeszcze fota z zającem. Tak wygląda u nas od niedzieli Szczęście_Rodzinne 10.4

Ja swoją chwilę chwały miałem w sobotę. Całkiem niespodziewanie. Zrobiłem trening pod niedzielny Maraton Płocki rozgrywany na ulicach Warszawy - najpierw 10 km po 5:00 prosto na start ursynowskiego parkrunu, tam jakieś 30 sekund przerwy i zawody na 5 km. Efekt? Czas tylko kilka sekund gorszy niż tydzień wcześniej, ale tym razem zamiast czwartego miejsca - drugie! Moje wymarzone podium.

Siła, szybkość i wytrzymałość, trzy cechy motoryczne składające się na bieganie złożyły mi się wreszcie w spójną całość. W sobotę bezproblemowe utrzymywanie pierwszego zakresu po 5:00 i jeszcze udany akcent po wszystkim. Ostatnie interwały w czwartek wreszcie w oczekiwanych tempach - 3:35-3:40.

Interwały robiłem w Ossowie razem z Patrycją Bereznowską wicemistrzynią Europy w biegu 24-godzinnym. Niektóre blogerki napisałyby w tym miejscu "świeżo upieczoną", ale ja wolę napisać, że tytuł zdobyła tydzień temu, a oprócz niej medale zdobywali Paweł Szynal, Agata Matejczuk i Ola Niwińska. Ze wszystkimi rozmawiałem i napisałem z tego tekst do Newsweeka. Okazał się zbyt biegowy - i będzie tylko w internecie. Mają wstawić we wtorek - jak się pojawi na Newsweek.pl, to podlinkuję.

Na koniec konkurs. Pamiętacie może, jak przed Biegiem Bielan (na Chomiczówce) można było obstawiać wynik Staszewskiego - i kto był najbliżej wygrał plan treningowy na dwa miesiące. Zwyciężył wtedy Kawonan, zrealizował ten plan w marcu i kwietniu (razem z zarysowanym przez Kancelarię zimowym preludium) - i teraz biegnie w Orlenie.

Kawonan zgłosił się z życiówkami w półmaratonie 1:44 i maratonie 3:37. Półmaraton pobiegł w 1:39:11. Jaki będzie wynik Kawonana w maratonie?

Obstawiać należy co do sekundy. Liczy się czas netto. Nie można obstawiać wyniku identycznego, jak podany przez kogoś wcześniej. Osoba, która będzie miała najmniejszą różnicę między swoim typem, a czasem netto Kawonana - wygrywa dwumiesięczny plan treningowy z Kancelarii.

Ostateczny termin typowania: sobota, godz. 23:59. Czas start!

22:53, wojciech.staszewski
Link Komentarze (67) »
poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Kiedy na starcie zobaczyłem Andrzeja (ojciec z klasy córki 6klasistki), pomyślałem, że mam jedno miejsce w plecy. Bo chociaż na półmaratonie pokonałem Andrzeja o dobrą minutę, to mam to poczucie, że to tak jak wygrać z Dzikim w ping ponga. Niby zwycięstwo, ale bukmacherzy i tak wypłacają premię za wygraną przeciwnika.

Ale wtedy Andrzej powiedział, że biegnie treningowo, bo właśnie skończył 10-kilometrowy trening. Że też ja na to nie wpadłem. Zebrać się w sobotę rano na godzinne bieganie, dotrzeć prosto na parkrun (właśnie legendarna Mel przysłała mi maila, jak to się prawidłowo pisze) i zakończyć mocnym akcentem. Zrobię to chyba za tydzień.

Znów poczułem, że może nie wszystko stracone. Że może drugie podejście do podium skończy się wdrapaniem.

Ruszyliśmy, najpierw razem z Przemkiem nieodkrytym celebrytą, ale to było dla mnie za wolno, przeskoczyłem do przodu. Na czele wyrwał późniejszy zwycięzca, startował w innej lidze. A za nim po kilometrze uformowała się grupa walcząca o drugie miejsce.

Fot. Alicja Kowalska z Halo Ursynów

Od lewej: Staszewski (na mecie ostatecznie czwarty), Przemek (piąty), Andrzej (drugi) i zadowolony chłopak w zielonej koszulce, stanie na podium, a ja nie. Czwarte miejsce, podobno najgorsze. Najlepsze, na jakie było mnie w sobotę stać.

Po biegu złapałem parę godzin luzu, towar-skarb w tym tygodniu. Pojechaliśmy z Moją Sportową Żoną, małym Yodą i córką 6klasistką na wyprawę rowerową na nasze ukochane Kabaty. Fajne miejsce...

Niedzielę zacząłem o ósmej debiutując w roli "wykładowcy akademickiego". Żaby stąd, że prowadziłem czterogodzinne warsztaty z biegania dla studentów kierunku trener personalny na WSEwS. Nic wielkiego, ale dla mnie ważne, bo to mój pierwszy raz ze studentami. I studentkami.

Wcześniej wyszła z tego niezła wtopa, bo MSŻ miała zadebiutować w tym dniu na 10 km w Biegu Raszyńskim, a ja miałem zadebiutować w roli zająca na złamanie 50 minut. I nie skojarzyłem, że mam w tym dniu zajęcia ze studentami i studentkami. Na szczęście organizatorzy Biegu Raszyńskiego byli tak mili, że zgodzili się na przekazanie pakietów dwójce naszych podopiecznych (niezły start). A kwestię debiutu też da się rozwiązać.

W części praktycznej na WSEwS zrobiłem z dwoma grupami trochę podbiegów, ćwiczeń siły biegowej, interwałów. A potem trening z Kamilem Jedynkowym, dwie godziny po Lesie Bielańskim z eksplorowaniem nowej, księżycowej ścieżki za Spójnią.

Wieczorem byłem padnięty. Położyłem się na podłodze pod pretekstem zabawy z małym Yodą i zaliczyłem pół godziny drzemki.

Dziś - chociaż rytualnie tydzień zaczyna się od podbiegów - zero biegania. Powstrzymałem w sobie tę chęć, żeby sobie dołożyć kolejny trening, lepiej wytrenować się na maraton, bo przecież sam tłumaczyłem studentom, jak istotna jest regeneracja, że wtedy się forma buduje.

Więc teraz się buduje.

19:10, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam