Blog o bieganiu i życiu codziennym
RSS
poniedziałek, 30 maja 2016

Słuchajcie!

Ważne ogłoszenie.

W życiu każdej Kancelarii przychodzi taki moment, że się zmienia na lepsze.

Kancelaria Sportowa Staszewscy nazywa się teraz KS Staszewscy. Mam nadzieję, że też da się to polubić.

Strona KancelariaSportowa.pl zmieniła się dokumentnie - i jej główny adres to ksStaszewscy.pl. Przy czym stary adres linkuje na nową stronę. Jak to niedawno wyglądało, można zobaczyć w paru screenach na Facebooku KS Staszewscy.

No i najważniejsze: blog StaszewskiBiega mówi do widzenia Bloksowi (logiczna odmiana to Bloxowi, ale prawidłowa Bloksowi, sorry). To ostatni wpis tutaj. Zapraszam Was wszystkich gorąco i życzliwie na nową stronę:

www.StaszewskiBiega.pl

Do zobaczenia :-)

EDIT DLA PEŁNEJ JASNOŚCI: NA NOWEJ STRONIE jest NOWY ODCINEK (nie to, co wyżej, tylko historia o...)

20:28, wojciech.staszewski
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 23 maja 2016

Już na początku pierwszej kadencji rządów PiS rozpoczął się atak na biegaczy. W maju 2016 roku odbyła się tzw. Pierwsza Batalia o Rzeźnika. Władze Bieszczadzkiego Parku Narodowego nie zgodziły się na organizację kolejnej edycji kultowego biegu ze względu na natłok biegaczy na trasie oraz erozję gleby. Nikt w środowisku biegowym nie dysponował danymi o ruchu turystycznym ogółem ani tym bardziej o wpływie zwiększonego ruchu na glebę, dlatego środowisko spolaryzowało się - część zarzuciła nowej władzy sprzysiężenie przeciw biegaczom, część zarzuciła biegaczom brak patriotyzmu.

Sytuację komplikował fakt, iż organizatorzy Biegu Rzeźnika rzeczywiście "podłożyli się" opinii publicznej. Komercyjny rozmiar biegu, a zwłaszcza ukrywanie problemów z trasą (mimo pobrania opłat) spowodowało, że dyskusje w środowisku biegowym koncentrowały się wokół tego, kto winien - organizatorzy czy władze parku. Zwyciężyło w końcu zdanie, że krynicki Festiwal Biegowy z 50 biegami to święto sportu, a Rzeźnik z pięcioma, to degradacja przyrody nastawiona na zarabianie kasy.

Tymczasem klimat wokół biegania stopniowo się pogarszał. Najpierw w niszowych portalach sugerowano, że bieganie jest złe, ponieważ odwodzi ludzi od uczestnictwa we mszy świętej. Potem premier podczas uroczystości maryjnych na Jasnej Górze w sierpniu 2016 roku stwierdził: - Zrobimy wszystko, aby na polskiej ziemi żaden tzw. maraton nie odbył się bez rozpoczynającej go mszy świętej. Niech biegaczy polscy pokażą prawdziwą twardość. Gdy armia Władysława Jagiełły stawała do boju pod Grunwaldem, uczestniczyła nie w jednej, a w trzech mszach świętych w upale. I co? I zwyciężyła!

Na jesieni tego samego roku podczas planowania budżetów na rok 2017 duże firmy państwowe np. PKO BP i PZU zaczęły stawiać warunki religijne organizatorom biegów. Wspomina anonimowy dyrektor maratonu w dużym mieście: - Spotkałem się z przedstawicielem zarządu i usłyszałem, że jest zagrożone dalsze finansowanie imprezy. Ewentualnie można by o tym pomyśleć, ale po wprowadzeniu pewnych zmian. Start maratonu miałby zostać przesunięty o godzinę, bezpośrednio przed startem biegacze mieliby wysłuchać mszy. Udało mi się tylko wytargować, że rozgrzewkę będziemy mogli zorganizować po mszy, a nie przed nią. Ale musiałem się zgodzić na obowiązkowy start w biało-czerwonych strojach. W pierwszym roku jeszcze się to upiekło, tylko księża grozili inaczej ubranym inaczej biegaczom, ale w kolejnych latach pod kościołami przy trasie gromadziły się bojówki Milicji Katolickiej i ściągały z trasy biegaczy w kolorowych strojach. Zwłaszcza, kiedy zdarzali się prowokatorzy ubrani w modne wówczas tęczowe barwy.

Pod wielkim znakiem zapytania stanął maraton organizowany przez państwowy Orlen w 2017 roku. I okazało się, że była to jego ostatnia edycja. Firma postanowiła zmienić strategię marketingową mniej lansować się przez sport, pozostawiając jedynie piłkę nożną, a bardziej przez finansowanie spotkań młodzieży, grup maryjnych i ruchu pielgrzymkowego. Pierwsza Orlen Pielgrzymka Częstochowska wyruszyła z Płocka w sierpniu 2018 roku i uczestniczyło w niej 30 milionów ludzi. Wszyscy otrzymali pakiety pielgrzymkowe z napojami izotonicznymi i plecaczkiem pielgrzyma. Zaś na łąkach pod Częstochową rozegrano zawody biegowe dla chętnych "Kto pierwszy do Boga" z metą na podbiegu pod Jasną Górę.

Dyskusje publicystyczne tamtych czasów grzęzły w szczegółach. Działający od początku 2018 roku KOB (Komitet Obrony Biegania) zarzucał rządowi antyzdrowotną i antysportową politykę. Druga strona odpowiadała, że duże firmy same mogą decydować, w co inwestują.

Nikogo więc nie zdziwiło, kiedy w roku 2019 rząd ogłosił nowy program społeczny "100 plus" finansowany z nowo wprowadzonego podatku farmaceutycznego płaconego przez koncerny oraz apteki, w których nie wywieszono krzyża. Program "100 plus" odpowiadał na ogłoszone podczas seminarium w Wyższej Szkole Medycyny Katolickiej w Toruniu postulaty zgłaszane przez Stowarzyszenie Biskupów, aby rozpropagować zdrowotne wartości otyłości. Pierwszym etapem programu miało być propagowanie w społeczeństwie sylwetki Zdrowego Polaka - osobnika cechującego się znaczną nadwagą, z dietą opartą na węglowodanach spożywanych w dużych ilościach i tłuszczu, unikającego ruchu oraz wychodzenia na świeże powietrze (przekraczające wtedy już 15-krotnie normy zatrucia ze względu na powszechne stosowanie pyłu węglowego, po wypowiedzeniu unijnych dyrektyw w sprawie ochrony środowiska).

Liczba biegów organizowanych przez samorządy lokalne znacznie spadła po zwycięstwie Prawa i Sprawiedliwości w wyborach samorządowych. Ale dopiero w roku 2020 po druzgocącym zwycięstwie wyborczym PiS (107,8 proc. głosów) biegi zostały w Polsce praktycznie zlikwidowane poza Maratonem Piastowskim w Dębnie i rozgrywanym półlegalnie na terenie kompleksu sportowego Agrykola Maratonu Warszawskiego zwanego wówczas podziemnym.

Narastająca opresyjność państwa także wobec biegaczy prowadziła do tzw. buntów biegowych. Udokumentowane są Dychy na Spacerniaku rozgrywane w Białołęce i we Wronkach. Jednak prawdziwą zmianę przyniosła dopiero Druga Batalia Rzeźnicka.

W maju 2021 biegacze potajemnie przez aplikację Signal umówili się w Komańczy i o świcie wyruszyli nielegalnie na trasę rozgrywanego tam przed laty Biegu Rzeźnika. We wczesnych godzinach popołudniowych przy podejściu na połoninę Wetlińską doszło do bójki z brygadą drwali prowadzących tam przemysłową wycinkę lasu - drwale nie chcieli wpuścić biegaczy na teren wycinki, ale nie byli w stanie ich dogonić (wg rocznika GUS średnia waga drwala w 2021 roku wynosiła 137 kg).

Takie legendy powtarzane na Snapchacie utrzymały w społeczeństwie sportowego ducha. Socjologowie byli zdanie, że był to jeden z elementów obywatelskiej mobilizacji przed wyborami w roku 2023.

Uwaga! A teraz Staszewski! Bez satyrycznej maski wieszcza:

To jest mój komentarz do wszystkich sosen, które ciosaliście mi na głowie po tekście na Newsweek.pl o przedziwnej koincydencji ultrakatolickich bredni biegowych, niechęci władz do cyklistów i wegetarian oraz kłodach rzuconych akurat w tym roku pod nogi organizatorów Biegu Rzeźnika. Niezależnie od ich przewin. Koniec.

Bieganie było w weekend w Łomiankach. Kinga poprowadziła najpierw rozgrzewkę na Biegu Łomianek - do Smoke on The Water, Ace of Spades i Eye of a Tiger w fitnessowym remiksie. Chyba wyszło, bo nikt nie uciekał, a wręcz przeciwnie, ludzie przychodzili.

 

Fot. Bieg Łomianek

A ja dzień po imprezie (30-lecie matury) nie chciałem biec na maksa, bo i tak uzyskałbym słabszy wynik niż gdybym nie jadł cały wieczór białka z grilla i nie pił okazjonalnie. Poprowadziłem więc Podopiecznego Pawła na życiówkę. Plan marzeń - 39:xx - uciekł nam na czwartym kilometrze (Liczydła nie oszukasz - powtarzał za metą Paweł). Plan B - złamanie 41 minut z solidną życiówką - wyrwaliśmy. Paweł tak skutecznie, że na finiszowych 300 metrach na stadionie nie mogłem go dogonić.

Wyglądało to tak:

Fot. MSŻ

Moja Sportowa Żona tym razem nie naciskała, żeby szybko uciekać (po tym, jak przez nasz zbyt szybki odwrót z biegu w Starych Babicach straciłem szansę na stanięcie na podium po wygraniu klasyfikacji wiekowej). Nawet zachęciła mnie takim spontanicznym tekstem: - Wiesz, masz szansę w kategorii wiekowej, bo przed tobą tacy starzy ludzie nie biegli.

Pośmialiśmy się, a w kategorii byłem - na tym treningu - dwunasty.

20:35, wojciech.staszewski
Link Komentarze (16) »
poniedziałek, 16 maja 2016

Wiosenna Wyprawa Wujów - WWW - zmasakrowała mnie energetycznie jak maraton. Jechaliśmy już czwarty rok z rzędu w gronie tzw. wujów, który to termin powstał na pępkowym Małego Yody. Każdy wuj wie, że jest wujem i już.

Dziewiąta rano, niedziela, zbiórka przy Dworcu Gdańskim. Ruszamy, najpierw przez most, przez industrial kolejowy, Dziki, który jest odpowiedzialny za ten odcinek oprowadza po resztkach konstrukcji starych mostów w Instytucie Dróg i Mostów. Dla mnie to lekki surrealizm, a na blogu biegowym ten akapit broni się o tyle, że tam pracuje Rob, który jest świetnym facetem i złamał właśnie 3:24 w maratonie. Brawo. Mam nadzieję, że nie złamałem tajemnicy państwowej.

Potem wzdłuż Kanału Żerańskiego. Tam wujowi Grzegorzowi pęka siodełko, nie żeby był ciężki, tylko taki przypadek. Naprawianie, kupa śmiechu. Wuj Daniel ma taśmę chyba ze stali, bo Grzesiek dojedzie na tej prowizorce do końca, do 90. kilometra.

W międzyczasie Serock z przedzieraniem się przez chaszcze koło niespodziewanie wyrastającego w środku lasu Pałacu Radziwiłłów. I cel naszej wyprawy: ujście Bugu do Narwi lub na odwrót. Robimy happeningową debatę, dzielimy się na dwie partie i głosujemy, co do czego uchodzi. Wygrywa Narew, Bug - widać to gołym okiem - jest jej dopływem. Chociaż Dziki zrobi wam zaraz w komentarzach PiS z mózgu i będzie twierdził, że na odwrót. Takie licealne żarty.

- Boli mnie tyłek, a ciebie?

- Mnie nie boli, bo ja pracuję w Newsweeku, a nie w telewizji publicznej.

Też licealny żart, tylko grubszy. Wszystko się teraz z polityką kojarzy.

Pod koniec czułem, że już mi się nie chce, że zawalam szczątki życia rodzinnego zaplanowane na niedzielę i swoje obowiązki wobec ojca.prl. I że mnie mocną bolą kolana. I że energii mam tyle, co po przejściu przez ścianę na maratonie, no może ciut więcej, bo jednak pedałowanie w wolnym tempie jest łatwiejsze niż bieganie.

Jeśli Beztlen spyta mnie teraz, dlaczego tak przeciążyłem stawy kolanowe i przez wiele godzin pogłębiałem kifozę piersiową - to uprzedzam od razu: nie odpowiem. Możemy się spierać twórczo, ale nie wtedy kiedy będę miał wrażenie - oceńcie sami, czy słuszne, czy mylne - że jestem wywoływany do tablicy i to po to, żeby mi postawić pałę i odesłać do kąta na karnego jeża.

Beztlen, człowiek wart akapitu, a nawet dwóch. Razi mnie twoja wyższościowa postawa, jakbyś był medalistą i olimpijczykiem. Z drugiej strony jest dla mnie zaszczytem, że naprawdę jesteś medalistą i olimpijczykiem, i możemy tu się spierać o bieganie. Wolałbym jako człowiek zgody, żebyśmy się częściej zgadzali niż spierali, ale nie zawsze musi być na świecie to, co bym wolał.

Ponieważ poprzedni akapit był bardziej o mnie niż o Bezltenie - to jeszcze jeden. Beztlen popełnił - w ocenie niezawisłego sądu - przestępstwo. Odbył karę, cholernie przykrą karę i sprawa jest zamknięta. Koniec. Proszę mi nie wyciągać, że przekroczyłem prędkość w zeszłym roku prędkość jadąc na Suwalszczyznę, bo zapłaciłem swój mandat. Proszę nie wyciągać Beztlenowi, co zrobił, bo zapłacił swój.

Wolałbym też, żebyśmy nie schodzili do poziomu hejtu w obronie Beztlena. Wolałbym, żeby było tu bardziej nudno i przyjaźnie niż tak zajebiście ciekawie. Jeszcze jest parę rzeczy, które bym wolał. I wprawdzie nie zawsze musi być to, co bym wolał, ale...

Biegania było w ostatnim tygodniu trochę mało. 51 km, o sześć mniej od b. Podopiecznego Bartka. Ale za to na easy naprawdę po 5:00-5:15. Chociaż jedno easy z Kamilem od Hymnu, blisko 5:30. Tempo konwersacyjne, bieganie też.

A w sobotę duże wydarzenie w ksStaszewscy (b. Kancelaria Sportowa Staszewscy). Moja Sportowa Żona zrobiła życiówkę na piątkę: 22:49, poprawka o 14 sekund. Po dwóch nieudanych podejściach do życiówki na dychę - która powinna paść, ale nie zawsze jest to, co powinno być - to duża radość.

MSŻ nie podoba się sobie na zdjęciach z trasy, więc wstawię swoje. Zrobiłem trening tempa startowego - 3:58, tętno między 169 a 178. Wyglądałem tak jak obok. Fot. Kasper Czochoski (z: Facebook/parkrun).

19:27, wojciech.staszewski
Link Komentarze (37) »
poniedziałek, 09 maja 2016

Na starcie staje Paweł. Paweł, człowiek-historia, inna historia. Trzy razy zacząłem pisać, jaka, ale wykasowałem. Człowiek-tajemnica.

Fot. Wojtek

Już rok temu biegał w reprezentacji Kancelarii na Ekidenie, finiszował na piątkę. Teraz otwierał siódemką. 29 minut i po ptakach, dobra robota.

Potem biorę pałeczkę od Pawła i ruszam. Zdjęcia zrobiła podopieczna Alicja (mniejszość fińska pod blogiem).

Fot. Alicja

No i co, staruszku? Rozjechał cię trochę ten maraton. Tydzień regeneracji już nie wystarcza. Szybkość umarła, wyparowała. Grzałeś na półmaratonie z tętnem blisko 180, a tu zaczynasz po 171 i nie idzie się bardziej rozpędzić. Słońca coraz więcej, glikogenu coraz mniej. Kończy się w 38:58, słabo, chociaż ciągle daje to szanse na złamanie trójki. Bo jesteśmy drużyną.

Oddaję pałeczkę Adamowi.

Fot. Alicja

Na miejscu jest już cała ekipa. Siadamy na ławce przy trasie i żyjemy biegiem. Gorzej mają ci, którzy dopiero pobiegną, ale my z Pawłem wyluzowani jak nie wiem. Komentujemy, zachęcamy, strzelamy foty (na Facebooku Kancelarii jest filmik z tych zdjęć). Więziotwórcza funkcja biegania.

Liczymy każdemu z naszych sekundy straty albo nadróbki do planu, jak niezależni obserwatorzy demonstrantów na manifestacji KOD. Jest dobrze, jest coraz lepiej. I na tych manifestacjach i na trasie Ekidenu.

Adam, Henryk, Szczepan robią swoje. I rusza Agnieszka. Ustalamy, że zafiniszujemy razem, bo więź się pogłębiła. Proszę kibica, żeby nam zrobił zdjęcia na finiszu i o mało co fotorelacja nie kończy się fiaskiem, bo Agnieszka na przekór złej sławie tej pokręconej trasy i na złość pogodzie robi życiówkę na piątkę - 20:53 - i właśnie wypada zza zakrętu.

Fot. Nieznany Kibic (dzięki :-)

Ostatecznie zajmujemy 42 miejsce na ponad 900 sztafet. Jesteśmy w górnych pięciu procentach. Wynik 2:57:03. Pokonałem się sam - jak śpiewał Perfect. A raczej nie sam, tylko z zespołem. Przebiliśmy o blisko dwie minuty mój czas z maratonu orlenowskiego. Odpowiem na to na jesieni.

Bo wiosna wasza, nie nasza. Pobiegnę jeszcze półmaraton w Radomiu, chociaż polska dusza miłująca picie okazjonalne, kwili z żalu - to dzień po imprezie reporterów w Kazimierzu Dolnym. Na dziś myślę, że wolę sobie schrzanić imprezę niż półmaraton.

Pobiegnę Bieg Truskawki, w zeszłym roku poległem tu kompletnie, nie złamałem 40 minut, wstyd, wstyd, wstyd. Może na ten bieg zdołam się już odbudować. Na razie przerabiam skrócony mezocykl, budowanie siły i wytrzymałości, jak na przyspieszonym filmie.

Dlatego na Bieg Łomianek - 22 maja - chyba się sportowo nie nastawiam. To już za dwa tygodnie. Dzień wcześniej świętujemy 30-lecie matury i jakoś nie mogę się przekonać, żeby zrezygnować całkowicie z nader okazjonalnego w tym gronie świętowania, żeby znów sobie nabiegać takie nie wiadomo co. Takie śmiać się czy płakać.

Jedziemy do Łomianek (Łomianki to taka dzielnica Warszawy, tyle, że jeszcze niewłączona, a dla nas to wyprawa prawie godzinna, bo to na drugim końcu miasta) razem z Moją Sportową Żoną. Jako partnerzy. Nie swoi, bo to też, ale partnerzy Biegu Łomianek. MSŻ poprowadzi przed biegiem rozgrzewkę. Ze sceny powiedzą też, że KS Staszewscy (ktoś już zauważył, że coś się dziwnego dzieje z nazwą Kancelarii?), to fajna firma jest, w pakietach startowych znajdziecie nasze ulotki.

A ja Wam powiem, że imprezy nie znam, ale ludzie, którzy to organizują, sprawiają dobre wrażenie. Że jest cała społeczność - Łomianki Biegają - widzieliśmy ich w pomarańczowych koszulkach na Ekidenie. I powiem, że stanę na starcie, choćby nie do końca dysponowany.

Wstępnie umówiłem się z Pawłem, tym co otwierał odcinek i sztafetę, że pociągnę go na złamanie 40 minut, bo już dojrzał. Czy leci z nami zając?

22:41, wojciech.staszewski
Link Komentarze (18) »
poniedziałek, 02 maja 2016

Polska Radomiem Europy. Dowcipne? Sorry, jeśli ktoś z Radomia, ale dla mnie tak. Jest taki fanpage na FB. A Radom puentujący niezłą "Siódemkę" świetnego Ziemowita Szczerka jest w tym kontekście zabawny.

A: nie od razu Radom zbudowano. Też śmieszne? Nie wiem, to moje.

W mojej świadomości Radom budował się skokowo. Najpierw pojechała tam ze mną mama, miała w Radomiu jakąś daleką rodzinę, chyba chciała mnie pokazać im pokazać w 1977. Rok później mama umarła, a ja dalekiej rodziny już nigdy nie zobaczyłem.

Z tamtego wyjazdu pamiętam nędzę i grozę po Radomiu 1976 (młodsi: google). Potem słuchaliśmy o tym na kasetach Jana Krzysztofa Kelusa. Teraz Kelusem podnieca się prawica, która KOR (młodsi, wiecie co) uważa za piątą kolumnę, a KOD za szóstą. Pokręcone. Ja wciąż czerwony Radom pamiętam siny, jak zbite pałką ludzkie plecy, szosę E7, na dworcach gliny, jakieś pieniądze, jakieś adresy. To znaczy tamtego oczywiście nie pamiętam, ale pamiętam, kiedy ta piosenka brzmiała jak dynamit.

Potem Radom przez który wracaliśmy z Wojtkiem jeżdżącym dziś na rowerze z Gór Świętokrzyskich z dworcową poczekalnią, w której obowiązywał zakaz spania i był egzekwowany przez babę z linijką. Serio.

Radom z reportażu, na który wysłała mnie Małgorzata Sz. w Dużym Formacie o ludziach, którzy dojeżdżają codziennie do pracy do Warszawy. Spałem u pani emerytki, która jeździła sprzątać u pani przy Placu Konstytucji, wstaliśmy na pociąg o 4:30 chyba.

Radom miasto tysiąca rond. Ktoś od komunikacji musiał sobie upodobać ten typ skrzyżowania. A ja ten Radom odkryłem jeżdżąc niemal tydzień w tydzień do Mojej Sportowej Żony nim została Ż i przeprowadziła się z gór na nizinę M.

Sto kilometrów to niedaleko można się było w końcu pocieszyć, logicznie biorąc mógł ktoś im spalić miejski komitet w miasteczku Cieszyn. Tak śpiewał Kelus. Do rymu byłby tutaj też Szczecin. Chyba z 500 kilometrów.

I niewiele brakowało, a zapisałbym się na maraton do Szczecina. Oglądałem nawet profil trasy, w biurze powiedzieli, że końcówka trudna, ale widziałem, że nie trudniejsza niż podbieg na Belwederską. A męczy mnie, żeby jeszcze pobiec maraton wiosną. Kraków niestety za blisko, Łódź w tym roku już była, a dalej z atestowanych tras pasuje tylko Szczecin. Tyle, że 500 km to daleko.

Po co mi to? Żeby zobaczyć, jak pobiegnę, jak się przestanę wygłupiać. Bo przestaję - dywagowałem na ten temat tydzień temu, a teraz jest decyzja. Żegnamy się z tempem 5:40. 5:30 może na trzydziestce. Ale obowiązujące widełki to 5:00-5:15. Przestań truchtać, zacznij trenować. Zaczynam to tempo od krótszych odcinków, poniżej standardu wybiegania (i to naprawdę zaczynam, to tydzień po maratonie praktycznie przechorowałem). Ale kończymy z popisywaniem się, że trenuję po 5:40, a startuję po 4:14. Teraz zamierzam trenować po 5:14, a startować po 4:00.

Chętnie sprawdziłbym to na maratonie, ale jeśli nie ma wygodniejszej opcji, to nie musi być maraton. Połówka wystarczy. I kiedy podopieczna Alicja w sprawozdaniu napisała, że jedzie na półmaraton w Radomiu, to pomyślałem czemu nie. W dwie minuty ustaliłem z MSŻ, w pięć minut się zapisałem i opłaciłem startowe. Jadę. Wiem, że upał może pokrzyżować, ale jadę, bo mnie gna. Najwyżej nie będę miał sukcesu w liczbach. Ważne, żeby go mieć w Radomiu.

Szczególnie, że półmaraton nazywa się Półmaratonem Radomskiego Czerwca '76. Czterdzieści lat minęło. Będzie bieganie z Kelusem w tle. I z tym, o co oni walczyli, chwała bohaterom. Nie o taką Polskę, wypinającą się Radomiem do Europy, to pewne.

Nie mam żadnego sportowego zdjęcia, bo sportu naprawdę w ostatnim tygodniu praktycznie nie było. Ale mam jedno na temat. Moje okno na majówkę.

23:45, wojciech.staszewski
Link Komentarze (8) »
| < Maj 2016 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          

O mnie


Kim jestem? 25 temu pod koniec studiów zostałem dziennikarzem, pracuję teraz w 'Newsweeku'. Przez ponad 20 lat byłem dziennikarzem 'Gazety Wyborczej' w tym reporterem 'Dużego Formatu'. W 'Gazecie' współtworzyłem z Piotrem Pacewiczem akcję Polska Biega.
Bo jestem maratończykiem-amatorem. Pierwszy maraton przebiegłem w 1996 roku, teraz mam ich na koncie ponad 50, czyli już więcej niż lat. Żeby nie pisać bzdur na temat treningu, zrobiłem też kurs instruktora, a potem trenera lekkoatletyki.
Do tego jestem normalnym facetem. Mam rodzinę - Moją Sportową Żonę i córkę w klasie tenisowej. Mam dwójkę dorosłych już dzieci - córkę studentkę i syna fotografa (Jaś umarł w 2013 roku, ale w sercu go mam). Mam Małego Yodę - Misia Świata - który urodził się w roku 2014. Mam znajomych i przyjaciół - takich z którymi biegam i z którymi nie biegam.
Jem, śpię, zarabiam pieniądze, oglądam mecze w TV, wieczorami grywam na pianinie, od czasu do czasu w ping ponga, tenisa, badmintona, siatkówkę, jeżdżę na rowerze, na nartach i pływam żabką (ale to słabo - za słabo, żeby myśleć o triathlonie). Robię normalne rzeczy.
W tym blogu chcę pokazywać jak normalne życie plecie się z biegowym.

Kancelaria Sportowa




Polecam